Miłość, przyjaźń i inne ustrojstwa - 10

Poniedziałek, dzień później:

W pracy czas zleciał mi szybko. Wciąż miałam doskonały humor, więc wszystko mi dziś wychodziło tak jak powinno i zarażałam klientów optymizmem. Nuciłam nawet kwiatom, przynajmniej dopóki nie przyłapała mnie na tym ciotka Kamila (moja szefowa), a wtedy zamilkłam nieco zawstydzona.  

W drodze do domu, spotkałam moją wiekową sąsiadkę, panią Krystynę. Tak na oko, to ta kobieta miała już spokojnie z tysiąc lat, chociaż upierała się, że dopiero osiemdziesiąt. Uwielbiałam tą staruszkę. Nie czepiała się kolczyków, ani tatuaży. Ba! Sama miała wydziaranego skorpiona na ramieniu! Uważa że to, co człowiek robi ze swoim ciałem, to tylko jego sprawa. I że nie należy po tym oceniać innych, nie wiedząc przez co w życiu przeszli. Złota kobieta. Jej rady zawsze dawały mi do myślenia.

Poznałam ją w dość wstydliwy dla mnie sposób. Mianowicie byłam tak pijana, że wlazłam tylko do swojej klatki i usnęłam na pierwszym stopniu schodów. Z jej opowieści wynikało, że lała mnie po mordzie, aż doprowadziła do jako takiej świadomości i pomogła dojść do swojej kanapy, gdzie natychmiast usnęłam. To właśnie dzięki niej nie uzależniłam się od alkoholu, choć byłam od włos od tego. Jak mawia ta cudowna staruszka, "wszystko jest dla ludzi, ale trzeba mieć umiar". Podejrzewam, że gdyby pojawiła się w moim życiu nieco wcześniej, skończyłabym nawet liceum. Oczywiście obecny stan rzeczy bardzo mi odpowiadał, ale przecież nie miało to trwać wiecznie. Nie chciałam do końca życia pracować u ciotki. Ale wtedy się nad tym nie zastanawiałam.

Zabrałam staruszce siaty z zakupami i przez całą drogę robiłam jej za tragarza, a ona perfidnie wykorzystywała okazję i kupowała sobie więcej rzeczy, robiąc ze mnie mniej lub bardziej świadomie niewolnika. Zapewne wyglądałam idiotycznie z jej tobołami, ale nie miałam serca patrzeć jak się z tym męczy sama.

Odpoczywałyśmy właśnie na ławce, gdy minęła nas jakaś młoda dziewczyna w szpilkach.

- Widziałaś jak ona idzie!? - Zapytała mnie oburzona pani Krysia. - No jakby w gówno wlazła i o chodnik chciała wytrzeć. Matko Boska, my z dziewczynami, to całymi dniami ćwiczyłyśmy chodzenie, bo jak już ubierało się takie buty, to i trzeba było w nich jakoś wyglądać. A teraz? Byle pinda kupi sobie szpilki, drypci w nich jak ułomna kaczka i jeszcze się cieszy, że ludzie się oglądają. No i powiedz mi, jak się kuźwa mają nie oglądać!?

- Guzik prawda, pani Krysiu - skwitowałam. - Jak swojego czasu byłam na kawie z Anką (starsza pani zna moją przyjaciółkę), to widziałyśmy dwie takie stare rury, co tyłkami tak zamiatały, że ledwo między stolikami się mieściły. Nie tylko młodzież robi z siebie kretynki.

- Dziecko, ale nieudolne pod tym względem weteranki, to gatunek niemal wymarły. W muzeum można pokazywać. A wy młodzi, zawsze wszystko wiecie lepiej. Jak matka zabroni ubrać, to ładujecie w torebkę i przed blokiem zakładacie. I człapiecie przez pół miasta jakbyście były co najmniej w ósmym, błogosławionym miesiącu.

- Gatunek wymarły, ale z racji wieku. A co drugiej rzeczy, to ma pani rację, wiemy wszystko najlepiej - uśmiechnęłam się pojednawczo do babci.

- Kochana, już Ci mówiłam. Jesteś naprawdę zdolnym dzieckiem i się tu tylko marnujesz. Pakuj walizki i ruszaj w świat. Nie za pieniędzmi, nie za miłością, nie za szczęściem. Biegnij za marzeniami, tam gdzie prowadzi cię serce, a będziesz szczęśliwa. Samo się nic nie zrobi. Musisz zakasać rękawy i zapierdalać choćby i na łokciach! Jak będziesz miała moje lata, to sobie będziesz mogła tu wrócić, usiąść w fotelu, odpoczywać i wspominać - uśmiechnęła się z rozanielonym wyrazem twarzy. Najwyraźniej przypomniało się jej coś z dawnego życia.

Wiedziałam, że miała rację. Właściwie to sporadycznie jej nie miała. Ruszyłyśmy dalej i zmieniłyśmy temat na śmianie się z mijających nas człowieków. Pani Krysia mimo wieku miała świetny wzrok i rzadko myliła się również co do charakterów ludzi.

Tak więc często zdarzało się jej pouczać napotkaną młodzież, choć muszę przyznać, że robiła to często z humorem, czym autentycznie trafiała do ich serc. Niekiedy też odpowiadano jej bluzgami, ale jako ex polonistka potrafiła rzucać takie riposty, że kpiący stawał się obiektem kpin swoich własnych towarzyszy.  

W końcu dotarłyśmy pod naszą klatkę. Staruszka w dowód wdzięczności zaprosiła mnie do siebie na swojskie wino. Nalała nam po lampce i poszła odgrzać obiad. Nawet nie próbowałam protestować, bo ta stara cholernica i tak przytargałaby, i wmusiła we mnie to żarcie. Dobre żarcie, ma się rozumieć. Pochłonęłam je ze smakiem i poprosiłam o dokładkę, co sprawiło wielką przyjemność pani Krysi. Jako że byłam  tu częstym gościem, pani Krysia nie protestowała, gdy to ja sprzątałam po posiłku. Chociaż nigdy mi tego nie powiedziała, to czułam że w głębi serca uważała mnie za swoją wnuczkę.

Jeszcze za nim udało mi się otworzyć drzwi mojego mieszkania, odebrałam telefon od Ani. Oznajmiła mi, że jadą z Piotrkiem i znajomymi na weekend do Golejowa (czyli nad jezioro), i że czy mi się to podoba, czy nie, mam być gotowa w piątek o osiemnastej. I się rozłączyła. Ech, tak to jest, gdy Twoja przyjaciółka wie, kiedy masz wypłatę i nie możesz się niczym wykręcić. Swoją drogą ciekawe czy Rafał też jedzie...

------
To jest drugi krótki rozdział, ale następne będą już normalne Pozdrawiam cieplutko kochani

1 komentarz

 
  • AuRoRa

    AuRoRa · 9 lis 2018

    Pani Krysia wymiata Wesoła babcia i ma podejście do młodzieży