Narzeczony dla Księżniczki - rozdział 9

Wanna w prywatnej łazience Aleksandry była wystarczająco duża, żeby pomieścić parę małżonków. Woda już jakiś czas temu przestała być gorąca, ale nastrój był zbyt miły, żeby przerywać wspólną kąpiel. Księżniczka pociągnęła łyk podkradzionego z królewskiej piwniczki wina i podała butelkę mężowi. Nawet nie wiedziała, czy było im do końca potrzebne, bo rozmowa wybitnie się układała, a przy nim mogła czuć się swobodniej niż przy którymkolwiek bywalcu czy bywalczyni dworu. Gdyby ktoś powiedział jej wcześniej, jak może wyglądać małżeństwo, nie stłukłaby ani kawałka rodowej porcelany.  
- Mam nadzieję, że nie będzie ci przy mnie brakowało innych kobiet? - Uśmiechnęła się zaczepnie i szturchnęła go stopą. Z ciekawości wyciągnęła z niego kilka szczegółów z kawalerskiego życia.  
- Nie sądzę.  
- Oby. Pewnie i tak byś się nie przyznał.  
- Obiecuję, że jeśli nabiorę ochotę na inną, dowiesz się o tym pierwsza. - Odpowiedział na jej drobną prowokację.  
- Trudno, będzie musiała wtedy zginąć - Zachichotała, jakby nie było to realnym scenariuszem.  
- A skoro już jesteśmy przy innych… Kim jest ten mężczyzna, który miał na tyle szczęścia, żeby zwrócić twoją uwagę?  
- To już naprawdę nieistotne. - odparła i przejęła wino. Było dobre, białe, z wyraźnymi kwiatowymi nutami.  
- Właśnie przyznałem ci się do romansu z mężatką. - Inne co prawda przemilczał, ale zgodnie z pytaniem, było to coś, z czego nie był do końca dumny. - Chyba możesz powiedzieć, kto na chwilę zawrócił ci w głowie.  
Patrzył, jak kobieta bierze jeden łyk, a po chwili następny.  
- I tak nie uwierzysz.  
- Jednak go poznałem? Czyli jest w radzie?  
Skinęła głową z delikatnym rumieńcem na twarzy.  
- Czy to jeden z twoich szwagrów, że tak bardzo nie chcesz o nim mówić? - Ta teoria nawet pasowała do tego, że wcześniej Aleksandra uznała tamten związek za nierealny.  
- A uważasz, że prędzej spodobałby mi  się ludzki wąż czy ciamajda? - Machnęła ręką. - W ogóle nie tędy droga.  
- Kto to był w takim razie?  
- Naprawdę nie uwierzysz…  
Bez słowa zachęcił ją do mówienia ruchem głowy. Na jego ustach błądził figlarny uśmiech, który sprawiał, że znów miała ochotę się z nim całować.  
- Finnley Jakobsen. - mruknęła w końcu.  
- Niemożliwe.  
- Mówiłam, że nie uwierzysz?  
- Miałaś szansę kiedyś go dotknąć?  
- Chyba starczy ci dowodów na to, że byłam tylko z tobą? - oburzyła się trochę, marszcząc przy tym brwi.  
- Raczej zastanawia mnie, czy nie jest zimny w dotyku. Jak z ołowiu. Albo czy nie jest golemem.  
Roześmiała się. Rzeczywiście, podejrzewała, że Finnley jest znacznie chłodniejszy i mniej temperamentny niż Orestes, ale nigdy nie wydawał jej się aż tak nieludzki.  
- Przesadzasz…
- Jest tylko trochę bardziej organiczny niż nakręcana lalka. Na deszczu pewnie by zardzewiał. Widziałaś go kiedyś na deszczu?  
- Nie. Ale obydwoje widzieliśmy jak pije.
Mąż skinieniem głowy przyznał jej punkt.  
- Dlaczego nie mogło to dojść do skutku?  
- Tak naprawdę w życiu zamieniłam z nim może kilka zdań na osobności… Poza tym on nie ma tytułu ani herbu, nie do końca wiadomo, skąd się wziął. Szkoda było o tym gadać z ojcem albo matką…  
- Żałujesz?  
- Absolutnie nie. Ciężko powiedzieć, że cokolwiek do niego czułam. Podobał mi się fizycznie i imponował wiedzą. A rodzice w tym czasie próbowali zapoznawać mnie z dużo mniej rozgarniętymi albo niezbyt przystojnymi kandydatami tylko dlatego, że mieli odpowiednie nazwisko. To chyba była kwestia kontrastu.
- I skończyłaś wżeniona w Dwa Niedźwiedzie. - zaironizował. Gdyby sam miał wybierać mezalians ze szpiegiem albo wejście drugi raz w swój własny ród, wybór byłby prosty.  
- Przecież to piękny herb. Dwa niedźwiedzie na tarczy, z czego jeden sra, a drugi tańczy. - Orestes uśmiechnął się, jego paskudne zwyczaje chwytały się Aleksandry zaskakująco szybko. Znów podała mu wino. On też łatwo przejmował jej grzeszki.  
- Wracając do Jakobsena…
- Daj spokój. - Pokręciła głową. - Rozmawiałam z nim kilka razy, z czego połowę o obiedzie podanym po zebraniu.  
- Rozumiem… Ale gdybyś miała szansę, skusiłabyś się?  
- Może? - Uniosła brew i wyciągnęła dłoń po wino.  
- Czyli jednak mam powody do zazdrości?  
- Z takim mężem raczej nie planuję szukać szczęścia gdzie indziej.  
Pochyliła się do przodu, żeby go pocałować. Przyciągnął ją do siebie, przez co straciła równowagę i opadła na niego. Pocałunek był gorący, namiętny, smakował winem. Nie chciała, żeby się kończył.  

               Rano, jeszcze nie do końca rozbudzony, szukał dłonią ciała Aleksandry po jej stronie dużego łoża. Kiedy zorientował się, że kobiety nie ma obok, serce podskoczyło mu w panice. Kiedy ubierał się, żeby poszukać zguby, rozległo się pukanie do drzwi.  
- Proszę!  
- Wasza Wysokość! - W drzwiach stała Margo, osobista służąca księżniczki. - Proszą już na śniadanie!  
- Jest na nim moja żona? - spytał, starając się ukryć zdenerwowanie. Tym razem nie zobaczył nawet karteczki przy łóżku, zapisanej staranną, szlachetną kursywą.  
- Od dawna! - Dziewczyna machnęła ręką. - Od lat nie pojawiła się na śniadaniu bez wołania. Proszę się pospieszyć, Jej Wysokość osiodłała już konie.  
No tak. Konie. W końcu była niedziela, Aleksandra miała pokazać mu jakieś ważne dla siebie miejsce. Z tego bardzo się cieszył. Znacznie mniej cieszył się ze spotkania z ogromnym zwierzęciem, które jako gatunek miało w zwyczaju zrzucać ludzi ze swojego grzbietu.  
- Martwiłem się. - powiedział ściszonym głosem, kiedy usiadł już obok niej przy zastawionym stole, wokół którego siedziała cała rodzina królewska, ich bliżsi krewni i kilka dam Sybilli.  
- Co ty masz z tym martwieniem się o mnie, co? - odparła, wcześniej pocałowawszy przelotnie szorstki policzek.  
- Bo mi na tobie zależy. - Nie skłamał.  
- Jesteśmy oddzieleni grubym murem od reszty świata. Nic mi nie będzie. - zapewniła - Strażnicy też ostatnio chodzą za mną dziwnie często… Wszystkim się coś pomieszało po tym ślubie.  
- To wszystko z troski.  
- Nie przesadzaj z nią. - Uśmiechnęła się i wzięła do ręki koszyk z pieczywem. - Chcesz bułeczkę z rodzynkami? Są dobre. Zjadłam już chyba trzy.  
- Wolałbym chyba chleb.  
- Jak chcesz, twoja strata. - mruknęła, urywając kolejny kawałek bułeczki, żeby po chwili posmarować go masłem.  
Za jej plecami pojawiła się jedna z służących i postawiła przed nią filiżankę z kawą. Orestes spojrzał na to podejrzliwie.  
- Dlaczego nie dostała kawy z dzbanka, tak jak wszyscy? - zapytał, patrząc kobiecie prosto w oczy.  
- Kawa w dzbanku się skończyła i musiałam przygotować dla Jej Wysokości osobną kawę.  
- Dziękuję, Brit. To bardzo miłe, że o mnie pomyślałaś. - Aleksandra rzuciła mężowi spojrzenie mówiące wyraźnie, że jego zachowanie jest przesadzone. Chwyciła filiżankę za uszko.  
- Och, to nie ja. - Kobieta uśmiechnęła się wesoło i zerknęła w kierunku przeciwległego końca stołu. - To szwagier Jej Wysokości, książę małżonek Orm. Powiedział, że te konkretne ziarna z pewnością przypadną Pani do gustu.  
- Czyli to inne ziarna niż dostali inni, Brit? - pytał stanowczo, ale łagodnie, jak na przesłuchaniu.  
- Tak jak mówiłam, jaśnie książę małżonek kazał… - mówiła, a filiżanka prawie dotknęła już ust księżniczki. Orestes uciekł się do ostatniej drogi ratunku i wytracił delikatne naczynie z ręki żony szybkim ruchem ręki. Poleciało na podłogę, cudem nie trafiając służącej. Mocny, aromatyczny napój rozchlapał się po podłodze, brudząc ubranie Aleksandry.  
- Co się dzisiaj z tobą dzieje? - Spojrzenie miała trochę zdziwione, trochę gniewne.  
- Przepraszam, jestem dzisiaj trochę rozkojarzony.  
- Już posprzątam! - wykrzyknęła nerwowo Brit.  
- Nie. - odezwał się Orestes stanowczo - Ja posprzątam. Pokaż mi tylko, gdzie są ścierki.  
               Widział, jak żona odprowadza go spojrzeniem pełnym niezrozumienia. Dopiero zauważył też spojrzenia reszty sali. Uśmiechnął się przepraszająco i powtórzył, tym razem głośniej, że jest zbyt rozkojarzony, i że bardzo mu przykro.  
- Bardzo proszę, żeby moja żona dostawała tylko to, co dostają wszyscy. - powiedział to bardzo łagodnym tonem.  
- Czy Wasza Wysokość coś podejrzewa? - zapytała kobieta z przejęciem.  
Tego jeszcze brakowało. Plotek wśród służących. O tym, że mąż jednej księżniczki snuje domysły na temat męża drugiej.  
- Nie. To skrzywienie zawodowe. Mam swoje dziwactwa, ale chciałbym, żeby były przestrzegane dla świętego spokoju. - Zrobił niby spokojną minę i poklepał Brit po ramieniu. - I nie musisz mówić, kto cię o to poprosił.  
- Oczywiście, Wasza Wysokość. - ukłoniła się kobieta.  
              Sytuację udało się obrócić w żart, kiedy wycierał podłogę, a po tym wrócił do stołu. Aleksandra dostała nową filiżankę kawy, a ta sama służąca posłała mu ciepłe, porozumiewawcze spojrzenie. Kiedy jednak wyszli z jadalni, żona, na szczęście ze znacznie mniej gniewnym wzrokiem, zapytała:  
- O co chodziło?  
- Spanikowałem, sytuacja była… dziwna.  
- Daj spokój, Orm pierwszy raz zrobił dla mnie coś, co można określić jako „miłe”, a ty robisz cyrk. Poprosił tylko o kawę dla mnie.  
- Inną niż dla wszystkich?  
Księżniczka przewróciła oczami. Chciał jej opowiedzieć o tym, co odkrył, wyjaśniłoby to absolutnie wszystko. Nie wiedział tylko jak jej nie przerazić. Nie lubił też opierać się na samych domysłach. Orm de Ligne był podejrzany, ale przecież nikt nie złapał go za rękę przy zatruwaniu kawy.  
- Po prostu w twoim położeniu miałbym się na baczności. Jesteś następczynią tronu o poglądach, z którymi nie wszyscy się zgadzają. Powinnaś uważać przynajmniej na to, co przychodzi z zewnątrz.  
- Jeśli obejmę władzę, będą musieli mnie słuchać. Nikt nie będzie miał nic do gadania.  
- Niektórzy mogą nie chcieć się z tobą porozumieć. - naciskał - Nie zamierzasz przecież iść nikomu na rękę.  
- Wiem. - Wzruszyła ramionami. - Ale to chyba normalne.  
- Jeśli ludzie bardzo się z kimś nie zgadzają, lubią sięgać po różne środki.  
- Masz zboczenie zawodowe. To, że słyszałeś przez lata, że ktoś kogoś próbował zabić, a nawet mu się udało, nie oznacza, że możesz przenosić to do naszego wspólnego życia.  
- Możliwe. Ale miej otwarte oczy.  
- Dobrze. - Westchnęła w końcu.
Stali przez moment w milczeniu, krzyżując spojrzenia.  
- Osiodłałam konie - oznajmiła. Porcelanowa twarz złagodniała.  
Uśmiechając się, puścił żonę przodem. Starał się ukryć to, jak bardzo obawia się tych ogromnych bestii.  

               Ku jego przyjemnemu zaskoczeniu, koń okazał się spokojny, miły i posłuszny. Jechał za Aleksandrą, która radziła sobie w jeździe znacznie lepiej, ale życzliwie trzymała to samo tempo. Pogoda okazała się bardzo łaskawa, słońce grzało, ale nie paliło, wiatr chłodził, ale nie wciskał się do oczu.  
- Teraz będzie najlepsze. - Odwróciła się na moment. - Wjeżdżamy do lasu.  
               Od razu zrozumiał, dlaczego to miejsce było dla niej wyjątkowe. Nietypowy, lekko morski odcień zieleni mchu od razu rzucał się w oczy. Pięknie kontrastowała z rudobrązowym podłożem i zgrabnymi brzózkami, stanowiącymi swego rodzaju enklawę wśród drzew iglastych. Gdzieniegdzie rosły drobne, fioletowe kwiaty. Zwierzę szło spokojnie. Orestes wziął głęboki wdech, powietrze pachniało świeżo, roślinnie, trochę ziemiście.  
- Pięknie tu. - odezwał się w końcu.  
- Mówiłam? Teraz przejedziemy kilka metrów i zrobi się jeszcze ciekawiej!  
Okazało się to prawdą, gdy ich oczom ukazało się jezioro. Nieduże, bo drugi brzeg można było z łatwością zobaczyć, za to wybitnie zjawiskowe - z turkusową, połyskującą od słońca wodą i trawiastym brzegiem z odrobiną jasnego, niemal białego piasku.  
- Niesamowite… - powiedział, z pełnym zachwytu westchnieniem. Konie zrównały się. Teraz stali razem nieopodal brzegu, Aleksandra miała wyraźnie zadowoloną minę.
- Czasem tu przyjeżdżam. Kiedy chcę pobyć sama.  
- W takim razie dziękuję, że wpuściłaś mnie do swojego świata. - Uśmiechnął się ciepło. Odpowiedziała tym samym, pokazując rząd białych ząbków. - Naprawdę nikt tu nie przychodzi?  
- Nikogo tu jeszcze nie spotkałam. Teren technicznie należy do dworu, więc nie powinno tu być postronnych, ale chyba wszyscy o nim zapomnieli. Mieszczan nie ciągnie do natury. A najbliższa wiejska osada jest prawie godzinę jazdy stąd. A może po prostu mam szczęście?  
- Co zwykle tu robisz?  
- Siedzę, rozmyślam. Albo nie myślę o niczym. Czasem czytam. Pływam. Po prostu się odrywam od tamtego świata.  
- Często próbujesz uciekać. Jak nie do miasta, to tutaj.  
- Całą młodość aż do naszego ślubu spędziłeś wolny, dlatego tego nie rozumiesz. Na dworze nie ma prawdziwej wolności. Ktoś zawsze widzi twoje potknięcia. A tu? Co mogę zrobić źle? Będę za wolno pływać? Co z tego, jeśli wiem o tym tylko ja? W mieście to samo - najwyżej przegram, za dużo wypiję, zapalę wyjątkowo paskudny tytoń. Tak jak wszyscy. I znowu nikt nie może tego ocenić.  
- Trochę przerażająca ta rzeczywistość…
- Spokojnie, możemy się jej wymykać. Na przykład tu. - dodała wesoło i wprawnie zeskoczyła z konia.  
Podążył za nią, zdecydowanie bardziej niezdarnie. Dziewczyna wyciągnęła wełniany koc z jednej ze skórzanych toreb, które niosły konie.  
- W twoich torbach jest woda i jedzenie. - Spojrzała na pakunek z pewną dumą. - Drugie śniadanie możemy zjeść tu. I spokojnie, wzięłam je ze wspólnej kuchni i piwniczki.  
Przewrócił oczami i wyciągnął wszystko na koc. Piknik finalnie składał się z ciasta drożdżowego z owocami, świeżych brzoskwiń, chrupiących gruszek, szlachetnego sera i wody. Usiedli na przeciwko siebie, Aleksandra zsunęła buty i zdjęła wełnianą bluzę. Pod nią założyła lnianą bluzkę bez rękawów, o nieco męskim kroju, która odsłaniała lekko umięśnione ramiona. Prawie zabrała się za jedzenie, kiedy nagle ją olśniło:  
- Chcesz popływać?  
- Mamy w czym?  
- Możemy pływać nago. - Figlarnie uniosła brew. Spotkała się z jego zaskoczonym, ale chętnym spojrzeniem.  
Przez moment spoglądał na nią, czekając na dalsze ruchy.  
- I co? Nie pomożesz mi się rozebrać? - powiedziała kusząco. Nie odezwał się, zamiast tego podniósł się na kolana, zepchnął jedzenie na bok i zabrał się za rozsznurowywanie haftek jeździeckich spodni.  
Położyła się z wyczekiwaniem, pozwalała rękom męża na swobodną wędrówkę. Kiedy udało mu się pozbyć dolnej części garderoby, zabrał się za lnianą górę. Sunął wargami po odsłoniętym brzuchu, od czasu do czasu zostawiając pojedyncze pocałunki.  
- Mieliśmy pływać, pamiętasz? - przypomniała, gdy bluzka została odrzucona na bok, a jego usta po raz kolejny przylgnęły do piersi. Słyszał, że to tylko kokieteria, jednak w pewnej chwili dziewczyna wyślizgnęła się jak wąż i popędziła w kierunku jeziora.  
Był trochę zaskoczony, nadal klęczał na kocu w samych spodniach i spoglądał za nią tęsknie, z domieszką rozbawienia.  
- Złap mnie, jeśli dasz radę! - krzyknęła, wpadając do połyskującej wody.  
- Dałem ci wygrać! - odparł, podnosząc się i próbując w tym samym czasie biec i zdejmować spodnie.  
- Oczywiście! - zaironizowała i pokazała mu język. Pływała powoli jak syrena z legend, mokre kosmyki przykleiły się do twarzy i szyi. Jej subtelne, klasyczne piękno mogłoby zwieść każdego zagubionego wilka morskiego.  
               W końcu jemu również udało się wyswobodzić z ubrań, dzięki czemu mógł znaleźć się w wodzie i chwycić żonę w ramiona. Roześmiała się dźwięcznie, jak mała dziewczynka.  
- Złapałem. Jaka jest nagroda? - zapytał, przytulając twarz do wilgotnych włosów.  
- Hmm… - udała zastanowienie - Chyba ja.  
               Odwróciła się i zarzuciła mu ręce na szyję. Jej różowe sutki stwardniały pod wpływem chłodnej wody. Potarł jednego z nich palcami, całując przy tym uchylone, czerwone usteczka. Poczuł, że ma lekką głowę, jak po wypiciu wina rozcieńczonego wodą w bardzo upalny dzień. Uwielbiał te pocałunki, wydawało mu się, że niemal czuje zapach jej podniecenia. Zrozumiał, że raczej się nie pomylił, kiedy drobna dłoń objęła półtwardego penisa. Wykonywała powolne, nawet zbyt powolne, posuwiste ruchy. Nie wiedział, czy się z nim drażni, czy nadal odkrywa i eksperymentuje. Podniecała go ta mieszkanka skrajności: niewinności z chęcią eksploracji, nieśmiałości z władczością, dziewczęcości i stereotypowo męskiego zdecydowania. Chciał pieprzyć ją jak sukę i tym samym usługiwać swojej pani, przełamywać opory niewinnej królewny i poddawać się wszystkim zachciankom, niczym jej własność.  
- Weź mnie. - wymruczała.  
- Nie potrzebujesz czasu? - spytał i pogłaskał miękki policzek.  
- Wolałabym nadrobić ten stracony. - szepnęła. Rzeczywiście, rano miała wrażenie, że nadal czuje go w środku, ale była z tego całkiem zadowolona.  
Nie rozumiała, dlaczego to, jak ją rozciągał i rozpychał wyciskało łzy z oczu, i jednocześnie sprawiło, że jej dziewicza cipka wprost ociekała sokami. To, że tak dzielnie go w sobie mieściła napawało ją dziwną satysfakcją. Na domiar wszystkiego, jemu też było dobrze, i to podniecało ją chyba najbardziej. Domyślała się, że w sypialni nie jest w stanie przyćmić swoich poprzedniczek, ale doskonale czuła drżenie jego ciała, słyszała przyspieszony oddech, widziała, ile miał dla niej nasienia - tyle dowodów męskiej satysfakcji jej wystarczało.  
               Tym razem wziął ją na ręce, tak jak sobie wyobrażała. Objęła go nogami. Była lekka, a on miał silne ramiona, woda dodatkowo odejmowała trochę wagi. Podtrzymał zgrabne pośladki, spojrzał w jasne, półprzymknięte oczy i nakierował penisa na rozgrzaną cipkę. Patrzył na jej śliczną twarz, kiedy wchodził do środka. Wprost przepadał za miną, którą robiła, kiedy czuła w sobie kutasa - wyrażała słodką mieszankę przyjemności, zaskoczenia, pragnienia i lekkiego dyskomfortu, zbyt lekkiego, żeby odciągnąć ją od rozkoszy.  
- Boli? - spytał między skubnięciami delikatnej skóry na szyi i drobnymi pocałunkami.  
- Tylko troszkę. - Przytuliła się mocniej. Kiedy ponownie się w nią wdzierał, nadal czuła wczorajszy „pierwszy raz”.  
Wkrótce potem, gdy przyzwyczaiła się do penetracji, pozwoliła mu pogłębić pchnięcia. W końcu zaczęła też wychodzić na przeciw jego ruchom, subtelnie kołysała biodrami, od czasu do czasu uroczo pojękując mu do ucha. Uśmiechnął się do siebie, kiedy przypomniał sobie, że jest to przecież ta sama dziewczyna, która w noc poślubną postanowiła uciekać przez okno.  
- Szybciej. - ponagliła.  
- Z przyjemnością, moja pani. - szepnął, niby pół żartem, pół serio, ale całkiem lubił w trakcie seksu zaznaczyć gotowość do bycia jej posłusznym poddanym.  
Nie musiał długo czekać, żeby wygięła się w łuk z przeciągłym „Tak!”. Sam był gotowy do strzału i bardzo miał ochotę na finał głęboko w cipce żony. Czuł dumę z samej świadomości, że ta silna przyszła władczyni mogłaby później nosić w sobie rezultat tego wybuchu namiętności, ale uciszył pierwotne głosy. Aleksandra chciała zaczekać, więc jego powinnością było się z tym zgodzić. Kiedy z bólem serca wysuwał się z niej, ona, jakby co najmniej czytała w jego myślach, wyszeptała:  
- Jeśli będziesz cierpliwy, pozwolę ci skończyć w moich ustach.  
- Jak bardzo cierpliwy muszę być? - odparł i pocałował ją łapczywie.  
- Musimy wyjść na brzeg. - Wzięła go za rękę i zaczęła prowadzić.  
Szedł za nią jak bezradne zwierzę. Za taką obietnicę mógł oddać naprawdę wiele. Równie bezwolny czuł się, kiedy kładł się na kocu i dawał żonie pieścić swoje spragnione orgazmu ciało. Rozsunął nawet uda, żeby ułatwić jej zadanie, przymknął oczy, aż w końcu doczekał się na moment, kiedy otuliła wielkiego kutasa swoimi książęcymi usteczkami. Nadal nie miała wprawy, w końcu nie mieli czasu na ćwiczenia, na szczęście nadrabiała wszystko uroczym zapałem. Chciała wziąć jak najwięcej, co przypłaciła nawet kilkoma łezkami, ale niestrudzenie ssała i lizała, tak jak za pierwszym razem. I tak jak za pierwszym razem, nie cały ładunek udało się przełknąć. Pocałował ją namiętnie najpierw w te cholernie zdeterminowane wargi, później w ubrudzony spermą policzek.  
- Znów zrobiłam bałagan… - zachichotała, kiedy przewrócił ją na plecy, żeby kontynuować pieszczoty.  
- Uwielbiam cię taką… - wyznał bez przemyślenia.  
- Naprawdę, uwielbiasz mnie? - Spojrzała na niego z satysfakcją, gdy schodził coraz niżej. Powoli masował zroszone kropelkami wody ciało.  
- To przecież grzech nie uwielbiać takiej żony.  
Nie ciągnęła dalej tej zaczepnej wymiany zdań. Zamiast tego wzięła głęboki wdech, bo poczuła język męża na swojej jeszcze pulsującej szparce. Jej dłoń powędrowała do twardego sutka. Podziękowała sobie za przezorność, w końcu spakowała sporo jedzenia i wody. A zanosiło się na późny powrót. Oby jak najpóźniejszy.  

                             _______

               Finnley stanął przy kamiennej ścianie, czekał na informatorkę, która żwawym krokiem opuszczała budynki dworskiej kuchni.  
- Najpierw kasa, później informacje. - uśmiechnęła się ładna, chociaż mocno pospolita brunetka z zielonymi oczami.  
- Wiesz, że to tak nie działa… - westchnął i wyciągnął banknot - Praca dla mnie jest państwowa.  
- Ale mam dziecko. Może nawet twoje.  
- Na pewno nie moje, mówiłem ci to przecież, nie ma możliwości, żebyśmy mieli dziecko z brązowymi oczami, Una. - odparł sztywno. Na liście jego błędów z przeszłości była noc z tą złodziejką i oszustką, która podjęła pracę dla Najwyższej Izby po to, żeby uniknąć więzienia. Jej wykroczenia może i były drobne, ale za to ich suma dawała całkiem pokaźny wyrok.  
- No dobra, księżniczka z mężem pojechali gdzieś konno. Zabrała z kuchni trochę jedzenia, była wyraźnie szczęśliwa, aż nuciła pod nosem.  
- To wiem, mam człowieka w stajniach. - uciął pozornie obojętnie Finn. W rzeczywistości wezbrała w nim fala zazdrości. - Daj jakieś mięso, skoro jesteś na kuchni.  
- Wiedziałeś, że coś mam, co?  
Nie odpowiedział. Stał z tym samym wyrazem twarzy i skrzyżowanymi ramionami, świdrując kobietę spojrzeniem zimnych, błękitnych oczu.  
- Dzisiaj przy śniadaniu na kuchnię wpadła jedna z służących, która wcześniej poszła podać księżniczce kawę i powiedziała, że dostała rozkaz, żeby księżniczka podczas posiłków jadła i piła tylko to, co dostają wszyscy inni. Z początku nie chciała powiedzieć nic więcej, ale wiesz, że mam swoje sposoby i potrafię być bardzo miła, kiedy chcę, prawda? - Teatralnie się uśmiechnęła, robiąc przesadnie sympatyczną minę.  
- Doskonale.  
- Ta kobieta ma na imię Brit, chyba długo pracuje na dworze, w razie gdybyś musiał ją przycisnąć, ale chyba nie będzie takiej potrzeby. Okazało się, że była mała afera. Księżniczka dostała kawę specjalnie zaparzoną na prośbę księcia Orma. W momencie, kiedy o tym powiedziała, mąż nawet nie pozwolił się jej napić. I to nie byle jak. Po prostu wytrącił jej kawę z ręki. Podobno był niezły bałagan, który książę swoją drogą sprzątał sam.
- Chodzą plotki?  
- Nie, książę chyba je uciszył. Podobno przyzwyczajenia po zawodzie, którego się uczył.  
Jakobsen pokiwał głową. Wyciągnął z kieszeni fajkę i zaczął ją nabijać. To było więcej niż pewne, że książę Orestes podejrzewa drugiego księcia o próbę zamachu i jest, słusznie z resztą, przekonany o udziale Orma w spisku. Był ciekawy, dlaczego de Ligne posunął się do takiej głupoty jak polecenie rozgadanej służącej, aby podała księżniczce osobną kawę. Brzmiało jak popełniony w stresie falstart. Miał ogromną ochotę zapytać, ale zrezygnował. Póki co postanowił zachować wszystkie zgromadzone fakty dla siebie.  
- Dzięki, Una. Wracaj do pracy. - powiedział, po czym zaciągnął się dymem.  
- Możemy się zobaczyć, kiedy skończę.  
- Już nie sypiam z oszustkami. - Posłał jej uśmiech. Na szczęście roześmiała się tylko, otrzepała strój służącej i lekkim, lisim krokiem, którym zawsze się poruszała, wróciła do pozornie zwykłych obowiązków.  
Finnley stał i palił jeszcze przez chwilę, delektując się smakiem tytoniu. Do spotkania z kolejnym informatorem miał jeszcze kilka minut.

damapik

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i przygodowe, użyła 4554 słów i 25056 znaków.

8 komentarzy

 
  • nefer

    Piękna scena w kąpieli. I objawił się spiskowiec, który zdaje się mieć poukładane w głowie, w odróżnieniu od reszty towarzystwa.

  • damapik

    @nefer bardzo dziękuję, twoje pozytywne opinie są dla mnie niezwykle cenne 😊

  • nefer

    @damapik Wyrażam uznanie, bo jest za co.

  • Robert72

    Świetne! Doskonale dozowanie napięcie akcji, i bardzo dobre opisy. Może panowie się dogadają dla jednej kobiety, wspólników można napuścić na siebie.  :yahoo:  :bravo:

  • damapik

    @Robert72 Dziękuję, bardzo mi miło!

  • Domiii

    Wspaniałe!! Kiedy kolejna część? :)

  • damapik

    @Domiii Już się pojawiła! Dziękuję ☺️

  • AlexAthame

    Interesujące jest to, że on wytrącił  filiżankę z kawę. Pewnie stało się to z pierwszego powodu, bo nie mógłbym uwierzyć, że z innego.

  • TakiJeden

    Brak już słów zachwytu dla Autorki i wspaniałego opowiadania, które stworzyła.
    Pozostaje tylko dołączyć do entuzjastycznych głosów innych czytelników i z utęsknieniem czekać na kolejne rozdziały tej fascynującej, pod każdym względem, opowieści.    :bravo:

  • damapik

    @TakiJeden bardzo się cieszę, że czyta się cały czas tak samo dobrze! ☺️

  • Wariat102

    To jest idealne ❤️👌

  • damapik

    @Wariat102 dziękuję!

  • Duygu

    Kurczę, ale świetnie się to czyta! Scena zbliżenia cudnie opisana  <3  No i te zamkowe intrygi... – jak tu ich nie kochać? ❤️

  • damapik

    @Duygu właśnie po to są zamkowe intrygi!

  • Gaba

    Pięknie!

  • damapik

    @Gaba dziękuję, jak zawsze jesteś przemiły ;)