Wieczność - czternasty rozdział

Dwa dni później.
- No, skoro mamy wszystko już załatwione i wreszcie zachowujecie się, jak na wasz wiek przystało, chciałabym was prosić, byście powrócili do miasta i powiadomili moich ludzi, że już tu na nich czekam, a następnie z nimi tutaj powrócili – powiedziała Ariadna, patrząc uważnie na chłopaków. Ci wymienili zaskoczone spojrzenia.
- Kiedy mamy wyruszyć? – zapytał Ron.
- O świcie – odparła.
- Wedle życzenia – powiedział Christian. Był podenerwowany, wiedział, ze z niewinnego wypadu może wyjść walka a śmierć i życie.

Obawy młodego wampir ziściły się stosunkowo szybko, bo wpadli w zasadzkę w momencie wychodzenia z domu piekarza. Na szczęście dla nich, stawili na tyle zacięty opór, że nieznani im sprawcy szybko ulotnili się w mrok uliczek.
Co prawda lekko dopomógł im w tym przejeżdżający nieopodal radiowóz, ale i tak w dwójkę stanowili siłę, z którą tamci musieli się liczyć, zważywszy na to, że chyba nie byli zaprawieni w tego typu potyczkach.
Od tego czasu stali się jednak na tyle obsesyjnie ostrożni, że trzykrotnie udało im się ominąć zastawione na nich pułapki.

- Stają się bezczelni – powiedział rozzłoszczony Ron, obserwując węszących wśród ludzkich przechodniów podwładnych Rady, gdy już zebrali całą grupę. – Mam tylko nadzieję, że nie zwietrzyli zapachu królowej, bo jeśli dopadną ją, kiedy nas nie będzie w pałacu, rozerwą ją na strzępy...
- Zamknij się! Musimy obmyślić, jak wydostać poza obręb miasta tak dużą grupę. Niestety wszelkie taksówki, czy autobusy odpadają – zganił go przyjaciel, chociaż głos mu drżał.
- Panowie, mam chyba pomysł, jak możemy się stąd wydostać – zaproponował jeden z wampirów, stuletni Stuart.
- Jaki?
- Wydostaniemy się przez kanalizację.
- Co?! – syknął zaskoczony propozycją Ron. – Zwariowałeś? Zauważą nas, gdy wyjdziemy z kanałów. Poza tym musimy się spieszyć, bo za godzinę słońce zrobi nam już krzywdę, a do następnego dnia nie możemy tutaj czekać...
- Więc wymysł coś lepszego, skoroś taki mądry! – odciął się wampir. – Nie wydostaniemy się poza obręb miasta bez zwracania na siebie uwagi... Na to jesteśmy zbyt liczni, a nie możemy podzielić się na mniejsze grupy, bo teraz stanowimy siłę. Więc albo idziemy na chamca i drogę torujemy sobie siłą, albo pozostaje nam partyzantka...
- To nie Druga Wojna Światowa, Stu... Wtedy łatwiej byśmy sobie poradzili, nikt nie zwróciłby na nas uwagi... Po prostu łap za broń i jazda... teraz musimy to zrobić tak, by nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Jeśli zaczniemy się bić z Radą, do tego wszystkiego włączy się policja i zginą niewinni ludzie...
- I tak zginą, jeśli się nie pospieszymy i nie wymyślimy, jak stąd wyjść – przypomniał im Chris. – Ron... wydaje mi się, że niestety nie mamy innego wyjścia i musimy iść na żywioł. Gdyby miasto nie miało tych starożytnych murów obronnych, byłoby nam o niebo łatwiej, ale tak... przecież musimy przejść przez jedną z bram i wątpię, by strażnicy nie zauważyli wyjścia grupy mężczyzn składającej się z ponad setki osób!

Trzy godziny później.
- Na wszechmocnych bogów! – wykrzyknęła wstrząśnięta Nefere, widząc swoich ludzi pokiereszowanych i z trudem trzymających się na nogach. – Cóż się wam stało?
- Przeżyliśmy niezbyt miłe spotkanie z najemnikami, królowo – warknął Christian, siadając na najbliższym krześle w niegdysiejszej sali balowej, w której czekała na nich kobieta.
- Jakich najemników? – zdziwiła się. – Przecież w mieście nigdy żadnych nie było!
- Najwyraźniej twoi ministrowie nie raczyli cię o nich poinformować – prychnął Stuart.
- Zatłukę ich! – warknęła Ariadna. Jej kły wydłużyły się, oczy stał się czarne...
- Pani... Straciliśmy część ludzi, potrzebujemy większej ilości sojuszników, sami tego nie rozwiążemy... – powiedział jeden z mężczyzn, podchodząc do niej na wyciągnięcie ręki. Jego spokojny ton głosu podziałał na nią kojąco.
- Masz rację, Thomasie... Działam pochopnie – mruknęła. – Po prostu martwię się o mieszkańców miasteczka. Jeśli wilki zaczną polować, niewielu ludzi ujdzie z życiem z tej rzezi.
- Wszyscy to boleśnie wiemy, lecz najpierw musimy uleczyć swoje rany, inaczej nic nie zdziałamy – zauważył ponuro Chris. – Ta walka nawet nas wyczerpała, nie możemy ruszyć teraz do boju, bo nie wygramy i cały ten misternie budowany plan, pójdzie w pizdu! A wtedy już nikt nie uratuje miasta...
Spojrzała na niego z troską, zauważając, że młody wampir faktycznie jest zmęczony. Podobnie jak reszta. – Zaryglujcie główne wejście. Tu jesteśmy bezpieczni.
- Nie znajdą nas? – zainteresował się Thomas.
- Nawet jeśli byliście później śledzeni, to ten pałac nie pozwoli nas skrzywdzić, dopóki jestem w jego murach – wyjaśniła.

1 407 czyt.
100%3
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 861 słów i 4990 znaków.

Dodaj komentarz