Narzeczony dla Księżniczki - rozdział 7

W tej części pojawia się scena erotyczna między dwoma mężczyznami. Ostrzegam uwagi na „wrażliwość” niektórych czytelników.  

               Kolejne dni upływały na najróżniejszych spotkaniach, młoda para miała do złożenia kilka oficjalnych wizyt, w piątek natomiast Król poprosił Aleksandrę, żeby uczestniczyła w jego audiencji. Córka zgodziła się nawet chętnie, traktowała to tak jak powinna, czyli jak przygotowanie do swojej przyszłej roli. W piątkowy poranek mogła też oficjalnie na cały miesiąc pożegnać ból brzucha, krwawienie i picie gorzkich ziółek, co wprawiło ją we wspaniały nastrój samo z siebie. Pogoda też dopisała, więc obudzona przez pierwsze promienie słońca, jeszcze przed śniadaniem i audiencją, w pośpiechu gryząc jabłko, pobiegła na trening do swojego wieloletniego nauczyciela walki. Pierwsze lekcje zaczęła pobierać w wieku siedmiu lat. Matka wtedy narzekała, że nigdy nie będzie z niej prawdziwej damy, skoro zamiast wyszywać, grać na skrzypcach i tańczyć woli biegać po dziedzińcu z mieczem. Ojciec udawał czasem, że gani ją za omijanie lekcji tańców balowych, ale w sekrecie był z niej dumny. I tak nauczyła się całkiem sprawnie poruszać po parkiecie, może nie jak wytrawna tancerka, ale robiła to na poziomie niebudzącym wstydu. A żadna wysoko urodzona dziewczyna nie potrafiła wykazać się takimi umiejętnościami w bezpośrednich starciach jak jego córka. Z początku Sir Wilhelm von Freudenberg, herbu Blacha, zwany na dworze po prostu Willem Blachą, emerytowany utytułowany dowódca, na zamku został ze względu na Króla i doskonalenie umiejętności rycerzy i giermków, później stał się prywatnym nauczycielem księżniczki Aleksandry. Była pierwszą kobietą, którą uczył walczyć. Od razu dostrzegł w niej spryt i zwinność, której nie mieli rycerze, używała ich jako rekompensatę siły, której po prostu nie mogła mieć przez swoją naturę i delikatną budowę. Przez lata jej mięśnie bardzo się wyrobiły, jednak nigdy nie mogła walczyć w pełnej zbroi, która była dla niej za ciężka i zbyt niewygodna. Z uwagi na to, że nigdy nie miała brać udziału w turniejach rycerskich, ani tym bardziej ewentualnych bitwach, Król zlecił wykonanie dla niej specjalnych skórzanych ochraniaczy wzmacnianych metalem w najbardziej narażonych na uraz miejscach. Ubranie okazało się stosunkowo lekkie, nie krępowało ruchów, a dziewczyna mogła w nim do woli skakać, uchylać się, wyginać i robić przewroty. Dzięki temu Freudenberg mógł trenować ją w rzadkim stylu walki używanym głównie na Wschodzie - w bliskim kontakcie, z serią sprawnych uników i z niewielkim, lekkim ostrzem.  
               Kiedy Orestes obudził się rano bez żony przy boku, wpadł w lekką panikę, a jego głowa zaczęła układać setki scenariuszy na sekundę o porwaniu księżniczki przez spiskującą na dworze grupę. Trochę czasu minęło, aż odkrył pozostawioną przy łóżku karteczkę, która mówiła, że księżniczka znajduje się na swojej sali treningowej. Szukając jej, doszedł do wniosku, że wielkość zamku i jego zakamarki lekko go przytłaczają. Na dodatek miał świadomość, że oprócz tego, co widzi, między ścianami jest jeszcze labirynt ukrytych przejść. Minął ogromne portrety rodziny królewskiej, wystawę gobelinów godnych największych pawilonów sztuki, zbiegł schodami po miękkim bordowym dywanie, pobłądził jeszcze przez moment i trafił do imponującej sali wyłożonej materacami. Patrzył przez dłuższą chwilę na żonę, która wprawnie blokowała kolejne ciosy i przechodziła do kontrataku. Poczuł się trochę głupio z tym, że obiecał jej kilka dni temu, że ją obroni przed niebezpieczeństwem. Może i uczył się kiedyś posługiwać bronią, jak każdy młody mężczyzna szlacheckiego pochodzenia, ale zasadniczo deklarował się jako pacyfista i chętnie powtarzał słowa swojego dawnego mentora, profesora Flemminga, że walka godna człowieka współczesnego to jedynie walka na słowa i idee. Postanowił te poglądy zweryfikować, bo aktualnie jego z pozoru krucha małżonka skuteczniej obroniłaby ich dwoje. On mógłby co najwyżej zostać żywą tarczą. Poza tym musiał przyznać, że patrzenie na Aleksandrę w takiej sytuacji było conajmniej przyjemne. Księżniczka wygladała wprost niezwykle w opinających ciało ubraniach i lekkiej skórzanej zbroi. Stanowiło to całkiem ładny kontrast dla jedwabi i skąpych, lnianych koszulek, w których z nim spała. Obserwował ją do momentu, aż nie odwróciła się i ich spojrzenia się nie spotkały. Wtedy zapatrzyła się z promiennym uśmiechem, a na ziemię powaliło ją wymierzone od tyłu kopnięcie w środek pleców. Siwowłosy mężczyzna z bujną brodą i twarzą przeciętą zmarszczkami i bliznami, trzymał ją przy twardej podłodze. Orestes zerwał się do biegu.
- Will, kurwa, nie z zaskoczenia - upomniała go dziewczyna.  
- Na męża popatrzysz sobie później. W walce masz być czujna. - również zwrócił jej uwagę - Wróg będzie atakował tylko z zaskoczenia.  
- Puść ją! - zainterweniował nieświadomy sprawca problemów, podbiegając bliżej. Sam przecież słyszał, że zamach na księżniczkę ma wyglądać na wypadek, a co byłoby bardziej wiarygodnym wypadkiem niż błąd popełniony podczas treningu?
- Niech sama się uwolni i mi odda. Wie, jak to zrobić. - powiedział z pewnością były wojskowy.  
I miał rację, Aleksandra wyswobodziła się z pułapki starszego, ale silniejszego przeciwnika, powaliła go na ziemię i kucając na jego plecach, przyłożyła mu ostrze do gardła.  
- I o to chodziło. - pochwalił ją mężczyzna.  
Dopiero kiedy dziewczyna go wypuściła, wstał i uścisnął rękę Orestesowi. Ten przeprosił za swoją reakcję, tłumaczył się przez krótką chwilę, ale von Freudenberg okazał się spokojnym, wyrozumiałym człowiekiem. Ona natomiast schowała ostrze, objęła męża i, według znanemu już tylko im szyfrowi, przyłożyła palec do ust. Pocałował ją. Znów pachniała wodą różaną, olejkiem z gorzkich pomarańczy, skórą i potem. Zmęczona, z włosami przyklejonymi do twarzy wygladała tak pociągająco, że miał ochotę zdjąć z niej ten strój treningowy tam, w tamtej chwili, na tamtej miękkiej podłodze. Jej wygląd i zapach budził w nim pierwotne instynkty.
- Martwiłem się.  
- Przecież nie masz powodu się martwić! Zostawiłam kartkę. Poza tym wstałam tak wcześnie, że myślałam, że zdążę wrócić do łóżka. - te ostatnie słowa wypowiedziała z sugestywnym naciskiem.  
- Zaczynają prosić na śniadanie.  
Na twarzy Aleksandry wymalowało się lekkie rozczarowanie. To nawet dobrze. Im księżniczka dłużej poczeka na to, czego nie chciała wziąć sobie w noc poślubną, tym bardziej będzie tego spragniona.  
- Will, zjesz z nami? - zaproponowała dziewczyna - Ojciec bardzo się ucieszy. No i mi będzie bardzo miło, rzecz jasna.  
- Po tym, jak na koniec dałaś się sklepać? Będzie to dla mnie zaszczyt, Wasza Wysokość.  
- Wydawało mi się, że jesteśmy kwita. - odgryzła się dziewczyna.  
- Jesteśmy, jesteśmy - poklepał ją po ramieniu - Teraz za to należy nam się kąpiel.  
- Racja. Do zobaczenia na śniadaniu, Will.  
- Do zobaczenia. Możesz na nie potruchtać, żebyś za bardzo się nie zasiedziała po tym ślubie. - roześmiał się. Księżniczka odpyskowała coś na żarty i wsunęła dłoń w rękę męża.  

                Po wyczerpującym treningu Aleksandra była niesamowicie głodna. Uwielbiała śniadanie tuż po porządnym wysiłku i chłodnej kąpieli. Nałożyła sobie na talerz dwa gryczane naleśniki z waniliowym twarogiem, świeżą brzoskwinię przekrojoną na pół i pozbawioną pestki, połówkę dużej gruszki,  a na początek nałożyła sobie do miseczki migdałową owsiankę. Jedząc, ku pewnym niezadowoleniu matki, opowiadała jej o pierwszym treningu od czasu przygotowań do ślubu. Po tym, jak zjadła owsiankę do ostatniego kęsa, zabrała się za gruszkę. Była cudownie chrupiąca, z samego rana musiała jeszcze wisieć na drzewie w dworskim sadzie. Brzoskwinia była równie wspaniała, a gryczane naleśniki dały jej pewność, że nie zgłodnieje aż do obiadu. Czuła się i fizycznie, i mentalnie gotowa na pół dnia królewskiej audiencji. Spojrzała na męża, który pił czarną kawę i trochę nieśmiało skubał kawałek ciemnego chleba.  
- Wydajesz się zmartwiony. - powiedziała cicho księżniczka między ostatnimi kawałkami naleśnika.  
- To wrażenie. - odparł Orestes z uśmiechem i pociągnął kolejny łyk kawy. Zorientował się, że od dnia ślubu nie miał w ustach fajki, odrobinę zatęsknił. Podczas pracy nad sprawą lubił palić, a aktualnie czuł, że jest na tropie. W pokojach prawników w sądowych budynkach zawsze unosiły się kłęby dymu, dynamiczny szmer rozmów i ciche skrobanie piór o papier.  
- Zobaczymy się dopiero po audiencji.  
- Będę czekał z niecierpliwością. - zapewnił i potarł kciukiem jej policzek. Już niemal odczuwał skutki jej nieobecności, ale całkiem się ucieszył z czasu, który będzie mógł spędzić rozglądając się po zamku. Nie wiedział dokładnie, na co mógłby trafić, ale wiedział, że warto będzie poszukać czegokolwiek.  
                Przed samym wyjściem na otwartą dla interesantów salę, gdy znaleźli się sami, Aleksandra wzięła sobie jeszcze jeden pocałunek na szczęście i zniknęła za ciężkimi wrotami. W tym momencie przyszedł czas na rozejrzenie się. Szedł przez chwilę bez specjalnego celu, ciężko było ustalić punkt startowy. W końcu uznał, że zacznie od korytarza, w którym pierwszy raz podsłuchał rozmowę spiskowców. Nie potrafił dokładnie powiedzieć, który to był korytarz, więc krok po kroku odtworzył swoją trasę z tamtego wieczoru. W końcu zauważył dość charakterystyczny portret starej matrony o gniewnym spojrzeniu ubranej w bogato zdobiony strój. To niedaleko niego stał, kiedy usłyszał tamte głosy. Skręcił w prawo. To musiało być to miejsce. Korytarz był raczej ciemny i wąski, odbijały od niego kolejne odnogi, było wyjście na klatkę schodową - prosta droga ucieczki. Orestes ważył kroki, rozglądał się uważnie i trochę żałował, że nie ma ze sobą lampy. Mimo jej braku jego wzrok przykuł pewien błyszczący w resztkach światła przedmiot. Podniósł go uważnie. Był to złoty, rzeźbiony guzik w kształcie głowy ryczącego lwa. Wyglądał na element płaszcza, był bardzo solidny, dość ciężki. Oczy zwierzęcia wykonane były z opalizujących kamieni szlachetnych. Ozdoba była tak charakterystyczna, że jeśli ubranie posiadało takich guzików więcej, było sto procent szans na jego właściwą identyfikację. Pamiętał opowiadaną na wykładzie sprawę mordercy, który pozostawił na miejscu zbrodni wprost niepowtarzalny rubinowy kolczyk. Fakt, że lubił nosić również dobrany do kompletu pierścień, a u miejskiego jubilera poprosił o wykonanie kopii drugiego kolczyka, doprowadził do jego ujęcia i skazania. Brak dbałości o najmniejsze detale zawsze gubił przestępców, teraz nie mogło być inaczej.  
Schował guzik do kieszeni i podążył jednym z korytarzy. Z początku wydawał się ślepy, jednak jeśli go słuch nie mylił, tamci mężczyźni rozeszli się w dwie różne strony. Na końcu zobaczył wysoki, choć dość wąski regał z ułożonymi na nim książkami. Może i naczytał się w dzieciństwie za dużo powieści, ale był wprost przekonany, że jeśli poruszy właściwą, regał wpuści go do tajemnego przejścia, którymi zamek musiał być naszpikowany. Na kilka chwil stracił to przekonanie, ale serce niemal wyskoczyło mu z piersi, kiedy po pociągnięciu malutkiego tomiku cały mebel zaczął się odsuwać. Dalej też ciągnął się korytarz prowadzący do czegoś, co wyglądało jak mała ręczna winda. Był to prosty mechanizm. Osoba, która chciała sama skorzystać z windy lub coś nią przetransportować, musiała przesuwać ją wzdłuż szybu ciągnąc w dół lub w górę grubą linę zawieszoną na kołowym zawiasie. Orestes westchnął z nadzieją, że winda jest gotowa na transport niemal dwumetrowego mężczyzny, przykucnął na drewnianym podeście i zaczął narzucać linę na kołowrotek. W towarzystwie cichego skrzypienia podążył w dół.  
               Znalazł się w kolejnym korytarzu, tym razem na jego końcu znajdowały się zwykłe drzwi. Były otwarte. Prowadziły do małej czytelni, wygladała na prywatną i z pewnością nie była zapomniana. W pomieszczeniu nie było kurzu, ktoś regularnie używał mebli i książek. Ostrożnie przeszedł przez pomieszczenie, lustrując je wzrokiem. Stosik książek powiedział mu niewiele, było to kilka klasycznych romansów, jedna z nich była otwarta. Za to na stole obok niej zobaczył kartkę zapisaną odręcznym pismem, bardzo ozdobnym, wyglądało raczej na kobiece. Była to niewiele znacząca informacja, raczej przeznaczona dla samej przesiadającej tu osoby i napisana przez nią samą, żeby stawiła się na wcześniejszej kolacji. Kolację podawano wcześniej dwa dni temu, żeby ugościć ambasadora jednego z krajów Wschodu. Pomieszczenie musiało być więc niedawno używane. Głosy, które słyszał na korytarzu były męskie, jednak pismo i dobór literatury wskazywałyby raczej na młodą kobietę, jedną z księżniczek, Królową lub którąś z dam dworu. Schował kartkę do kieszeni obok guzika. Musiał jedynie poprosić jedną z dworzanek o napisanie czegoś, miałby wtedy znaczący dowód w swojej sprawie. Stąpając ostrożnie, niczym kot podczas polowania, wyszedł z pomieszczenia frontowym wejściem. Na przeciwko czytelni znajdowały się kolejne drzwi. Już chciał sprawdzić, czy są zamknięte, gdy się otworzyły. Orestes stanął twarzą w twarz z księciem Ormem de Ligne. Poczuł, że blednie.  
- Co tu robisz? - spytał podejrzliwie książę, świdrujące spojrzenie szczurzych oczu było niekomfortowo badawcze.  
- Zwiedzam zamek. - odparł Orestes z udawanym spokojem.  
De Ligne uśmiechnął się, ciężko było określić, czy szczerze, czy nieszczerze. Stawiał raczej na to drugie, jednak całkowitej pewności nie miał.  
- Też musiałem się nabłądzić. - powiedział w końcu - Byłeś w czytelni mojej żony, jak widzę? Anna chowa się tu czasem, kiedy służba usypia naszego syna. Dziecko bardzo często płacze.  
Gdyby Orestes tak bardzo nie obawiał się męża szwagierki i był z nim w dobrych stosunkach, odparłby pewnie, że dziecko płacze z tęsknoty za rodzicami, a każda najdrobniejsza czynność przy nim nie powinna być spychana na służbę, ale zamiast tego uśmiechnął się z udawanym zrozumieniem.  
- Drzwi były otwarte. Nie wiedziałem, że to prywatne pomieszczenie.  
- Król zbudował je dla Anny, ale ona nie ma nic przeciwko odwiedzinom.  
- To dobrze się składa.  
- Nie słyszałem, jak otwierasz drzwi. Na przeciwko mam gabinet, a od raportów z huty odrywa mnie każdy szmer. - powiedział z lekkością, jednak pytanie samo w sobie miało drugie dno. Chciał sprawdzić, czy nowy książę przypadkiem nie odkrył korytarza i ukrytej windy.
- Chodzę i zamykam drzwi bardzo cicho, wyniosłem to z domu. Moja matka miała bolesne migreny.  
- Rozumiem, moja też miała z tym problemy. Kobiety, prawda? - uśmiechnął się.  
- Dokładnie. - Orestes odpowiedział uśmiechem i po chwili dodał, że idzie zwiedzać dalej, zanim Aleksandra skończy swoje obowiązki.  
Znów poczuł, że ruszył śledztwo do przodu. Książę de Ligne był niemal niezaprzeczalnie jedną z głów spisku. Idąc po korytarzu, minął się z wysokim mężczyzną, którego wcześniej nie widział. Nieznajomy był podobnego wzrostu co on, miał gładko zaczesane rude włosy poprzetykane nitkami siwizny krzaczastą brodę tego samego koloru i eleganckie ubranie. Skłonili się sobie, jegomość nagle się zatrzymał.  
- Wasza Wysokość, jak mniemam? - spytał.  
- Ja? To musi być pomyłka…
- Przecież poznaję - uśmiechnął się, a zmarszczki wokół oczu utworzyły przyjazne linie - Książę Orestes van Enkemann, mąż jaśnie księżniczki Aleksandry II.  
- Tak, to prawda. Nie przywykłem…
- Gratuluję. - mężczyzna uścisnął mu dłoń i poklepał po ramieniu.  
- Dziękuję. - wydukał.  
- Wraca Wasza Wysokość od księcia Orma de Ligne?
- Mijałem go.  
- Jest u siebie?  
Orestes skinął głową potwierdzająco. Nieznajomy znów się uśmiechnął i puścił jego dłoń. Odwrócił się i podążył w kierunku gabinetu na końcu korytarza. Ciężko było określić co, może był to po prostu prawniczy i mężowski instynkt, ale obcy mężczyzna również zaczął wydawać się podejrzany.  

               Z żoną spotkał się dopiero przy kolacji. Aleksandra nie szczędziła mu dyskretnych czułości, co z chęcią przyjmował i nie pozostawał jej dłużny. Jedli niewiele i dość pospiesznie, a kiedy tylko uprzejmie było wstać od stołu, kobieta pociągnęła go za rękę w kierunku sypialni.  
- Muszę cię o coś spytać - zaczął, przerywając jej pocałunki, kiedy znaleźli się już za drzwiami.
- Tak, jestem gotowa. Nie przerywajmy tego… - szepnęła, rozpinając jego koszulę. Czuła wilgoć między udami, rumieńce wychodzące na twarz i ciepło w lędźwiach. Jej sutki zaczynały twardnieć z podniecenia.  
- Przepraszam, ale to istotne.  
- Coś jest istotniejsze od nas w tej chwili? - zamruczała i sama zaczęła zdejmować swoje ubranie.  
- Powiedzmy, że moja ciekawość.  
- Kurewsko istotne, ale porządku. - odpuściła i skrzyżowała ręce na piersi, miała bardzo zniecierpliwioną minę - O co chodzi?
- Spotkałem dzisiaj pewnego człowieka, szedł na rozmowę z twoim szwagrem…
- Ormem de Ligne?  
- Tak.  
- Jak wyglądał?  
- Wysoki, rude włosy, broda, dobrze ubrany…
- Znam go. - odparła z pewnością - To Arsen van Kasteel, szlachcic, handluje węglem i drewnem na większym obszarze kontynentu, osobiście uważam go za kanalię pokroju Orma. Możemy już iść do łóżka?  
- Powiedz jeszcze dlaczego jest aż tak niegodny twojego zaufania.  
- Rucha królewski skarbiec tak, jak teraz ty powinieneś mnie. - wbiła zaczepnie szpileczkę i spojrzała na niego wyzywająco.  
- Możesz jaśniej? - nacisnął. Zmarszczyła brwi ze zniecierpliwienia.  
- Jestem prawie pewna, że nie wykazuje wszystkich dochodów przed Najwyższą Izbą, ojciec nawet prosił Jakobsena o dokładne analizy ksiąg rachunkowych jego kompanii handlowej, ale nie ma dowodów na okradanie skarbca, nie ma czego się chwycić. Tylko niemożliwe jest, żeby kompania wysyłała tyle okrętów, dobijała tyle targów i jednocześnie miała tak mały dochód. Wykazują niesamowite ilości bzdurnych strat. W zeszłym miesiącu zatonęły podobno cztery statki z drogim towarem. O takich zaginięciach jest głośno od kiedy prasa się rozsierdziła i śledzi wszystko. O tym jakoś milczeli. A tłumaczenia, że stało się to w nocy do mnie nie przemawiają.  
Orestes słuchał z uwagą. Nawet głęboki dekolt żony nie był w stanie go rozproszyć. Arsen van Kasteel miał silny motyw, żeby dobrać się niepokornej przyszłej władczyni do skóry.
- Najgorsze jest to - ciągnęła - że Lwy to ród znany z tego, że oszukują kiedy mogą. W ten sposób dorobili się całego majątku. A uwierz mi, jest ogromny.  
- Czekaj… Lwy? - Orestes wystraszył się, że niespokojne bicie jego serca jest wręcz słyszalne z odległości, w której stała dziewczyna. Widział już dziś lwa. Na guziku, który spoczywał w kieszeni jego płaszcza.  
- Tak - Aleksandra spojrzała na niego przenikliwie, z uniesioną brwią - ród van Kasteel ma w herbie Ryczącego Lwa.  

                                ——

               Finnley Jakobsen był z natury samotnikiem, a bycie naczelnym pracownikiem Królewskich Służb Specjalnych i przedstawicielem Najwyższej Izby Rady nie pomagało w nawiązywaniu romansów. Każda osoba, którą wpuściłby do swojego życia w pełni, byłaby zagrożeniem dla jego w większości utajnionej działalności. Trening, który odebrał kazał stawiać służbę wywiadowczą na pierwszym miejscu.  Myśl, że burdele powstają i utrzymują się dzięki takim ludziom jak on była lekko przygnębiająca. Był ponadprzeciętnie inteligentnym, i też ponadprzeciętnie przystojnym mężczyzną, pochodził z Północy, dość dalekiej, więc jego wygląd zwracał w tych stronach uwagę. Miał co prawda wrodzoną rezerwę, ale jego chłodne usposobienie topniała wraz z bliższym poznaniem. Głównie ze względu na dobro pracy pozostawał sam.  
                Piątkowe wieczory lubił natomiast spędzać w czyichś objęciach. Dzięki wysokiej pensji mógł sobie na takie przyjemności pozwalać dość regularnie. Lubił stałość i nie przepadał za niespodziankami, korzystał więc zawsze z tego samego domu publicznego, dość drogiego, ale z wysokimi jak na taki przybytek standardami. Mógł wybierać spośród kilkunastu kobiet i mężczyzn, co również sobie cenił. Skrzętnie ukrywał tę część swojej natury, mało kto spodziewałby się ujrzeć perfekcyjnego i zawsze profesjonalnego Jakobsena w objęciach dziwki, i do tego męskiej. Mimo szerokiego wachlarza opcji oferowanego przez ten dom, spotykał się regularnie tylko z dwiema prostytutkami - Almą i Emiliem. Wiedział, że nie są to ich prawdziwe imiona, z ciekawości sprawdził ich akta. Emilio nazywał się w rzeczywistości Dario Conte, co na języku brzmiało znacznie lepiej i bardziej uwodzicielsko niż przybrany pseudonim. Miał dwadzieścia jeden lat, Finnley poznał go, gdy miał zaledwie dziewiętnaście. Wychował się w sierocińcu, matka była zakonnicą, ojciec był nieznany, z pewnych doniesień wynikało, że mógł nim być ukochany dziewczyny z kryminalną przeszłością, przez którego została odesłana do zakonu. Nigdy nie wiodło mu się dobrze, dopiero prostytucja przyniosła mu względnie wygodne życie. Obsługiwał wyłącznie bogatych mężczyzn. Miał jedwabistą w dotyku, lekko opaloną skórę, bardzo szczupłe ciało i ciepłe, miękkie i doskonale wilgotne usta. Długie, ciemne włosy i wachlarz rzęs dodawały mu kobiecego wyrazu, który bardzo pociągał Finnleya. Widać było, że lubił to, jak klienci zachwycali się jego pięknem, każdy jego ruch zdawał się zaplanowany i przemyślany tak, aby wzbudzać pożądanie. Zdecydowanie działało.  
               Dzisiejszą noc Jakobsen postanowił jednak spędzić w objęciach Almy. Pod tym imieniem kryła się Amelia von Vasser, dwudziestopięciolatka ze szlacheckim nazwiskiem po byłym mężu, które życie miała całkiem dobre aż do momentu, kiedy została wydana za mąż za bogatego plantatora winogron z Południa, który często ją bił. W aktach były jej zgłoszenia do straży, skarżyła się na przemoc. Później słuch po niej zaginął, mąż założył, że uciekła lub nie żyje. Najwyraźniej niezrozumiana przez rodzinę, uciekając przed mężem trafiła do domu rozkoszy, w którym mieszkała od trzech lat. Miała całkiem szlachetną urodę, jasną cerę, czerwone usta, niebieskie oczy i długie, brązowe włosy spływające kaskadami po ramionach i plecach. Żartowano czasem na mieście, że wygląda jak całkiem udana kopia księżniczki Aleksandry II. Finnley nie mógł się z tym do końca zgodzić - Alma miała znacznie większe piersi, ale Aleksandra była znacznie piękniejsza, a do tego księżniczka zapewne nie była tak uległa w sypialni. Mimo wszystko, Almę znalazł i upodobał sobie właśnie przez to uderzające podobieństwo.  
               Finnley Jakobsen zasadniczo się nie zakochiwał, jednak o następczyni tronu myślał często. Uważał, że pożądał jej jedynie fizycznie, jednak zaprzątała mu głowę nie tylko wtedy, kiedy leżał w pościeli tuż przed snem. Lubił myśleć, że spojrzenia, które zdarzało mu się przechwytywać były przeznaczone dla niego. Udział w spisku przeciwko dziewczynie przyszedł mu, niestety, dość naturalnie i trafił się przypadkiem - został poproszony o informacje przez lorda Hektora Bedlinga i zanim się zorientował, został wmanewrowany w układ. Może to i dobrze, skoro księżniczka i tak wyraźnie czuła coś do swojego męża? Spiskowcy mogli usunąć z zamku ten element, który odrywał jego myśli od pracy, i który niedawno dołożył mu na głowę kolejne uczucie - zazdrość. Nigdy nie mógłby mieć Aleksandry, wiedział o tym bardzo dobrze i było to dla niego dość bolesne, przynajmniej na początku. A teraz jeszcze księżniczka wszędzie ciągała za sobą tego miejskiego prawniczynę niczym urocze szczenię, z którym nie chciała się rozstawać. Męczyło go to, chociaż  satysfakcją korzystał więc z jej dobrej, lecz znacznie marniejszej od oryginału kopii. Kiedy czekał na Almę w wygodnym łożu w burdelowej sypialni z ciężkimi zasłonami i zdobionymi ścianami, myślał już o tym, jak dobra będzie ta noc. Potrzebował wejść już w jej mokrą szparkę i szarpnąć za brązowe włosy. Zamierzał wyobrazić sobie przy tej okazji całkiem inną szparkę i zupełnie inne, choć równie ciemne włosy.  
                W progu zamiast Almy stał jednak Emilio, co nie do końca spodobało się Jakobsenowi.  
- Co z Almą? - spytał zamiast powitania.  
- Gorzej się czuje. Madamme Bradbury mówiła, że zwykle jest ci dość obojętnie, które z nas zamawiasz, a ja byłem wolny. - chłopak błysnął białymi zębami i powoli rozwiązał jedwabny szlafrok barwiony na wzór pawich piór.  
- Nie dziś. - odparł Finnley, nadal z surowym wyrazem twarzy - Poprosiłem o towarzystwo Almy.  
- Mam wyjść? - spytał Emilio tonem słodkim i ciepłym jak płynny karmel. Wszystko wskazywało na to, że jednak nie chce wyjść.  
- Skoro już jesteś…  
Szlafrok opadł na ziemię odsłaniając smukłe, dokładnie wydepilowane ciało. Umysł Finnleya mógł być odporny na wdzięki chłopaka, ale jego męskość zaczęła reagować. Emilio może nie był Almą, ale miał równie zwinne, o ile nie lepsze usta. Posłusznie otulił nimi twardniejącego penisa, który twardniał i stopniowo rósł. Był to jeden z tych, który miękki wyglądał nieszczególnie interesująco, ale w pełnym wzwodzie potrafił skusić.  
               Seks z Jakobsenem był przyjemnością, chociaż nie mógł zaliczyć go do swoich ulubionych klientów. Miał w sobie zbyt wiele z maszyny. Nie okazywał uczuć, interesowała go wyłącznie własna satysfakcja, każde zbliżenie było schematyczne. Nawet jeśli Emilio chciał przełamać schemat i zmniejszyć dystans między nimi zmieniając pozycję, on ustawiał go i brał niemal zawsze tak samo. Nie można było jednak odmówić mu tego, że jego kutas był przyjemny, o średnich, ale zadowalających wymiarach, a właściciel potrafił się nim posługiwać. Wbrew pozorom, często można było liczyć na orgazm za jego sprawą. Almę podobno z jakiegoś powodu traktował z większym sentymentem, o co był lekko zazdrosny. Nie wiedział, czy chodzi o względy samego Jakobsena, czy o to, że był jedynym klientem, który nie czuł przy nim zachwytu.  
- Nie zwalniaj - upomniał go mężczyzna i przyciągnął jego głowę bliżej swojego krocza. Klęczał na łożu, a Emilio pochylał się na kolanach do wyprężonego fiuta. Chłopak prawie się zakrztusił, ale bez znaku protestu pozwolił na głębszą penetrację gardła. Ich spojrzenia spotkały się.  
Później na zmianę miał męskość w ustach i wypuszczał ją z wręcz wulgarnym odgłosem cmoknięcia, lizał, śliniąc go przy tym obficie, ssał, pomagał sobie ręką. W przerwach pieścił jądra. Czasem bawił się nią przez moment, uderzając nią o usta, obiecując coś więcej i cofając, aż nie doprowadził tym swojego klienta na skraj irytacji. Kiedy tamten był już blisko, znów brał w usta. Zaczynał od główki i schodząc w dół trzonu, potrafił pochłonąć całego fiuta, nawet najbardziej pokaźnego. Poruszał głową w górę i w dół. W końcu Finnley przestał się hamować, zaczął rytmicznie posuwać usta chłopaka.  
                Chwilę przed szczytem rozproszyło go pukanie do drzwi. Zaklął i postanowił zignorować irytujący dźwięk, dokończyć w ustach Emilia, a później poprosić o niezakłócanie spokoju w przyszłości. Zobaczył jednak kątem oka, że przez szparę pod drzwiami wpadła mała, biała koperta. Odciągnął chłopaka za włosy i szybkimi susami pokonał odległość między łożem a wejściem do sypialni. Złamał lak z pieczęcią w kształcie kołowrotka i odczytał nakreśloną na kawałku papieru wiadomość: „Piesek księżniczki węszy w zamku. Wypuść swoje ogary na zwiady.”
- Emilio, masz wolny wieczór. - rzucił.  
- Nie chcesz dokończyć? Masz mnie przecież na wyłączność… - młody mężczyzna wypiął się kusząco. W innym przypadku Finn prawdopodobnie uległby temu urokowi i obietnicy zaspokojenia się w jego ciasnym otworze. Nie tym razem. Sprawy nabierały niebezpiecznego obrotu. Zaczął machinalnie, ale nie bez elegancji narzucać na siebie ubrania.
- Nie. Wybacz, wzywają mnie sprawy zawodowe.  
Zaledwie kilka minut później był już na zewnątrz. Nic nie mogło wymknąć się spod kontroli. Przynajmniej nie bez jego przyzwolenia.

9 komentarzy

 
  • nefer

    Jak zwykle  scena erotyczna (tutaj niekoniecznie klasyczna) na wysokim poziomie. Intryga sensacyjna - od miłości do nienawiści jeden krok, podobne sytuacje zdarzały się nie raz, psychologicznie sytuacja nie budzi więc żadnych zastrzeżeń. Język - sporo fragmentów, w których roi się  od czasownika "być". Pozdrawiam.

  • Wariat102

    Ja to nadal czekam :)

  • damapik

    @Wariat102 jestem trochę pochłonięta przez obowiązki, ale już na szczęście powoli dają mi spokój ;) Dziękuję za cierpliwość!

  • Wariat102

    Mocno czekamy!

  • Wariat102

    👀 ⏳

  • choc

    Służby ?
    Oj.
    Jeśli młody książę,nie wciągnie kogoś do pomocy,to po nim.
    A tym bardziej krucho z księżniczką.
    Tym bardziej,czekam z niecierpliwością.

  • Gaba

    A wracając do akcji - £oj będzie się działo, coś tak czuję, że iskry będą się sypać.....! £oj będzie ostro.....!
    Pozdrawiam Cię i o poziom jestem dziwnie spokojny, nie zawiedziesz!

  • damapik

    @Gaba mam nadzieję, że nie zawiodę!

  • Gaba

    💪👋👍👋 Nie - sa - mo - wi - te!

  • TakiJeden

    Z odcinka na odcinek, opowiadanie to staje się coraz bardziej interesujące, z różnych względów.
    Trudno jest np. określić gatunek literacki, bo występują tu wątki miłosne i erotyczne, historyczne, przygodowe i kryminalne, obyczajowe.
    Kolejną kwestią jest określenie ram czasowych wydarzeń. Wspomniane turnieje rycerskie sugerują średniowiecze i początek renesansu, natomiast wykorzystywanie węgla i handel nim czasy jeszcze późniejsze.
    Miejscem akcji, z dużym prawdopodobieństwem, jest jakiś kraj (królestwo) w Europie zachodniej. Ale gdzie konkretnie? Patrząc na nazwiska postaci, a zwłaszcza ich tytuły i przyimki mogły by to być:
    Anglia (sir), Niemcy (von), Francja (de) lub Flamandia (van).
    To wszystko sprawia, że oprócz głównej intrygi i relacji obojga bohaterów opisanych świetnym, pięknym językiem, cała ta otoczka dodaje smaczku temu niezwykle ciekawemu opowiadaniu.
    Po raz kolejny szczere wyrazy podziwu dla Autorki.

  • damapik

    @TakiJeden nie sądziłam, że moje opowiadanie doczeka się tak dogłębnej analizy - bardzo ci za nią dziękuję! Tak jak wspominałam wcześniej, nie chciałam wpisywać się w konkretne ramy czasowe ani kraj (kto powiedział, że obowiązujące dziś granice zostały zachowane? 😉 Podpowiem tylko, że na mapie w mojej głowie krajów jest znacznie mniej, za to są zdecydowanie większe), ponieważ obowiązywałaby mnie wówczas większa historyczna poprawność, a tu mogłyby zdarzyć się wprost rażące potknięcia. Musicie się w takim razie pogodzić z tym, że będzie spore zamieszanie w tej kwestii, ale to wszystko w trosce o wrażliwego czytelnika.

  • TakiJeden

    @damapik
    Ta "dogłębna analiza", jak nazwałaś moje wywody, to z mojej strony jedynie zabawa, czy też wprawka intelektualna.
    Rozumiejąc doskonale Twoje swobodne potraktowanie wszelkich realiów tego opowiadania pozwoliłem sobie na próbę osadzenia akcji w jakimś konkretnym czasie i przestrzeni.
    Oczywisty jest Twój pomysł odstąpienia od wszelkich konkretów, bo to tylko podnosi atrakcyjność tego doskonale pisanego opowiadania. Tak smakowitego, że z utęsknieniem czeka się na kolejne (oby jak najliczniejsze) odsłony.

    :bravo:

  • damapik

    @TakiJeden jak zwykle patrzysz na mnie zbyt łaskawym okiem ;)

  • AlexAthame

    Dziwne, że Jakobsen dał się namówić do udziału w spisku, skoro jakiejś jego części, księżniczka Aleksandra nie była obojętna. Niestety w historii znane są spiski i te inne sprawy, o których uprzedziłaś, również. Jak czytam te opowiadanie, to przypomina mi się, zupełnie bez powodu, królowa Krystyna. Aleksandra nie miała aż tak rewolucyjnych teorii, jak królowa Szwecji. Z Twojego opowiadania ciężko się zorientować jakie czasy opisujesz. Z pewnością nie było jeszcze telefonu komórkowego. Pozniej niż średniowiecze, ale wcześniej niż wynalezienie lokomotywy, ale handel węglem już coś sugeruje. Czytam nieuważnie i powinienem to wiedzieć? Gdybyś opisała rodzaj broni palnej używanej w tych czasach, to byłoby łatwiej. Na razie jeden rodzaj broni opisujesz :smiech2:

  • damapik

    @AlexAthame nie chciałam osadzać opowiadania w konkretnych czasach ani konkretnym kraju - imiona i nazwiska głównych bohaterów też mają pochodzenie holenderskie, norweskie, niemieckie, rosyjskie… Tak po prostu, żeby nie sugerować konkretnego punktu w historii. Broni palnej nie ma, ale huta opala piece węglem. I tak dalej. Mam nadzieję, że rozwiałam wątpliwości ;)

  • AlexAthame

    @damapik Dziękuję. To równie dobrze mogłaby być Ziemia z równoległych światów. Rozumiem, że to fikcja, ważne dla Ciebie jest przedstawienie zachowań, motywów, może odczuć bohaterów. Zachowują się jak ludzie. Tak jak każdy autor masz władzę nad Swoimi postaciami. Możesz ich zranić, zabić, uratować. W każdym razie ciekawie to prowadzisz. ;)