Jesteś lekarstwem dla mojej duszy. Cz. 12

Stałam wpatrzona w jakże znajome oczy i nie nie potrafiłam się poruszyć. Nie wiedziałam, czy to nie kolejna gra ze strony mojego męża, ale coś kazało mi wierzyć, że nie. Odkąd pogodziłam się z Michałem minął tydzień. Tydzień spokojnego życia, pełnego ciepła i harmonii. Aż do teraz, bo chociaż głos Adama był spokojniejszy niż zazwyczaj, ja szłam na spotkanie pełna strachu, że zaraz coś wymyśli. Pełna niepokoju i napięcia.  
- Dlaczego? - spytałam siedząc na przeciwko niego trzymając w drżącej ręce filiżankę z kawą. Obserwowałam wszystko co dzieje się w małej kawiarni, chcąc chociaż na chwilę oderwać wzrok od jakże znanego, ale jednocześnie obcego mężczyzny. Jak to jest, że ktoś tak bardzo Ci bliski staje się także tak bardzo daleki i obcy? jak to jest, że chcesz kogoś przytulić pełna wdzięczności, ale także czujesz na niego złość i nie potrafisz spojrzeć mu w oczy?
- Sam nie wiem dlaczego. Chyba nie mam już sił. - powiedział cicho. Popatrzyliśmy na siebie, ale nie powiedzieliśmy już nic. Tak bardzo pochłonęła nas walka, tak bardzo nienawidziliśmy się, że zapomnieliśmy o tym co kiedyś nas łączyło, co nadal nas łączy.  
- Jaką mam gwarancję, że po kilku dniach nie zmienisz zdania? Adam ja Ci już nie wierze - powiedziałam tak jakbym czuła się winna swoim słowom. Jakbym była winna, że straciłam do męża zaufanie. Chciałam wstać, chciałam wyjść, bo nie potrafiłam znieść jego natarczywego spojrzenia, jego głębokiego spojrzenia, jego bólu. Poczułam delikatny dotyk jego dłoni na nadgarstku i spojrzałam mu w oczy. Wstał, by chyba mnie zatrzymać, a jego ucisk oswobodził moją dłoń.
- Zostań - w jego głosie wyczułam niemal błaganie. Usiadłam spowrotem na krześle i wbiłam wzrok w pustą już filiżankę. Miałam mieszane uczucia, sama nie wiedziałam co mam teraz zrobić, co mu powiedzieć. Nieśmiało położył dłoń na mojej ręce, a ja drgnęłam pod wpływem jego ciepła. Zamknęłam oczy, starając się zapanować nam drżeniem mego ciała. Nie wiedziałam, czy strach, a może wspomnienia szczęśliwych chwil sprawiły, że poczułam gęsią skórkę na ciele. Gdzieś tam wewnątrz, na dnie mego serca wciąż go kochałam.Przecież nie mogłam od tak wymazać wspólnie spędzonych lat, nie mogłam tak nagle przestać kochać ojca moich dzieci.
- Adam ja nie - chciałam coś powiedzieć, ale zamilkłam. Spojrzałam na przemęczoną twarz męża i uśmiechnęłam się. Wyglądał jakby się zestrzał o kilka dobrych lat. Mimo tego co nam zrobił, mimo jego zdrad, mimo każdego kolejnego ciosu, mimo rozbitej rodziny on wciąż był mi tak cholernie bliski.
- Razem z Martą uważamy, że Marcin powinien jechać. Przecież to dla niego szansa - powiedział po krótkiej chwili. Jego głos nadal drżał, ale wyglądało na to, że zaczął panować nad emocjami. Zabrał rękę, a ja poczułam ulgę, gdy nie czułam już jego ciepła. - Gdybyś mi nie wierzyła masz to - rzekł chłodno, wręczając mi czek na sporą sumkę na start dla naszego syna.
- Dziękuję. To tak wiele dla niego znaczy - rzekłam cicho. - Adam ja chyba nie mogę przyjąć tego mieszkania, zresztą wraz z Michałem - zatrzymałam się, nie spuszczając wzroku z jego twarzy. - Chcemy razem zamieszkać u niego. Dzieci w sumie już się tam za klimatyzowały - powiedziałam cicho.
- W takim razie sprzedajmy je. Albo zostawmy sobie na wypadek, gdyby komuś z nas coś nie wyszło. Wiesz jak to jest - powiedział cicho. Już miałam ochotę go spoliczkować, już chciałam zaatakować, ale tylko kiwnęłam głową. Tu już nie chodziło o mnie, czy o niego a o nasze dzieci. Miał racje. Musieliśmy ich zabezpieczyć.
- No to wszystko ustalone - powiedziałam krótko zbierając się do wyjścia. - Adam? - odwróciłam się tuż przy wyjściu. Jego pytający wzrok lekko mnie onieśmielił, ale starałam się tego po sobie nie zdradzić. - Kiedy wyjeżdżasz? - spytałam cicho
- W przyszłym tygodniu. Dam Ci jeszcze znać - rzekł. - Może przyjdziesz z dziećmi na lotnisko? chciałbym się z nimi pożegnać - zrobił pauzę i spojrzał mi w twarz - I z Tobą kochana. Chciałbym się z Tobą pożegnać, nim już na stałe zniknę z twojego życia i oddam Cię w ręce Michała - teraz dopiero wszystko zrozumiałam. Zrozumiałam nagłą zmianę jego decyzji, zrozumiałam jego gest skierowany w moją stronę, zrozumiałam jego rozbity głos.  
- Dobrze przyjdę - obiecałam i złapałam za drzwi. Już chciałam wyjść, ale wróciłam się i wpadłam mu w ramiona. Mocno z całych sił objęłam go ramionami i zamknęłam oczy. Miałam gdzieś, że stoimy na środku kawiarni, miałam gdzieś, że ktoś znajomy może nas zobaczyć, miałam gdzieś, że patrzą na nas ludzie. Trzymałam go tam mocno, jakbym bała się, że ktoś może mi go zaraz zabrać, tak mocno, że brakowało nam tchu. Czułam moje ulubione męskie perfumy, które dostał ode mnie na urodziny, zapach przeszedł prawie mnie całą.  
- Zawsze będziesz mi bliski - wyszeptałam do ucha i nim zdołał cokolwiek odpowiedzieć puściłam go i jakbym przestraszyła się własnych słów, przerażona niemal wybiegłam z kawiarni. Nie reagowałam na jego wołanie, nie reagowałam na nic. Oddalając się od niego czułam jakbym wkraczała w nowy etap w swoim życiu i tak właśnie było. Etap szczęśliwej miłości, etap bez strachu i niepokoju o jutro. Etap który zaczynałam z Michałem. Tylko dlaczego nagle w moim sercu pojawiła się taka pustka??

Nie wiem jak długo stałem przed kawiarnią w nadziei, że nawróci. Po kilku minutach wróciłem się do środka i usiadłem przy stoliku, gdzie jeszcze przed kilkoma minutami siedziałem z nią i rozmawialiśmy. Marta miała rację. Stałem w miejscu i byłem tego świadom. Musiałem zamknąć etap z moją żoną, bym mógł ruszyć do przodu i zacząć nowe życie. Tylko, że ja chyba tak naprawdę w cale tego nie chciałem. Kiedy trzymałem moją żonę w ramionach, kiedy staliśmy tak przytuleni zrozumiałem... Wciąż byłe w niej zakochany, wciąż żywiłem do niej uczucia, ale właśnie dlatego nie chciałem jej więcej krzywdzić. Właśnie z miłości do niej musiałem pozwolić jej odejść. Nie wiedziałem, czy Marcie uda się sprawić, że zapomnę o żonie, ale chciałem dać jej szansę by spróbowała. Marta była fantastyczną kobietą i chciałem zrobić wszystko by ją uszczęśliwić. Chciałem dać jej to na co zasługiwała i miałem nadzieje, że kilometry z dala od mojej żony pozwolą mi o niej zapomnieć. Nie byłem tego pewny, ale chciałem w to wierzyć. Za wiele zdarzyło się między nami, bym miał prawo prosić ją by dała nam ostatnią szansę. Za bardzo ją zawiodłem, za bardzo skrzywdziłem. Teraz w sumie nawet sam nie wiem dlaczego tak się zachowywałem, przecież była mi bliska. Cieszyłem się, że wreszcie po tak długim czasie mogliśmy ze sobą na spokojnie porozmawiać bez skakania sobie do oczu. Byłem już tym tak bardzo zmęczony, tak bardzo tego nie chciałem. Miałem dość kłótni, miałem dość jej cierpienia. Chociaż martwiłem się o syna, chciałem mu zaufać, nie mogłem stać mu na drodze do szczęścia, do realizacji marzeń, bo tak łatwo mogłem go utracić. Był uparty i wiedziałem, że tak czy siak zrobiłby to, a ja mogłem przez to stracić z nimi kontakt. Dlatego musiałem pozwolić mu wyjechać, poszukać własnej drogi, zbliżyć go do marzeń, bo przecież piłka nożna była dla niego prawie najważniejsza na świecie. Marta pomogła zrozumieć mi ważną rzecz: musiałem pozwolić im być szczęśliwym. Tylko wtedy mogłem zrozumieć czym jest miłość. Miłość to poświęcenie. Kobieta nie była głupia, doskonale wiedziała, że wciąż kocham żonę a mimo to chciała tam jechać ze mną, poświęcała się w imię miłości do mnie. I ja musiałem się poświęcić w imię miłości do żony i pozwolić jej odejść, w imię miłości do Marcina i pozwolić mu zrealizować marzenia. Wypiłem ostatni łyk zimnej już kawy i opuściłem kawiarnię. Po drodze kupiłem bukiet czerwonych róż i pojechałem do Marty by powiedzieć jej jak bardzo jestem jej za wszystko wdzięczny i jak bardzo cieszę się, że ją mam. Musiałem spróbować ułożyć sobie życie i pogodzić się z tym, że na własne życzenie utraciłem rodzinę.


- Musisz? - zapytałam chyba trzeci raz, nie spuszczając wzroku z rozpromienionej twarzy Filipa. Przyjaciel wrzucił rzeczy do bagażnika i spojrzał na mnie, ale nic nie odpowiedział. Filip podszedł do Łucji i mocno, z całych sił przytulił się do siostry na pożegnanie. Uściskał także Jerzego, który trzymał żonę w ramionach, a ja kątek oka zerkałam na ich zachowanie. Żałowałam tylko,że nie ma z nami dzieci, ale rozumiałam ich. Przecież dzieci mieli swoje sprawy, swoich znajomych i przyjaciół.
- Uważaj na siebie siostrzyczko - powiedział czule i ponownie przytulił do siebie Łucję. - Przyjadę nie długo, obiecuję - rzekł. Chociaż nie bardzo chciałam by wyjeżdżał, rozumiałam go. Byłam z niego dumna,że ma odwagę wszystko naprawić i miałam nadzieje,że uda mu się dogadać z ukochanym mężczyzną, z całego serca mu tego życzyłam.
- Jeśli usłyszę,że skrzywdziłeś Klarę, zabiję Cię - ostrzegł Michała, który stał obok mnie i podał mu dłoń. Teraz wreszcie przyszła nasza kolej. Patrzeliśmy na siebie w ciszy, a z moich oczu płynęły łzy. Nienawidziłam pożegnań, a w ostatnim czasie tak strasznie zbliżyłam się do przyjaciela,że teraz nie potrafiłam sobie wyobrazić dnia bez niego. Przecież to on pomógł mi zrozumieć tak ważne sprawy, to on nakłonił mnie do walczenia o miłość i chyba tak naprawdę dzięki niemu teraz byłam z Michałem.
- Mam coś dla Ciebie - powiedział cicho. Wręczył mi naszyjnik, bardzo podobny do tego, jakie dałam mu kiedyś, gdy byliśmy dziećmi. - Pamiętasz? - spytał z uśmiechem. Pamiętałam wszystko doskonale,ale teraz nie miało to znaczenia. - Uważaj na siebie i podążaj za głosem serca. Tylko tego słuchaj - powiedział i położył rękę na moim sercu. - Tylko tego - powtórzył i przytulił mnie na pożegnanie.
- Będziemy trzymali za Ciebie kciuki - powiedziałam cicho. Gdy już odkleiłam się od niego, zrobiłam krok w tył i poczułam ciepłe ramiona Michała. Odwróciłam się i wtuliłam twarz w jego klatkę piersiową, nie patrząc już na taksówkę, w której siedział Filip.Tak bardzo nienawidziłam pożegnań... CDN

agusia16248

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 2010 słów i 10618 znaków, zaktualizowała 27 kwi 2017.

3 komentarze

 
  • ...

    Kiedy next ?:)

  • Fanka

    Hej :-) Kiedy pojawi sie kolejna czesc? :-) Czekam z niecierpliwoscia! Piszesz świetnie! Pozdrawiam!  ;)

  • cukiereczek1

    Czekam na kolejną z z niecierpliwością dodaj coś szybko :* :) :*