Miłość, przyjaźń i inne ustrojstwa - 18

Niedziela:

Leżałam na brzuchu rozłożona jak żaba na mrozie. obudziło mnie uczucie okrutnego gorąca. W ustach miałam Saharę i posmak zeżartego bez soli starego trampka. Głowa chciała mi zaraz eksplodować. Nie miałam ochoty otwierać oczu, więc tego nie zrobiłam. Cierpliwie grzebałam w myślach i próbowałam przypomnieć sobie wrażenia z minionej nocy.

Na wspomnienie sekscesów na mojej twarzy wykwitł szeroki uśmiech. Pamiętałam, że później przyszły te chamy i prostaki, i zamiast fajnej po seksowej konwersacji z Niebieskookim, miałam zbyt mocną libację alkoholową z tymi łajdakami. Nie przypominałam sobie kiedy poszli. Kuźwa. Jak mój mózg ciężko pracował.

Skoro i tak już nie dane było mi spać, otwarłam oczy. Na przeciwko mojej znajdowała się twarz Rafała. Spał z uchylonymi ustami, ale nie chrapał. Zaleciało mi coś o nieprzyjemnym zapachu. Przysunęłam dłoń do ust i chuchnęłam na nią. Zapach, który poczułam ewidentnie pochodził z wnętrza starego trampka. Powolutku i ostrożnie odsunęłam się od niego(Rafała, nie zapachu trampka) na bezpieczną odległość i zwlekłam swoje zwłoki z łóżka. Nie wiem jakim cudem nie doszło do zabrudzenia ścian moim mózgiem. Widocznie mam twardą czachę i dlatego moja głowa nie eksplodowała z bólu. Gibało mną jeszcze na wszystkie strony pięknego świata. Losie! Nigdy więcej takiego mieszania alkoholu. A pfe!

Pozbierałam swoje porozrzucane rzeczy i poczłapałam do łazienki. Pod prysznicem od razu zrobiło mi się lepiej. Przepłukałam przy okazji usta wodą, co przyniosło ogromną ulgę. Podpieprzyłam Błażejowi trochę szamponu i żelu pod prysznic, żeby się dokładnie umyć.

Ciuchy naciągnęłam na mokre ciało. Postanowiłam się nie przejmować, że moja odzież wyglądała jak z gardła wyjęta i że momentalnie zrobiła się mokra od moich niewytartych włosów. Pożyczyłam też szczoteczkę do zębów Grubego i wyszorowałam kły. No, przynajmniej już tak bardzo nie zabijałam oddechem, chociaż na pewno nadal waliło ode mnie wódką. Tego zapachu nie szło niczym zamordować.

Przerzuciłam sobie przez ramię koszulkę Rafała, tą w której tu przyszłam, i poczłapałam boso do kuchni. Przegrzebałam Błażejowi lodówkę w poszukiwaniu czegoś nadającego się do picia, co nie było alkoholem. Nie znalazłam nic. Zaczęłam więc przeglądać szafki i zdobyłam wodę mineralną. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Poczłapałam z fantem do pokoju na nikogo nie natrafiając po drodze. Rozczesałam mokre pasma włosów i chciałam się po cichu położyć obok Niebieskookiego, żeby go nie budzić. W końcu tak słodko się ślinił przez sen. Niestety nie udało się. Otworzył i wytrzeszczał na mnie zaspane oki. Na mojej twarzy w ułamku sekundy pojawił się szeroki uśmiech.

- Chcesz wody? - zapytałam go.

- Jeszcze się pytasz? - Mruknął.

Uśmiechnął się i przyciągnął mnie do siebie. Wypił mi z jedną trzecią butelki mojej kradzionej wody i pocałował namiętnie.

- Przytul mnie - poprosił.

Tak też zrobiłam. Gadaliśmy o wczorajszym wieczorze, zeby wzajemnie uzupełnić luki w pamięci. Okazało się, że towarzystwo wyszło od nas, gdy słoneczko było już na niebie. Grubego właściwie wynieśli, bo zaliczył zgon w fotelu. No i Rafał pocałował mnie przy wszystkich. Kuźwa, dobrze że to akurat sama sobie przypomniałam, bo trochę obciach, żeby takich rzeczy nie pamiętać. Zerknęłam na telefon. Dochodziła dziewiąta. Rany, nie dziwne, że się czułam jak się czułam. Powinnam spać przynajmniej do piętnastej.

- Głodna? - Wyszeptał mi do ucha wyrywając mnie z myśli.

Zjadłabym cię baranku, ale przy moim samopoczuciu bardzo szybko bym cię zwróciła z powrotem. Swoją drogą interesująco wyglądałby taki wymemlany.

- Nie jadam jak mam kaca i umieram.

Popatrzyłam mu w oczy. Nawet nie próbował ukryć rozczarowania.

- To chodź, pomożesz mi przy śniadaniu - oznajmił.  

Wstał i wyciągnął w moją stronę rękę.

Teraz zgadł. Nie marzyłam o niczym innym, jak tylko oderwać bolącą głowę od poduszki, żeby mu śniadanie zrobić. No litości. Kucharz był dziś ze mnie jak z chuja kontrabas.

- To ja mam lepszy pomysł. Ty idź kucharzyć, a ja tu sobie zostanę i będę trzymała za ciebie kciuki, żebyś sobie palca nie amputował, albo żebyś kogoś nie otruł - mruknęłam i wtuliłam głowę w poduszkę, żeby ukryć uśmiech.

Bezczelne bydle zwlekło mnie za nogę z wyrka i zaciągnęło do kuchni, wlekąc po posadzce. Nie żebym wiedziała czemu, ale wydało mi się to strasznie zabawne. Może dlatego, że on się śmiał? Miał strasznie zaraźliwy rechot. Przynajmniej na koniec pomógł mi się pozbierać i ulokować na krześle. Kiedy otworzył lodówkę uświadomiłam sobie, że prawie wszystko zostało zeżarte w nocy. Jego zaskoczona mina była bezcenna. Zaczęłam się chichrać.

- No, to smacznego. Naprawdę nie musisz się ze mną dzielić. Tylko się nie przejedz - docinałam mu w najlepsze.

Nie podarował mi tego. Przystąpił do łaskotania mnie, a ja już dosłownie wyłam ze śmiechu. Spadłam z krzesła, a ten głupi złamas nie zaniechał tortur. Cham! Sadysta! No, po prostu gnojek! Kiedy w końcu skończył znęcać się nade mną, obydwoje ciężko dyszeliśmy, a uśmiechy nie schodziły nam z twarzy. Uklęknął obok mnie, przyciągnął do siebie i pocałował. Miałam go ochotę w tym momencie zgwałcić. Jednak ból głowy skutecznie mnie zniechęcił.

Podniósł mnie z podłogi i razem przykleiliśmy się do lodówki. Marchewki, pietruszki, por i seler. A w zamrażarce mój "lód do whisky" i jakieś Bóg wie co to. Tego drugiego woleliśmy nie ruszać. Czy Gruby jadał wyłącznie rosół!? Zaczęłam przeszukiwać szafki. Trzy opakowania makaronu, napoczęta mąka, cukier, olej, Vegeta, sól, przyprawa do kurczaka, kasza jęczmienna, cebula i kilka ziemniaków. Szaleństwo.

- Może zrobimy krupnik? No, chyba że wolisz rosół, przecież dziś niedziela - popatrzyłam na Niebieskookiego.

- Z tym krupnikiem to wcale nie jest taki głupi pomysł - uśmiechnął się do mnie, a moje serducho od razu zabiło szybciej.

Wyjęłam ten nieszczęsny (ten sam, z którego wczoraj kpiliśmy) kawałek kurczaka z zamrażarki, umyłam, wrzuciłam do garnka, zalałam wodą i nastawiłam. Rafał w tym czasie zaczął obierać warzywa, więc się zabrałam za odmierzanie kaszy. Rzuciłam w niego jednym ziarenkiem. Nie zauważył. Rzuciłam kilkoma. Uśmiechnął się, a jego brwi powędrowały do góry. Odsypałam powolutku szklankę, a skoro nie zwracał na mnie uwagi, znowu w niego rzuciłam. Pokręcił głową i próbował powstrzymać uśmiech. Odsypałam drugą szklankę. I znowu w niego rzuciłam kilkoma ziarenkami. Zerwał się z krzesła, więc spieprzyłam z torebką kaszy w łapie. Znowu zaraził mnie śmiechem i obydwoje rechotaliśmy. Wykorzystując okazję, że znaleźliśmy się po przeciwnych stronach ławy w salonie, sypnęłam go znowu kaszą. Tym razem był szybszy i nie udało mi się nawiać. Wyrwałam mu się po chwili, ale sypki prowiant pozostał w jego łapkach. Wbiegłam z powrotem do kuchni i znów między nami był stół. Tym razem to on mnie zaatakował tym sypkim szajsem. Kretyn sypnął we mnie całym opakowaniem!!! Moje włosy przyjęły solidną porcję, a kuchnia momentalnie zaczęła przypominać plażę, tylko taką bardziej jęczmienną. Po jego drugim ataku, torebka opustoszała. I jeszcze mnie bydlak złapał. Chwyciłam go za dłonie i walczyłam z nim i atakiem śmiechu.

- Wcale nie chcesz tego robić! Ale posłuchaj! Posłuchaj mnie! Słuchasz!? No, posłuchaj! Ale słuchasz!? Naprawdę nie chcesz tego robić! - Przekonywałam miedzy próbami zwalczenia śmiechu.

Starałam się obronić się przed łaskotaniem. Oczywiście że mi skubaniec nie darował. A pfe! Miałam nadzieję, że go za to przeczyści! Nie żebym ja go nie próbowała łaskotać. Ten głupi samiec nie miał łaskotek! Cóż za życiowa niesprawiedliwość. Pieprzone zrządzenie losu! Kanalia i tyle. Kiedy skończył swoje tortury, wzięłam się za mycie i krojenie warzyw. A towarzysząca mi łajza, co na mnie spojrzała, to zaczynała się śmiać. Jezu! Od śmiechu, to tylko ziewanie jest chyba bardziej zaraźliwe. Przynajmniej to on sprzątał rozsypaną kaszę jęczmienną.

- Widzisz, przeznaczony ci jest los sprzątaczki - śmiałam się z niego, a on wygłupiał się z miotłą.

Popatrzy na mnie przenikliwie.  

- Wierzysz w przeznaczenie? - Wypalił.

- Co!? Czemu pytasz?

Wzruszył ramionami. Jasne, że nie wierzę w takie gówna. Uważam, że nie ma czegoś takiego. Wszyscy jesteśmy panami swojego losu. Przeznaczenie zawsze mi się kojarzyło z głupimi, pustymi, zaniedbanymi i znudzonymi babami, które tak nazywały swój los, bo same nic nie potrafiły zrobić ze swoim życiem. Swoją próżność i brak inteligencji ochrzciły przeznaczeniem. Z zazdrości uprzykrzały życie wszystkim dookoła. Jak się nie wie co zrobić z życiem i zdaje się na łaskę i niełaskę losu, to zazwyczaj jest właśnie przeznaczenie. Bóg tak chciał, zamiast byłam zbyt leniwa i nie wiedziałam czego chciałam, a już na pewno to nie ja dokonałam złych wyborów.

- Bez jaj, to chyba oczywiste, że nie wierzę w takie cholerstwa - wyjaśniłam. - A Ty wierzysz?

- Wierzę. Wiesz co mi jest zapisane w gwiazdach?

Przybrał poważny wyraz twarzy. Pojebało go, czy jak!?

- Oświeć mnie - uśmiechnęłam się lekko. - Jeżdżenie ciuchcią w Teleexpressie? Smażenie frytek w Mc'Donaldzie? Tarcie chrzanu? Zostaniesz papieżem? - Kpiłam sobie z niego.

Odstawił miotłę i podszedł do mnie. Zwalczyłam chęć ucieczki, najwyżej mógł znowu mnie załaskotać na śmierć. Na wszelki wypadek zachowałam czujność.

Spotkało mnie jednak miłe rozczarowanie. Przyciągnął mnie do siebie i objął. Pocałował mnie w szyję i musnął nosem moje ucho.

Serducho pokazało wszystkie zęby w szerokim uśmiechu i znowu zaczęło ruchać moje biedne płuco.

- Wiesz co jest moim przeznaczeniem, Mała Wiedźmo? - Mruknął przygryzając płatek mojego ucha. Zrobiło mi się gorąco.

- Pojedziesz do Warszawy myć okna w wieżowcach? - roześmiałam się.

Poczułam, że się uśmiechnął.

- Nie - szepnął. - Moim przeznaczeniem jest... jest... - droczył się ze mną. - Nie powiem ci co jest moim przeznaczeniem.

Znów poczułam, ze się śmiał. A to dupek! I to do potęgi entej! Odsunął się ode mnie. Skrzyżowałam ręce na piersiach. Gnojek! Najpierw wzbudza moją ciekawość, a potem mnie tak zostawia! Po prostu bydle! Pieprzony sadysta!

- Gadaj, bo zaraz ci tu focha strzelę i tupnę nóżką!

Zrobiłam minę wkurzonej dziewczynki.

- Jestem chętny na fachowe obcią...

- Grabisz sobie!

Wpadłam mu w słowo za nim sobie nagrabił i wbrew sobie zaraziłam się od niego śmiechem. Bezczelna Łajza!

Dołączył do nas Maruda. Wow! Zapomniałam, że z nami w ogóle tu wczoraj był. Przypomniałam sobie, że nie widziałam go odkąd wyszliśmy wczoraj z Rafałem na spacer. Zżerała mnie ciekawość, gdzie on się tyle podziewał. Spodnie miał ubłocone, koszulkę też. Miał parę zadrapań na prawym łokciu. Wyglądał jakby go dopadła rozjuszona świnia.

- Gdzie ty byłeś? - zapytał go Rafał.

- Nie wiem, nie bardzo pamiętam. Macie coś do picia?

Zaczęliśmy się śmiać.

- No strasznie śmieszne ha ha ha - przedrzeźniał nas.

Odkręcił kurek i zaczął żłopać prosto z kranu. Tego to dopiero musiało suszyć.

- A tu co się działo?

Omiótł wzrokiem kaszę na parapecie i szafkach.

- Kasza się rozsypała - Wzruszyłam ramionami.

- Ale aż tak!?

Teraz już wskazał obiema dłońmi pobojowisko, a my zarechotaliśmy jak żaby w stawie.

- No, nie znasz jeszcze tutejszej kaszy - udało mi się wydusić.

Odwróciłam się od chłopaków. Wrzuciłam warzywa i przygotowaną wcześniej kaszę do garnka z ćwiartką z kury. Mieszałam powoli, żeby tylko nie patrzeć na Rafała. Do tej pory tylko Anka wywoływała u mnie salwy śmiechu bez powodu. A tu proszę. Niebieskooki też tak na mnie działał.

Dołączyła do nas reszta ekipy. Najwyraźniej zachowywaliśmy się zbyt głośno, bo wszyscy przyszli jacyś wczorajsi.

- Gdzie ty kurwa się szlajałeś, parasolu? - Gruby zapytał biednego Alberta.

- W dupie Gruby, weź się zamknij i mnie nie denerwuj - odburknął Maruda.

- Nie pysiaj, bo za chwilę to będzie twoja ostatnia niedziela - zagroził Błażej.

- "Ta ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy, dzisiaj się rozejdziemy, na wieczny czas" - Rafał nieudolnie naśladował Fogg-a zabawnie gestykulując, czym momentalnie wszystkich rozbawił i rozładował ciężką atmosferę.

- Maruda, ty nie jesteś z Tarnobrzega? - Zdziwiłam się.

- Z okolic Sandomierza, ale chwilowo mieszkam z dziadkiem w Tbg - wytłumaczył beznamiętnie.

- Antonówki nie wymarzły w zimie? - Dociął mu żartobliwie Tiger.

- Jakby nie te nasze jabłka, to byście do dziś wino z szyszek pili - burknął.

Marudzie powoli wracał humor.

- A wiecie skąd się wzięli parasole? - Zapytał wszystkich Rafał.

Nikt oprócz Grubego nie wiedział, więc zaczął opowiadać, a w międzyczasie kończył sprzątać rozsypaną kaszę. Nawet robiąc tak prosta czynność wyglądał męsko i seksownie. Nie spuszczałam z niego oczu.

- Dawno, dawno temu Bóg stworzył Ziemię. Jako że czuł się bardzo samotny, zmajstrował na niej piękne lasy, oceany, ogrody, stepy, pustynie i tym podobne badziewia. Wciąż jednak odczuwał brak towarzystwa i dlatego wyczarował całe masy zwierząt. Jednak i to nie przyniosło mu ukojenia, więc postanowił stworzyć na swoje podobieństwo ludzi. Porządnie zmęczony już tworzeniem świata, usiadł na wiślanym wale i zaczął lepić ludzi z gliny. Cackał się z tym, jak matka z łobuzem. Trud się jednak opłacił. Stworzył piękne kobiety i wspaniałych mężczyzn. Galicja bardzo szybko się zaludniała. Niestety strudzonemu Bogu nie wszyscy ludzie się udali tak, jak chciał. Niezadowolony z niektórych efektów swojej ciężkiej pracy, złapał się za głowę.

- Jaka kaszana! Tych to już tak spieprzyłem, że im nic już nie pomoże - westchnął do siebie. - Co ja z tym tałajstwem pocznę!?

Zaczął rozmyślać i wpadł na genialny pomysł. Uradowany od razu wziął się za jego realizację. Wyłapywał wadliwych człowieczków, ukręcał im łby i z całej siły wypierdalał za Wisłę, żeby rozbili się o kamienie na brzegu. Pochłonięty dodatkową pracą nie zauważył, że niektórymi diabelstwami miotał zbyt mocno i zaczepiały się o drzewa. Cholerstwa te jakimś cudem przeżyły i do dziś znamy ich jako parasoli. Koniec - ze śmiechem opowiedział Rafał.

Maruda zaczął tłumaczyć Niebieskookiemu, że jest głupi i że to po drugiej stronie Bóg stwarzał ludzi. Niestety jego argumentację zagłuszył nasz śmiech. Biedny Albert. Sam przeciwko wszystkim. Wzięłam się za przyprawianie zupy. Rafał przyciągnął mnie do siebie i dał mi buziaka w usta. Zrobiło się małe zamieszanie, bo wszyscy zabrali się za nakładanie sobie potrawki. Bydło, nie ludzie. Dobrze, że nalałam sobie i Rafałowi na początku, bo by mnie pewnie teraz stratowali.

Chłopacy zaczęli rozmawiać o pracy i udało mi się wyłapać, że Rafałek jest kimś w rodzaju kierownika i pracuje na budowie. Jezu, dlaczego faceci są tak tępi i w towarzystwie bab gadają o kładzeniu płytek u jakiejś kobiety!? Wymieniłam z Anią porozumiewawcze spojrzenia. Postanowiłyśmy ich olać, więc przysiadłam się do przyjaciółki. Gadałyśmy o ubraniach, butach i kosmetykach.

Niebieskooki momentalnie pojawił się przy moim boku i zeszliśmy z rozmową do koronek i bielizny. Gruby się wyrwał z pomysłem, żeby jechać na CPN po flaszkę, ale my mieliśmy już dość alkoholu. No, może oprócz Tigera, bo on jako jedyny był za. Myślę że i tak wczoraj przedobrzyliśmy.

Wyszlismy wszyscy zapalić przed dom. Papieros smakował paskudnie i dlatego dopaliłam do połowy, żeby mi się tylko palić nie chciało i wyrzuciłam resztkę. Gruby na widok śmietnika jaki zrobiliśmy mu wczoraj wyrzucając przez okno wszystkie zbędne przedmioty, złapał się za głowę i powiedział nam wszystkim, że jesteśmy pojebani. Łolaboga, też mi Amerykę odkrył.

Pomogliśmy mu posprzątać mieszkanie i okolicę domu. Rafał jako najtrzeźwiejszy porozwoził nas do domów. O dziwo nie passatem, tylko śliwkowym BMW, które również należało do Błażeja. Niebieskooki wysiadł razem ze mną przed moim blokiem. Przyciągnął mnie do siebie, przez chwilę patrzył w oczy i pocałował namiętnie.

Tak namiętnie, że serce brutalnie zdarło koronki z pupy płuca i bez wstępów zaczęło je ruchać na chodniku.

Dostanę kiedyś przez Rafała apopleksji, bo arytmię to już pewnie miałam. Przez chwilę wydawało mi się, że chciał mi coś powiedzieć, ale pocałował mnie jedynie w czoło, pożegnał się krótko i odjechał. Nie miałam siły myśleć o co mu mogło chodzić. Odwróciłam się i zobaczyłam w oknie szczerzącą się do mnie panią Krysię. Wyszczerzyłam do niej moje ząbki i jej pomachałam. Po czym poszłam się wprosić się na herbatę.

Po dwudziestej trzeciej leżałam na łóżku i próbowałam zasnąć. Wlepiałam gały się w ekran mojego telefonu. Gapiła się z niego na mnie roześmiana twarz Rafała z sosem czosnkowym, ogórkiem i rzodkiewką na policzku. Ustawiłam sobie ten jego głupi ryj jako tapetę i szczerzyłam się jak idiotka do wyświetlacza. Może to były pierwsze objawy schizofrenii? E, chyba nie. A może to moje życzenie się spełniało i uda mi się zakochać?

7 komentarzy

 
  • AuRoRa

    AuRoRa · 14 lutego

    Kac morderca Świetnie się czyta, z przerwami na śmiech Dobrali się, poczucie humoru to podstawa.

  • ansik

    ansik · 30 lip 2017

    Czytałam kiedyś już to opowiadanie i z chęcią przeczytam je jeszcze raz.

  • Fanka

    Fanka · 27 lip 2017

    Dawno nie uśmiałam tak przy opowiadaniu   Nie moge sie doczekac następnego tygodnia Pozdrawiam

  • DziecieChaosu

    DziecieChaosu · 25 lip 2017

    Wrzuciłam te części hurtem, tak na zapas, bo robię malowanie i komputer wyniosłam razem z gratami następne bedą za jakiś tydzień, jak znów uruchomię moje kochane pudło Tymczasem uciekam się wyspać, bo jutro czeka mnie wojna z ex Trzymajcie kciuki żeby mnie nie poniosło i żebym go nie zabiła jakąś deską, bo nie będzie miał wam kto kontynuacji napisać   buziaki

  • nacpanapowietrzem

    nacpanapowietrzem · 25 lip 2017

    O mój losie ja się domagam większej ilości rozdziałów dziennie po prostu nie mogę się nasycić tym opowiadaniem Mogłabym je czytać cały czas   Kocham ♥

  • malinowa15

    malinowa15 · 25 lip 2017

    ????????????

  • Patka

    Patka · 24 lip 2017

    Kocham ❤❤