Narzeczony dla Księżniczki - rozdział 14

Pałac króla Dragana III był równie wielki jak ten, który znali z własnej codzienności, jednak zgodnie z tym, co powiedział Sauro Salaoui, lata architektonicznych tradycji nadrabiano tu efektami. Posiadłość zbudowano na niewielkiej wysepce w zatoce na morzu, gdzie wody niemal zawsze były spokojne. Z lądu na wyspę prowadził ogromny, szeroki most, tamtego dnia oblężony przez zachwycone tłumy. Rzeźby, płaskorzeźby i wszystkie możliwe detale zawierały motyw smoka lub węża połykającego własny ogon, którego królewski ród przyjął za herb. Orestes rozpoznał ten sam symbol na pieczęci, którą zamknięto list Amelii do Aleksandry. Fakt, że młodsza księżniczka posłużyła się oficjalną pieczęcią tutejszego króla, zapewne po to, aby przyspieszyć przesyłkę, świadczył o zaufaniu i bardzo szczelnych wzajemnych stosunkach między Salaouim a samym Draganem III. Musiał rzeczywiście traktować młodego szlachcica jak członka rodziny, co dodatkowo gwarantowało jemu, jego żonie i dzieciom niesamowite przywileje i sympatię poddanych. Chwilowo jednak cała uwaga skupiona była na nich - na delegacji z zaprzyjaźnionego królestwa będącej w drodze, by jeszcze bardziej zacieśnić relacje państw.  
               Aleksandra wyglądała na trochę  zmęczoną wiwatami, hałasem i głośną muzyką, z drugiej strony cały ten zachwyt ze strony ludu zdecydowanie jej schlebiał i sprawiał, że kwitła. Upał zelżał, jednak nadal ciężko było mówić o jakimkolwiek powiewie chłodu, dlatego księżniczka miała na sobie długą, przewiewną suknię w bordowym kolorze, ze szczegółowym złotym haftem przedstawiającym herbowego kruka w locie. Na głowie błyszczał delikatnie złoty diadem, a jej piękne, gęste włosy ukryte były pod obszerną chustą, której zastosowanie poprzedniej nocy dużo bardziej przypadło mu do gustu. Orestes z kolei czuł się trochę uwięziony w bordowo-złotym kaftanie z haftowanymi na plecach dwoma niedźwiedziami, nad którymi górowało lecące ptaszysko.  
- Wyglądają jakby walczyły. - rzuciła Aleksandra, kiedy pierwszy raz zobaczyła go kompletnie ubranego.  
- Kto?  
- Dwa niedźwiedzie. Na plecach.  
- No tak… - odparł, próbując przejrzeć się w jakiejkolwiek powierzchni. Nie chciał przyznać żonie, że nie zwrócił uwagi na to, co ubiera. - Chyba ktoś nie przekazał instrukcji o tym, co w rzeczywistości powinny robić.
- Naprawię to przy następnej okazji. Ktoś na dworze bardzo chce, żebyś wyglądał jak książę.  
- Nie do końca mi to pasuje.  
- Czy ja wiem? - Księżniczka pociągnęła go za rękę przed lustro.  
Uniosła jego brodę, dłońmi przeczesała nieułożone jeszcze loki, stając lekko na paluszkach.  
- Dla mnie jesteś naprawdę piękny. - szepnęła, spoglądając to na niego, to na odbicie w tafli - I gdyby zależało to ode mnie, kazałabym ubierać cię w najszlachetniejsze jedwabie. Ale gdyby to tak naprawdę zależało ode mnie, pewnie nie miałbyś okazji, żeby w ogóle się ubrać…
Poczuł wtedy, że policzki zaczynają go palić. Nikt wcześniej tak na niego nie patrzył, nie miał w oczach takiego pragnienia. Żadna kobieta nigdy tak do niego nie mówiła. Nawet ona sama miała do tej pory więcej rezerwy. Czyżby poprzednia noc zmieniła aż tyle? Wbił wzrok w podłogę. Chciał coś powiedzieć, ale z otwartych ust nie mogło wyjść nic konkretnego.  
- Nie udawaj, że tego nie widzisz i nie wiesz. - Ton księżniczki stał się zaczepny. Pogłaskała męża po policzku. - Obok takiej urody ciężko przecież przejść obojętnie. Sama jej uległam.  
Stanęła przodem do niego, znów wspięła się na palce, pochyliła się delikatnie i oparła o pierś mężczyzny. Nadstawiła się do pocałunku, a kiedy pochylił się, żeby jej go dać, ona spojrzała mu w oczy spod wachlarza rzęs i będąc tak blisko, że słowa padające z jej ust łaskotały jego wargi, szepnęła:  
- Uległam, i chciałabym kiedyś zobaczyć to wszystko w naszym dziecku.  
Gdy usłyszał te słowa, serce zabiło mu mocniej. Nie wątpił, że za zachowaniem kobiety stała w większości kokieteria, jednak zważywszy na to, że nawiązała do tego, co powiedział poprzedniej nocy, była to kokieteria niezwykle słodka, gorąca i najwyższych lotów. Chwycił zgrabną talię i przyciągnął żonę bliżej, ale kiedy już prawie całował jej miękkie usteczka, uwolniła się z gracją, wygładzając bordowy materiał i poprawiając z sugestywnym uśmiechem chustę zakrywającą włosy, która całkiem niedawno oplatała szczelnie jego nadgarstki.  
- Pogniótłbyś mi suknię. - Zachichotała przewrotnie.  
- Chciałaś, żebym to zrobił.
- W żadnym wypadku! Mamy za mało czasu. - Poklepała go po plecach nieco po męsku, tak jak to miała w zwyczaju. - Czekam przy śniadaniu. Nie zapomnij się uczesać.  
               Rzeczywiście, czekała wraz z gospodarzami, również tymi najmłodszymi, a gdy go zobaczyła, zrobiła miejsce na ciężkiej, rzeźbionej ławie z drogiego drewna. Posiłek składał się z płaskich placków drożdżowych, podawanych w towarzystwie podpiekanego na kamieniu owczego sera, świeżych warzyw i jogurtowego sosu z miętą. Dodatkowo stół zastawiono drobnymi miseczkami, na których piętrzyły się oliwki, ostra, marynowana papryka, płaty drobnych, mocno zasolonych rybek w oleju z orzechów, plastry miodu posypane tutejszym cynamonem i piekącym w język pieprzem, gdzieniegdzie stała większa miska z figami w słodkim syropie. Służące z tatuażami na rękach nalewały do nienaturalnie małych czarek mocną, aromatyczną kawę. Przed księżniczką Amelią stał pachnący anyżem i miętą napar. Czas płynął wolno i niezwykle przyjemnie. Niemal udało im się zapomnieć, po co tak naprawdę przyjechali.  
               Jednak kilka godzin później udało im się przedostać się przez most, głośne pozdrowienia zebranego tłumu odbijały się echem nawet wtedy, kiedy otoczyły ich mury zamku. Król Dragan III powitał gości osobiście. Czyniący honory głównych dyplomatów Sauro Salaoui i jego ojciec, noszący to samo imię, oficjalnie przedstawili nowo przybyłych przedstawicieli sąsiedniego królestwa jako „jej wysokość księżniczkę Aleksandrę II, herbu Lecący Kruk, następczynię tronu i prawą rękę Króla Harolda IV, i niedawno poślubionego jej jego wysokość księcia-małżonka, Orestesa van Enkemanna, herbu Dwa Niedźwiedzie”. Lista tytułów króla Dragana była prawie dwa razy dłuższa, a Orestes był bliski przyzwyczajenia się, że w świecie koronowanych głów przedstawienie sobie rozmówców było bardziej rozbudowane niż rozmowy same w sobie. Władca Tanyin okazał się wysokim, potężnie zbudowanym mężczyzną, lekkim i płynnym w ruchach mimo wieku. Jego ciemna broda i włosy z dość pokaźnymi zakolami poprzetykane były siwizną. Podobnie jak wszyscy mieszkańcy kraju, skórę miał ciemną, a uśmiech szeroki i szczery. Kilka zębów błyszczało jasnym złotem. Ubrany był elegancko, dość minimalistycznie jak na tutejsze standardy, jednak materiały, które nosił były drogie i szlachetne, a korona złożona z węży odlanych z trzech kolorów złota - białego, żółtego i różowego leżała na jego głowie tak dobrze, jakby stanowiła nieodłączny element ciała.  
               Umowę podpisali dość szybko, na oczach zgromadzonego w głównej sali tłumu, na którego przedzie stali bliscy doradcy Króla i wysoko urodzeni. Wygłoszone po wszystkim mowy obu stron pozwoliły tłumaczom w końcu rozwinąć skrzydła, obie dotyczyły umacniania sojuszu, wspólnego działania dla mocnej gospodarki, a przede wszystkim - dla wyrównywania szans w społeczeństwie. W swoim przemówieniu księżniczka nazwała Dragana III zaufanym sojusznikiem i prawdziwym przyjacielem swojego ojca, w zamian za co on okrzyknął ją przyszłością międzynarodowej polityki. Dłonie zostały uściśnięte, kolejny pakt zawarty. To, czym tak bardzo denerwowała się Aleksandra, po niecałej godzinie należało do przeszłości. Nerwy mimo wszystko udało się jej utrzymać na wodzy, podczas całej uroczystości skupiała na sobie całą uwagę tłumu, a co za tym idzie - ich absolutny zachwyt. Zamek opuścili dopiero po zmroku, kiedy zakończył się zamknięty występ muzyków grających na tradycyjnych instrumentach, śpiewających jakąś podniosłą pieśń, który dopełniały dwie egzotyczne tancerki. Pieśń podobno była aranżacją jednej z legend, która z kolei traktowała o potężnym wężu wprowadzającym terror wśród koczowniczych plemion, w których początek miało dzisiejsze Tanyin. Odważny przodek obecnego władcy pokonał straszliwego węża - mocami danymi przez bogów zmusił go do połknięcia swojego własnego ogona. Bestia pożarła się sama, a ród zapoczątkowany przez śmiałka został uhonorowany najwyższymi tytułami i przyjął węża połykającego swój ogon za herb. Była to bardzo ciekawa historia i Orestes zachodził w głowę, jaki związek mają z nią półnagie tancerki wyginające się przy przytwierdzonych do sufitu i podłogi drążkach. Sauro Salaoui nie był w stanie rozwiać jego wątpliwości, niemniej jednak sam widok pozostawał miły dla oka.  
- Skoro pojutrze wyjeżdżacie, chyba najwyższy czas, żeby zobaczyć tutejsze nocne życie. - zaproponował gospodarz, gdy oficjalna część podróży ostatecznie dobiegła końca, a złocony powóz wiózł ich z powrotem do letniej posiadłości Sauro i Amelii.  
- Tak, zdecydowanie! Chyba nie zamierzacie teraz iść spać? - dodała cicho młodsza księżniczka, kołysząc na rękach córkę.  
- Nie! W żadnym wypadku! - Aleksandra, która zapadała się już sennie w siedzeniu otworzyła oczy i wyprostowała się. Nic nie cieszyło jej tak bardzo jak możliwość zabawy we względnej anonimowości, pod osłoną zmroku.  

                Powietrze na nocnym targu pachniało mocno przyprawionym jedzeniem i kadzidłem, co o dziwo wcale nie było złym połączeniem. Temperatura w nocy okazała się bardzo łaskawa, wiatr wiał od strony morza, zostawiał na ustach smak soli. Księżniczki zasłoniły włosy jedwabnymi chustami, miały na sobie długie suknie ściągnięte w talii pojedynczym wiązaniem, zupełnie nierzucające się w oczy, przynajmniej przy przelotnym spojrzeniu, biżuterię zostawiły w pałacu. Ich mężowie również prezentowali się znacznie zwyczajniej i skromniej niż do tej pory, co pozwoliło Orestesowi poczuć się swobodniej. Miał wrażenie, że w końcu może odetchnąć i chyba zrozumiał lepiej żonę i jej ucieczki z zamku w zupełnie nierzucającym się w oczy stroju. Zauważył też, że to ich pierwsze wspólne wyjście poza mury królewskiej posiadłości, które nie było w żaden sposób oficjalne. W końcu nie byli książęcą parą, następczynią tronu i księciem-małżonkiem, tylko pozornie zwykłym małżeństwem, Aleksandrą i Orestesem, bez herbów i tytułów. Patrzył na żonę, która właśnie w towarzystwie siostry jadła zawinięty w rulon placek wypełniony kotlecikami z cieciorki, kawałkami warzyw i jogurtowym sosem. Sos pociekł po jej zgrabnych paluszkach, dziewczyna wymruczała pod nosem jakieś paskudne bezeceństwo i zlizała go, a kiedy zobaczyła, że Amelia ubrudziła się nawet na nosie, wybuchnęła śmiechem. Była swobodna, szczęśliwa, nieskrępowana gorsetem zasad i kodeksów. Miał ochotę ją pocałować.  
               Tymczasem Salaoui podsunął mu kolejny kieliszek lokalnego trunku, który piekł w język i gardło zarówno od procentów, jak i od cynamonu, imbiru i goździków. Był klarowny, o miedzianej barwie, serwowało się go w małych kieliszkach i wychylało na raz. Orestes poczuł, że po drugiej kolejce zaczyna szumieć mu w głowie. Obok niego pojawiła się Aleksandra, którą podejrzewał o posiadanie szóstego zmysłu odpowiedzialnego za wyczuwanie alkoholu. Wypiła kolejkę, z głośnym stuknięciem odstawiła kieliszek na stół i przytuliła się do męża.  
- Niedaleko można wypić piwo i zagrać w różne gry. - zaczął Sauro. Starsza księżniczka uniosła brew z zainteresowaniem.  
- Wchodzę w to.  
- Tak myślałem. Pewien mały ptaszek - mówiąc to, przysunął do siebie Amelię, która zachichotała słodko - wyśpiewał mi, że ktoś tu umie wygrywać pieniądze.  
Aleksandra klasnęła w dłonie, podsunęła sobie kolejny kieliszek palącego alkoholu, a gdy odstawiła go na stół, odparła krótko:  
- Prowadź.  

               Miejsce było zatłoczone. Wypełniały je stoły i stołki, przy których grano w kości, karty, układano najróżniejsze klocki i rozkładano plansze do szachów. Przy tylnej ścianie ni to budynku, ni to ogromnego szałasu znajdował się długi bar, za którym mężczyźni w niezwykłym tempie nalewali zimne piwo do wielkich kufli. Miejsce siedzące dla czterech osób znalazło się chyba za sprawą cudu. Było trochę ciasno, co miało pewien urok. Orestes poczuł się jak w czasach przed ślubem, które często nazywał poprzednim życiem. Do tego typu zapchanych przybytków chodziło się, żeby odreagować po ciężkim tygodniu wykładów, pisania wniosków i przemów końcowych, a na koniec zabrać ze sobą jakąś studentkę. Gry były tam raczej rzadkością, przynajmniej w jego towarzystwie, dlatego skupił się na piciu i rozmowie. W przeciwieństwie do żony nie miał w sobie żyłki hazardzisty. Aleksandra natomiast rozejrzała się szybko za okazją do zdobycia łatwej gotówki. Lub do jej utraty.  
- Zaraz wracam! - rzuciła i ruszyła zdecydowanym krokiem w znanym tylko sobie kierunku.  
- Bez pieniędzy na piwo nawet nie próbuj! - krzyknęła Amelia, na co siostra odpowiedziała jej uśmiechem i gestem powszechnie uważanym w ich kraju za wulgarny.  
Kiedy reszta towarzystwa zatopiła się w rozmowie, dziewczyna przesunęła w kierunku rosłego człowieka za szerokim, drewnianym blatem dwie kanciaste monety.  
- Chcę zagrać. - oświadczyła.  
- Grałaś w to wcześniej? - zapytał, pokazując zażółcone od żucia tytoniu zęby. Miał gęstą, siwo-czarną brodę, a na głowie pomarańczowy turban.
- Zwykle grywam w karty.  
- W karty? Tutaj musisz mniej polegać na myśleniu, bardziej na refleksie.  
- Kojarzę tę grę. Ale wyjaśnij mi. Tak będzie sprawiedliwie.  
- Zasady są proste. - zaczął mówić  mężczyzna - Pod jedną miseczką znajduje się muszla, pod pozostałymi nie ma nic. Pomieszam je. Wskażesz miseczkę z muszlą, wygrywasz. Wskażesz pustą, nie dostajesz nic.
- Możemy zaczynać. - Aleksandra potrząsnęła głową, po czym zawołała męża po imieniu, a gdy ich spojrzenia się spotkały, dodatkowo  ponagliła go gestem. Cudem usłyszał jej głos w panującym w tym miejscu gwarze.
- Tu nie musisz mieć zgody męża.  
- Zgody? Muszę zobaczyć, czy przynosi mi szczęście. - Roześmiała się, i gdy tylko poczuła ciepłą dłoń na swoim ramieniu, skupiła się na kolorowych miseczkach.  
Mężczyzna zaczął szybko, coraz szybciej zamieniać naczynka miejscami, jednak źrenice Aleksandry niestrudzenie podążały za tym właściwym. Po kilkudziesięciu sekundach zwodniczych manewrów, udało jej się je wskazać.  
- Doskonale - roześmiał się człowiek za stołem i przesunął w kierunku księżniczki banknot z wizerunkiem, a jakże, węża połykającego własny ogon. Wygrała dwukrotność tego, co zapłaciła.  
- Gram jeszcze raz.
- Odważnie. Dobrze. Jeszcze raz. - Uśmiechał się szeroko, jeden z zębów błysnął złotem, prawdopodobnie nie do końca czystym, znacznie mniej szlachetnym niż to, które lśniło w ustach samego króla.  
Ukrył muszlę pod miseczką, tak jak poprzednio, i zaczął mieszać. Był szybki, ale dało się śledzić jego ruchy. W ciepłym półmroku można było dostrzec wyblakły tatuaż z delfinem na prawej dłoni. Na lewej widniał morski żółw. Patrząc na znajomość języków, złoty ząb i obrazki na ciele, w poprzednim życiu, zanim osiadł w dusznym porcie Tanyin, musiał przepłynąć wiele wód.  
- Wybieram tę. - Aleksandra postukała szczupłym palcem w denko.  
Znów miała rację. Ich oczom ukazała się biała muszla.  
- Chcesz zagrać jeszcze raz? Ten banknot wystarczy na jeszcze jedną grę.  
Uniosła brew. Uśmiechnęła się w kierunku Orestesa z lekko zuchwałym spojrzeniem.  
- Skoro tak dobrze przynosisz szczęście…  
On z kolei poczuł ciepło wypędzające na policzki. Ścisnął delikatnie ramię żony, która już poświęciła całą uwagę kolorowym naczynkom. Niewiele minęło, zanim znów wskazała tę, pod którą bieliła się muszla. Mężczyzna odliczył banknoty i przesunął je po stole.  
- Rzadko zdarzają się na tyle trzeźwi i na tyle cierpliwi, żeby wygrać. Trzy razy pod rząd to duże wydarzenie.
- W takim razie chcę wygrać po raz czwarty.  
- To rozbój. Chyba, że…
- Chyba, że…?
- Że podbijemy stawkę. - mówiąc to, położył na stole kolejne miseczki - Nowe naczynka, więcej pieniędzy.  
- Dobrze. A ja trochę się napiję. - Księżniczka przejęła na moment od męża szklankę ciężkiego od przypraw i miodu ciemnego piwa i pociągnęła spory łyk. - Teraz będzie sprawiedliwie.  
Naczynka poszły w ruch. Orestes śledził je wzrokiem, ale przez to, że były właściwie identyczne szybko zgubił tę, którą jego żona miała za zadanie wskazać. Ona jednak nie miała z tym większego problemu. Gdy tylko dłonie mężczyzny przestały zamieniać kolorowe miseczki miejscami, Aleksandra odnalazła tę właściwą. Pieniądze powędrowały do księżniczki.
- Jeszcze raz.  
Mężczyzna zastanowił się nieco za długo, w końcu westchnął.  
- Niech stracę. Tym razem zamierzam być bezlitosny.  
- Sprawdź mnie.  
Po licznych roszadach, które zakręciły Orestesowi w głowie, Aleksandra przeanalizowała ustawienie naczynek. W końcu chybiła. Zrobiła naburmuszoną minę.  
- Odegram się.  
- Jesteś pewna?
- Tak, rozkładaj grę.  
Mężczyzna skinął głową. Tym razem też nie zwolnił, ale oczy księżniczki zdawały się nadążać. W istocie musiało tak być, bo po chwili zawahania z jej strony pod wskazaną miseczką ukazała się biała muszla.  
- Ostatni raz. - odezwała się szybko.  
- Tylko, jeśli zechcesz jeszcze raz podnieść stawkę…
- Zgadzam się.  
- Dopiero miałem objaśniać zasady.  
- Lubię ryzyko. - Aleksandra roześmiała się dźwięcznie, w oczach miała błysk.  
Mężczyzna dołożył jeszcze jedno naczynie i jeszcze jedną muszlę. Tylko wskazanie obydwu miało gwarantować nagrodę - tym razem podwójną. Księżniczka patrzyła na stół zastawiony miseczkami z zaciekawieniem i zniecierpliwieniem.  
- Zamów kolejkę i powiedz mojej niewierzącej w moje możliwości siostrze, że mam za co stawiać do końca wieczoru. - poklepała męża po ramieniu, po czym przesunęła banknot w kierunku byłego marynarza.
- Nie potrzebujesz już szczęścia? - Orestes uniósł brwi i przebiegł palcami po jej plecach.  
- Jeszcze bardziej potrzebuję się napić, a chętnych do piwa jest chyba coraz więcej.  
- Racja. Ale wydaje mi się, że dobrze sprawdzałem się jako talizman.  
- Rzeczywiście, powinnam wziąć trochę tego szczęścia na zapas. - powiedziała, po czym mocno przyciągnęła go do siebie i pocałowała. Długo, namiętnie, przygryzając na pożegnanie jego dolną wargę.  
Najwyraźniej pocałunek również zadziałał, bo po chwili zrezygnowany mężczyzna stojący za blatem, nadal z lekkim zdziwieniem, wypłacał wygraną. Aleksandra już miała namawiać go na więcej, jednak przerwała z przyzwoitości. Podziękowała i oddaliła się, szukając wzrokiem swoich towarzyszy.  
               Kiedy przeczesywała wzrokiem wszystkich zgromadzonych, usłyszała zza pleców wołanie.  
- Księżniczko, chcesz poznać swoją przyszłość, tajemnice przeszłości i dowiedzieć się całej prawdy o teraźniejszości?  
Niewysoka kobieta spowita chustami, jak wszystkie mieszkanki Tanyin, patrzyła w jej stronę. Aleksandra zasadniczo za nic miała sobie duchową sferę życia. Na nabożeństwach nudziła się, a zasłyszane kazania wkładała między bajki. Może było to zbyt dziecinne, nawet jak na nią, ale bardzo zależało jej, aby inni nie mieli wątpliwości, jakie opinie względem religii i instytucji ją celebrującej prezentuje przyszła następczyni tronu. Konsekwentnie negowała duchowość wkradającą się do życia publicznego i polityki. Niezależnie, czy były to wróżby, wiara w jakiegokolwiek boga, odczynianie uroków za pomocą miski z mlekiem czy też wywoływanie dusz zmarłych. Wszelkie wiedźmy przepowiadające przyszłość, takie jak ta, uznawała za kuglarki żerującej na ludzkiej naiwności, podobnie jak kler, o którym miała równie złe zdanie.  
- Chyba podziękuję i zachowam pieniądze. - Dziewczyna uśmiechnęła się kwaśno.  
- Zapłacisz tylko dinara, a zyskasz świadomość.  
- Ale ja bardzo cenię sobie życie bez tej świadomości, za to z kilkoma monetami w kieszeni.  
- Myślę, że to, co widzę w twojej przyszłości może ci się przydać… - kusiła kobieta. Była stara, jej skóra przypominała skórę słonia o miedzianym odcieniu.  
Aleksandra zawahała się. Wyciągnęła w końcu kanciastą monetę i podała kobiecie.  Skrzyżowała ręce na piersi, brwi miała ściągnięte.  
- No? I co z moją przyszłością?  
- Musisz podać mi rękę, żebym zobaczyła więcej.  
Znów po krótkiej chwili wątpliwości, wyciągnęła rękę w kierunku starej wróżbiarki. Dłoń nieznajomej była szorstka, zniszczona latami pracy, słońcem, przesyconym solą powietrzem. Przesunęła sękatym palcem po wnętrzu dłoni księżniczki i ze skupieniem wbiła w nie wzrok, jakby naprawdę czytała.
- Długo nie byłaś szczęśliwa. Przez lata miałaś w sobie złość. - Nie mówiła źle w języku Aleksandry, ale fakt, że dziewczyna znała parę wyrażeń w jej języku pomagał - Ale niedawno pojawił się ktoś, kto sprawił, że poczułaś się naprawdę bezpieczna. Spokojniejsza. To mężczyzna, prawda?  
- Tak. - Księżniczka raczej niechętnie przyznała rację.  
- Ten mężczyzna bardzo cię kocha, chociaż jest to jeszcze dla niego nowe, i zrobi wszystko, żeby cię ochronić, słono zapłaci i złamie zasady, którym do tej pory był wierny. Ale ma przed czym cię chronić, Wasza Wysokość. Są ludzie, którzy są ci bardzo nieprzychylni. Nie zgadzają się z tobą, jesteś dla nich niewygodna, albo zazdroszczą ci miejsca w sukcesji. Uważaj. Kilka lat temu, kiedy byłaś jeszcze niewiele znaczącą nastolatką, próbowali cię już odsunąć, bo ktoś chciał zająć twoje miejsce na tronie, ale nie udało im się. Zostałaś okaleczona, ale żyjesz.
Dziewczyna przełknęła głośno ślinę, a raczej daremnie próbowała to zrobić. Poczuła, że w ustach ma tak sucho, że mogłaby równie dobrze próbować przełknąć łyżeczkę piasku.  
- Ale nie bój się… - ciągnęła starsza kobieta - Nie wszystko stracone, Wasza Wysokość. Wśród tych, którzy mają wobec ciebie złe zamiary, jeden zwątpił. Darzy cię uczuciem. Nie chce twojej krzywdy.  
Uśmiechnęła się, jej twarz przypominała pomarszczone jabłko.  
- I tutaj twoja przyszłość rozdziela się, nie jestem pewna, jak się potoczy.  
- Jakie są… możliwości?  
- W pierwszej umierasz, ginie najpierw twój mąż, próbując cię obronić, później ty.  
- Kiedy to się może stać?  
- Tego nie umiem powiedzieć. Inaczej odbieram czas niż ty. Nie jest dla mnie linią, przyszłość, przeszłość i teraźniejszość przecinają się i zacierają. Dlatego miej się na baczności.  
- W drugiej też umieram? Ja i on? - Aleksandra poczuła pieczenie pod powiekami.
- Nie. - Kobieta uśmiechnęła się ciepło - W drugiej żyjesz. Twoich przeciwników czeka zasłużona kara. Ty czekasz na królestwo, które z tobą będzie silne, nowoczesne, bogate. Twój mąż będzie ci wierny, będzie darzył cię miłością tak silną, jakiej nie umiesz sobie nawet wyobrazić… Urodzisz dzieci, pierwsze pojawi się… niedługo. Będziesz dobrą matką. I nie umrzesz tak szybko, on też nie.  
- Wiesz, jak to zrobić, żeby wybrać tę drugą ścieżkę?  
- Tego nie wiem. A nawet gdybym wiedziała, nie wolno mi świadomie ingerować w ścieżki losu. To wbrew zasadom.  
- Jakim zasadom? - zapytała księżniczka, ale nie doczekała się odpowiedzi. Z całkiem niedaleka dobiegł głośny dźwięk, jakby coś ciężkiego uderzyło o ziemię. Odwróciła się instynktownie, ale nie zauważyła niczego konkretnego. Tłum zdawał się tylko gęstnieć. A gdy odwróciła się, by zadać kobiecie jeszcze jedno pytanie, jej już nie było.  
Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Aleksandra patrzyła jeszcze długo w miejsce, w którym stała staruszka, rozglądała się, chciała móc za nią pobiec. Nikogo już jednak nie było.  

                Kiedy w końcu usiadła na ławie obok męża, na przeciwko Amelii, on przytulił ją mocno i pocałował w okryte chustą włosy.  
- Miałem już iść cię szukać. Nie powinienem był cię zostawiać.  
- Sama wysłałam cię po piwo. - odparła z bladym uśmiechem i dopiero teraz przypomniała sobie o stojącym przed nią kuflu. Wzięła kilka sporych łyków, zwilżając w końcu suche gardło.  
- Długo cię nie było! Tak zasiedziałaś się przy grze? - spytała Amelia.  
- Warto było - odpowiedziała Aleksandra wymijająco, kładąc na stół nieduży plik kolorowych banknotów. Uśmiechnęła się z dumą, ale w jej wnętrzu cały czas czaił się niepokój.  
Czuła, że przepowiednia zostanie z nią na długo. Kto wie, może nawet na zawsze. Próbowała mówić sobie, że to pewnie brednie opowiedziane w zamian za monetę. Jeśli ktoś dobrze się orientował, nie było trudno zgadnąć kim jest, wiadomo było, że jej małżeństwo było aranżowane, publicznie prezentowali się jako dobra para, na każdym dworze może zawiązać się spisek… Mimo to jakiś wewnętrzny głos szeptał, że to wszystko może być prawda, że ona i Orestes powinni mieć się na baczności. Ten sam głos kazał jej mocno przytulić męża, kiedy będą już sami, nacieszyć się bezpieczną przystanią jego ramion, zatopić się w ciepłych pocałunkach. Nawet jeśli przepowiednia była jedynie niecnym wyłudzeniem dinara, była zdecydowanym impulsem do tego, żeby cieszyć się byciem razem.  
                Dlatego pomimo zmęczenia, gdy drzwi komnaty sypialnej, którą zajmowali zamknęły się, wtuliła się gwałtownie w pierś swojego mężczyzny. Nie zauważyła nawet jak mocno się w niego wczepiła, do momentu, aż spojrzał jej w oczy i zapytał, co się stało.  
- Kiedy wróciłaś, miałaś niepewną minę… - wyjaśnił swoją dociekliwość, uspokajająco gładząc kciukiem jasny policzek.  
- Całe to zmęczenie, stres, upał…  
- Mogę ci jakoś pomóc? - zapytał, ze szczerą troską w głosie - Chcesz się położyć?  
Zdecydowanie, potrzebowała się położyć. Najchętniej pod nim. Głupio było jej to przyznać, szczególnie w obliczu wyraźnego mężowskiego zatroskania, ale bliskość była jedynym, czego potrzebowała.  
- Zajmij się mną tak, jak tylko ty potrafisz. - szepnęła prosząco, stając na palcach i wyciągając się po pocałunek.  

               Wyczuł, czego pragnie jego księżniczka. Rozebrał ją powoli, celebrując każdy odsłonięty fragment ciała. Kiedy wyswobodził ramiona i biust z góry przewiewnej sukni, dłońmi zaledwie musnął piersi i twarde sutki. Rozwiązał cienki sznurek opasający talię. Materiał opadł swobodnie. Za ubraniem podążyła bielizna, a na końcu odpiął cienki, skórzany pasek opinający zgrabne udo, który podtrzymywał mały, ostry nóż. Tkanina leżąca na posadzce stłumiła stukot opadającej broni. Dziewczyna oddychała głębiej, czekała na więcej, ale nie upominała się o nic. Bez słowa wziął ją na ręce. Woda w obszernej wannie była chłodna. Zamiast dołączyć do żony w kąpieli, pomógł jej tylko wejść do wody, podwinął rękawy koszuli i uklęknął przy brzegu. Patrzył, jak brązowe kosmyki prześlizgują się między wprawnymi paluszkami, kiedy upinała je do góry, spoglądając zalotnie w jego kierunku. Była jednocześnie niewinna, bezbronna i świadoma tego, jak bardzo działają na niego te kobiece wdzięki. Powoli zmywał z jej ciała trudy i wrażenia z całego dnia, od czasu do czasu całując szyję i kark, delektując się bladym już zapachem olejku z gorzkiej pomarańczy i wody różanej. Czuł, jak brodawki sutków twardnieją jeszcze mocniej, a cipka wilgotnieje. Miał zamiar znów pieścić ją długo samymi palcami, drażnić łechtaczkę, dotrzeć do mokrej szparki i doprowadzić swoją słodką małżonkę do szarpnięć biodrami i niekontrolowanych pisków, które szczerze uwielbiał. Ona jednak zamierzała coś zupełnie innego, pozwoliła mu na krótką zabawę, po czym wyszła z wody i usiadła na brzegu wanny, tuż przed jego twarzą. Wystarczyło krótkie spojrzenie, zrozumieli się bez słów. Dziewczyna rozsunęła nogi, on z początku zachłannie całował jej pokryte kropelkami wody uda, brnąc coraz wyżej. W końcu równie pożądliwie dobrał się do kobiecości. Rdzawobrązowe, miękkie włoski pokrywające wzgórek łaskotały jego twarz, na języku czuł słodko-słony smak. Pamiętał, jak uznał go za dość zwyczajny, jednak w ciągu ich krótkiego małżeńskiego stażu zdążył zmienić zdanie. Było w nim coś wyjątkowego, podniecającego, jego ciało reagowało na smak i zapach jej cipki rozkosznych mrowieniem w lędźwiach i drżeniem coraz mocniej prężącego się penisa. Jeszcze bardziej działały na niego pomruki i pojękiwania płynące z delikatnie rozchylonych warg. Zwykle gwałtowna w swoim szczytowaniu, teraz kończyła łagodnie, kołysząc biodrami, z promiennym uśmiechem na ładnej buzi. Jasne oczy błyszczały, kiedy ze skupieniem zaczęła rozpinać jego koszulę. Pomógł jej w tym, w trakcie kradnąc pocałunek. Wolnymi dłońmi objęła szorstką już od zarostu twarz, całowała dalej, jakby przynosiło to wyczekiwane ukojenie po długim dniu.  
- Zapomniałem ci o tym powiedzieć, ale znów spisałaś się jako polityczka. Wiem, że nie było ci łatwo, ale byłaś niesamowita. - W odpowiedzi posłała mu pełne uczucia spojrzenie.  
- Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego wsparcia. - szepnęła.  
- Po to przy tobie jestem. - ścisnął i rozmasował nadal rozsunięte uda.  
- Obawiam się, że patrzysz na mnie przychylnym okiem przez to, że po tych wszystkich spotkaniach i przemowach lądujemy ze sobą w łóżku.  
- Kiedy przemawiasz, staram się myśleć głową. - Uśmiechnął się, ona odpowiedziała tym samym. Przesunęła opuszkami po jego barku. - Chociaż dzisiaj było ciężko…  
- Może powinnam zakrywać się jeszcze bardziej, żeby twoje myśli nie uciekały tam, gdzie nie trzeba?  
- Może na przyszłość nie wiąż mnie tym, co zamierzasz później ubrać na ważne spotkanie?  
Aleksandra zachichotała. Jej twarz lekko się zarumieniła. Lubił, kiedy śmiała się w taki zaczepny sposób. Znów wyglądała na rozluźnioną.  
- Masz ochotę dokończyć w pościeli? - spytał w końcu, całując losowe punkty na jej udach.  
- Mam. I chyba wrócił mi nastrój na to, żeby troszkę się porządzić. - Potarła nosem o jego nos.  
Uśmiechnęli się do siebie. W tamtej chwili, tamtej nocy, która właśnie przechodziła w dzień, byli szczęśliwsi przy sobie niż kiedykolwiek wcześniej. Czego nie wiedzieli, i czego Aleksandra nie dowiedziała się nawet od dziwnej kobiety, o której na moment zdołała zapomnieć, to to, że przed nimi były noce i dni jeszcze szczęśliwsze niż te.  

                             _______

              Kiedy w Tanyin upał odpuszczał i życie mogło dopiero się zacząć, w królestwie Harolda IV dzień pracy chylił się ku końcowi. Na prywatną audiencję u Króla czekał Finnley Jakobsen. Nie stresował się. Z uwagi na swoją funkcję często widział się z władcą sam na sam, a Harold nie należał do ludzi, przed którymi należałoby drżeć.  
- Jak przebiega wizyta mojej córki w Tanyin? - spytał Król, kiedy Finnley sztywno zasiadł w fotelu na przeciwko.  
- Z samymi sukcesami, Wasza Wysokość. Nie mam niestety wielu informacji, dokładny raport dostanę już po powrocie delegacji.  
- Rozumiem. - Władca pokiwał głową.  
W świetle, które teraz wpadało przez okna, wyglądał raczej na wątłego i zmęczonego. Może dni Króla były naprawdę policzone, i to dlatego Orm de Ligne wykonywał takie gwałtowne, głupie ruchy?  
- Wezwałem cię w innej sprawie, Finn.  
- Czekam na instrukcje.  
- Aleksandra wraz z mężem wybiera się niedługo w kolejną podróż. Do rodziny van Enkemannów, z nieoficjalną wizytą. Poprosili mnie o brak orszaku i eskorty. Zgodziłem się.  
- Ale potrzebujesz trzymać rękę na pulsie. Zgadłem, Wasza Wysokość?  
- Zgadza się. Nie wątpię, że przed ślubem z moją córką mój nowy zięć był zupełnie samodzielny. Aleksandra też szuka niezależności… Mimo wszystko, chciałbym jakiejś drobnej ochrony. I skromnego raportu.  
Jakobsen uśmiechnął się chłodno.  
- Dopilnuję tej kwestii, Wasza Wysokość.

damapik

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 5953 słów i 33144 znaków, zaktualizowała 18 wrz o 0:00.

5 komentarzy

 
  • Gazda

    Długo trzeba było czekać ale warto było.
    Tylko nie wystawiaj nas na takie męki oczekiwania na przyszłość  :bravo:

  • damapik

    @Gazda postaram się! Lato nie sprzyja stukaniu w klawiaturę i szukaniu błędów we własnej pracy 😉

  • TakiJeden

    Reprezentujesz swoją osobą i swoim pisarstwem tak wysoki i niedościgniony poziom, że nie czytając kolejny rozdział, zagłosowałem na "TAK" i dałem okejkę.
    A potem przeczytałem wyczekiwaną kolejną część z zachwytem i podziwem dla Twojego talentu. Pozostaję z przekonaniem, że należysz do ścisłej czołówki piszących na tym forum.
    Brawo, brawo, brawissimo!

  • damapik

    @TakiJeden dziękuję za takie zaufanie co do jakości mojego pisania, i jak zwykle - za przychylną opinię!

  • Robert72

    Proszę o więcej i częściej twojej zabawy pisaniem. Dla mnie super !!! Uwielbiam twoje opisy wydarzeń w łóżku.  :faint:  :bravo:

  • shakadap

    Brawo! Nie daj czekać długo na dalszy bieg wydarzeń.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • bdb

    Uff. Nareszcie!

  • damapik

    @bdb mam nadzieję, że warto było czekać!