Narzeczony dla Księżniczki - rozdział 6

Mówiło się, że Harold IV przez kronikarzy i dziennikarzy już nazywany jest Dobrym. Harold IV Dobry. Tak o nim mówiono i pisano. Aleksandra nie mogła się z tym kłócić, ojciec był naprawdę dobrym człowiekiem i dobrym, łaskawym królem. Imię Harold w ich rodzie było chyba imieniem niosącym ze sobą dużo przymiotów - Harold I był nazywany Uczciwym, później był Harold II Mądry, jej dziadka tytułowano Haroldem III Cierpliwym. Dla siebie typowała przydomek Aleksandra II Uparta, bo takie nastawienie postanowiła utrzymać. Inaczej męski świat ją zadepcze, wpływowi członkowie rady już wchodzili na głowę jej ojcu. Gdyby Król miał mocniejszą rękę do władzy, pieniądze na szkoły dla dziewcząt znalazłyby się zaraz. Bez proszenia, bez przekonywania magnatów do płacenia wyższych podatków. Wszystko wyglądałoby inaczej.  
                Sala obrad powoli się zapełniała. Mąż siedział obok niej, a ona cichym głosem opisywała kolejnych wchodzących. Po prawej stronie od królewskiego fotela zasiadł właśnie najwyżej trzydziestopięcioletni mężczyzna ubrany w doskonale skrojoną marynarkę. Miał jasne włosy i chłodne, niebieskie oczy.  
- To jest Finnley Jakobsen. - szepnęła Aleksandra - Główny rzecznik Najwyższej Izby Rady. Niewiele o nim wiem, ale ojciec ceni jego rady, twierdzi, że jest bardzo inteligentny. Odebrał zaawansowane szkolenie wywiadowcze na Północy, skąd pochodzi, tak przynajmniej mówią.
- Wojskowy?  
- Nie. Tak naprawdę nie wiem, skąd się wziął, bo nie pochodzi z żadnego znanego rodu. Zbiera tylko informacje, nie ma stopnia, nie podlega pod dowódców.
Orestes zastanowił się, ile razy Finnley Jakobsen miał w swoich wypielęgnowanych dłoniach jego dokumenty. Podejrzewał, że wiele.  
Później przedstawiła mu dwóch generałów, niezwykle dobrze wyszkolonych dowódców zainteresowanych jedynie wojskiem i obronnością.  
- To jest Karim Hadad. Doradza ojcu w sprawach handlu. Wysoko urodzony, ale nietutejszy. - nietrudno było się domyślić, patrząc na czarną brodę i ciemniejszy ton skóry, nieczęsty w tych stronach mimo raczej ciepłego klimatu - Jest mądry, rzadko się myli, ale wydaje mi się, że najbardziej zależy mu na własnym życiu prywatnym. Według mnie jest godny zaufania.  
Mężczyzna przywitał się z księżniczką z drugiego końca stołu grzecznym skinieniem głowy i uśmiechem, odpowiedziała tym samym. Sam nieśmiało dołączył się do przywitania.  
- To - zaczęła, wskazując głową na dwóch mężczyzn, starego i nieco młodszego wchodzących przez wrota - moja rodzina. Starszy to najstarszy brat mojej matki, lord Samuel Bedling, herbu Mieczy i Szpad. Młodszy to jego syn, lord Hektor Bedling. Wuj poświecił się polityce, syn ma największy w kraju tartak.  
Siwy mężczyzna ukłonił się w ich kierunku. Orestes miał wrażenie, że już gdzieś widział jednego i drugiego. Najprawdopodobniej na ślubie. Jego syn, szpakowaty, z imponującą brodą, nie zaszczycił kuzynki nawet spojrzeniem.  
- Nie lubicie się?  
- Powiedzmy, że mamy pewną różnicę interesów i Hektor wybitnie mnie nie lubi. On chętnie gromadziłby pieniądze, a za ja pewną ich część wybudowałabym kilka dróg. - uśmiechnęła się z udawaną niewinnością.  
Orestes przyjrzał mu się badawczo. Hektor Bedling, zaraz obok kręcących się po zamku duchownych, stał się wysoce podejrzany o udział w spisku przeciwko jego żonie.  
- O, to jest zaufany doradca mojego ojca, dość obeznany w prawie. - szepnęła na widok starego, łysiejącego mężczyznę z rubinowym sygnetem na palcu - Bardzo lobbował za moim ślubem.  
- Czyli to jemu mam dziękować? - zaczepił ją, a ona w odpowiedzi szturchnęła go ze śmiechem.  
- Słuchaj dalej, ten to książę Henryk, kuzyn ojca. Siedział blisko nas na weselu, więc pewnie go pamiętasz.  
- Względnie. - odparł Orestes patrząc na starszego, lekko zgarbionego księcia. Wesele było dla niego takim stresem i labiryntem dworskich zasad, że niewiele z niego pamiętał. Resztę uwagi i tak poświęcił żonie.  
- O, teraz patrz. To jest człowiek mający decydujący głos w sprawie skarbca i budżetu. Zanim został dworskim skarbnikiem, był pionierem skupu i sprzedaży akcji różnych spółek i przedsiębiorstw.  
- I nazywa się? - zarówno funkcja, jak i ostre spojrzenie, jakie rzucił księżniczce wchodząc na salę pozycjonowały go wysoko na liście podejrzanych.  
- Hrabia Mario de Sano. - finansowy magnat usiadł tuż obok lorda Hektora Bedlinga. Siadał i chodził niepewnie, jakby lekko kulał na jedną nogę, lekko nią szurającI.  
- A ten? - spojrzał na idącego w pośpiechu mężczyznę w średnim wieku z rozwianymi włosami, lekko podkręconym wąsem, w niedbale wpuszczonej w spodnie koszuli.
- A tego bardzo szanuję. Nazywa się Dan de Vries, jest lordem herbu Trzech Kielichów, ale nie posługuje się tytułem. Przynajmniej nie tym, bo woli naukowy. Srebrna Ranga Profesorska, prowadzi wykłady na uczelni technicznej, jest tu po to, żeby kraj rozwijał się technologicznie. Powiedział, że chciałby widzieć na swoich zajęciach więcej studentek.  
- Krótko mówiąc, popiera twoją sprawę.  
- Przecież mówiłam, że bardzo go szanuję. - uśmiechnęła się.  
- Myślałem, że doceniasz jego wiedzę.  
- Mój jaśnie lord kuzyn też nie jest idiotą, ale jakoś go nie szanuję. - rzuciła lekko - I skoro jesteśmy przy ludziach niegodnych szacunku albo zaufania…
- Kto to jest? - przyjrzał się wysokiemu szatynowi o nieco szczurzej urodzie i rozbieganym na boki spojrzeniu.  
- To jest mąż mojej siostry. Tej, którą widziałeś z dzieckiem na śniadaniu, pamiętasz? Powinieneś też kojarzyć go ze ślubu.  
- Pamiętam.  
- Jest śliski jak węgorz. Doradza mojemu ojcu, ale podejrzewam, że do przewrotu pałacowego byłby pierwszy, gdyby tylko mógł na tym skorzystać. Nie był najbardziej zadowolony z naszego ślubu, bo liczył na to, że jeśli będę panną, władza przypadnie mojej siostrze. W praktyce zostałby regentem, moja siostra nie nadaje się do bycia królową.  
Orestes przyjrzał mu się dokładnie. Miał złe przeczucie. W tym czasie jego żona ciągnęła coraz bardziej konspiracyjnym szeptem:  
- Pochodzi z bardzo bogatego rodu, de Ligne, herbu Kołowrotek, który paradoksalnie absolutnie nie zalicza się do wpływowych. Oni są i mają, ale nigdy o niczym nie stanowią. Chyba ciężko mu to przełknąć.  
- Podejrzewasz go o coś?  
- O wszystko, co najgorsze - prychnęła królowa - Moja siostra trafiła mu się jak ślepej kurze ziarno. Podejrzewam, że pała do ciebie równą nienawiścią co do mnie.  
- Dlaczego tak uważasz? - Orestes uniósł brwi. Czyżby w polityce niepodpadania dworzanom powstała luka?
- Spójrzmy prawdzie w oczy, po pierwsze, jesteś moim kluczem do tronu, po drugie, Dwa Niedźwiedzie nie znaczą nic. W świecie szlacheckim ani nie macie, ani nie stanowicie.  
- Bardzo dziękuję.  
- Jednocześnie ty jesteś wyjątkiem. Ze szlacheckiego dna stałeś się księciem, przyszłym królem, a twoje dziecko nawet jako raczkujące niemowlę będzie mieć większe prawo do tronu niż on kiedykolwiek będzie miał. Dobrze, że na pocieszenie ma dobrze prosperującą hutę.  
- Nie ma opcji, żeby objął tron?  
- W wyniku przewrotu. Albo i ja, i mój ojciec musielibyśmy umrzeć, musiałabym nie zostawić też po sobie dziecka. Jeśli mielibyśmy dziecko, tron objęłoby ono z twoją opieką. W praktyce kraj zostałby w twoich rękach.  
- Bez ciebie nie miałoby to sensu. Nie jestem tu po to, żeby rządzić, nigdy nie chciałem być decyzyjną osobą…
- O tym musimy jeszcze porozmawiać. - Aleksandra spojrzała na niego poważnie, ale i z lekkim smutkiem.
- Nie jestem chyba gotowy.  
- Musisz być - ukradkiem pogłaskała jego dłoń  - Jeśli umrę, chcę wiedzieć, że to wszystko nie zostanie jemu.  
Orestes skinął głową. Całym sobą pragnął zmiany tematu. Gdy do sali wkroczył Biskup, prawie odetchnął. Wiedział, że żona szybko zaserwuje złośliwy komentarz.  
- Szatan przysłał swojego najlepszego pracownika - prychnęła, zgodnie z oczekiwaniami - O nim chyba nie muszę opowiadać?  
- Zdecydowanie nie. - chociaż prawdę mówiąc, chciał wiedzieć więcej. Jeśli ktokolwiek na tym zamku żywił do księżniczki same negatywne emocje, był to Biskup. Mimo jej wyraźniej niechęci, duchowny starał się ściśle trzymać króla. Wysłuchiwał go, spowiadał, doradzał.  
Osobą, która na tej sali znała najwięcej tajemnic państwowych wcale nie był wykształcony w sztuce wywiadu Finnley Jakobsen, tylko ociężały jegomość w purpurowej szacie.  
- Jedna czwarta zgromadzenia nie mogła się pojawić, ale wysłannik piekieł zawsze ma czas. - mruknęła Aleksandra.  
- Wiecznie nie można kontemplować Słowa. Trzeba mieć odskocznię.  
- Nie ma to jak wpierdalać się w politykę w ramach przerwy od Boga. - rzuciła księżniczka, po czym przebiegła przepraszającym spojrzeniem po zgromadzonych. Starała się rzadziej rzucać mięsem, czasami jednak bluzgi same pchały jej się na usta.  
- Czyli nie ma jednej czwartej zgromadzenia?  
- Tak, brakuje kilku osób. Dlatego dzisiaj raczej nie padnie żadna wiążąca decyzja, raczej podsumowania i koncepcje. - do minimalnej większości, czyli 80% rzeczywiście brakowało.  
- Ile spotkań Rady można opuścić?  
- Przyjęliśmy, że trzy. Większość obradujących to jednak przedsiębiorcy lub politycy. Przesiębiorcy mają swoje interesy, politycy ciągle się z kimś spotykają… O, jest i on. - przerwała.  
Drzwi sali otworzyły się z hukiem.  
- Jego też pamiętam z wesela.  
- To mój najmłodszy szwagier. W radzie nie ma wielkiej roli. Pochodzi z uznanego szlacheckiego rodu de Ruffo, herbu Złoty Kłos. Jego rodzina to potentaci ziemscy, mają ogromne uprawy, z tej okazji obsadzono go jako odpowiedzialnego za sektor rolniczy, ale nigdy nie wiem, czy on ma prawdziwą wiedzę, czy dużo szczęścia. Ale za to jest miły.  
- Ufasz mu?  
- Jest zbyt… prostolinijny na przekręty. Uczciwy do bólu. W kłamstwach mógłby się pogubić. To gamoń.  
Orestes skinął głową, chociaż nie był pewien. Każdy z choć częściowym prawem do tronu mógł mieć ochotę na usunięcie konkurencji.  
                Sekundę później na salę wkroczył Król i rozpoczęło się kilkugodzinne spotkanie. Pierwszym punktem było przestawienie nowego członka Rady, co wiązało się dla niego z pewnym zażenowaniem. Kolejne były sprawozdania. Na końcu zaczęły się wstępne dyskusje na temat nowego planu budżetowego. Aleksandra słusznie zaznaczyła, że temat szkół dla dziewcząt będzie prze nią konsekwentnie poruszany, i nie dopuści do sytuacji, w której budżet na kolejne trzy lata zostanie rozpisany bez uwzględnienia budowy nowych placówek. Z satysfakcją zauważył, że zaczęła od korzyści, tak jak poradził, a jej wypowiedź była przemyślana: więcej studentów uczelni wyższych, lepiej wyszkolona kadra, węższe specjalizacje i więcej wykwalifikowanych pracowników miało dać pozytywny impuls gospodarce. Dobrze wykształcone i zarabiające wysokie pensje kobiety mogłyby dokładać się do rodzinnych budżetów, a w przypadku śmierci, odejścia lub niepełnosprawności męża mogłyby nawet zyskać niezależność. Społeczeństwo bogaciłoby się, wdowy rzadziej zaglądałyby do skarbca po zapomogi. Uczelnie mogłyby tworzyć miejsca pracy. Kształcenie dziewczynek w grupach miało ujednolicić poziom i ułatwiać zadania uczelniom. Na koniec uznała też, że im społeczeństwo bardziej uznane za rozwinięte, tym większa wolność dawana jest kobietom. Profesor Dan de Vries potwierdzająco kiwał głową, w oczach starego lorda Samuela Bedlinga zaczynało pojawiać się przekonanie. Pojawiły się też spojrzenia mniej przychylne, nawet lekko oburzone, które Orestes momentalnie wychwycił. Na koniec zaznaczyła, że nadal utrzymałaby obowiązek kształcenia, jeśli tylko rodzinę na nie stać, z możliwością wyboru jego formy - wyższe rody często nie życzyły sobie innego nauczania niż domowe, zarówno dla chłopców jak i dla dziewczynek, i zwykle, o ile nie byli takimi van Enkemannami, mogli pozwolić sobie na prywatnych nauczycieli.  
Z rozwagą nie mówiła o zniesieniu lub zmniejszeniu czesnego. Za to również pochwalił ją w myślach.  
                Po kilku godzinach obradowania podano uroczysty obiad. Tak kończyły się wszystkie posiedzenia. Harold IV był zwolennikiem myśli, że wspólne jedzenie zbliża i buduje więzi. Podano kaczkę nadziewaną jabłkami, borówkami, skórką pomarańczy i orzechami, sos żurawinowy, gotowaną rzepę i sałatkę z cykorii. Jak zwykle otwarto jedne z lepszych win, ponieważ Król twierdził, że spotkania Rady należy celebrować jak święto. Aleksandra z ulgą spojrzała na wino, bo niedość, że skutecznie zwalczało stres, który cały czas czuła po swojej wygłoszonej przed chwilą propozycji, to jeszcze zwykle łagodziło ból brzucha. Z rozsądku poprosiła jednak o jego rozrobienie z wodą.  
               Na salę wjechał również stół z owocami, które postawiono pod ścianą. Zrobiło się ciepło i sezon dopisywał, dni były słoneczne, a wieczory deszczowe, więc ani na targach, ani na zamku nie brakowało słodkich pomarańczy, pełnego wachlarza smaków winogron - od lekko wytrawnych i cierpkich po zupełnie słodkie, czy nabrzmiałych od soku brzoskwiń. Gdy księżniczka piła i przyciszonym głosem rozmawiała z mężem i z profesorem Danem de Vriesem, przy stole z owocami stanęli hrabia Mario de Sano, lord Hektor Bedling i książę de Ligne. Mówili do siebie szeptem powoli pijąc wino. De Sano i Bedling, zanim wszyscy odwrócili się tyłem do siedzących przy obiadowym stole, rzucili krótkie, chłodne spojrzenia w kierunku Aleksandry. Na moment do stołu zbliżył się też biskup, ale nie zajął się rozmową, jedynie po przyjacielsku dotknął ramienia lorda.  
- Masz ochotę na owoce? - spytał żony Orestes. Musiał podejść bliżej do stołu.  
- Przyniósłbyś mi może brzoskwinię? I kilka wiśni?  
Mąż skinął głową, a ona posłała mu jeden ze swoich najładniejszych uśmiechów. Nie zważając na opinie innych dworzan, pocałował ją w czoło. Gdyby byli zwykłymi mieszczanami bez tytułów, robiłby to przy innych, więc i teraz postanowił nie ukrywać czułości. W reakcji na to Aleksandra również się uśmiechnęła. Zbliżył się do stołu od boku, słowa wypowiadane przez mężczyzn lekko się rozmywały.  
- Trzeba przyspieszyć podejmowanie decyzji. Widzisz przecież, że powoli zjednuje sobie większość. - syczał książę.  
- Może nie da rady. - zwątpił de Sano.
- Chcecie wysłuchiwać później o nadwyżce w swoich zarobkach i ile macie z niej oddać? Chyba od wczoraj wiemy, że trzeba działać szybko i zdecydowanie. - powiedział Bedling, Orestes chyba po raz pierwszy w życiu słyszał szept, który brzmiał agresywnie. Co do winy tych trzech był niemal pewny. Potrzebował po cichu wzmocnić ochronę księżniczki, jednak było to ryzykowne, skoro miała swoich wrogów na najwyższych szczeblach państwa. Rycerze pełniący wartę pod jej komnatą i towarzyszący w wyjściach mogli być przekupieni. Do tego dochodziły wyjścia, o których nikt nie wiedział, na których nikt jej nie chronił. Zastanawiał się nad poinformowaniem Króla, ale do tego potrzebował dowodów. Gdyby teraz poszedł do władcy i powiedział, że podejrzewa o spiskowanie przeciwko jego córce jego najbliższych doradców, w tym zięcia i potentata hutniczego, syna szwagra i magnata przemysłu drzewnego, a na dodatek jeszcze najbardziej poważanego w państwie finansistę, Król zapewne odesłałby go do zamkniętego zakładu dla obłąkanych. I co gorsza, znalazł Aleksandrze nowego męża.  
- Trzeba znów się spotkać, zacząć planować działania, a nie siedzieć, gdybać i rozmawiać o życiorysie jej… - książę urwał, gdy zauważył obecność szwagra. Towarzystwo zamilkło, a Orestes z pozornym spokojem wziął ze stołu najsoczystszą brzoskwinię i kilka wiśni, a później zaniósł je żonie. Ona w podziękowaniu zostawiła na jego policzku szybki pocałunek.  
Czuł, że jego małe śledztwo posunęło się znacznie do przodu. W gronie podejrzanych nadal wysoko plasował się Biskup. Przyjacielski gest w stronę młodszego lorda Bedlinga był nieprzypadkowy, do tego jego stosunek do następczyni tronu znali wszyscy. Ostatnią osobą ze zgromadzonych, która budziła w Orestesie niepokój był Finnley Jakobsen. Był bardzo młody jak na zaawansowany trening wywiadowczy, do tego zasiadał w Najwyższej Izbie, czyli wszystkie informacje o każdym obywatelu tego kraju były w zasięgu jego zadbanych rąk. Jego niemal białe włosy, wąskie usta, sztywne ruchy i zimne spojrzenie również nie napawały sympatią. Miał w sobie coś nieludzkiego, co budziło w mężu księżniczki silny niepokój. Wiedział, że najbliższe dni, a nawet tygodnie będą kluczowe, bo nie zamierzał pozwolić na to, żeby Aleksandrze spadł choć jeden włos z głowy.  

                Gdy księżniczka spędzała czas w kąpieli, tym razem samotnie, tak jak mówił kodeks w kontekście miesięcznych krwawień, Orestesowi udało się porozmawiać ze strażnikami. Nie wiedział, na ile będzie to naprawdę skuteczne, a na ile wyciera chusteczką wrzodziejącą ranę, ale poprosił o w miarę dyskretne wzmocnienie ochrony księżniczki. Dzięki temu udało mu się odrobinę odetchnąć i odsunąć na dalszy plan myśli o spisku na moment, który mieli tylko dla siebie. Siedzieli na przeciwnych krańcach wygodnej kanapy, on rozmasowywał zmęczone stopy dziewczyny, a ona piła ziołową herbatę z pozłacanej porcelanowej filiżanki. Jego ręka przesunęła się na jej zgrabną, wyćwiczoną przez lata jazdy konnej i biegania z mieczem łydkę. Gdy jednak przesunął dłoń na jej udo, zaprotestowała i odgoniła ją niżej. Na twarzy miała jednak swobodny, lekko frywolny uśmiech.  
- Pocałuj mnie. - rozkazała w końcu, przysuwając się bliżej i kładąc paluszek na czerwonych wargach.  
- Wedle życzenia - odparł i z przyjemnością wykonał polecenie. Lubił smak i miękkość jej ust.  
- Chciałabym wrócić do tego, co przerwaliśmy wtedy. - szepnęła i pogłębiła pocałunek. Jej krew wręcz się gotowała - Ten tydzień mógłby skończyć się szybciej.  
- Nie musimy na nic czekać - przekonywał. Pozwolił sobie podciągnąć lnianą koszulę nocną żony i dotknąć jej delikatnej skóry.  
- Oj nie… - odepchnęła go lekko, nadal się uśmiechając - Mimo wszystko wolałabym poczekać.  
- W porządku - zabrał dłonie z jej nagich ud, żeby nie sprawiać jej dyskomfortu. Przesunął je po nich powoli, żeby jeszcze przez moment nacieszyć się fakturą jej skóry.  
- Ale całować nadal możesz. A nawet powinieneś. - przyciągnęła go znowu, a on chętnie złączył ich usta. Znów czuł się trochę jak napalony nastolatek, który tylko czeka na to, aż jego wybranka go do siebie dopuści.  
- Bardzo cię polubiłam. - powiedziała w końcu cicho, kiedy ich wargi na moment oderwały się od siebie - Jesteś taki… inny.  
- Czyli jednak dziwak.  
- Czyli ktoś wyjątkowy. - przeczesała palcami jego włosy. Po chwili czule przesunęła dłońmi po jego twarzy.  
Z dnia na dzień podobała jej się coraz bardziej. Miała w sobie spokój i siłę, a do tego ten błysk mądrości w oczach.  
- Byłeś kiedyś zakochany?  
- Dlaczego pytasz?  
- Jestem ciekawa. A może nadal jesteś?  
Zawahał się. Nie wiedział, czy wypada mówić żonie o kobietach, które się kiedyś kochało.  
- Byłem. - potwierdził w końcu.  
- Jakie to uczucie? - nie pytała o poprzednie kobiety. Może i dobrze.  
- Nigdy nie byłaś zakochana?  
- Nie sądzę.  
- Czułabyś.  
- Dlatego pytam, co to za uczucie.  
- To… - znów się zawahał - …to jakby połączenie fascynacji drugą osobą, potrzeby bliskości, pożądania, zaczynasz mieć wrażenie, że każda chwila bez niej jest stracona…
Przekrzywiła lekko głowę i spojrzała mu w oczy z zaciekawieniem.  
- Naprawdę? Nikt nigdy ci się nawet nie spodobał? Nawet fizycznie? - zdziwił się trochę.
- To uczucie akurat znam. - powiedziała dość tajemniczo. Sam zaciekawił się jej przeszłością, ale nie chciał naciskać.  
- I nic z tego nie wyszło?  
- Nie, nie mogłoby. Ale chyba nie możemy na to narzekać, prawda? - znów pogłaskała go po twarzy.  
- Oczywiście, że nie. Jestem tylko ciekawy.  
- Wiesz, co mówią o ciekawości, prawda? Ale może kiedyś powiem ci, kto to był.  
- Bywa na dworze?  
- Może tak? - mrugnęła jednym okiem.  
- Czyli tym razem mam być zazdrosny?  
- A o kogo ja powinnam być zazdrosna? - sprytnie odbiła piłeczkę.  
- To było dawno. Nieprawda. Teraz… - zawiesił głos, ważąc słowa. Przez ułamek sekundy przez jego głowę przemknęła dziewczyna, z którą zaraz po przyjeździe do miasta chciał ułożyć sobie życie, później jedna z lokalnych artystek, aż w końcu Elena. I tu upomniał samego siebie. Elena nigdy nie była jego. I też należała już do przeszłości - …teraz mam inne życie. I nie chcę myśleć o tym, co było.  
- To dobrze.  
- Cały czas czujesz coś do niego?  
- Nie. - powiedziała zdecydowanie - Sama chciałabym wiedzieć, co teraz czuję…
- Czasami lepiej jest nie myśleć, tylko po prostu czuć. I już.  
- Jest w tym jakaś mądrość… - westchnęła i znów dała się pocałować.  
Trwali przez moment blisko siebie, przerywając pocałunki tylko na chwilę. Chyba obydwoje czuli napięcie, które między nimi rosło, i któremu nie mogli dać upustu. Na zewnątrz było już ciemno, z miasta słychać było szum, a Aleksandra zdawała się tęsknie wyglądać przez okno. Ciągnęło ją do zwykłego życia tak, jak wilka do lasu.  
- Umiesz jeździć konno? - spytała w końcu, przenosząc się z kanapy do łoża.  
- Kiedyś się uczyłem, ale dawno nie miałem okazji.  
- Przypomnisz sobie wszystko - uśmiechnęła się i zrobiła mu miejsce obok siebie.  
- Nie chcę dorobić się drugiej do kompletu. - wskazał na jasną bliznę przecinającą brew. Księżniczka pocałowała ją, jakby odruchowo, a później delikatnie przesunęła po niej palcem. Spojrzała na niego z pewnym przejęciem.  
Jakby conajmniej zapomniała, że sama nosi na swoim ciele pamiątki po dużo trudniejszych doświadczeniach.  
- Jakoś sobie poradzisz. W niedzielę nie mamy żadnych obowiązków. Chciałabym zabrać cię w jedno miejsce.  
- Jakie?  
- Niespodzianka. I taki trochę mój sekret. - wtuliła się w niego mocniej.  
- Czuję się zaszczycony, że chcesz pokazać mi kawałek swojego świata.  
- Jesteś w końcu moim mężem.  
- W noc poślubną mówiłaś całkiem inne rzeczy i…
- I zmieniłam zdanie.  
- Czyli to o kurwach też jest nieaktualne? - roześmiał się. I rzeczywiście był to żart. Póki co miał ochotę namówić na seks tylko jedną kobietę. I była nią jego własna żona.
- Ale to o posadzie błazna jest aktualne. Wolisz zostać na zamku czy zatrudnić się w obwoźnym cyrku? - odgryzła się księżniczka, podnosząc się i krzyżując ręce na piersi. Wygladała pięknie z taką lekko oburzoną, lekko nadąsaną miną. Zauważył to już w dzień, w którym się poznali.  
Przyciągnął ją do siebie i znowu przytulił. Jego dłoń powoli gładziła jej plecy, a ona rozluźniała się pod tym spokojnym, ciepłym dotykiem. Odszukała jego wolną rękę i wsunęła w nią swoją, która w tym porównaniu wydawała się wręcz śmiesznie mała. Pocałował ją na dobranoc w czubek głowy. Jej włosy były miękkie i gładkie. Pachniała wodą różaną i olejkiem z gorzkich, bordowych pomarańczy. Słuchając jej miarowego oddechu, zasnął błyskawicznie, nie myśląc o dworskim spisku.

damapik

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i przygodowe, użyła 4241 słów i 23835 znaków. Tagi: #żona #mąż #ślub #księżniczka #spisek

5 komentarzy

 
  • nefer

    Bardzo ciepła scena, może nie tyle erotyczna, co miłosna. Ciekaw jestem tej wycieczki konnej.

  • choc

    Zaczyna być bardzo , bardzo interesująco.
    Jest fabuła, seks bardzo ładnie ,delikatnie opisany.
    Czekam z niecierpliwością n na kontynuację.

  • Wariat102

    Po długich poszukiwaniach znalazłem moje ulubione opowiadanie w nowej kategorii… 😅 jak zawsze, świetnie!

  • damapik

    @Wariat102 spokojnie, wróci do poprzedniej ;)

  • TakiJeden

    Bardzo dobrze napisane opowiadanie, które się czyta z wielką przyjemnością.
    Tym razem dostaliśmy przegląd wielu, doskonale scharakteryzowanych postaci. Ciekawe, który z tych dworzan czyha na życie księżniczki. Czuję, że Autorka zaskoczy nas dalszym rozwojem tej intrygi.  
    :smile:

  • AlexAthame

    Bardzo miło się czyta. Poprzednie były erotyczne, ale nie przypominały pornali klasy D, z czego słynie nasz portal. No już sobie nagrabiłem, zresztą nie po raz pierwszy. Jak na debiut, to piątka z plusem. :bravo:

  • damapik

    @AlexAthame dziękuję! Mam nadzieję, że będzie tylko lepiej.