Wieczność - prolog i pierwszy rozdział

Prolog

- Nie mam już siły tak dalej żyć, to wszystko mnie przerasta. - czarnowłosy mężczyzna wyglądał na naprawdę zmęczonego pomimo młodego wieku.
- Bo zbytnio skupiasz się na tym, co było. Zapomnij o przeszłości, zacznij żyć teraźniejszością, naucz się cieszyć z życia, które masz. Wyjdźże do ludzi, zacznij się bawić — skrytykował rozmówcę drugi osobnik, siedzący naprzeciw niego w wysokim fotelu.
- Codziennie do nich wychodzę i co z tego mam?... Nudę!
- Być może czas zmienić pracę.
- Czemu? Zakład pogrzebowy to doskonała przykrywka dla kogoś takiego jak ja.
- Lepiej uważaj, bo ktoś cię w końcu rozpracuje i będziesz musiał stąd uciekać, a ja nie chcę tracić takiego zmyślnego towarzysza, jak ty.
Czarnowłosy spojrzał na niego krótko, a potem nadspodziewanie szybko wstał i wyszedł z pomieszczenia.


Pierwszy rozdział

Budynek starego budownictwa okraszony różnymi wykuszami, ciemnymi bramami wjazdowymi rzucał głęboki, mroczny cień na pobliski chodnik i fragment ulicy, stanowiąc idealne miejsce dla wszelkiego rodzaju mętów. Uwielbiali przesiadywać tam narkomanie, alkoholicy, ale zdarzała się też młodzież, która szukała zaczepki. Teraz jednak w promieniu dobrych pięćdziesięciu metrów nie widać było żadnej zakazanej gęby, co było zjawiskiem dość nieoczekiwanym. Być może sprawiła to obecność w jednej z bram jakiejś zakapturzonej postaci, która stała wsparta prawym ramieniem o zimny kamień. Z powodu panującego tam mroku nie dało się określić wieku osobnika, lecz z łatwością przechodnie mogli orzec, że był to mężczyzna, na co wskazywała jego postura i ubiór. Spod naciągniętego głęboko na głowę szerokiego kaptura połyskiwały tylko jego jasne oczy, z uwagą śledzące przechodniów po drugiej stronie ulicy. Nieznajomy zdawał się nad wyraz spokojny, wręcz znudzony otaczającym go światem, jednak z niebywałą uwagą przyglądał się spieszącym do domów po pracy mieszczuchom. On przyglądał się im, natomiast nikt nie zwracał uwagi na niego, chociaż zapewne zupełnie nieświadomie poruszali się tylko po przeciwległej stronie ulicy.
Nieznajomy wykonał nagle taki ruch, jakby miał zamiar ruszyć gdzieś dalej, gdy wtem coś niebywałego zastopowało go w miejscu, jakieś dziwne przeczucie, coś, czego nie umiał określić, a które pojawiło się, gdy tylko spojrzał na młodą blondwłosą kobietę w białych jeansowych spodenkach i czerwonej bluzeczce. Kobieta ta również drgnęła wzięta nagle niemiłym wrażeniem, jakoby ktoś miał ją obserwować. Stanęła przy najbliższej wystawie sklepowej i zaczęła dyskretnie obserwować teren za sobą. Wkrótce jej zielone oczy spostrzegły częściowo schowanego w półmroku mężczyznę, który przyglądał się jej natarczywie. Nawet z tej odległości dostrzegła jego jasno płonący wzrok. Skrzywiła się lekko. Tymczasem nieznajomy cofnął się lekko w bramę, odczuwając przemożną potrzebę skrycia się przed wzrokiem kobiety. Nie wiedział, czemu instynkt nakazał wykonać mu ten ruch, wiedział tylko, że jeśli tego nie zrobi, być może bardzo szybko tego pożałuje. Usunięcie się w jeszcze głębszy cień sprawiło, że kobieta straciła go z pola widzenia. Co prawda odwróciła się nawet, by sprawdzić gdzie ów mężczyzna jest, ale pomimo szczerych chęci nie dostrzegła go.
Tymczasem oddychając szybko, mężczyzna przemierzał w szalonym tempie kolejne uliczki, starając się opanować przyspieszony oddech i niespokojne bicie serca. Zatrzymał się dopiero nieopodal swego miejsca pracy, z pewną nostalgią spoglądając na tabliczkę informującą go, że znajduje się właśnie przed miejskim zakładem pogrzebowym.
Pewnym krokiem przekroczył lekko przerażającą bramę i po pokonaniu krótkiego dziedzińczyka, kilku rozsypujących się stopni i po pchnięciu zdobionych witrażem drzwi wszedł do środka, gdzie momentalnie do jego nosa doleciał wszech dostępny zapach śmierci i rozpaczy. Zapach tak mu drogi i bliski, że wywołał u niego szeroki uśmiech na przystojnej twarzy. Zrzucił kaptur, ukazując tym samym wręcz arystokratyczne rysy dwudziestoparolatka. Ruszył przed siebie i po kilkudziesięciu krokach wszedł do obszernego pomieszczenia, gdzie na kilku stołach leżały ciała zmarłych. Niektóre gotowe już do zamknięcia w trumnach, inne dopiero przygotowywane. Wśród nich krzątał się pomocnik młodzieńca, sędziwy Jacob, który widząc wchodzącego współpracownika, uśmiechnął się do niego serdecznie.
- Witaj, Jacob. Jak dzisiaj?
- Masa roboty. Właśnie przywieziono nam chyba dziesięciu truposzów. Wszyscy po sekcji zwłok, które z tego, co wiem, nic nie dały.
- Ofiary zabójstwa? - zainteresował się przybyły.
- Gorzej, Christianie... Wyglądają jak ofiary jakiejś rytualnej masakry. Poprzegryzane tętnice, brak krwi. Nie mam pojęcia, jak ich ubierzemy, bo u żadnego nie nastąpiło skostnienie pośmiertne. Gną się jak gumy. Totalne galaretki z nich - doedukował go stary naprędce.
- Super! - Christian ucieszył się nie wiedzieć czemu, ubierając biały fartuch.
- Nigdy ja chyba nie zrozumiem tego twojego zafascynowania tymi zbrodniami — skrzywił się starzec, patrząc jak jego kolega bierze się do roboty.
- Najwidoczniej mam taką naturę — odparł zagadniony, pochylając się nad denatem.

2 846 czyt.
100%42
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii inne, użyła 902 słów i 5423 znaków, zaktualizowała 29 cze 2016.

2 komentarze

 
  • Neomi

    Neomi · 7 lip 2016 · 287366575

    Kiedy kolejne

  • agnes1709

    agnes1709 · 29 cze 2016

    Wszystko fajnie, tylko "epilog" ?? No i ciut za krótkie części.