Miłość, przyjaźń i inne ustrojstwa - 01

Patrzyłam na niego. W odruchu sprawiedliwości chciałam mu pomóc, ale widziałam, że sobie radził. Ich było dwóch, a on nie wyglądał na takiego, co by się bał, chociaż był w pojedynkę. Było późno i ciemno, a ja musiałam wybrać akurat ten skrót. Na początku tylko się sprzeczali, ale już po chwili doszło do rękoczynów. Chciałam ich ominąć szerokim łukiem, ulica była jednak za wąska na takie manewry. Mój niezawodny instynkt mi podpowiadał, że nie powinnam się do nich zbliżać. To nie była moja sprawa. Stałam w ciemnym zaułku przyciśnięta do zimnej i chropowatej ściany bloku, żeby jak najmniej rzucać się w oczy. Zasłaniała mnie ścianka klatki schodowej. Była jednak za krótka i zacinał na mnie deszcz. Pomału zaczynało robić mi się zimno. Nie musiałam dotykać swojej skóry, żeby wiedzieć, że gęsto pokryła ją gęsia skórka. Nie miałam zamiaru nadkładać drogi i się cofać, więc stałam i czekałam, aż sobie pójdą.

Chłopak nieźle sobie radził, chociaż kolesie okazali się uparci. Usłyszałam za plecami, że ktoś biegł w tą stronę. Nie odwróciłam się jednak, mając nadzieję, że ktokolwiek to był, nie zauważy mnie. Na moje szczęście przebiegł, a właściwie przebiegli, bo było ich dwóch, nie dostrzegając mnie. Ku mojemu rozczarowaniu, pomogli dwóm kolesiom. Czterech na jednego. Biedny chłopak. Po chwili leżał, a oni go kopali. I kopali. I kopali. A on leżał. Zwinięty w kłębek. Kiedy skończyli, było mi niedobrze i miałam ochotę uciec i się rozpłakać. Sama bywałam bardzo agresywna, ale inaczej jest działać w szale, a inaczej być biernym obserwatorem. Bałam się, że jeśli się ruszę, a oni mnie zauważą, to zrobią mi to samo, żeby mi czasem do głowy nie przyszło robić za świadka. Rozejrzeli się dookoła. Na szczęście nikt mnie nie dostrzegł i odeszli. Czekałam jeszcze 5 min, ale już nic się nie działo.

Postanowiłam sprawdzić co z chłopakiem. Rozum kazał mi zabrać dupę w troki i zadzwonić z budki na 112, ale tego nie zrobiłam. Raczej rzadko kierowałam się rozumem. Skoro instynkt kazał mi podejść, rozum odstawiłam na bok. Powoli podeszłam do pobitego nieznajomego.

- Wszystko w porządku? - Zapytałam.

Sama nie wierzę, że wypowiedziałam te debilne słowa. Cud, że nie zabił mnie śmiechem. Chociaż chyba wolałabym to, niż tylko słyszeć szum rozbijających się o wszystko dookoła kropel. Zbliżyłam się i gdy usłyszałam jego urywany oddech, kamień spadł mi z serca. Gdyby to był trup, to pewnie przez kilka najbliższych lat czekałoby mnie ciąganie się po sądach. A już na pewno wiele "randek" z psychologiem.

Ciało mężczyzny jakoś tak dziwnie podrygiwało. Chyba płakał.

- Mogę ci jakoś pomóc? Mam do kogoś zadzwonić? - zapytam tym razem nieco mądrzej.

- Pomóż mi wstać - odpowiedział cicho. Nawet na mnie nie zerknął.

Pomogłam mu się podnieść i podtrzymywałam go. Pachniał błotem, krwią i cudownymi perfumami. Był pochylony i trzymał głowę opuszczoną, a dłonie oparł o kolana.

- Możesz w ogóle iść? - zainteresowałam się.

- Nic mi nie jest - odpowiedział, o dziwo dość pewnym głosem.

Kiedy stanął w miarę stabilnie, odsunęłam się trochę, a on podniósł się do pionu. I od razu wrócił do poziomu. Odruchowo próbowałam go złapać i wywróciliśmy się oboje. No to łanie mu, kurwa, pomogłam. Przynajmniej dzięki mnie, nie uderzył głową w bruk.

- Co ty, kurwa, kamienie jadłeś?! - wykrzyczałam zła na niego i samą siebie.

Zachciało mi się zgrywać dobrą duszę i dostałam za swoje. Wpadłam głową w kałużę i cała ociekałam błotem. Kolana mnie napierdzielały, że o stłuczonym łokciu nie wspomnę. Usiadłam, bo było mi już wszystko jedno, skoro i tak byłam cała mokra i brudna.

- Ładnie mi: "nic mi nie jest"! - Przedrzeźniałam go. -  Tak, to my kurwa daleko nie zajdziemy. Teraz, to jestem już tylko ciekawa, jak wyglądasz, gdy ci coś jest. Czołgasz się wtedy, czy pełźniesz!? - zirytowałam się. Jako że skwitował to milczeniem, kontynuowałam już spokojniej.

- Mam wezwać pogotowie?

- Nie, przepraszam. Pomóż mi wstać - poprosił.

Dźwignęłam swoją mokrą dupę w górę i znów go niezdarnie podniosłam, ale tym razem nie puściłam.

- Gdzie mieszkasz? Daleko stąd? - No proszę. Jednak czasami potrafię zadać mądre pytanie.

- Kawałek - wzruszył ramionami, ale równie szybko musiał tego pożałować. Na pewno bolało, bo syknął i skurczył się w sobie.

- Więc pójdziemy pomalutku, ale musisz prowadzić. Tego, że mi wisisz za ciuchy, to chyba nie muszę tłumaczyć - oświadczyłam. Łypnął na mnie spode łba, ale nic nie powiedział.

Szedł powoli, zgarbiony, trzymając się jedną ręką mnie, drugą za swój brzuch. Nie pospieszałam go, bo i tak zakrawało na cud, że w ogóle poruszał się o własnych siłach. Prowadził nas między labiryntem bloków. Był ciężki jak cholera, albo raczej jak moja pralka. Tylko on przebierał nogami chociaż, bo tamto ustrojstwo podczas przesuwania tak miłe nie było i musiałam się nieźle napocić i nasapać tyle, co lokomotywa. Cieszyłam się, że był środek nocy, bo wyglądaliśmy pewnie jak dwoje pijanych bezdomnych, potrąconych przez rozpędzony autobus. Takie tam dwa trupy, które pokazały kostusze fuck-a i uparły się jednak nie wyciągać jeszcze kopyt.

Czas mi się nielitosiernie dłużył. Chłopak co raz bardziej na mnie wisiał. Miałam drgawki z zimna. Szliśmy tak szybko, że wolniej to mogliśmy już tylko stać. Minęliśmy starszego pana żula, który na nasz widok pokręcił głową i wygłosił piękny monolog na temat bezwstydności i braku umiaru w zabawie u kobiet . Rzeczywiście, bawiłam się świetnie. Nie skomentowałam tego co powiedział pan żul, chociaż facet ewidentnie też wyglądał dziwnie plącząc się samotnie w środku nocy.

Miałam wrażenie, że wlekliśmy się już z godzinę. Ładny mi, kurwa, "kawałek"! Mokre buty nie okazały litości moim stopom i na pewno obtarły mnie do krwi. W końcu weszliśmy do jakiejś obskurnej klatki, jakiegoś starego bloku. Wspinaliśmy się (kuźwa!) aż na czwarte piętro i weszliśmy do ładnego 2-pokojowego mieszkania. Zaprowadziłam tą moją ofiarę przemocy do łazienki i z ulgą posadziłam na kiblu. Miałam ochotę rzucić pełne ulgi: "kurwa, nareszcie!", ale jakoś się powstrzymałam.

Facecik świetle wyglądał naprawdę paskudnie. Twarz miał całą umazaną we krwi, pełną sińców i miejscami spuchniętą. Delikatnie pomogłam mu się rozebrać. Aż do bokserek. Widok był paskudny. Znaczy nie bokserki czy żeby samczyk był brzydki, bo był zbyt brudny, żeby to ocenić, ale miałam na myśli, że jego poranione ciało wyglądało żałośnie. Z prawą ręką miał coś nie tego, bo nadal ją dziwnie podkurczał.

Wzięłam gąbkę z wanny, zwilżyłam zimną wodą i niemal czule przemyłam mu twarz. Oboje milczeliśmy. Z niedomkniętej szafki wystawały jakieś tabletki, więc bez pytania zajrzałam tam i wzięłam sobie potrzebny asortyment. Krwawiące miejsca przemyłam mu wodą utlenioną (zabawnie się przy tym krzywił), a później zalepiłam plastrami. Na ranie nad lewym okiem umieściłam gazę i owinęłam mu głowę dookoła bandażem. Wyglądał z tymi plastrami tak jakoś śmiesznie. Miał złamany nos, ale z tym akurat nic nie umiałam zrobić. Oczywiście wyobraźnia mi podsunęła widok tamponów sterczących z tego jego kinola, ale odrzuciłam ten niemądry pomysł.

Po opatrzeniu głowy pomogłam mu wejść do wanny, żeby sam sobie umył wszystko poniżej głowy z krwi i błota. Nadal miał bokserki na sobie, żeby nie było, że jakimś zbokiem jestem i przyszłam tu nastawać na jego cnotę lub jej brak. Opuściłam łazienkę zamykając za sobą drzwi.

W kuchni zrobiłam sobie herbatę. Piłam ją powoli, siedząc na podłodze i dalej drżąc sobie z zimna. Czekałam aż nieznajomy się umyje, bo musiałam zrobić to samo. Cieszyłam się, że nie miał nigdzie luster. Wolałam nie wiedzieć jak wyglądałam. Po dwóch wypitych przeze mnie herbatach, w końcu opuścił łazienkę. Stanął w drzwiach i gapił się na mnie, jak na zielonego kota. Podeszłam, żeby przejść obok niego. Nie odsunął się. Złapał mnie za rękę i zaczął oglądać mój ubity i rozcięty podczas wcześniejszego upadku łokieć. Wyrywam się z jego lekkiego uścisku.

- Nic mi nie jest. Potrzebuję się tylko umyć - wyjaśniłam.

Przepuścił mnie bez słowa i zamknął za mną drzwi. Zbyt rozmowny to on nie był, co mi zresztą odpowiadało. Nie chciałam się z nim spoufalać. Zrzuciłam z siebie mokre ciuchy (wszystkie były mokre) i usiadłam w wannie naga. Ustawiłam ciepłą wodę. Kolana i łokieć dopiero teraz zaczęły boleć, a raczej napierdalać. Wsunęłam głowę pod trzymany w dłoni prysznic i zamknęłam oczy. Siedziałam tak z 20 minut, bo u siebie oszczędzałam wodę, ale tu nie widziałam potrzeby. Moje mięśnie były mi za to wdzięczne. Próbowałam się rozgrzać, rozkoszując się spływającymi strumieniami wody.

Kiedy wiedziona dziwnym niepokojem odwróciłam głowę, zauważyłam, że chłopak stał w spodenkach oparty o pralkę, z rozłożonym ręcznikiem w dłoniach i przyglądał mi się. Nie miałam bladego pojęcia jak długo tam się czaił. Powinnam była chyba się bać, zawstydzić, spanikować lub cokolwiek równie głupiego. Myłam się jednak dalej obserwując go tylko kątem oka. Jeśli liczył, że mnie przestraszy, to się przeliczył. A że się tylko gapił, to nieważne. Przecież zapomnimy o sobie, gdy tylko za chwilę opuszczę jego mieszkanie. On nie wie kim ja jestem, ani ja nie wiem kim jest on. I tak zamierzałam to zostawić. A jeśli spróbowałby mnie źle dotknąć, lub w ogóle dotknąć, pożałowałby tego.

Wyszłam z wanny na okrągły dywanik. Podszedł i owinął mnie ręcznikiem patrząc mi w oczy. Miał niebieskie tęczówki, gęsto okolone czarnymi, długimi jak u kobiet rzęsami. Pierwsza odwróciłam wzrok. No i wierzcie mi lub nie, ale się zarumieniłam. Ja, stara dupa, spaliłam cegłę, bo z bliska gapił się na mnie jakiś samiec, któremu gotowa byłam pchać tampony w złamany nos.

- Usiądź - poprosił, więc posadziłam pupę na sedesie. Głównie po to, żeby spuścić głowę i choć trochę ukryć pod mokrymi włosami buraczaną twarz.

Zrobił mi opatrunki na obdarte kolana i łokieć. Użył tyle bandaża, że zaczęłam się niepokoić, czy nie wytarga zaraz z szafy jakiegoś sarkofagu i mnie tam nie wrzuci. Stopy posmarował mi jakimś żelem i przykleił na powstałe ranki małe plastry. I o dziwo obtarcia i odciski przestały piec! Podał mi swoje bokserki, spodenki i koszulkę. Ubrałam wszystko na siebie, a on wrzucił swoje i MOJE ciuchy do pralki i uruchomił automat. Bez pytania czy mi je zapakować, wyjebać do kosza w ślad za podartymi rajstopami, czy tak jak zrobił, uprać. No trudno. Najwyżej mu je zostawię, a podpierdzielę mu jakieś jego.

W kuchni dostałam kapcie, na oko jakieś dziesięć rozmiarów za duże, ale nie robiłam z tego problemu, chociaż wolała bym być na boso, jak u siebie. Zrobił nam też gorącą czekoladę.

- Możesz zostać do rana jeśli chcesz, nie gryzę - podjął rozmowę, pewnie z grzeczności.

- To masz po tym wszystkim jeszcze czym gryźć? - udałam zdziwioną.

Uśmiechnął się. Ale skurwiel miał białe zęby. I o dziwo wszystkie.

- Mam, chcesz się przekonać? - Chyba chciał mnie uraczyć czarującym uśmiechem, ale dzięki rozciętej i spuchniętej wardze, wyszedł z tego żałosny grymas.

- Dzięki, ale wierzę ci na słowo. Ale jeśli mnie choćby dotkniesz, to ci je chętnie przerzedzę - odpowiedziałam nie odrywając wzroku od czekolady, która tak fajnie parowała mi w twarz.

- Gdzież bym śmiał, przecież jesteś moim bohaterem - oznajmił.

Uniosłam oczy znad kubka i przyglądałam się jego twarzy. No dobra, gapiłam się, chociaż jak wiadomo, tak nie wypada. No trudno, będzie musiał jakoś z tym żyć. Był wyczerpany i ledwo stał opierając się tyłkiem o blat szafki.  

- Ja się prześpię na dywanie, a całe łóżko zostawiam do twojej dyspozycji - wypalił w końcu.

- Nie pierdol mi tu smutów, tylko idź normalnie spać. Wyglądasz jakby coś cię zeżarło i wypluło. Ja sobie dam rade. No, już. Nie patrz tak na mnie. Nie okradnę cię, nie wykorzystam i nie puszczę ci chałupy z dymem. Możesz spać spokojnie, zgwałcić też nie zgwałcę. Zresztą nawet gdybym chciała, nie mam odpowiedniego sprzętu, sam widziałeś - uniosłam ręce w geście bezradności.

Kąciki jego ust powędrowały do góry.

- Dzięki, uspokoiłaś mnie. Właśnie o to się martwiłem - znów wyszczerzył te białe kły.

Musiał być bardziej wykończony niż myślałam, bo posłusznie udał się w stronę jednego z dwóch pokoi. Drzwi zostawił otwarte. Zanim skończyłam pić czekoladę, do moich uszu doleciało ciche chrapanie. Kiedy ja ostatnio tak szybko zasnęłam? To musiało być wieki temu, bo nie pamiętałam. Gdyby mi tak wpierdzielili, to pewnie też bym miała takie spanie.

Stanęłam w drzwiach i zobaczyłam tego idiotę śpiącego na podłodze pod kocem. Uparciuch. Przeszłam cicho przez pokój i zaczęłam grzebać mu w szafkach, w poszukiwaniu ubrań. Udało mi się znaleźć czarne dresy bez ściągaczy. Będą kiepsko na mnie wyglądać, ale przynajmniej zakryją moje buty. Znalazłam też ciepłą, pomarańczową bluzę z obszernym kapturem i czarne skarpetki.

Popatrzyłam po raz ostatni na pobitego kolesia. Śpiący "kolega" się ślinił, co przy spuchniętej twarzy wyglądało dość śmiesznie. Szkoda, że nie miał suszarki do włosów. Wzięłam fanty do łazienki i się przebrałam. Zgarnęłam z kuchni swoją torbę. Wyszłam z mieszkania, zbiegłam po schodach i znalazłam się przed blokiem. Nadal padał deszcz. Zorientowałam się, że nie mam pojęcia, w którą stronę iść. Sięgnęłam do kieszeni po telefon z myślą, że kocham tego, co wymyślił GPS. Tu jednak czekała na mnie niespodzianka. Nie znalazłam kieszeni, a co dopiero telefonu. Zaczęłam z nadzieją przeszukiwać torebkę, ale już do mnie docierało, że komórka jest w kieszeni kurtki. Dokładnie tej kurtki, która niedawno wylądowała w pralce! Kurwa, kurwa, kurwa! Nie miała pojęcia, która była godzina, ale żadne człowieki się tu nie pałętały. Praktycznie rzecz biorąc, to Tarnobrzeg jest zbyt małym miastem, by się tu porządnie zgubić. W najgorszym razie wyszłabym gdzieś nad Wisłą. Problem był w tym, że moje obtarte stopy nie zniosłyby takiego błądzenia między blokami.

Jakim trzeba być idiotą, żeby wrzucić do pralki odzież, bez uprzedniego sprawdzenia kieszeni!? Z nerwów zapaliłam papierosa, a później drugiego i wróciłam zrezygnowana do mieszkania. Siadłam przy stole w kuchni i zaczęłam myśleć, co mam teraz zrobić. Nawet nie wiem, kiedy zmęczenie wzięło górę i zasnęłam.

3 582 czyt.
100%114
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne, użyła 2799 słów i 15182 znaków. Tag: #miłość

4 komentarze

 
  • AuRoRa

    AuRoRa · 10 wrz 2018

    Nietuzinkowa historia, dużo przeżyć, humoru, przemyślenia świetne. Nie wiadomo co się wydarzy, ale z pewnością nie będzie nudno.

  • nacpanapowietrzem

    nacpanapowietrzem · 18 lip 2017

    Jak bum  cyk cyk się powtarzam, ale jestem zakochana w Twoim opowiadaniu ???? No po prostu cudo Mogłabym czytać je cały czas

  • marTYNKA

    marTYNKA · 18 lip 2017

    Super jest wrócić do początku i powspominać tych wariatów ☺

  • Somebody

    Somebody · 18 lip 2017

    Super, mam nadzieję że kontynuacja nastąpi wkrótce