Jesteś lekarstwem dla mojej duszy. Cz. 16

Minuty wlokły się w nieskończoność. Podeszłam do Michała, chciałam go szarpać, chciałam wymusić od niego odpowiedź, ale nie zrobiłam tego. Łóżko na którym leżał Marcin było zaścielone, a sala dziwnie pusta, poznikały wszystkie sprzęty, podłączone do mojego syna. Wciąż nie wiedziałam co się tu stało.  
- Kochanie Marcin został przeniesiony na inną salę - odezwał się w końcu Michał. Odetchnęłam z ulgą i usiadłam roztrzęsiona na ławce, byłam przerażona, a moje ciało tak bardzo zmęczone wszystkimi wydarzeniami. Nie chciałam myśleć, nie potrafiłam się na niczym skupić. Mój mózg wyłączył się z obawy, że zaraz usłyszy bolesną prawdę. - Marcin lezy na OIOMiE ma jakieś problemy z oddychaniem - powiedział cicho Michał. Usiadł obok mnie i objął mnie ramieniem. Położyłam głowę na jego barku i zamknęłam zmęczone oczy. Nie chciałam tam iść, nie chciałam patrzeć na to wszystko, przecież nie zniosłabym widoku syna walczącego o życie. Tak walczącego o życie, bo jak inaczej mogę to nazwać? wiem, że powinnam tam iść, powinnam stanąć za wielkimi drzwiami i przez szybę obserwować jak lekarze starając się uratować moje dziecko, ale do licha nie potrafiłam, nie chciałam.  
- Bałam się. Bałam się, że mogę go stracić - wyznałam cicho. Michał milczał. Cokolwiek by nie powiedział, jakichkolwiek nie użył by słów, wiedział, że nic nie złagodzi matczynego bólu. Nigdy nie traktowałam Marcina gorzej od Kacpra, nigdy nie kochałam go mniej, przeciwnie. Marcinowi poświęcałam więcej uwagi i czasu, więcej troski, jakbym w ten sposób chciała kupić sobie jego miłość. Nie do końca tak było. Marcin był starszy, więcej rozumiał, więcej mogłam mu powiedzieć. Wtedy, gdy przyszedł do mojej sypialni i poinformował mnie, że wie, ale dla niego to nic nie zmienia, byłam taka szczęśliwa. Kiedy przyszedł do mnie i nakłaniał mnie bym nie rezygnowała ze swoich uczuć, bym walczyła o miłość moją i Michała, napierał mnie dumą. Był taki młody, jest taki młody a tak bardzo chciał chronić nas przed ojcem. Kiedy stanął w mojej obronie, gdy Adam zamierzył się na niego, moje serce zatrzymało się. To był ten czas by powiedzieć nie, to odtworzyło mi oczy.  
- Co powiedzieli na komisariacie? - zainteresował się Michał. Zapatrzyłam się w dal i przegryzłam wargę. Przez chwilę zastanowiłam się, czy powinnam w ogóle mówić mu prawdę, ale uznałam, że ma prawo wiedzieć. Przecież tak samo kocha moje dzieci jak ja.
- Policja ma pewne podejrzenia - jednak rozmyśliłam się. Co miałam mu powiedzieć? kochanie masz coś wspólnego z Anną? może pomogłeś jej w porwaniu mojego syna?  
- Klaro powinnaś odpocząć - czuły głos Michała wywołał u mnie poczucie winy. Był tu, nie musiał, ale cały czas siedział przed salą mojego syna, cały czas wspierał mnie i na każdym kroku okazywał mi wsparcie, więc dlaczego podejrzewałam go o coś tak strasznego? dlaczego nie potrafiłam mu zaufać? sprawa była bardzo prosta, teraz nie ufałam już nikomu. Nikomu nie wierzyłam, nie ufałam.
- Klara! Mój Boże - drgnęłam, gdy usłyszałam czuły głos Łucji. Niemal od razu padłam jej w ramiona i zaczęłam szlochać. Nie wiem jak, ale przy Michale starałam się trzymać, robiłam wszystko by nie płakać, by nie pokazać swojej słabości. Jednak, gdy na korytarzu ujrzałam Łucję i Jerzego, nie wytrzymałam. - Gdy do mnie dzwoniłaś, byłam pewna, że to nic poważnego. Myślałam, że chłopacy po prostu zasiedzieli się u przyjaciół, Potem pojawiła się policja i wtedy zrozumiałam - zapłakała Łucja. Nic nie powiedziałam. Rozumiałam jej strach i płacz. Przecież traktowała ich jak swoje dzieci. - Wiadomo coś w sprawie Kacpra? - zapytała. Zamyśliłam się patrząc w dal. Policja wciąż nie dzwoniła, nie wiedziałam, czy wpadli na jakiś nowy trop, czy nie. Byłam przerażona.
- Nie. Nic jeszcze nie wiadomo - usiadłam ponownie na ławce.
- Ale przecież dziecko nie może się tak po prostu rozpłynąć w powietrzu! Może jest u jakiegoś kolegi? dzwoniłaś do wszystkich? - zapytała mierząc mnie wzrokiem. Widziałam zdenerwowaną twarz Jerzego.
- Kochanie daj spokój! Miej odrobinę wyczucia! Pomyśl jak teraz czuję się Klara! To jej dziecko nie twoje! Zresztą - zawahał się i spojrzał groźnie na żonę. - Zresztą Klara nie byłaby taka głupia. To oczywiste, że dzwoniła do wszystkich - odpowiedział. Kiwnęłam głową. Nie miałam siły na szarpanie się z nimi, nie miałam siły na rozmowę.
- Klaro - poczułam ciepłe ramiona przyjaciela - Gdybyśmy tylko mogli coś zrobić, cokolwiek... nie wiem pomóc jakoś, pożyczyć Ci pieniądze, sam nie wiem - zawahał się. - Zawsze możesz na nas liczyć. Słyszysz? Marcin jest silny. Cholernie silny. Przecież jest wysportowany, młody, zdrowy wyjdzie z tego. Musi. Przecież czeka na niego miejsce w drużynie, czeka na niego świat. Miał go podbijać - ujrzałam w jego oczach łzy.
- Nie czeka - poczułam na sobie uważne spojrzenie przyjaciół. Zatrzymałam się próbując przełknąć łzy. Przerażona rozglądałam się po całym korytarzu w poszukiwaniu ciepłych, bezpiecznych oczu Michała. Kiedy je znalazłam, kiedy widziałam, że jest nie daleko mnie wzięłam głęboki oddech. - Marcin ma uraz kręgosłupa. Nie wiadomo, czy - nie wiem kiedy poczułam jego ramiona. Nie wiem jak i kiedy znalazł się tuż obok, nie wiem dlaczego nie usłyszałam jego kroków. Nie byłam wstanie powiedzieć nic więcej. Słowo sparaliżowany nie potrafiło przejść przez moje gardło.
- Cii - usłyszałam czuły głos Michała i rozsypałam się.


Od pół godziny stałam chwiejnym krokiem przed wielkimi drzwiami z napisem OIOM lekarze biegali to tu, to tam cały czas robiąc wszystko by uratować moje dziecko. Wpuszczono mnie na chwilkę przed wielkie przezroczyste drzwi, bym chociaż na kilka minut mogła ujrzeć syna. Nie wytrzymałam nawet pięciu. Sama wyszłam zalana falą łez, pokonana przez cholerny los. Mój syn, ten sam uśmiechnięty, który jeszcze rano uprzedzał mnie,że może dziś wrócić później, ten sam, który wczorajszego wieczora pakował walizkę, a potem przytulił mnie i powiedział Kocham Cię mamo. Czy wtedy po raz ostatni miałam usłyszeć jego czułe wyznanie? Dlaczego nie przetrzymałam go o kilka chwil dłużej, dlaczego nie przytuliłam go odrobinę mocniej? pytanie było diabelnie proste, bo nie wiedziałam- zwyczajnie nie wiedziałam. Jak mogłam tego uniknąć? jak mogłam to przewidzieć? - nie mogłam. Prawda była tak cholernie brutalna, nie mogłam. Nie miałam najmniejszych szans.  
- Boję się. Boję się,że straciłam ich obu - wyznałam cicho Michałowi. Nic nie odpowiedział. Tulił mnie tak samo jak ja wczoraj tuliłam Marcina. Dlaczego pozwoliłam mu iść? dlaczego wypuściłam ich z domu? - To moja wina. Gdybym kazała im zostać. Gdybym nie puściła ich na miasto - wyznałam.
- Bzdura! Nie ma w tym nawet odrobiny twojej winy. Nie wiedzieliśmy. Przecież, gdybyśmy wiedzieli, gdybyśmy coś podejrzewali, sam własnoręcznie przykułbym ich do kaloryfera, rozumiesz? nie pozwoliłbym żeby wyszli z domu, by cokolwiek im się stało kochanie - wyznał Michał.  
- Gdzie jest mój syn?! - podskoczyłam do góry i spojrzałam w tył. Za nami zmęczony, przerażony i zapłakany stał Adam. Podbiegłam do niego i wpadłam mu w ramiona. Ponownie zaszlochałam, a on czule gładził mnie po włosach. - Klara co się właściwie stało? właśnie wracam z komisariatu, nie rozumiem - widziałam zagubiony i przestraszony wzrok mojego męża.
- Wiedzą coś? - zapytał Michał. Mężczyźni spojrzeli na siebie, jakby zaraz mieli skoczyć sobie do gardła. Jednak nie zrobili tego, chyba najbardziej ze wzgląd na mnie i na tragedię jaka nas spotkała. Mój wzrok powędrował z Michała na Adama, spojrzałam na niego i czekałam. Serce stanęło mi w gardle, tak bardzo chciałam już coś wiedzieć.
- Nie. Wciąż badają pewien trop - odpowiedział, a ja wypuściłam powietrze z ust. Byłam zdruzgotana brakiem jakichkolwiek informacji.
- Dlaczego to tak długo trwa?! Dlaczego nic nikt mi nie mówi?! - płacz zamienił się w szloch, szloch mieszał się rezygnacją i ze strachem.
- Odnajdę go. Obiecuję Klaro. Odnajdę nasze dziecko - widziałam,ze Adam boi się tak samo jak ja. Widziałam to doskonale, ale mimo to poczułam wdzięczność. Potrzebowałam tych słów, może nie koniecznie od Adama, ale potrzebowałam ich.
- Powinnaś odpocząć - wtrącił się Michał. Mężczyźni spojrzeli na siebie.  Adam chociaż niechętnie przyznał mu rację. Jednak ja nie reagowałam. Nie chciałam słyszeć o tym, bym mogła wrócić do domu, nie gdy mój syn walczył o życie, nie gdy drugi był zaginiony. - Drzwi otworzyły się i wyszedł lekarz. Widziałam ulgę na jego twarzy.
- Udało nam się ustabilizować stan pani syna. Nie powiem, bo nie było łatwo, ale jego życiu już nic nie zagraża, przynajmniej na razie - ulga, która pojawiła się była tylko chwilowa. - Tak jak mówiłem. Mamy uraz kręgosłupa, nie możemy jeszcze ocenić jakie będzie miał konsekwencję, czy jest chwilowy, czy stały i czy pacjent odzyska sprawność w nogach. Nie wiemy nawet, czy podoła samodzielnemu oddychaniu. Czekamy. Kolejne godziny będą decydujące - usłyszeliśmy. Adam mocniej ścisnął moją rękę, widziałam przerażenie w jego oczach. Michał stanął tuż za mną i położył mi dłoń na ramieniu.
- Kochanie - powiedział cicho. Nie zareagowałam. Nawet nie drgnęłam, wciąż słysząc w uszach słowa lekarza. Wyrok. Na mojego syna zapadł już wyrok. Nagle obok nas jakby wyrośli spod ziemi znaleźli się policjanci. Ci sami, z którymi rozmawiałam na komisariacie. Spojrzeli na Adama, na mnie i na Michała. Lekarz wciąż stał obok nas, nie poruszył się nawet przez chwilę.
- Mamy nowy trop, chyba odnaleźliśmy państwa dziecko - powiedział cicho, wciąż nie spuszczając wzroku ze swojego partnera. CDN

agusia16248

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1861 słów i 10124 znaków, zaktualizowała 14 cze 2017.

3 komentarze

 
  • Fanka

    Rewelacja! Koedy następna? Noe zostawiaj nas tak dlugo w niepewności

  • Aequor

    Wincej tego!

  • cukiereczek1

    Rewelacyjna część czekam na kolejną z niecierpliwością dodaj coś szybko