Klątwy i uroki od zaraz - 26

Wtorek, 5 grudnia
***Marta***

Opieram się o miękkie oparcie fotela i ocieram czoło chusteczką higieniczną. Cała jestem spocona od nieustannego kontrolowania swojego organizmu. Zaraz chyba puszczę pawia. A puściłam już dwa, na szczęście w toalecie. Teraz znów mam żołądek w gardle i tylko czekam aż paw znów zacznie jowialnie dobijać się do drzwi. W pobliżu mnie siedzi ktoś, kto okrutnie jebie kiełbasą. Właśnie tak, nie śmierdzi tylko jebie jakby się w niej tarzał jak dzik w kasztanach. I to wcale nie jest jakiś wiejski chłop, co lubi sobie zjeść swojskiego jadła, czy zakąsić do wódeczki. To gruba spocona baba, bo ten kwaśny odór też pewnie od niej, w końcu babka obok nie bez powodu zamaszyście wachluje się gazetą. Ta śmierdząca jest z kategorii tych wszechwiedzących matron, co najlepiej wiedzą jak inni powinni żyć. Zapchała sobie łeb kaszą i debatuje z jakąś drugą równie mądrą, ale tamta przynajmniej nie jebie i dba o siebie. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie zabrałam ze sobą żadnych słuchawek i chcąc nie chcąc razem z innymi pasażerami muszę słuchać ich wywodów o chorobach, na które cierpią one same i ich najbliżsi. Dziwi mnie swoboda z jaką Kiełbasiana Matrona opowiada o intymnych problemach swojego męża – konar nie płonie – i miganiu się od zabiegu oraz skutkach do jakich go to doprowadziło.  

Obok mnie siedzi młody typek i czyta książkę. Jak ją wyciągnął, to niektórzy patrzyli na niego jak na zboczeńca, ale teraz już się przyzwyczaili. Zerka na mnie co chwilę zaniepokojony tym moim wierceniem się. Zgaduję, że obawia się czy zaraz nie urodzę. Ciekawe czy bardziej by go przeraził poród, czy kolorowa tęcza z moich ust. Kotuś wierci się w moim brzuszku jakby chciała go ugryźć albo chociaż poszarpać mu koszulę. Zastanawiam się czy nie postraszyć jakoś chłopaka dla śmieszków, ale dokładnie w tym momencie winda w moim gardle znów rusza w górę. Trzeba przyznać, że jego zła karma szybko mnie dopadła.

- Wszystko w porządku? – pyta, gdy wstaję.

Kręcę głową i zaczynam się przepychać. O kurwa, żebym tylko zdążyła do toalety.

- Rodzisz!? – wypala.

Patrzę na niego spłoszonym wzrokiem. Wygląda jakby miał stąd zaraz uciec przez okno, a do tego spiekł raka. Biedaczek. Olewam go i spieszę do WC. Wszyscy się na mnie gapią i zaczynają między sobą szeptać. Jestem sensacją. Ciekawe czy jak zacznę rzygać, to będą robić mi zdjęcia. A może nakręcą film o rzygającej ciężarówie?

Toaleta jest pusta. Nawet nie zamykam drzwi, tylko popycham je żeby same się za mną zatrzasnęły. Rzucam się do stóp porcelanowej bogini i oddaję żółć z wodą i śliną, bo wszystko inne zwróciłam już wcześniej. Fuj.

W końcu torsje ustają, a ja walczę z obrzydzeniem, że przed chwilą musiałam wpatrywać się w odmęty publicznej toalety. Myję przy umywalce dłonie i ochlapuję twarz wodą. Cudowna zimna woda. Nie wiem jak zniosę resztę podróży z tamtą jebiącą kobietą, ale w WC nie zamierzam tego robić, bo siara jak diabli.  

Gdy wychodzę przed drzwiami czai się na mnie stewardessa. Gapi się z wyuczonym sztucznym uśmiechem. Może gdyby był ciut mniejszy nie sprawiałaby wrażenia manekina ze szczękościskiem. Większość ludzi jednak nie zwróci na to uwagi, bo jakoś dziwnie mamy zakodowaną w głowach tendencję do lubienia uśmiechniętych ludzi.

- Przepraszam, czy potrzebuje pani pomocy? - zagaduje.

- Nie, dziękuję. Już mi lepiej. - Uśmiecham się do niej wymuszenie.

- Dziewczynka czy chłopczyk? - Puszcza mi oczko.

- Dziewczynka - rozpromieniam się.

Uśmiecham się szeroko, ale nie dlatego że ona to robi. Zawsze się uśmiecham mówiąc o Kotusiu. Odruchowo macam się po brzuszku. Już niedługo bobas przyjdzie na świat i zamknę na zawsze stare sprawy. Nie mogę się doczekać i bardzo się cieszę z tego powodu, ale też umieram ze strachu. Boję się rozmowy z Rafałem. Odpycham myśli o nim, bo wciąż wprawiają mnie w przygnębienie.

Chwilę rozmawiam z tą kobietą udającą zainteresowanie i wracam na swoje miejsce. Zanim docieram do swojego fotela lądują na mnie świdrujące ślepia Kiełbasianej Matrony, jak już ją zdążyłam ochrzcić w myślach. Marszczy czoło i krzaczaste uczernione brwi. Gęba się jej lekko otwiera jakby miała zaraz zionąć na mnie ogniem albo wysunąć rozdwojony gadzi jęzor. Nie spuszczam z niej wzroku i wiem, że ona też swojego nie spuści. Jej mózg pracuje na najwyższych obrotach, wyszukuje wszystkiego o co można się teraz do mnie przypierdolić. Być może mam coś w wyrazie twarzy, co zdradza wścibskim ludziom że mam na nich alergię.

Siadam na swoim miejscu i patrzę tęsknie na okna, niestety są nieotwieralne. Wzdycham zrezygnowana. Bolą mnie plecy i najchętniej położyłabym się spać, ale ten smród za bardzo kręci mnie w nosie, a Kotuś próbuje wyłamać mi ze cztery żebra.

- Widziała pani? Taka młoda i już w ciąży. Kto by pomyślał że dożyjemy takich czasów, żeby takie młode bezwstydnie z brzuchami łaziły? – zaczyna swoje Kiełbasiana Matrona.

- Dorosła chyba i z mężem podróżuje - odpowiedziała tamta wyraźnie zakłopotana, bo chyba jednak wolała bezpieczny temat obgadywania tych, którzy tego nie słyszą.

- Nawet jeśli, to nie powinno się w takim stanie latać samolotem. Dziecko przecież niedługo się urodzi. Jakby teraz poród się zaczął, to kto jej pomoże? Gówniary sypiają z kim popadnie, a później chodzą z brzuchami i nie wiedzą kto jest ojcem.

- Przecież siedzi obok niej chłopak - zauważa tamta cicho, jakby bała się sprzeciwić Kiełbasianej Matronie.

Szczurek obok mnie, czując na sobie mój wzrok spalił buraka. Biedny został tatusiem mojego dzidziusia. Purpura zalała go całego, więc wygląda uroczo. Uśmiecham się do niego żeby sprawdzić czy umie zaczerwienić się jeszcze bardziej. Umie skubaniec i też mu się pcha na twarz zaciesz. Nie moja wina przecież, że babsztyle nie umieją cicho rozmawiać.

- Ale obrączki na palcu nie miała. Pewnie siedzą na kocią łapę, bo na wesele ich nie stać. Urodzi się dziecko, to ją kopnie w dupę i znajdzie nową babę. Chłopy wszystkie takie same, jak się nie ożenią od razu, to zaraz lepiej szukają - rozkręca się Kiełbasiana Matrona.

- Za naszych czasów było nie inaczej, chociaż ślub może więcej znaczył i ludzie bardziej w Boga wierzyli.

- Wstydu nie mają. Z gołymi dupami na wierzchu chodzą i się nie przejmują - gderała tamta.

Mam nieodpartą ochotę wtrącić się do rozmowy Kiełbasianej Matrony, ale boję się że się porzygam. Nie mam na to siły. Zamykam oczy i cierpię w ciemności. Mam nadzieję, że uda mi się zasnąć. Szkarłatny Szczurek trąca mnie bardzo delikatnie łokciem. Otwieram oczy i zerkam na niego.

- Nie przejmuj się nimi – mówi i konspiracyjnie puszcza mi oczko.

- Nie potrafię się nimi nie przejmować – mruczę z udręką. - Ta gruba tak śmierdzi kiełbasą, że zaraz znowu zwymiotuję - dodaję.

Szczurek się wyszczerza. Ma bardzo ładny uśmiech, który dodaje mu atrakcyjności. Gdyby częściej się szeroko uśmiechał awansowałby na ciacho.

- Więc to przez ten smród chodzisz do toalety? - nie dowierza.

- Tak, kobietom w ciąży wyostrzają się zmysły - wyjaśniam mu. - Na przykład teraz czuję się jakby stało za mną wiadro z padliną – oznajmiam i równocześnie dla podkreślenia słów marszczę nosek i macham przed nim dłonią.

Chłopak mruży oczy i przez chwilę na mnie patrzy wyraźnie trawiąc coś w myślach. Zamyka swoją książkę i kitra ją do plecaka.

- Poczekaj – mówi i wymyka się w stronę dziobu samolotu.

Nie sprawdzam dokąd, bo nie chcę dla zaspokojenia babskiej ciekawości uruchomić windy w gardle. Nie ma go przez długą chwilę, a gdy wraca towarzyszy mu małżeństwo w podeszłym wieku. Starsza pani ma delikatny makijaż i elegancką suknię w kolorze pudrowego różu. U jej męża najbardziej rzuca się w oczy jego ruda, poprzeszywana siwizną broda. Szkarłatny Szczurek uśmiecha się do mnie i podnosi swój plecak.

- Chodź, żonciu. Ci sympatyczni państwo zamienią się z nami miejscami, żebyś miała bliżej do toalety, gdyby wróciły ci mdłości – oznajmia.

Podaje mi dłoń i pomaga wstać. Jestem zaskoczona i rozbawiona tym co zrobił, ale nie dyskutuję. Im będę dalej od Kiełbasianej Matrony, tym bezpieczniej dla mojego zdrowia i życia. Dziękuję szybciutko staruszkom i idziemy na przód. Mdłości wreszcie znikają, a ja mogę odetchnąć.

- Dzięki mężu, jesteś moim bohaterem - szczerzę się do Szkarłatnego Szczurka.

- Nie ma sprawy - odpowiada i znów oblewa się rumieńcem.

Zaczyna grzebać w plecaku, wyciąga z niego coś różowego i bez słowa gdzieś idzie, ale tym razem na tył samolotu. Uśmiecham się do swoich myśli, bo czuję się jak wśród piratów. Kiełbasiana Matrona, Szkarłatny Szczurek i Rudobrody, który ustąpił mi miejsca.

Wkrótce potem dolatują mnie śmiechy i bulwers kilku starszych osób, w tym Kiełbasianej Matrony. Tym razem podnoszę się i zapuszczam żurawia. Szczurek powoli wraca wciąż czerwony, ale szczęśliwy, a w tyle wciąż jest jakieś poruszenie i stłumione kłótnie.

Mój świeżo upieczony mąż siada obok mnie zadowolony z siebie i patrzy na mnie.  

- No co? - pyta.

No tak, gapi się na mnie, bo ja gapiłam się na niego od dłuższej chwili.

- Nic - odpowiadam. - Myślałam że mi powiesz, co się stało tam z tyłu.

- Dałem mydło tej złośliwej babie i powiedziałem, że jej się ono bardziej przyda niż mnie - wypala powstrzymując śmiech.

- Co ci powiedziała? – szczerzę się.

- Najpierw nie zrozumiała, później nawymyślała mi od chamów - wyznał powstrzymując się od śmiechu.

Ja nie mam oporów, obnażam kły i śmieję się w głos. Wydaję się z nim w rozmowę. Szczurek ma na imię Filip i ma problemy z nadciśnieniem, dlatego cały czas się czerwieni. Oprócz tego okazuje się strasznym śmieszkiem, dlatego nawijamy już do końca lotu.

***

Polska wita mnie zamiast tradycyjnie chlebem i solą, to szarością i przeraźliwym zimnem. Ołowiane chmury toczą się po niebie nie przepuszczając nawet najmniejszych promieni słonecznych. Zimny wiatr szczypie w nos, oczy i dłonie. Wdziera mi się pod szalik. Poprawiam płaszcz tęskniąc za hiszpańskim słońcem. Nigdy nie lubiłam zimy i towarzyszącego jej ponurego nastroju. Ludzie chodzą skuleni, a skulone ciało produkuje lęk i stres, dlatego zimą wszyscy są bardziej nerwowi i nieprzystępni. Ale jak tu się nie kulić w taką pogodę?

Parę godzin temu Sebastian odebrał mnie z lotniska. Zjedliśmy obiad w jakiejś knajpie, a później zawiózł mnie do swojego mieszkania. Sam niestety musiał wrócić do pracy.

Leżę więc sobie na łóżku i błądzę myślami. Czuję się zdezorientowana i zagubiona. Nie opuszcza mnie przekonanie, że postąpiłam źle i pochopnie jadąc z Rafikim do Hiszpanii. Czy nie straciłabym Rafała, gdybym mu powiedziała o ciąży, gdy ze mną zrywał? Albo gdybym mu napisała SMS? Albo gdybym powiedziała jego siostrze Paulinie, żeby mu przekazała że będzie tatusiem? Mam wyrzuty sumienia, a przecież pragnęłam wtedy tylko zobaczyć radość na jego twarzy, gdy dowie się ode mnie, a później wbił mi nóż w serce.

I jeszcze to bezcelowe i poniżające łażenie do szpitala i darcie kotów z Pedofilką. Wyjazd do Warszawy. Wyjazd do Hiszpanii. Nie wiem czy teraz żyję czy tylko uciekam przed życiem, udając że żyję. Może się wkrótce dowiem, gdy uporządkuję przeszłość. Myślałam że czas sam wszystko ułoży. Tymczasem miesiące minęły jak mrugnięcie okiem. Pstryk i zaczął się ósmy miesiąc ciąży, a ja dalej jestem skołowana, rozdarta i zagubiona.

Przypominam sobie o Pani Babci, to jest mojej sąsiadce z Tarnobrzega. Ostatnio w ogóle nie mogę się do niej dodzwonić i bardzo mnie to martwi. Mam nadzieję że nic jej nie jest, ale mam złe przeczucia.

Pocieszam się faktem, że za miesiąc skończy się ten kurewski rok i wkrótce zacznę normalne życie z moją córką.

I jest jeszcze sprawa Rafikiego. Jestem przy nim szczęśliwa. Jest troskliwy, pomocny i słodki. Lubi mnie rozpieszczać, spełniać moje zachcianki i kaprysy, a nawet imponować mi. Ale coś mi w tej relacji nie pasuje i nie mogę dojść co to takiego. Anka mówi że po prostu nie doceniam tego co mam. Myślę że może mieć rację.

Uśmiecham się i przenoszę się myślami do wspomnień dnia, w którym poszłam na pierwszą randkę z Mateuszem:

"Wieczorem wsadzam dupsko w śliczną białą bokserkę z koronkowymi plecami. Do tego zakładam dżinsowe spodenki. Ładnie opinają i podkreślają pupę, ale nie odsłaniają pośladków, więc nie czuję się w nich zdzirowato. Zakładam też drobne niebieskie kolczyki i różowo biały naszyjnik z kamieni. Całość dopełnią proste czerwone balerinki, ale założę je tuż przed wyjściem. Makijaż robię standardowo bardzo delikatny i prawie niewidoczny.

Klamka zapadła. Definitywnie rezygnuję z Rafała. To koniec wszystkiego. Od dziś staję na nogi i nie trwonię więcej czasu na puste rozmyślania i użalanie się nad tym, co mnie spotkało. Czas zadbać o Kotusia i o siebie. Muszę wymyślić, co dalej chcę zrobić z życiem. Rafałowi powiem o Kotusiu, ale dopiero gdy bobas przyjdzie na świat. Myślę że teraz rozmowa z Niebieskookim przyniosłaby mi zbyt dużo bólu, bólu, którym obciążyłabym też Kotusia. Nawet ginekolog mi ostatnio powiedziała, że powinnam bardziej dbać o siebie, bo dzidzia rośnie powoli.

Włączam piosenkę i śpiewam sobie ze Skawińskim:
„[…] Minął znów kolejny dzień  
Jedno wiem nie spotkam cię  
W beznadziei trudno żyć  

Nic nie może wiecznie trwać  
Zrozumiałem, że nie ja  
Jestem tym z kim chciałaś być  

Kilka zwykłych słów  
W sercu ostry ból  
Pożegnania smak  
Gorzki smak  

Nie ma chwili bym nie myślał o tobie  
Nie ma nocy bym nie widział cię w snach  
Nie wiem teraz czym ugasić ten płomień  
Jak dalej żyć, gdy wciąż kocham cię…”

Słucham po raz ostatni tej nutki i kasuję ją. Dlaczego Kombi? Dlatego, że tego zespołu słuchałam w dzieciństwie. Teraz był czymś bezpiecznym i znajomym, czymś co dodawało odrobinę siły w beznadziei.

Późnej leci „Old Self – Empty Eyes”, bo porusza czułe struny mojego serduszka i wyciska ze mnie łzy. Słuchając tego kasuję wszystkie inne piosenki, których słuchanie przypomina mi o Rafale albo wprawia mnie w przygnębienie. Oczywiście „Empty Eyes” na końcu też wylatuje z mojego telefonu, bo ocieka moją tęsknotą za tym co nie wróci. Fack you, smutku. Hasta la vista, Rafał. Idę zaprzyjaźniać z hiszpańską małpą szamanem, Rafikim.

Mózg pokazuje mi kciuk uniesiony do góry, mentalnie klepie mnie po pleckach i przytula kipiąc z dumy, że w końcu zaczynam go słuchać. Serduszko kręci głową i patrzy na mnie bykiem, bo wciąż chce tylko Rafała. Fack you, serduszko. Nasz Romeo przeszedł do drużyny zdziry. Są siebie warci – okłamuję siebie.

Ostatnią rzeczą jaką robię, to ściągam z palca pierścionek zaręczynowy. Gładzę metal opuszkami. A później z wielką gulą w gardle odkładam go do małego pudełka na biżuterię i zatrzaskuję wieczko. Od tej pory czuję się jakbym była naga. Ale nie założę go więcej. Nigdy więcej.

***

Rafiki ma idealnie ułożone włosy, wygląda jakby dopiero co wylazł z salonu fryzjerskiego. Są w kolorze ciemnego brązu, wyglądają jakby naturalnie pojaśniały na słońcu. Ma na sobie białą koszulkę i szare spodenki. W garści dzierży piękny bukiet herbacianych róż. Jestem mile zaskoczona tym drobnym gestem. Niebieskooki też mi kupował… STOP. Nie myśleć o Rafale.

Przyjmuje kwiaty od Rafikiego z szerokim wymuszonym uśmiechem i przytulam go mocno. Ma na oko z metr dziewięćdziesiąt. I obłędnie pachnie. I czuję się jakbym zdradzała Rafała, ale postanawiam ignorować to uczucie z głęboką nadzieją że ono wkrótce minie.

- Dziękuję – mruczę zadowolona i uwalniam go z uścisku.

- Drobiazg – rzuca dumny jak paw.

- To co będziemy robić? – pytam.

- Będziemy jeść robale, kopać tunele i śpiewać. Wszystko co lubisz, Timon – wyszczerza się.

Dupek. Śmieje się ze mnie, a to ja powinnam z niego. Przez ułamek sekundy zastanawiam się czy przed spotkaniem ze mną nie obejrzał Króla Lwa żeby móc mi dokuczać.

- Zgoda, ale ty jesteś za duży na tunele, więc jak je będę kopała, to możesz sobie w tym czasie poprostować banany czy coś w ten deseń – wzruszam ramionami.

- Złośnica z ciebie – zauważa, ale wygląda jakby mu się to podobało.

- A gdzie tam – kłamię. – Mam tylko alergię na małpy – wyszczerzam się.

Wsiadamy do czerwonego autka Mateusza. Po chwili udaje mu się wyjechać z zakorkowanego parkingu. Mój nowy kolega zerka na mnie co chwilę, więc w końcu pokazuję mu język. Nachodzi mnie ochota żeby sobie zapalić, ale tłumię to pragnienie.

- To co robimy, Timek? – pyta.

- Na razie możemy pojeździć sobie bez celu. Pooglądam tę dżunglę póki jeszcze nie jest ciemno – oznajmiam.

- Surykatki nie widzą po ciemku? – droczy się.

Ignoruję go, a gdy wciąż na mnie patrzy pokazuję mu język.

- Schowaj ten jęzor, bo nie ręczę za siebie - uśmiecha się.

- Co mi zrobisz? - prowokuję.

- Rób tak dalej, to zaraz poczujesz - ostrzega.

Chowam mój jęzor, bo nie wiem co mu chodzi po głowie. Przyglądam mu się podejrzliwie. Licho nie śpi, lepiej uważać.

- No co? - pyta, gdy łapie moje spojrzenie.

- Nic, może opowiedz mi trochę o sobie - proponuję.

- Co byś chciała wiedzieć? - znów mnie obcina.

- Wszystko co uważasz w sobie za interesujące - wzruszam ramionami.

- Jestem dżentelmenem i mam duszę romantyka. Lubię gotować, jeździć konną, surfować i grać w tenis. Lubię też jeździć na deskorolce i pływać, więc jak już pojedziesz ze mną do Hiszpanii, to nie będziesz się nudziła.

- Nie pojadę - zauważam.

- Zobaczysz, że na koniec wakacji będziesz tak oczarowana moją nieskromną osobą, że pojedziesz ze mną i znajdziesz swoją Hakunę Matatę - wyszczerza się.

- Skąd ta pewność? - pytam podejrzliwie. Ja już znalazłam i straciłam swoją Hakunę Matatę, ale nie mówię tego głośno i odpędzam wspomnienia Rafała.

- Bo bardzo mi się podobasz i będę się o to starał – mówi bez cienia kpiny.

Jestem zaskoczona tym bezpośrednim stwierdzeniem. Pewnie go oczarowałam chlipiąc z pasją tą gulaszową w knajpie. Karbuję sobie w pamięci, żeby zwracać uwagę czy nie ma więcej objawów desperata i kobieciarza obiecującego złote góry.

- O sobie mogę ci jeszcze powiedzieć, że mam hodowlę gołębi i cztery króliki – podejmuje znów poprzedni temat.

- Ja jestem jak króliki - wcinam mu się. - Milutka, słodziutka i kochana - kłamię słodko.

- Też tak myślę - teraz uśmiecha się ciepło.

- A ty jesteś jak gołębie – dodaję, a zdradziecki uśmiech właśnie dobija się brutalnie do drzwi.

- To znaczy? - unosi brwi i zerka na mnie kątem oka.

- Masz pióra w dupie i latasz nie wiadomo gdzie - śmieję się z niego.

- Za tobą latam - szczerzy się.

- Żeby zjeść co mam dobrego, nasrać i odlecieć? - dogryzam mu.

- Żeby wziąć pod skrzydła, obronić przed hienami i ogrzać twoje zranione serduszko - puszcza mi oko.

Skubaniec, dobry jest.

- Pewnie i przy okazji zaciągnąć do gniazdka – przewiduję.

- Jeśli tego się boisz, to zrobimy inaczej. Pokażę ci moje gniazdko dopiero, gdy sama mnie o to poprosisz - wyszczerza się.

- Zgoda - odpowiadam, bo czuję że to może być ciekawa zabawa w znęcanie się nad nim.

- Może ty mi teraz coś o sobie opowiesz? - zmienia temat.

- Lubię się opalać. Zwykle jak jest ciepło chodzę po pracy na działkę i albo czytam albo opiekuję się moimi kwiatuszkami. Fajnie się wtedy wyciszam.

- Nie lubisz imprez? – drapie się za uchem.

- Lubię. Lubię też koncerty i takie tam. Ale w imprezach nie ma nic nadzwyczajnego, jeśli nie ma tam żadnych moich ulubionych ludzi.

- A na działce niby masz ulubionych ludzi? – przekręca sens moich słów.

- Mam tych, co ich nie lubię. A konkretniej w dużych słoikach w tunelach pod ziemią – szczerzę się. – Także sobie uważaj, bo dostawię tam słój z kompotem z małpy.

- Spadaj, sama jesteś kompot – śmieje się.

Chichoczę z jego bulwersu. Nigdy nie przestanę lubić śmiania się z ludzi.

- Interesujesz się historią? – pyta mnie Rafiki.

- Nie, czemu pytasz? – przygryzam wargę, ale gdy zdaję sobie sprawę że to robię, natychmiast ją puszczam. Niby odruch bezwarunkowy, ale za to dla facetów prowokujący. Nie chcę być opacznie zrozumiana.

- Bo wtedy od razu mnie przyłapałaś z tym Mieszkiem nieszczęsnym i jakoś wciąż nie wierzę, że nie znasz historii – wyjaśnia.

- Lubię ciekawostki historyczne i mitologię.

- To powiedz coś ciekawego – proponuje.

Nie mogę sobie niczego przypomnieć. Wyszczerzam się sama do siebie, bo sensowne myśli gdzieś mi odpłynęły i się zakłopotałam. Nawet się zaczerwieniłam.

- Widzę że tych ciekawostek to masz cały worek – dogryza mi.

- Znasz mit o tym jak Parys miał dać złote jabłko najpiękniejszej kobiecie? – pytam.

- Nie – odpowiada krótko.

- A więc Hera obiecała mu za nie bogactwo, Atena mądrość, a Afrodyta najpiękniejszą kobietę za żonę.

- Ja bym dał Afrodycie – wyszczerza się.

- No tak, typowe dla facetów – przewracam oczami. - Parys też wybrał Afrodytę.
  
- Mądrość można nabyć, a do bogactwa można dojść, ale zdobyć i poślubić taką piękność jak ty, to prawdziwy wyczyn – puszcza mi oko, ale spokojnie, nie ze mną te numery kawaler.

- Lizus – kwituję natychmiast.

Mateusz śmieje się w głos.

- No właśnie o tym mówię, ciężko zdobyć serce pięknej kobiety – mruczy.

- Lizus do kwadratu – stwierdzam i wracam do swojej opowieści. – W każdym razie w starożytnej Grecji najprawdopodobniej od tego właśnie mitu wziął początek obyczaj rzucania jabłkiem w kobiety. Są dwie wersje, jedna że mężczyźni tak wyznawali romantycznie miłość, a druga że zapraszali do miłosnych igraszek – opowiadam.  

- A jak wybranka szła z koleżankami i oberwała ta obok niej? – zaciekawia się.

- Głupi jesteś, skąd mam niby wiedzieć – wyszczerzam się.

- Jak panowie rzucali z odpowiednią siłą, to pewnie padały im do stóp. To co, masz może ochotę na jabłko, Timek? – puszcza mi oczko.

- Wsadź je sobie wiesz gdzie – burczę, a ten kutafon śmieje się ze mnie bezczelnie.

- Spokojnie, Timon. To znasz jeszcze jakieś ciekawostki o Grekach? – podpuszcza mnie.

- Grecy mieli beznadziejne gusta jeśli idzie o atrakcyjność – stwierdzam.

- Dlaczego? Posągi kobiet miały ładne krągłości – nie zgadza się ze mną.

- Ale mężczyźni mieli miniaturowe sprzęty, a co gorsza porządne sprzęty uchodziły za barbarzyńskie i nieatrakcyjne – wyjaśniam.

- Pewnie nie byłbym przez to w typie tych greczynek.  

- Już sobie tak nie cukruj.

- Stwierdzam fakt, jak chcesz to ci pokażę – wyszczerza się.

- Jakbym chciała, to już dawno bym sobie pooglądała, także daruj sobie błyszczenie – oznajmiam.

- Słodko marszczysz nosek wojowniku – zauważa.

- Wiem – kłamię. Wcale nie wiedziałam. Że mam urocze dołeczki w policzkach, to wiem. Że ładnie się uśmiecham, to też. Że ogólnie jestem atrakcyjna też już do mnie dotarło. Ale zmarszczony nosek? Widocznie małpy kręcą nieco inne rzeczy niż przeciętnych ludzi.

- A polskie ciekawostki znasz jakieś bojowa kobieto? - pyta.

- Pewnie – odpowiadam. - Na przykład wiesz że gdybyśmy żyli w średniowieczu, to właśnie wylałabym ci kubeł pomyj na łeb albo kopnęła w jaja za nazwanie mnie kobietą? - wyszczerzam się.

- Dlaczego? - dziwi się.

- Bo bodajże do dziewiętnastego wieku była to potworna obelga, która sugerowała że miejsce niewiasty jest w chlewie przy obrządku świń czy w innej oborze.  

- To jak wtedy nazywano kobiety? - drąży, a mój wzrok idzie za jego dłonią na drążek do zmiany biegów, po czym znów wracam do gapienia się na niego.

- Chyba najstarszym określeniem jest żona i na początku nazywano tak każdą istotę płci pięknej. A później pojawiły się niewiasty, białogłowy, panie i inne damy.

- Ty pewne gdybyś żyła w tamtych czasach, to chciałabyś być nazywana panią.

- Raczej ladacznicą – wyszczerzam się.

- Timon, naprawdę chciałabyś w tych niehigienicznych czasach zajmować się prostytucją?

- Absolutnie nie chciałabym – krzywię się z niekłamanym obrzydzeniem. Fuuuj...

- Sugerujesz tylko, że sprawia ci przyjemność świntuszenie pod twoim adresem? - drąży temat.

- Nie! - sprzeciwiam się. - Słowo ladacznica zostało wypaczone przez chrześcijaństwo. Wcześniej oznaczało niewiastę czczącą boginię Ładę. To musiało być cholernie ciekawe przeżycie, gdy w pełnię księżyca o północy nagie dziewczyny tańczyły na świeżo obsianych polach, żeby bogini obdarzyła je dziećmi, a pola plonami – tłumaczę się, a jego powątpiewająca mina wprawia mnie w lekkie zakłopotanie.

- Ja słyszałem że określenie ladacznica pochodzi od słowa „ladaco”, czyli „byle kto”.

- Chrześcijańskie brednie mające na celu zatuszowanie faktu, że te fanatyczne fiuty w habitach nazywały czarownicami i paliły na stosie normalne dziewczyny, które w tradycyjny sposób modliły się o dzieci.  

- Jak chcesz Timon, to możesz przywrócić tradycję Słowian i zatańczyć dla mnie nago w pełnię księżyca – puszcza mi oczko.

- Nie ma potrzeby, mnie już Łada pobłogosławiła – oznajmiam beznamiętnie.

- Szkoda, chciałbym zobaczyć jak tańczysz naga – wzdycha.

A mi wcale nie szkoda, bo już zdążyłam pokochać tą małą istotkę w moim brzuszku. Przez chwilę jeździmy nic nie mówiąc, każde pogrążone we własnych myślach. Zerkam na Rafikiego i zastanawiam się co ja tu właściwie robię. Jakiś wewnętrzny głos mówi mi, że Mateusz to nie moja bajka. Chociaż godzinę temu byłam pewna, że zostawiłam przeszłość za sobą, teraz czuję jakbym się wygłupiła.

Plus minus godzinę później wciąż jeździmy po mieście. Czuję się zmęczona psychicznie, więc kłamię że mam paskudne mdłości ii Rafiki odwozi mnie do domu, a nazajutrz dostaję bukiet z poczty kwiatowej. W liściku są przeprosiny od Rafikiego, że mnie wymęczył jeżdżeniem i obietnica, że następnym razem spędzimy czas na powietrzu. Później mimo protestów mojego serduszka, wciąż się z nim spotykam."

__________
Cześć Kochani Czytelnicy <3
Pewnie od dawna nie mogliście doczekać się na tę część. Przykro mi że pojawiła się dopiero teraz, ale wena mi padła w połowie psania i nie mogłam wycisnąć  
z siebie ani pół słowa. Mam nadzieję, że nie gniewacie się na mnie bardzo   
Pozdrawiam Was wszystkich cieplutko

1 982 czyt.
100%258
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne, użyła 4892 słów i 27208 znaków.

8 komentarzy

 
  • paula92

    paula92 · 7 marca · 285332695

    Będziesz jeszcze kontynuować pisanie?

  • kryczka17

    kryczka17 · 22 cze 2018

    Wreszcie! Rozdział bardzo fajny, czekam na rozwój wydarzeń. Przypływu weny kochana !

  • Fanka

    Fanka · 31 maj 2018

    Brak obecności wybaczona tym rozdziałem Mam nadzieję że teraz wena wróciła i będą się pojawiać częściej części  

  • Black

    Black · 30 maj 2018

    Cieszę się,że wróciłaś Warto było czekać, rozdział super   

  • Almach99

    Almach99 · 27 maj 2018

    Nieźle się wszystko pochrzaniło. Przeczytałem całość w kilka dni, historia bardzo mnie wciągnęła. Choć przyznam na początku, że specyficzny język tego opowiadania troche zazgrzytał, zwłaszcza na początku. Trochę się pogubiłem pod koniec. Jak to się stało, że nasz bohaterka zdecydowała się jednak polecieć do Hiszpanii i nagle wraca do Polski w 8 miesiącu ciąży? Jaki masz pomysł na dalszą część opowiadania? Jedno wiem, ten nasz Romeo mial niesamowite szczęście spotkać Wiedźme w swoim życiu. Co jak co, ale ona warowała w tym szpitalu przez cały czas jego śpiączki. Cóż, do do jego reakcji na wiadomoś, że został kaleką - mógł się tak zachować. Miałem kiedys paskudny wypadek - spędziłem ponad 2 tyg w śpiączce. I też byłem o krok od śmierci.  W moim przypadku wszystko skończylo sie amnezją (nadal nie pamiętam kilku dni z życia), długotrwałym powrotem do zdrowia. Niestety też dałem sobie wmówić kilka rzeczy, popełniłem wiele błędów... Z drugiej jednak strony, to tragiczne doświadczenie zmieniło moje spojrzenie na życie, zmieniło mnie samego.

  • nacpanapowietrzem

    nacpanapowietrzem · 27 maj 2018

    Powiedzmy, że tym rozdzialem masz wybaczoną tak dluga nieobecność   A rozdział cudo  

  • Mysza

    Mysza · 27 maj 2018 · 287366693

    Mam nadzieję, że Martusia da mu szanse. A dzidzia musi ją trochę wymęczyć

  • AnonimS

    AnonimS · 26 maj 2018

    Masz te określonka jak kiełbasiana baba czy lub pióra w dupie. Te rozterki i pogmatwane losy głównej bohaterki. Ale dla niej najważniejsze  jest dziecko które ma urodzić . Zestaw na Tak