Klątwy i uroki od zaraz - 22

Poniedziałek, 24 lipca
***Marta***

Gapa ma na imię Justyna i jest zwyczajną dziewczyną. Czasem rzuci jakąś kurwą, czasem coś przypali albo wyjdzie z domu bez makijażu. Jeśli nie chce się jej gotować, zamawia pizzę i jemy prosto z pudełka bez odpierdalania cyrku z talerzami i sztućcami. Nie zawsze wszystko jest tu idealnie wysprzątane. Czasem gdzieś zostaną jakieś ubrania albo naczynia na noc w zlewie. W salonie bywają kubki z niedopitą kawą, a narzuta na tapczanie czasem jest potargana. Zdarza się że w kącie wisi pajęczyna i straszy brakiem obecności pająka. Dlatego w mieszkaniu Sebastiana i Gapy czuję się jak we własnym. Nikt tu się nie wysila na udawanie jaśnie państwa. Nie jest niechlujnie ani sterylnie, tylko tak w sam raz.  

Gapa jest kelnerką. Lubi swoją pracę, bo lubi kontakt z ludźmi i ich zadowolone z obsługi buźki. Lubi też kucharzy i pomoc kuchenną, bo to okropne śmieszki i nigdy z nimi się nie nudzi. Mawia wesoło, że najbardziej jednak podobają się jej napiwki. Zresztą, komu by się nie podobały.

- Obudź się, bo życie prześpisz - woła do mnie Gapa i lekko potrząsa moim ramieniem.

- Mdli mnie, daj mi konać w spokoju - burczę niezadowolona.

- Chcesz coś do jedzenia? Zrobiłam zapiekane ćwiartki z kurczaka z warzywami i ryżem - kusi.

- Nie chcę, bo umrę - oznajmiam.

- Ty prawie w ogóle nie jesz - zauważa.

- Bo mnie bez przerwy mdli. Czuję się jakbym nażarła się mydła i jeszcze mam zgagę. Fuj.

- Zjedz chociaż trochę, bo cię podpierdolę do Seby, że nic nie jesz - grozi.

- Później, okej? Obiecuję, że później trochę zjem - kombinuję, żeby odwlec moment egzekucji.

Sam smak jedzenia nie drażni mnie tak bardzo jak jego zapach. Im bardziej coś pachnie, tym trudniej mi to zjeść. A węch z dnia na dzień mi się wyostrza. Gdy jestem sama, jem wszystko z zatkanym nosem. Nawet pyszne rzeczy. Jest to okrucieństwo straszne, ale inaczej bym nie zjadła.

- Niech ci będzie. Wychodzisz dziś wieczorem z nami? Bo idziemy w miasto z Sebastianem i Mariuszem.

- Nie mam ochoty. Czuję się okropnie. Innym razem, Justyś.

- Sebastian mówił, że wszędzie ciebie pełno. Tymczasem leżysz tu jakbyś przyrosła do łóżka - stwierdza.

- Mam mdłości, zgagę i gazy. Mój narzeczony umierał, ale jakimś cudem przeżył, po to żeby mnie rzucić i przygruchać sobie mojego śmiertelnego wroga i największą kurwę wszechświata w jednym, więc jestem cokolwiek rozgoryczona. Do tego niedługo będę mamą. To na prawdę za dużo wrażeń jak na mnie.

- No i dlatego nie będziesz tu leżeć i konać w samotności. Idę do apteki po najlepszy preparat na hafty i zgagę dla ciężarnych, a jak wrócę, to wmuszę w ciebie żarcie, a wieczorem idziesz z nami zobaczyć kawałek miasta! - ogłasza wyrok, a ja w wyobraźni słyszę głośne uderzenie młotka sędziego.

- Po moim trupie - burczę, ale Gapa mnie olewa i wychodzi.

***

- Marta? Halo? Marta?

Moim ramieniem ktoś potrząsa. Niechętnie dźwigam się na łokciu, uchylam powieki i patrzę wrogo na intruza. Ale się do mnie dziś przyczepili. Jakby nie było innych ludzi w tym dużym mieście.

- Jak się czujesz? - pyta Sebastian.

- Jak ryba bez wody - burczę.

- Zjesz coś? Wyglądasz strasznie blado.

- Zjem, bo mi nie dacie inaczej żyć - parskam.

- Martwimy się o ciebie - mówi ugodowo, a mi robi się głupio.

- Przepraszam, braciszku. Zjem coś, dziękuję za troskę. Ubiorę się i zaraz przyjdę, dobrze? - odpowiadam.

Brat skinął głową i zostawia mnie samą. Opadam na poduszki.

Wczoraj zaczął mi się dwunasty tydzień ciąży. Wciąż nie mogę się pozbierać. Rafał nadal nie odezwał się ani słowem. Ja też nic mu nie napisałam od ostatniej wizyty w szpitalu, czyli prawie miesiąc temu. Kurwica mnie bierze na samą myśl, że mnie odtrącił, a zaczął spotykać się ze Żwirkiem. Odepchnął mnie jak nic nieznaczący śmieć na ulicy.

Analizuję nasze spotkania i cały związek. Rozkminiam, czy aby na pewno kochał mnie z wzajemnością? A może tylko sobie to wmówiłam i rzeczywistość mi umknęła? Kurwen, mogłabym przysiąc, że przed wypadkiem kochał mnie najbardziej na świecie.

Malutka część mojej świadomości roi sobie nadzieję, że może Niebieskooki stracił częściowo rozumek w wypadku i jeszcze się ocknie i spróbuje wszystko naprawić. Dlatego często zerkam na telefon i wypatruję wieści od niego. Ale nie ma tam żadnych wieści. Karmię się bezsensownymi kłamstwami.

Ściągam piżamę. Wciągam na siebie białą bokserkę i oczojebną pomarańczową bluzę, w której zwykle biegam. Lubię ją i dobrze się w niej czuję, chociaż mało korzystnie wyglądam. Na dupsko zakładam czarne legginsy. Jeszcze tylko skarpetki i jestem ubrana. Związuję włosy w kucyk. Do nerki  wrzucam telefon i portfel, zapinam ją na biodrach.

Wchodzę do kuchni. Przy stole razem z Sebą i Justyną siedzi jakiś typ i się na mnie gapi jak wół na malowane wrota. Mam ochotę go otruć, ale nie wiem dlaczego. Po prostu patrzę na niego i go nie lubię.

- Cześć, jestem Marta - podaję mu kulturalnie dłoń.

- Cześć, Mariusz - ściska dość mocno moją łapkę.

Wygrzebuję z szafki nad zlewem szklankę i nalewam do niej wody mineralnej. Wypijam to duszkiem.

- W tym chcesz iść? - pyta łagodnie Gapa.

- Idę pobiegać - mówię.

Cała trójka wymienia porozumiewawcze spojrzenia. Ignoruję ich. Wiedziałam, że nikomu to się nie spodoba, ale mam to gdzieś. Niby dlaczego miałabym robić to, co oni uważają za słuszne i dobre dla mnie?

- Nie możesz się przemęczać w twoim stanie - mówi Gapa.

- Ciąża to nie choroba - komunikuję.

- A jak coś się stanie dziecku? - pyta brat.

- Braciszku, nic się nie stanie. Muszę się dotlenić, bo mnie kurwica weźmie zaraz i wszystkich was zacznę kąsać po kostkach.

- Stało się coś? - dopytuje brat.

- Nie. Potrzebuję pobyć sama. Trochę pobiegam, trochę połażę i grzecznie wrócę.

- Jest prawie dwudziesta pierwsza. Lepiej chodź z nami. Ładne dziewczyny nie powinny chodzić same o tej porze - wcina się Mariusz.

- Więc niech siedzą w domkach na dupach przed telefonami. Ja idę biegać - informuję.

Wychodzę na korytarz. Ubieram i dość ciasno sznuruję różowe sportowe buty. Mam taką chandrę, że czuję jakby mnie miało za chwilę rozsadzić. Potrzebuję się wyciszyć i uspokoić. Przynajmniej trochę wyrzucić z siebie negatywne emocje.  

Przed blokiem włóczą się ludzie, ale nikt nie zwraca na mnie większej uwagi. Truchtam przed siebie oddychając głęboko. Miasto szumi swoim rytmem. Ma dziwny urok betonowego lasu. Maja tu zdecydowanie za mało zieleni.

- Matra! Zaczekaj! - ktoś krzyczy.

Odwracam się i widzę Marisza biegnącego w moją stronę. Zastanawiam się czego może chcieć. Zatrzymuje się przede mną. Jest wysoki, bardzo wysoki. Nie zauważyłam tego gdy siedział w kuchni. Biedaczek potargał sobie swoją idealnie ulizaną czuprynkę.

- Potowarzyszę ci - informuje mnie.

- Ja biegam solo - krzywię się.

Zostawiam go tam gdzie jest i mam gdzieś, co ze sobą zrobi. Czyjekolwiek towarzystwo jest mi teraz potrzebne jak dziura w głowie. Mariusz mnie dogania i biegnie obok. Dupek, jebany dupek! Dlaczego nie mogę zostać na chwilę całkowicie sama!?

- Wypad waflu - burczę do niego.

- Waflu? – powtarza zdziwiony.

- Zachowujesz się jakby ci płacili za drażnienie mnie - krytykuję jego zachowanie.

- A ty jak rozwydrzony bachor - zauważa.

- Przynajmniej nie jak stalker. To jest karalne, dupku - warczę.

- Tobie pozwoliłbym się ukarać - uśmiecha się, a ja mam ochotę podstawić mu nogę, żeby przerzedził sobie trybiki o chodnik.

- Jesteś obleśny - stwierdzam z przekonaniem.

- To ty jesteś obleśna wyżywając się na mnie za swoje nieudane życie - odparowuje.

- Spierdalaj stąd, to będziesz miał problem z głowy - warczę, bo typ mnie wkurwia.

Przed lampą bez ostrzeżenia mocno go popycham. Przydzwania o nią aż miło, ale nie zatrzymuję się żeby popatrzeć. Lukam tylko przez ramię, żeby zobaczyć jak się zbiera z chodnika. Może teraz do niego dotrze, że działa mi nerwy. Złośliwy uśmieszek mimowolnie rozgaszcza się na moje buźce.

Potykam się na równej drodze i lecę jak długa, ale Mariusz mnie łapie przed samym brukiem. Cholerna małpa z długimi łapskami. Kutas podstawił mi nogę, a teraz pomaga się wyzbierać, odwraca twarzą do siebie i łapie mocno za przedramiona. Przypominam sobie, że kiedyś podobnie zrobił mi Rafał. Ale z Rafałem wszystko było fajne, a teraz nie jest fajnie ani trochę.

- Co to kurwa było, diablico!? - syczy Mariusz. Jego oczy miotają gromy.

Cała sytuacja zaczyna mnie bawić. Stoi nade mną rozgniewany dwumetrowy Stalker i nie ogarnia co się dzieje.

- Czarnobylska anomalia - odparowuję.

- Co? – nie zrozumiał mojej aluzji do stalkerstwa.

- Latarnia – rzucam. - Na przyszłość radzę je omijać, bo z natury są nieustępliwe.

- Ciebie żmijo to bawi!? - nadal jest wściekły.

- Właściwie to bawi mnie, że wyglądasz jak Zeus pokąsany w dupę przez rój os ze wścieklizną - precyzuję.

- Raczej przez jedną arogancką żmiję - docina mi.

Zaczynam się głośno śmiać. Śmieję się jak wariatka. Mariusz mnie puszcza i patrzy na mnie podejrzliwie. Gdy się nieco opanowuję odwracam się i biegnę dalej jakby nigdy nic.

Napady śmiechu miewam, gdy skumuluje się we mnie za dużo emocji. To oczyszcza mnie dużo lepiej niż łzy. Przynajmniej tyle pożytku mam z upartego Mariusza, że mam z kogo się śmiać.

- Zaczynam się obawiać o twoje zdrowie psychiczne - odzywa się.

- A ja o twoje - odbijam piłeczkę.

- A co z moim nie tak? - pyta.

- Jesteś zboczeńcem - stwierdzam.

- A co ja niby zboczonego zrobiłem? - dziwi się.

- Uganiasz się za dziewczyną, którą uważasz za psychicznie chorą i robisz to wbrew jej woli, wykolejeńcu ty. Co, kociej mordy teraz dostałeś?

- Może się o ciebie martwię? - rzuca mimochodem.

- A kogo to obchodzi - odpowiadam.

Wchodzę do jakiejś knajpki, biorę menu z lady, siadam przy jedynym wolnym stoliku i zaczynam je studiować. Stalker przysiada się do mnie i gapi się na mnie.

- Zgłodniałaś? - zagaduje.

Olewam go i idę zamówić sobie zupę gulaszową z chlebem zamiast podejrzanych tostów z masłem czosnkowym. Biorę też sok pomarańczowy i wracam do stolika.

Stalker głupkowato się uśmiecha, więc zaczynam knuć jak się go pozbyć.

- Ile masz lat? - znów próbuje zwrócić na siebie moją uwagę.

- Dlaczego za mną łazisz? - pytam.

- Bo jestem ofiologiem, żmijko - wyszczerza się.

- Czym jesteś? - dopytuję, bo nigdy o czymś takim nie słyszałam.

- Ofiologiem – powtarza zamiast mi wyjaśnić.

- Czyli? – domagam się definicji tego podejrzanego słowa.

- Specjalistą zgłębiającym tajemnicę węży - śmieje się.

Uśmiecham się delikatnie pod nosem. Mariusz próbuje być zabawny, ale zraził mnie do siebie łażąc za mną jak jakiś jebany desperat. Popijam odkręcony sok, a w palcach wolnej ręki obracam zakrętkę.

- A ja myślę, że jesteś zajebiście samotny i nikogo nie możesz sobie znaleźć, dlatego próbujesz na siłę być zabawny i przyczepiłeś się do mnie jak gówno do podeszwy - mówię co myślę.

Jego twarz tężeje. Trafiłam chyba w jakiś jego słaby punkt. Mierzy mnie wrogo wzrokiem. Ludzie zaczynają się na nas gapić.

- Przynajmniej nie zostałem z bachorem na lodzie - wypala.

- Spierdalaj - odpowiadam krótko i oblewam go sokiem.

Zbiera mi się na płacz, więc wychodzę pospiesznie z knajpy zupełnie zapominając o zapłaconej zupie.

- Marta, zaczekaj! - łapie mnie za przedramię.

Odwracam się i z całej siły kopię go w jaja. A później odchodzę i zostawiam go zwijającego się z bólu.

- Ej, Kotku! Poczekaj! Ruda, stój! - ktoś się wydziera z tyłu.

Mam nadzieję, że to nie do mnie, ale oczywiście że do mnie. Co za pojebani ludzie tu żyją. Zero absolutne spokoju. A kij tam, najwyżej kopnę następnego w jaja.

Podbiega do mnie wysoki opalony facet w czarnej koszulce, z kolczykiem w uchu i z modną fryzurką na czaszce. Na oko ma około trzydziestu lat i wygląda przyjaźnie.

- Wszystko w porządku? Nic ci nie zrobił? - pyta mnie.

- Tak, jest okej - kłamię, bo nic nie jest okej. Jestem zraniona i wykończona użalaniem się nad sobą. Poza tym kwitnąco, kurwen.

- To twój chłopak? - ciągnie.

- Nie, to kolega mojego brata.

- Więc może przyłączysz się do mnie na małe piwo? - uśmiecha się. - Pogadamy, pośmiejemy.

- Nie piję, jestem w ciąży - wyjaśniam.

- Więc to nie był twój chłopak, ale ogólnie to masz chłopaka? - pyta.

- Ogólnie to przyjechałam tu odwiedzić brata, żeby zapomnieć że miałam chłopaka - precyzuję.

- No to świetnie. Chodź, wrócimy do baru, bo szef jest moim bratem i obiecałem mu, że cię przyprowadzę. A w ogóle to jestem Mateusz - uśmiechnął się i podał mi rękę.

- Marta. Dziękuję Mateusz, ale wolałabym wrócić już do domu.

- Chodź, ze mną nic ci się nie stanie. Odwiozę cię później – przekonuje.
__________
Witajcie moi Kochani

Jak obstawiacie, Marta pójdzie z tajemniczym nieznajomym, czy nie?

Dziękuję ślicznie za łapki i komentarze

1 218 czyt.
100%165
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne, użyła 2392 słów i 13288 znaków.

5 komentarzy

 
  • AnonimS

    AnonimS · 11 lut 2018

    Po.  Pozdrawiam. Errata

  • nacpanapowietrzem

    nacpanapowietrzem · 10 lut 2018

    A to się porobiło

  • Mysza

    Mysza · 10 lut 2018 · 287366690

    No no no, oby okazał się fajnym chłopakiem

  • Meedzi

    Meedzi · 10 lut 2018

    Kiedy znajde gdzies kolejna czesc?

  • AnonimS

    AnonimS · 10 lut 2018

    Jasne że pójdzie. Czytam bo lubię mimo że to miłosne. Łapka i Tak