Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

​Zakaz Życia

Pojawiła się w świetle otwieranych drzwi kompletnie bez żadnego szmeru. Sylwetka wyraźnie majaczyła w tle oddalonego światła niczym latarnia wskazująca ratunek. Cudu nie będzie. Wyglądała wręcz majestatycznie oświetlona światłem z głębi korytarza. Atuty kobiecości wyraźnie podświetlała ciemność mojego piwnicznego pomieszczenia. Błysnęła w mroku iskra, nie nadziei a pomiotu diabelskiego w jej dłoni bolesnego na wskroś paralizatora życia, raziła z przerwami, tuż pod kolanem aż poczuła swąd palonego mięsa. Nie byłem w stanie nic doznać, po wizycie jej dłoni na mojej twarzy niewiele zostało z nosa. Wdzierając się do gardła, metalowymi drobinami wywołującymi drapanie skutecznie uszkodziła ośrodek mowy. Noga przytwierdzona łańcuchem niewoli w pobliżu drzwi nie pozwalała gdziekolwiek się powlec, by choć na chwilę nie czuć tego, co nieuniknione.

     Błysnęła w nicości promieniem światła mizerna żarówka, oświetlając miskę na podłodze z czymś, co nic nie przypominało, przymocowane do dna miski aluminiową łyżką. Doskonale poinformowany o czasie na posiłek automatycznie zaczynający się po wtargnięciu łyżki w moje usta. Z pierwszym kęsem, opadał bat na plecy, dając wyłącznie cierpienie, gehenna trwała do ostatniego kęsa, aż łyżka waliła w puste dno miski, obwieszczając czas na myjnię.

     Zapinała z ogromnym namaszczeniem obroże z malutkimi dotkliwymi kolcami na całym jej obwodzie, z premedytacją szarpała za smycz, aby dotkliwie z nimi zapoznać moje ciało na granicy życia i śmierci. Po ściągnięciu łańcucha z nogi, uwięziony na smyczy wlokłem się do pomieszczenia na wprost, wyposażonego w wąż ogrodowy myjący pod dużym ciśnieniem. Krótka wizyta wody, następnie chlusnęła na mnie z wiaderka płynem dezynfekującym, za którym trafiło mydło, proces kąpieli relaksującej został rozpoczęty. Zapięła smycz do pochwytu wystającego ze ściany, zamknęła za sobą drzwi, dając mi wytchnienie na dokładne wyszorowanie starganego ciała. Mogłem do woli stać w strumieniach gorącej wody z natrysku. Kiedyś odpiąłem smycz z pochwytu, szukając drogi ucieczki. Zniszczyła moją twarz swoimi dłońmi, okładając bez opamiętania, wtedy straciłem zmysł węchu, zlała formą gumowej pałki, wiele dni potrzebowałem, żeby wstać z ziemi… więcej nie próbowałem odpinać smyczy.

     Prowadziła w głąb naszego ogromnego ogrodu przy domu, przypięła smycz do formy suszarki na pranie kręcącej się w kółko, biegałem jak pojebany kilka okrążeń w jedną stronę by po chwili podobną ilość w drugą, nigdy nie wiedziałem, ile czasu maltretowała mnie, wbijając w ciało formę fizyczną. Na początku zmęczony stawałem, wtedy po jakimś czasie przychodziła z batem, zadając męki, nauczyła mnie całkowitego posłuszeństwa w krótkim czasie. Biegałem wolniej, ale cały czas. Wydarzenia sportowe w ogrodzie zakończyłem ponownie w myjni.

     Wprowadziła interesujące doświadczenie napawające mnie niebotycznym lękiem, po którym jakby powiedziała, lataj w powietrzu, to bym pewnie latał. W graniczącym pomieszczeniu z moim pokojem w piwnicy ustawiła na stole zespół klatek połączonych wąskimi metalowymi korytarzami z ogromną ilością szczurów! Przypięła dodatkową klatkę do całości z malutkim prosiaczkiem, do którego prowadziło malutkie okienko, na końcu korytarza łączącego z kompleksem gryzoni. Podchodziły, gryząc po kawałeczku prosiaczka, zjadały żywcem bardzo wolno kawałeczek po kawałeczku. Po godzinie zostało kilkanaście kosteczek, dokładnie ogołoconych ze wszystkiego, co zjadliwe.

     Wyginając boleśnie ręce za plecy, zapięła kajdanki na rekach, na nogi łańcuchy, spinając metalowym łącznikiem z obrożą na szyi. Wprowadziła do wąskiej wysokiej klatki, przytwierdzając ciało do ścianki. Mniej więcej w środkowej części było malutkie okienko na wysokości mojego brzucha, dokładnie obszar przytwierdziła rzemieniami do klatki. Podjechała klatką pod kompleks, okienko bezpośrednio trafiło w korytarz kompleksu. Z dzikim wyrazem twarzy obserwowała moje oczy szalejące, błagające. Wpadłem w szaleństwo paniki, skamlałem, nie mogąc wydobyć głosu, ze zniszczonego gardła. Otwierała przejście dla gryzoni jak w zwolnionym filmie. W korytarzu ich szczęścia a mojego straszliwego, niepojętego strachu. Przemieszczały się wolno, wciskając się jeden na drugiego, głodne mojego mięciutkiego ciała w okolicy brzucha. Stała niczym posąg, niewzruszona moimi bezgłośnymi objawami paranoidalnego żebrania o troszeczkę człowieczeństwa — strzelenie w mój łeb z broni palnej.

     — Jeżeli kiedykolwiek mi się w jakiejkolwiek formie sprzeciwisz, ewentualnie nie okażesz należnego posłuszeństwa, nie zamknę korytarza — w ostatnim momencie kilka centymetrów przed brzuszkiem, gdy mocz strachu wylał się z mojego rozporka, mknąc po nogach, zamknęła przejście z kompleksem gryzoni.

     Przestała zakuwać w łańcuchy zniewalające, nie zakładała więcej obroży ze smyczą, kompletnie bez jakichkolwiek zniewalających urządzeń podróżowałem, posłusznie gdzie chciała i kiedy chciała, stałem się całkowicie uległy. Rzekła — biegnij, to biegłem jak opętany do utraty przytomności, skacz — to pewnie jak mógłbym, to pytałbym tylko jak wysoko.

     Wskoczyła w moje życie wzorem przypadkowego mistrza Świata w rzucie oszczepem, w trakcie pojedynku na korcie tenisowym, podeszła do mnie jakbyśmy się znali od zawsze, ścierała z mego lica pot, tak mi się to spodobało, że następnego dnia w samolocie na Hawaje wycierała z ust moich likier po ciastkach. Po chwili wycierałem ręcznikiem jej plecy wychodzącej spod natrysku. Nie przeszkadzało kompletnie jej kilka lat więcej od moich 21 za chwilę kończonych. Wchodząc w dorosłość, jak mój prawnik określił, dziedziczyłem ogromną fortunę, która otwierała swoje wąskie drzwi po osiągnięciu wymaganego w testamencie wieku, do całkowitego stanowienia o dorobku minionych pokoleń. Na chwilę spadła z mojego dorodnego w rozporku tylko po to, żeby w urzędzie móc zawrzeć związek małżeński, po wielkiej odkrytej miłości dwojga stworzonych dla siebie ludzi… tyle zapisali w bajce o dwójce zakochanych, prawda była tak makabryczna w swej genezie, że do tej pory mózg się wyłącza na pierwsze wspomnienie.

     Dzisiaj określała czy mogę oddychać, czy mogę pić, czy mogę jeść wreszcie, czy mogę żyć zamknięty za kilkoma drzwiami oddzielającymi od wolności, mogłem jedynie skrupulatnie stosować się do jej poleceń. Mój czas powoli dobiegał do kresu, za moment osiągnę wymagane minimum do zarządzania swoim majątkiem. W drodze prawnej przejmie kontrolę nad majątkiem, wtenczas będę zbytecznym elementem, prawdopodobnie bez dozy litości zepnie do kompleksu z wygłodniałymi szczurami, które powoli wydrążą przez mój żołądek drogę ku wolności, choć one będą miały szansę być sobą. Jeżeli miałoby być inaczej, nie trzymałaby w tak upadlających warunkach, mało jej było mieć wszystko, chce mieć wszystko dla siebie.

     Siedziała, na krześle wyzywającej króciutkiej w ciemnoniebieską krateczkę spódniczce, mając praktycznie długie zgrabne w ciemnych niebieskich rajstopach całe odsłonięte, kawałek cudownego tyłeczka z premedytacją zostawiła na wierzchu dla mych spragnionych. Włosy spływały na krągłe ponętne piersi, wydawało się, że święcą w pomieszczeniu, w którym zniewoliła swojego, jakby nie było jeszcze męża.

     — Do przyszłego tygodnia doprowadź się do ładu, żebyś przypominał człowieka, w biurze prawniczym dokonamy przekazania twojego majątku, zamieszkasz na górze naszego domu w luksusowych warunkach, w takich pozostaniesz, gdy zniknę z twojego Świata.
     — Odradzam jakiekolwiek kombinacje, chyba że masz ochotę na spotkanie w kompleksie gryzoni? — zawiesiła dobitnie głos.

     Na samo wspomnienie widoku prosiaczka zjadanego po kawalątku przez szczury ze strachu chciałem zniknąć w ścianie. Posłusznie podszedłem do niej, klękając tuż u jej stóp, w całkowitym bezgłosie potwierdziłem poddanie. Wszystkie drzwi dokładnie zamykane, otworzyła na całą szerokość w geście zaproszenia. Trafiłem do swojego zapamiętanego, w marzeniach pokoju prawie biegnąc w ekstazie, skarpetki prawie zjadłem razem z majtkami w błogostanie, że mogę je dotykać. W końcu zgubiłem swój goły tyłek, w dzień i w nocy, nie pozwalała cokolwiek ubierać.

​    ​Włożyłem najwygodniejszy garnitur, idąc do kuchni zrobić kawę po kilku miesiącach dręczenia. Siedziała na fotelu, wspierając zgrabne w czerwonych szpilkach na sąsiednim, zdążyła wdziać sukienkę z naszego pierwszego razu, gdy opadła na mojego wraz z zachodzącym Słońcem na Hawajach. Miałem nieodpartą ochotę zanurzyć się w morzu pragnień, ogniu spełnienia, ale gdzieś głęboko usłyszałem tupot małych stópek, które tylko czekały… na kąsek. Nie miałem złudzeń co do przyszłości, byłem pewny zakończenia żywota jako posiłek dla małych stworzonek w klatkach.

     Napisałem w notatniku — czy ma ochotę na kawę, bo akurat robię dla siebie.
     — Tak poproszę wyjątkowo z mleczkiem z cukrem zamiast czarnej smoły — nawet się uśmiechnęła, ostatni raz.

     W starej, ukrytej przed dziećmi skrytce, mamusia trzymała leki na sen, gdy ból nie pozwalał zasnąć. Na rodzicach zawsze mogłem polegać, wsypałem jak dla konia, dla swojego najukochańszego potwora szykującego moją ostatnią podróż.


     Zdawało mi się lub też nie ale jego malutkie oczka zdawały się mówić „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”, zanim jego główka wbiła się w jej ciepłe miękkie ciało w okolicy brzuszka, znikając wewnątrz, ostatni raz popatrzył na mnie. ​
       ​Zamknąłem na głucho wszystkie drzwi, gdy moi mali przyjaciele kawałek po kawałku zjadali kochaną?
       Nie, niekochaną.​


KONIEC

Katrine

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użyła 1736 słów i 10068 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto