Z widelcem przez życie

Z widelcem przez życieByło typowe jesienne, ponure, pochmurne i momentami deszczowe sobotnie popołudnie. Siedziałem sam w domu, nie mając pomysłu na wieczór, gdy nagle melodyjnie, motywem „Dla Elizy”, odezwał się domofon. Zdziwiłem się niepomiernie, bo do tej pory zawsze beznamiętnie gulgotał. A tu przecież nie wiosna ani nie walentynki, ani nawet nie było ogłoszenia o wizycie konserwatora domofonu i nagle, bagatela, Bagatela „Dla Elizy” pana Ludwiga van Beethovena.
      Ciekawe, kim była ta Eliza? I dlaczego najpierw na imię miała Teresa, a Elizą stała się po tym, jak utwór na nowo odkrył co prawda też pan Ludwig, ale Nohl? Może pan Nohl odkrył nie tylko utwór pana Beethovena, ale też ową Elizę? Stąd zmiana tytułu.  
     Ponowne dźwięki „Dla Elizy”, która była chyba Teresą, wyrwały mnie z zamyślenia. Normalnie bym nie otworzył, nikt wcześniej nie zapowiadał się do mnie z wizytą, a nie miałem w zwyczaju wpuszczać osób niezapowiedzianych. Roznosicieli ulotek mogłem sobie darować. Jednak liryczne nutki nie pozwoliły zbagatelizować tajemniczej osoby. Podszedłem do domofonu i nawet nie pytając, powiedziałem krótko „proszę”, otwierając drzwi na klatkę schodową bloku, w którym mieszkam. Wkrótce do moich drzwi zapukała tajemnicza osoba. Natychmiast je otworzyłem i ujrzałem z pewnością damę.
     – Jestem Fikcja Literacka – przedstawiła się od progu dama w kwiecistej jedwabnej sukience za kolana.
     – Miło mi, Indragor – zrewanżowałem się – zapraszam.
     Zaprosiłem damę do pokoju, proponując miejsce na kanapie, z czego skwapliwie skorzystała.
     – Herbaty, kawki, a może coś mocniejszego, pani Literacka? – zaproponowałem.
     – Proszę mi mówić Fikcja. – Uśmiechnęła się zniewalająco.
     – W takim razie proszę mi mówić Indragor – odwzajemniłem niezbyt przytomnie propozycję. Na moje usprawiedliwienie, znajdowałem się pod ogromnym wrażeniem nienagannych manier niespodziewanego gościa. W końcu dama to współcześnie rzadki widok.
     – Poproszę kawę. Herbatę niedawno piłam, a alkohol źle wpływa na moją wyobraźnię – umotywowała szczegółowo swoją decyzję, jak przystało na damę.
     – Mam jeszcze świetny makowiec – kusiłem.
     – Niestety, nie jadam maku – odpowiedziała – ale gdyby miał pan słone paluszki, byłabym zobowiązana. Bardzo dobrze przy nich mi się opowiada – wyjaśniła jakby nieco zawstydzona takim żądaniem.
     – Oczywiście, rozumiem. Na szczęście dysponuję słonymi paluszkami, ale nie śmiałem proponować… – To rzekłszy, powędrowałem do kuchni.
     – Chciałabym we wspomnieniach sięgnąć do wydarzeń moich i mojej przyjaciółki, które nigdy nie miały miejsca – usłyszałem melodyjny głos Fikcji, zaraz po tym, gdy wróciłem z aromatyczną kawą i słonymi paluszkami.
     – Ależ proszę bardzo – zachęciłem damę, natychmiast łapiąc notes i ostatni w mojej kolekcji ołówek chemiczny.
     Fikcja sięgnęła po słony paluszek, z gracją odchrupnęła mały kawałek i zwracając wzrok w moją stronę, z uśmiechem delikatnego zakłopotania, jakby obawiała się, że sprawia mi kłopot, zapytała:
     – Czy nie przeszkadza panu, że moje wydarzenia z przeszłości nigdy nie miały miejsca?
     – Ależ skąd! – zapewniłem żywiołowo damę.
     – W takim razie...
     Fikcja Literacka poprawiła się, siadając nieco bardziej swobodnie, po czym z westchnieniem namysłu rozpoczęła swoją opowieść, a ja dyskretnie, aby jej nie rozpraszać, starałem się zanotować wszystkie płynące z jej ust słowa.


__________________________________________________


Z widelcem przez życie



     Mówi się, że początek wielu związków damsko-męskich ma miejsce na pogrzebach. W moim przypadku to chyba początek i koniec. A szkoda. No cóż, moje życie nie układało się jak po różach, a jeśli już, to po zwiędłych. Zawsze miałam jakoś pecha do chłopaków. Uważałam też, że w związku to dziewczyna, czyli ja, powinna decydować, co ma być, a czego ma nie być. Tylko, gdy przychodziło co do czego, zwykle traciłam głowę, tym samym stawałam się uległa, zamiast starać się panować nad sytuacją. Takie moje życie. Pomimo tej oczywistej sprzeczności, nadal trwałam przy swoich zasadach. Do teraz. To, co się wydarzyło, zachwiało moimi ugruntowanymi poglądami.
     Tak, w moim przypadku wszystko, co ważne, zaczęło się na pogrzebie dziadka. Na stypie siedziałam sama przy stole w tej czarnej spódnicy przed kolana i białej rozpinanej bluzeczce. Okropne, prawda? Mama stwierdziła, że na pogrzebie mam wyglądać elegancko, skromnie i stosownie do okoliczności. No to wyglądałam i śmiertelnie nudziłam się z braku jakiegokolwiek towarzystwa. Do tego stopnia, że obawiałam się, czy z tych nudów nie zejdę z tego świata zaraz po dziadku. Nie mogłam liczyć nawet na towarzystwo mojej ukochanej i niezawodnej przyjaciółki, Wioli. Złożyła tylko ze łzami w oczach szczere kondolencje.
     Rozumiałam ją. Zawsze strasznie dołowały ją smutne wydarzenia. Bała się, że nagle się rozryczy, urządzając z siebie widowisko i zaszkodzi mojemu wizerunkowi. A przecież, jak powiedział tata, miałam „godnie reprezentować rodzinę”. Niestety ja za to, jako wspomniana reprezentantka najbliższej rodziny, nie mogłam się wykręcić od tego wątpliwego zaszczytu. Wszyscy wokół mnie to tak zwani dorośli, niektórzy już jedną nogą w grobie, aż zastanawiałam się, czy dotrwają do końca stypy. Wtedy impreza mogłaby się znacznie przedłużyć. Chyba ja też bym tego już nie przeżyła. Z pewnością ci dorośli uważali mnie za niegodną uwagi „gąskę”. Co ja tam mogłam wiedzieć o ich sprawach. Rozprawiali tylko o „czymś ważnym” w małych grupkach, od czasu do czasu wychodząc przed dom „na papieroska”. Jak na późną jesień było wyjątkowo ciepło. Niektórzy przyjechali nawet z daleka. Mój dziadek był znaną w mieście postacią, dlatego ludzi chętnych nażreć się przy stole szwedzkim nie brakowało.
     Dziwne, że siedziałam przy stole szwedzkim, prawda? Jednak te kilka krzeseł wciśniętych przy nim przy ścianie, było w zasadzie jedynymi wolnymi miejscami w salonie. Co prawda gdzieś zawsze bym się wtranżoliła, jak mawia moja mama, ale wolałam uniknąć uwag na swój temat typu „jaka ładna”, „jaka sympatyczna dziewczyna”, „jak dobrze wychowana młoda dama”, albo inne bzdety. Na domiar złego musiałabym udawać zainteresowanie rozmową, brr. To byłoby jeszcze gorsze niż siedzenie w samotności i rozpamiętywanie mojego nieudanego życia. Innym jakoś się udawało. Mnie nie. Już od samego początku.
     
     A wiecie, co jest najważniejsze w życiu? Najważniejszy jest ręcznik. Można się nim okryć, gdy jest zimno, ochroni przed słońcem i deszczem, a mokry może posłużyć za prawdziwą broń. Ja o tym nie wiedziałam, dopóki nie obejrzałam filmu „Autostopem przez Galaktykę”. Dlatego przez życie szłam z widelcem. Dziobałam nim tu i tam, ale tylko trafiały mi się okruszki życia, a i tak większość mi spadała. Jak teraz, próbuję zebrać nim okruszki ciasta z mojego talerzyka, ale zanim coś doniosę, to większość spada z powrotem na talerz.
     
     Tak. W moim życiu, poza paroma godnymi pożałowania incydentami, nic się nie wydarzyło. I jeszcze to teraz. Dziadek umarł. Jedyne co mogłam robić, to właśnie zająć się rozpamiętywaniem mojego nieudanego życia. Tak, powtórzę znowu, gdyby ktoś nadal nie załapał: NIEUDANEGO. Nie wierzycie? Niby użalam się nad sobą? Bo nastolatka, to panikara i nie może być tak źle? Akurat!


__________________________________________________



0 lat – czyli mój nędzny początek



     Od razu zaczęło się źle. Zostałam poczęta… cóż za szumne słowo, prawda?, przez przypadek. Mama urodziła mnie, gdy miała dziewiętnaście lat. Mój tato był niewiele starszy, miał dwadzieścia jeden lat i był studentem pobliskiej uczelni. Co do mamy, to była taką szarą myszką, nierzucającą się w oczy, nie to, co teraz. Wszystkim w jej klasie wydawało się nawet, że nigdy nie miała chłopaka, aż tu w maturalnej okazało się, że jest w ciąży. Mama zaczęła spotykać się po kryjomu z tatą od drugiej klasy liceum i od tego czasu, mniej więcej, tato regularnie wypełniał mamę swoją spermą. Któregoś razu wypełnił ją tak skutecznie, że zaszła w ciążę. I tak równo po dziewięciu miesiącach pojawiłam się ja, zupełnie nieplanowana, zupełnie przez przypadek. Zaraz po moim urodzeniu wzięli ze sobą ślub i w ten sposób oficjalnie zostałam ich córką. Nie powiem, moi starzy są w porządku, ale to jednak tylko rodzice.

     Zastanawiam się, po kim odziedziczyłam tę cechę. Chyba po mamie. Nie cierpię kochać się w prezerwatywie. To tak jakby brać prysznic w butach. Niby wszystko w porządku, ale ma się wrażenie, że coś jest nie tak. A doszukiwanie się co jest nie tak, nie sprzyja odpowiednim doznaniom podczas seksu. Wtedy powinnam całkowicie się zatracić w przyjemności. Jednak jakoś dotychczas nie było mi to dane.


__________________________________________________


1 – 13 lat



     W moim dzieciństwie nic ciekawego się nie wydarzyło. Nie ma o czym mówić. Dzień jak co dzień. Dom, jedzonko, podwórko, później szkoła, od czasu do czasu siusiu, kupka i lulu. Czasami gdzieś wyjazd, na kolonie czy coś takiego. I tak na okrągło. NIC CIEKAWEGO. Mały przerywnik w wieku dwunastu lat. Zakochałam się w starszym o trzy lata bracie koleżanki z klasy. Jaki on wydawał się męski! Aż sama teraz w to nie wierzę. Był dla mnie ideałem chłopaka i mężczyzny, dopóki nie wyznałam mu miłości. Wtedy czar prysł. Wyśmiał mnie, powiedział coś, że z takimi durnymi siksami to on się nie zadaje i żebym spadała na drzewo, gdzie moje miejsce. Nazwał mnie siksą!!! Zabolało. A ja głupia, byłam gotowa dla niego na wszystko, co może dwunastolatka.
     Serce krwawiło mi dwa dni, to znaczy dwa dni ryczałam. Tak mnie zranił! Najgorsze, że potem pół klasy się ze mnie śmiało, jak moja wówczas niby-przyjaciółka wszystko wypaplała. Wtedy postanowiłam, że będę twarda. Mimo to do końca szkoły miałam ciężkie życie. Na szczęście w Ogólniaku poznałam moją niezawodną przyjaciółkę, Wiolę.


__________________________________________________


14 lat – z padalcem



     Pierwszy raz w charakterze obiektu seksualnego wystąpiłam w wieku czternastu lat. Byłam już dość dobrze rozwinięta, chociaż tyłek zawsze miałam chudy. Trochę z tego powodu cierpię. Zazdroszczę niektórym dziewczynom, że mają o wiele lepiej ode mnie wykształconą tę część ciała, w związku z tym są przez chłopaków łapane za ową część. Mnie jakoś nikt. Z tej zazdrości, kiedyś sama miałam ochotę złapać taką za to jej dupsko, nisko, bardzo nisko, aby chociaż się wystraszyła. Zawsze jednak brakowało mi śmiałości. Niedużo, ale brakowało.
      Wracając do moich czternastu lat, niedaleko nas, na tej samej ulicy, mieszkał starszy ode mnie o cztery lata chłopak. Rodzice przestrzegali mnie przed nim, „bo to chuligan”, jak mawiali. I jak się okazało słusznie. Kilka miesięcy temu nawet trafił do więzienia za coś tam.
     Dla mnie jednak był zawsze miły. Przyznam: to, że chuligan wzbudzało we mnie niezdrowe podniecenie. To znaczy, podniecenie samo w sobie jest zdrowe, ale nie dla mnie w tym przypadku. No, po prostu ciągnęło mnie do niego. A taki przymilny, tak opiekuńczo mnie obejmował, takie piękne słówka mi szeptał, aż dreszcze po mnie przechodziły. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to wąż w owczej skórze. A może wilk? Nieważne. Któregoś razu, gdy po pożegnaniu odwróciłam się tyłem, odchodząc, rzucił za mną: „masz seksowny tyłeczek”. Odkręciłam się i z zadowoloną miną rzuciłam „dzięki”, po czym z mocno podbudowanym kobiecym ego ruszyłam niczym paw, do domu. Nie ma co się dziwić. Był pierwszym chłopakiem, który w ogóle dostrzegł moją pupę i to od razu jako seksowną! A to przecież moja pięta achillesowa. Dlatego jego komplement niestety całkowicie uśpił moją czujność. Niedługo potem zaprosił mnie do siebie, a ja głupia zgodziłam się, nie mając pojęcia, że wchodzę do pułapki jak ten niedźwiedź.

     Znacie to? W klatce jest smakołyk. Łasy na smakołyk niedźwiedź wchodzi do klatki, nie zastanawiając się, skąd on tam się wziął. Dostaje się do smakołyku, ale za nim zamyka się pułapka. Wtedy dopiero niedźwiedź orientuje się w sytuacji, ale jest już za późno. Ma smakołyk, ale stracił wolność. Tak było ze mną, tyle że na moje szczęście, pułapka się nie domknęła.

     W swoim domu zaproponował mi do wyboru piwo albo coś mocniejszego. Już w tym momencie powinien mi włączyć się w głowie alarm, że chce mnie upić, abym była łatwiejsza, ale się nie włączył. Dobrze, że chociaż zdecydowanie odmówiłam mocnego trunku. Bajerując okrągłymi słówkami i komplementami, zaczął obłapiać, próbując pocałować. Starałam się uciec ustami, ale po kilku próbach nie udało mi się i przywarł swoimi do moich, próbując wcisnąć język do buzi. Trzymałam jednak mocno zaciśnięte zęby. Ponieważ taka siłowa szamotanina się przedłużała, zebrałam się w sobie i mocno odepchnęłam go. Był dla mnie przyjacielem, opiekunem, mentorem nawet, dobrze mi było w jego towarzystwie, ale nie widziałam się w roli jego kochanki; on najwyraźniej tego nie rozumiał. Zaraz poderwałam się z kanapy obrażona, po czym z godnością ruszyłam do wyjścia. I to był mój kolejny błąd. Należało schować godność i czmychnąć niczym Struś Pędziwiatr, bo nim zrobiłam kilka kroków, ponownie mnie dopadł. Złapał od tyłu, obejmując mocno ramieniem. Drugą rękę wsadził mi między nogi. Dobrze, że miałam na sobie obcisłe dżinsy, dzięki temu nie mógł wsadzić ręki pod nie. Próbował, ale mu się nie udało więc tylko, a może aż, złapał mnie przez spodnie. Próbowałam się wyrwać, wierzgając i głupio piszcząc, jakby to ostatnie mogło w czymś mi pomóc. Przestraszyłam się nie na żarty, ale panika najmniej była mi teraz potrzebna, niemniej panikowałam. On nie zwracając najmniejszej uwagi na moje protesty, niczym wąż, cały czas uspokajająco mruczał mi do ucha „nie wyrywaj się, zaraz zrobi ci się dobrze, będzie bardzo przyjemnie, jesteś taką seksowną laską, aż żal, żebyś dalej była nieruszana, zobaczysz, będziesz zadowolona i będziesz sama przychodzić po jeszcze...”. Co do tego, że zrobi mi się dobrze, realnie się obawiałam. Tak naprawdę, jedyne co mi w życiu dobrze wychodziło, to podniecanie się. Z tym akurat nigdy nie miałam problemu, z całą resztą niestety tak.
     Mimo że panikowałam, ciężko przestraszona bardzo prawdopodobną możliwością gwałtu, to ten masaż cipki przez spodnie powodował, że wbrew swojej woli zaczęłam odczuwać coraz silniejsze podniecenie. Koniecznie musiałam coś zrobić i to szybko, bo gdybym zbyt mocno się podnieciła, nie miałabym siły, aby się obronić. Czułam to.
     Paradoksalnie te jego wężowo-spokojne słowa sprawiły, że trochę się uspokoiłam, przestawałam tak bardzo panikować. Powiedziałam zdecydowanie do siebie w duchu „ratuj się dziewczyno, zanim będzie za późno, myśl!”. Udałam, że przestaję się bronić, po czym zebrałam się w sobie i zrobiłam jedyną rzecz, jaką mogłam. Z całych sił spróbowałam się wyrwać. Był znacznie silniejszy ode mnie. Cała moja akcja powinna zakończyć się niepowodzeniem i niechybnie gwałtem na mnie, jednak padalec chyba nie przewidział takiego oporu i to w tym momencie. Jakimś cudem zdołałam się od niego odepchnąć i wyrwać. Mimo szoku błyskawicznie odwróciłam się i wściekła kopnęłam go w krocze. Niezbyt mocno, ale z pewnością poczuł, bo jedną ręką złapał się za genitalia z grymasem bólu na twarzy. Natychmiast jednak, nim coś zrobiłam, ryknął „ty mała dziwko!”, aż cała się skuliłam, i zaraz trzepnął mnie w twarz, tak mocno, że straciłam równowagę i omal się nie przewróciłam. Na szczęście obok stała jakaś szafa. Wyrżnęłam o nią boleśnie, ale dzięki temu odzyskałam równowagę, inaczej leżałabym jak długa, a on pewnie zaraz na mnie. Nie oglądając się, pędem rzuciłam się do drzwi.
     Cała zapłakana i roztrzęsiona wpadłam do domu. Na szczęście nikogo nie było. Pręgi na twarzy zamaskowałam dziwnym makijażem. Mama była nim zdumiona, ale przecież nastolatki muszą się zachowywać dziwnie, prawda? Po prostu nie chciałam, aby rodzice się dowiedzieli, przecież zabraniali mi się z nim spotykać. Było to moje ostatnie spotkanie z tym padalcem. Po tym zdarzeniu nabrałam większego szacunku do rodziców. Samowolka w tym przypadku mogła się dla mnie naprawdę źle skończyć. Gdy o tym pomyślę, jeszcze skóra mi cierpnie.
     Przez pewien czas nie mogłam zrozumieć, jak mógł mnie nazwać dziwką. Poza strachem byłam jeszcze wściekła za to. No bo jakim cudem dziewica może być dziwką?
     Ten incydent na długo, bo na prawie dwa lata zraził mnie do chłopaków.


__________________________________________________


15 lat – pierwszy pocałunek z języczkiem



     Moją jedyną prawdziwą przyjaciółką od zawsze, to znaczy od liceum, była Wiola, czyli Wioletta. Wiola jest starsza ode mnie o miesiąc, ale to się nie liczy. Doskonale się rozumiemy i spędzamy ze sobą dużo czasu. Po prostu jest nam dobrze razem. We wszystkim bezwarunkowo się wspieramy. Jedyne, czego jej zazdrościłam i zazdroszczę, to pupy. Jest naprawdę cudowna. Idealnie krągła i niezwykle seksowna. Pewnie dlatego, w przeciwieństwie do mnie, pada ofiarą chłopaczków o bardzo małym rozumku, to znaczy chyba wszystkich, którzy mają odwagę i nic w głowie. Toteż z pewnością myślą tylko genitaliami, obserwując wyłącznie reakcję swojego zwisu na widok dziewczyny. Patrzy taki na mój tyłek – brak reakcji. Patrzy na tyłek Wioli – staje mu, no to trzeba za ten tyłek złapać. Zwykły bezmózgi odruch bezwarunkowy. Oko – penis – ręka.
     Chociaż tu trochę rozumiem chłopaków. Też czasami kusiło mnie, aby ująć w dłoń tę jej cudowną pupę albo chociaż dać głośnego klapsa, szczególnie gdy obie stałyśmy przed lustrem nago, bawiąc się w „znajdź dziesięć szczegółów, którymi różnią się te dwa obrazki”. Jeden szczegół od razu rzucał się w oczy. To mój chudy tyłek.
     Zaraz, gdy skończyłam piętnaście lat, no piętnaście lat i dwa miesiące, koniecznie musiałam dowiedzieć, jak to jest praktycznie z tym całowaniem się z języczkiem. Oczywiście wiedziałam, że to będzie przyjemne, tylko jak? Nie zamierzałam na razie zbliżać się do żadnego chłopaka, więc miałam z tym zagwozdkę. Niby mogłam jakiegoś przypadkowego wybrać i poprosić ot tak, by mnie pocałował z języczkiem, z pewnością by mi nie odmówił, chyba by nie odmówił, ale przypuszczałam, że mój język pewnie by mu nie wystarczył. Chciałby coś więcej i jeszcze więcej, a ja nie mogłabym mu tego dać. Czułam lęk, że znowu mogłabym znaleźć się w takiej sytuacji jak z padalcem albo gorszej. Proszenie chłopaka o pocałunek z językiem, a nawet o cokolwiek, nie wchodziło w grę. Naturalne, że w tej sytuacji zwróciłam się do przyjaciółki.
     Najpierw spojrzała na mnie, jakbym straciła rozum. Wiedziała jednak, co mi przytrafiło się niecały rok wcześniej i gdy przypomniałam jej, dlaczego nie mogę z chłopakiem i zarzekłam się, że to nie będzie naprawdę, tylko taka próba, zobaczymy, jak to jest, nie będziemy naprawdę się całowały, zgodziła się.
     Teraz, jak o tym myślę, to szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak można całować się na niby z języczkiem. Mimo wszystko miałyśmy tak zrobić. Był tylko jeden problem do rozwiązania. Czy ja wsunę język jej do buzi, czy ona mi. Ostatecznie ustaliłyśmy, że najpierw ja, a potem drugi raz ona, żebyśmy obie wiedziały to samo. Stanęłyśmy naprzeciwko siebie, blisko, mierząc się przez chwilę wzrokiem. Przysunęłam się jeszcze bliżej i złapałam Wiolę w talii. Dotknęłam swoimi ustami jej, wtedy Wiola rozchyliła ząbki. Wsunęłam swój język, ostrożnie, bo bałam się, jak to będzie. I nagle koniuszki naszych języków spotkały się ze sobą. Zaraz, gdy to się stało, odskoczyłam, chichocząc, bo ciarki po mnie przebiegły, a Wiola też zachichotała, więc pewnie po niej też.
     – Fajne – powiedziałam, bo rzeczywiście było to ekscytujące. Jeszcze takiej emocjonującej przyjemności nie przeżywałam. Nie to, aby było to coś nadzwyczajnego, tylko był to taki inny rodzaj przyjemności, takiej… takiej przyjemnie mokrej, aż serce zaczęło mi mocniej bić.
     – Aha – odpowiedziała zadowolona Wiola. Spojrzała na mnie zachęcająco, zwilżając delikatnie koniuszkiem języka usta.
     Zrobiłam to samo i ponownie złączyłyśmy się ustami. Tym razem śmielej wsunęłam język, ocierając się o język Wioli. Trwało to kilka minut, a w tym czasie nasze języki zabawiały się ze sobą, to dotykając się tylko koniuszkami, to delikatnie pieszcząc, to siłując się ze sobą. Eksperymentowałam też z podniebieniem Wioli, co również było przyjemne, mmm...
     Zaraz, gdy przestałyśmy się całować, rozogniona Wiola bez chwili zwłoki zawołała:
     – Teraz ja!
     – Zaczekaj – powiedziałam – daj mi złapać oddech.
     Serce mi waliło i odczuwałam podniecenie, które nakazywało mi kontynuować zabawę. Po kilkunastu sekundach, gdy odrobinę się uspokoiłam, to ona przywarła do moich ust, wsuwając język. Nie wiem, ile to trwało, w każdym razie niedługo, gdy Wiola przerwała.
     – Wolę, jak ty mnie całujesz – przyznała się – ja chyba mam za krótki język – stwierdziła.
     Patrzyłyśmy na siebie i widziałam, że oczekuje tego. Objęłam ją w pasie i zbliżając się do jej ust, przesunęłam dłonie na plecy, aż Wiola ekscytująco zadrżała. Wkrótce i ona nieśmiało mnie objęła. Chyba z godzinę straciłyśmy, co chwila się całując, z ciekawości eksperymentując na różne sposoby. Teraz wiem, że również z ogarniającego nas coraz większego podniecenia. W pewnym momencie poczułam, jak Wiola obejmuje dłonią mi cycek. Gwałtownie zaprzestałam pocałunku.
     – Co robisz? – zapytałam zdziwiona i trochę wystraszona, bo nie powiem, aby mi to nie sprawiło przyjemności. Dopiero po dłuższej chwili, jakby się ocknęła. Przestała ugniatać mi pierś, cofając rękę ze wstydem.
     – Przepraszam – mruknęła, spuszczając oczy. – Nie wiem czemu. Przepraszam, ale tak jakoś samo wyszło. No… tak jakoś cała się podnieciłam. – Ze wstydem wydusiła z siebie to ostatnie zdanie.
     – Nic złego się nie stało. – zapewniłam ugodowo. – Trochę to dziwne, ale ja też się podnieciłam – przyznałam szczerze po chwili.
     Obie milczałyśmy, popatrując na siebie ze wstydem. Czułam, że jest mi gorąco. Wioli chyba też, bo tak jak ja miała zaróżowioną twarz. Byłyśmy nieco zdyszane, wyglądałyśmy jak po krótkim biegu.
     – To głupie... ale... aż mi się mokro zrobiło… tam...– Wstydliwie posunęła się jeszcze o krok Wiola.
     – Mnie też – odpowiedziałam szczerością za szczerość. Obie byłyśmy podniecone tymi pocałunkami i ostrożnymi pieszczotami, bo jak zaczęłyśmy się obejmować, to nasze ręce jakoś tak zaczęły trochę się poruszać.
     – Naprawdę? Myślałam, że tylko ja… – Wiola wydawała się zdziwiona, jakby sądziła, że tylko jej coś takiego się przytrafiło. Kiwnęłam głową, a ona dodała z niepewnością: – Może nie powinnyśmy się więcej całować, bo… bo jak jestem taka podniecona, to mogłabym coś głupiego zrobić… już zrobiłam… gniewasz się na mnie, prawda? – wstydliwie popatrywała na mnie, przygryzając wargi z nerwów, że się pogniewałam na nią.
     – Już ci mówiłam, że nic się nie stało, nie gniewam się, nie ma za co... ale zgoda – powiedziałam. Też czułam, że mogłabym z tego podniecenia zrobić coś niemądrego. Miałam chęć złapać ją za ten cudownie seksowny tyłek, przycisnąć do siebie i całować, całować… Przestraszyłam się tej myśli. – To jest przyjemne, nawet bardziej niż myślałam, ale masz rację, Wiola, to głupie, byśmy… we dwie… chociaż całkiem fajnie…
     Zgodziłyśmy się, że więcej tego nie będziemy robiły. Strach, do czego mogłoby to doprowadzić, przeważył.


__________________________________________________


Prawie 16 lat – z ciapą



     W wakacje, gdy miałam prawie szesnaście lat, a konkretnie w sierpniu, opiekowałam się bobaskiem stryjka i stryjenki, gdy byli w pracy. Nie miałam nic innego do roboty, bo Wiola wyjechała z rodzicami na dwa tygodnie. Dzieciaczek był spokojny, więc niewiele miałam zajęcia.
      Pewnego dnia, wracając „po pracy”, spotkałam na ulicy kolegę z klasy. Tak sobie z nudów wpadłam na pomysł, aby go zaprosić. Normalnie bym do niego nawet nie zagadała, ale we dwójkę zawsze przyjemniej leci czas. Wprawdzie nadal czułam jakąś tam niechęć do bliższych kontaktów z chłopakami, ale ten był ewidentną nieszkodliwą ciapą w okularach. Ciapą, którą mogłabym kręcić, jak tylko bym chciała. Pewnie jeszcze nawet nie wiedział, co można robić z dziewczynami. Tak z obserwacji w szkole mi wychodziło. No, może przesadziłam, z tym że nie wiedział, ale z pewnością by się nie odważył cokolwiek zrobić, dlatego zupełnie nie obawiałam się go. Zdecydowanie nie wyglądał mi na mężczyznę.
     Był bardzo zdziwiony moim zaproszeniem i początkowo próbował się wymówić. Trochę się namęczyłam, aby go przekonać. Pewnie pierwszy raz dostał taką propozycję od dziewczyny albo myślał, że go wkręcam, albo jedno i drugie. W sumie nie dziwiło mnie to. Dziewczyny, jeśli już zwracały na niego jakąś uwagę, to robiły sobie podśmiechujki. Dopiero gdy stwierdziłam z udawanym smutkiem „nie lubisz mnie”, gwałtownie zaprzeczył i nie mając już żadnych argumentów, zgodził się. Podałam mu adres i na drugi dzień przed południem miał przyjść. Byłam ciekawa, czy nie stchórzy. Nie stchórzył.
     Siedzieliśmy już jakąś godzinę na łóżku, bo akurat w pokoju dzieciaczka było to jedyne sensowne miejsce, czasami zajmując się maluchem, właściwie to wyłącznie ja. Niewiele rozmawialiśmy, ale wiedziałam, że będzie kiepskim rozmówcą. Przynajmniej nie byłam sama w pustym mieszkaniu.
     Trochę ponosiłam dzieciaczka na rękach i gdy ponownie usiadłam na łóżku, niespodziewanie okularnik przysunął się do mnie blisko i położył rękę na udzie. Pewnie przez całą tę godzinę zbierał odwagę. Dotyk jego ciepłej ręki był całkiem przyjemny, więc nie zareagowałam. Poza tym, jak mówiłam, nie obawiałam się, że mógłby mi coś złego zrobić.  
     Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Nagle cmoknął mnie w policzek. Nie podejrzewałam go o taką śmiałość. Zaskoczona, spojrzałam w jego kierunku z lekko rozchylonymi ze zdziwienia ustami, ale karcącym wzrokiem. Nie pomogło. Korzystając z mojego zaskoczenia, chłopak zaraz cmoknął mnie ponownie, tym razem prosto w te rozchylone usta.
     – Hubert! Co ty wyprawiasz! – zbeształam na wszelki wypadek kolegę, groźnie spoglądając, chociaż było to całkiem fajne.
     Ten aż się skulił i niestety zabrał dłoń z mojego uda. Patrząc już nie na mnie, a gdzieś w podłogę, jęknął:
     – Przepraszam. Nie gniewaj się. To dlatego, że mi się podobasz.
     – Podobam ci się? – zapytałam zdziwiona.
     – Bardzo – cicho jęknął w kierunku podłogi, rumieniąc się mocno. – Jesteś… jesteś taka… taka… wspaniała – wydukał.
     Prawda, nie wyśmiewałam się z niego jak inni i nie dokuczałam jak niektóre dziewczyny. Uważałam to za głupie, ale że mu się podobam? To było coś nowego. Nigdy bym nie pomyślała. Coś zaświtało mi w głowie.
     – Od dawna mnie lubisz?
     – Od początku…
     – Czemu nic nie powiedziałeś?
     – Bo takie dziewczyny jak ty nie zwracają na mnie uwagi. W ogóle dziewczyny… Głupie prawda? Zresztą pewnie i ty zaraz mnie wyśmiejesz. Nie szkodzi… I tak cię kocham.
     Rany, byłam w szoku po tym wyznaniu. Dłuższy czas żadne z nas się nie odzywało. Gdy trochę ochłonęłam, zrobiło mi się go po prostu żal. A ja jestem taka, że gdy kogoś jest mi żal, to bywa, że robię głupoty, chcąc pocieszyć. Zwykle Wiola powstrzymywała mnie od zrobienia czegoś głupiego. Niestety tym razem obok mnie nie było nikogo, kto by mnie powstrzymał.
     – Przecież się z ciebie nie śmieję – zdołałam tylko to wyszeptać, zanim znowu na dobrą minutę zapadła cisza. – Spójrz na mnie – powiedziałam, przerywając krępującą ciszę. Jednak chłopak nie zareagował, nadal mając wzrok utkwiony w podłodze. – Całowałeś się już z dziewczyną? – zapytałam poważnie.
     W odpowiedzi tylko pokręcił przecząco głową.
     – Spójrz na mnie – powtórzyłam, cicho dodając: – Zgoda, możesz mnie pocałować.
     – I tak nic z tego nie będzie, nie umiem się całować – odpowiedział z lekkim rozdrażnieniem, nie odrywając wzroku od podłogi. Pewnie nie wierzył, że mówię serio, obawiał się, że go zaraz wyśmieję. A ja naprawdę nie oszukiwałam.
     – Nie szkodzi, ja umiem. Nauczę cię. – Zebrało mi się na odwagę.
     Myśl o pocałunku przywiodła wspomnienie tego z Wiolą, aż przez moje ciało przebiegło niewielkie stadko mrówek, skupiając się nie wiadomo czemu w podbrzuszu. Pewnie na myśl, że mogłabym spełnić dobry uczynek. A może dlatego, że z chłopakiem ja też jeszcze się nie całowałam. Tylko z dziewczyną, ale to chyba się nie liczy.

     Ta moja wada. Zaraz mięknę, gdy kogoś mi żal. Złapałam go za podbródek i przekręciłam jego głowę tak, abym mogła spojrzeć mu w oczy. Przez okulary widać było, że są nieco wilgotne. Na ten widok westchnęłam, bo zrobiło mi się go żal już na maksa. Zdjęłam okulary i powoli przybliżyłam swoje usta do jego, aż się zetknęły. Wsunęłam ostrożnie język między jego zęby i dotknęłam jego języka, delikatnie pieszcząc końcówką swojego. Trochę żałowałam, że nie mam dłuższego, bo wydało mi się, że nie sięgam wszędzie tam, gdzie bym chciała.
     Całowałam go tak przynajmniej minutę, może nawet dwie, zanim się oderwałam.
     – Teraz ty mnie weź, tak pocałuj – szepnęłam, starając się nadać głosowi uwodzicielskie brzmienie i posyłając najbardziej zachęcająco-promienny uśmiech, na jaki w tym momencie było mnie stać.
     Przywarł do moich ust, a nasze języki spotkały się u mnie, baraszkując ze sobą. Wyraźnie mu się spodobało, bo pocałunek był znacznie dłuższy niż ten mój i zdawał się nie mieć końca. Jednak złączeni byliśmy tylko ustami. Postanowiłam to zmienić. Przerwałam pocałunek i powiedziałam:
     – Nie bój się, możesz mnie objąć. – Nie czekając, co zrobi, złapałam jego rękę i oplotłam się nią. – Widzisz? Nic się nie stało. Tak jest przyjemniej. Możesz dalej mnie całować – zachęciłam zadowolona.
     Ponownie nasze twarze powoli się zbliżyły, stykając ustami, a Hubert zaraz ekscytująco wsunął język mi do buzi. Smak moich ust z pewnością przypadł mu do gustu, sądząc po tym, jak ochoczo się do tego zabrał. Pocałunek trwał już długo, rozpalając coraz bardziej moje ciało, gdy nagle poczułam, że usiłuje mnie położyć na plecach. Zdziwiłam się do tego stopnia, że na moment otworzyłam oczy. Zaraz jednak z powrotem je zamknęłam, poddając się jego woli. Tak wylądowałam na plecach. Ta pozycja sprawiła mi dodatkową przyjemność, powodując przypływ ciepłego podniecenia i nie mniej przyjemnej wilgoci w pochwie. Tymczasem chłopak zaczął bardzo wolno, stanowczo za wolno, przesuwać rękę, którą mnie obejmował, w górę. Trwało to wieki, ale w końcu zdołał położyć ją na mojej lewej piersi, wywołując pomruk zadowolenia u mnie. Najpierw ostrożnie, niemal niezauważalnie, a potem mniej ostrożnie, ugniatał ją. Zaraz potem, pewnie dla równowagi, przesunął rękę na drugą pierś, wykonując te same czynności. Nie protestowałam, bo było przyjemnie i byłam już nieźle nakręcona.
     Gdy już wymacał mi cycki, niespodziewanie szybko przesunął rękę w dół, wsuwając od góry pod spódniczkę. Miałam na sobie taką czarną, podobną do tej teraz, tylko do płowy ud i bardziej zwiewną. A wyżej jasną, rozpinaną bluzeczkę. Liczyłam, że mi rozepnie tę bluzeczkę, a potem uwolni cycki z biustonosza, bo chciałam się nimi pochwalić, ale wyszło inaczej. Wiedziałam, do czego zmierza, jednak byłam już tak rozpalona, że nie myślałam, tylko mocniej zapragnęłam, aby poznał mój skarb. Dlatego, gdy przesunął rękę po majteczkach i gdy jego palce dotknęły zaciśniętych ud, nawet nie zastanawiałam się, tylko je rozchyliłam, wpuszczając jego dłoń głębiej. Hubert skwapliwie skorzystał z okazji. Gdy jego ręka wniknęła dosłownie między uda, jęknęłam głośno i przeciągle, niczym panienka na filmie porno. Nie musiałam, przynajmniej nie tak głośno, ale chciałam zasygnalizować, jak bardzo mi się to podoba i zarazem zachęcić chłopaka do dalszej penetracji mojego ciała, rozognionego szczególnie w tym miejscu. Wówczas mi się wydawało, że powinnam, chociaż nie powiem, że ten namiętny jęk nie podniecił mnie samej jeszcze bardziej. Pieścił mnie przez majtki, a ja powoli odpływałam, tracąc kontrolę nad otoczeniem, gdy chłopak wreszcie zdecydował się włożyć rękę pod nie. Było lato, miałam na sobie cieniutkie, delikatne figi. I gdy cały czas gładząc, stopniowo wsuwał rękę coraz głębiej, rozciągając mi je coraz bardziej, w pewnej chwili, najmniej stosownej, bo właśnie dotarł palcami do miejsca, gdzie byłam wilgotna, rozległ się dźwięk rozrywanego materiału. Równocześnie z tym dźwiękiem, chłopak gwałtownie wyciągnął rękę spod spódnicy i usiadł na łóżku, Początkowo, zdyszana, nie miałam pojęcia, co się stało. Coś zrobiłam nie tak? Przestraszył się, że jestem tam mokra? Albo czegoś innego? Niby czego?
     – Co się stało? – zapytałam możliwie najspokojniej, jak mogłam. Nie odpowiedział. – Wszystko dobrze – kontynuowałam – to było bardzo przyjemne, co mi robiłeś. – Nadal brak odpowiedzi.
     – Przepraszam – w końcu wydukał – nie gniewaj się… porwałem ci majtki… odkupię…
     Omal nie prychnęłam na głos śmiechem. Postanowiłam załagodzić stres chłopaka.
     – Nic się nie stało – powiedziałam, z trudem opanowując śmiech – dziewczyny lubią, jak chłopak zrywa z niej majtki. To jest bardzo podniecające – dodałam z satysfakcją w głosie. Nie wiem, czemu, ale owo zrywanie wydało mi się podniecające, chociaż do tej pory jeszcze nikt ich ze mnie nie zerwał. – I nie musisz mi nic odkupywać, naprawdę. – dopowiedziałam na wszelki wypadek.
     – Ale ja ci je porwałem, a nie zerwałem – zajęczał.
     Mógłbyś teraz mi je zerwać, pomyślałam. Głośno jednak powiedziałam:
     – To, to samo. – Wstałam i obróciłam się przodem do Huberta. – Skoro mi je już porwałeś, to zdejmę je. – Sięgnęłam pod spódnicę i szybko pozbyłam się resztek fig.
     Przez ten czas ogień namiętności w moim łonie trochę przygasł, jednak ściągnięcie majtek rozpaliło go na nowo. Instynkt mnie nie mylił. Zdejmowanie majtek przed chłopakiem jest podniecające.
     Usiadłam okrakiem na nogach Huberta i z pomrukiem zadowolenia złapałam go za genitalia. Ugniatałam, czując, jak zawartość spodni w tym miejscu twardnieje. Pomyślałam, że mogłabym spróbować jeszcze czegoś innego.
     – Wstań! – rozkazałam, wcześniej zeskakując z jego nóg.
     – A… ale po co? – zająknął się przestraszony.
     – Nie gadaj, tylko wstawaj, jak dziewczyna prosi – stanowczo zażądałam i nabierając jeszcze większej śmiałości, widząc jego bezradność, dorzuciłam buńczucznie: – Bo ci przyłożę! – Świadomość, że bezkarnie mogłabym mu przywalić, mile połechtała moją kobiecą próżność. Trochę bym odegrała się za padalca.

     Nie doszło jednak do tego, bo chłopak wykonał polecenie. Klęknęłam przed nim i szybko, nie powiem, drżącymi z emocji rękami, rozpięłam spodnie, natychmiast ściągając mu je razem z majtkami. W trakcie tej czynności tuż przed moimi oczami wyskoczył, jakby był na sprężynie, członek w pełnej męskiej okazałości, aż się zdziwiłam jaki duży i sztywny, bo to przecież ciapa, a nie stuprocentowy mężczyzna. Z tego wrażenia poczułam gorąco zalewające mnie całą niczym tsunami jakąś wyspę.
     Nikt mnie tego nie uczył, zrobiłam to instynktownie. Nadal zdziwiona, że ciapa może mieć takiego solidnego, ujęłam dłonią u nasady dumnie sterczący członek i objęłam główkę ustami, kilkukrotnie przesuwając w tę i we w tę, wywołując ciche stęknięcia czy tam pomruki chłopaka. Niezadługo jednak. Chciałam teraz inaczej. Rzuciłam się na łóżko, przewracając na plecy. Nieśpiesznie, z kusicielskim uśmieszkiem podciągnęłam spódnicę, tak aby widać mi było myszkę.
     – Połóż się na mnie – powiedziałam przymilnie, czując wzrok chłopaka na tym miejscu, które odsłoniła spódniczka.
     Te cztery słowa okazały się wystarczające. Ułożył się między moimi nogami, które dla wygody jeszcze bardziej rozchyliłam, uginając w kolanach. Namacałam jego członka i przytknęłam do wejścia do pochwy.
     – Pchnij mocno – wysapałam, bo towarzyszyły mi już skrajnie silne emocje z faktu, że zaraz zostanę rozdziewiczona. Nie dziwcie się, to miało się wydarzyć pierwszy raz w moim życiu i zarazem ostatni.
     Chciałam, by to zrobił szybko i mocno, aby ten pierwszy ból mieć jak najprędzej z głowy. Niestety na przeszkodzie stanęła moja własna pochwa. Korytarzyk okazał się ciasny i wbrew mojej woli stawił opór. Opór, który jednak wkrótce wspólnymi siłami udało się pokonać, a wraz z nim ból pierwszego razu. Nie martwcie się, nie zabolało mocno. Mniej, niż się obawiałam. Zacisnęłam zęby i nawet nie krzyknęłam. Nie chciałam straszyć chłopaka, aby nie skończyło się to tak, jak z majtkami. To znaczy, aby nie wyszedł ze mnie, zanim nie zrobi mi się całkiem dobrze.
     Niestety zabawa nie trwała długo. Może był za bardzo podniecony sytuacją, a może ja nie mając doświadczenia, za bardzo go rozgrzałam? Nie liczyłam czasu, ale fakt, faktem, że cała zabawa trwała jakieś pół minuty, może minutę i chłopak wytrysnął. Byłam rozczarowana, zwłaszcza że zaraz potem zmył się i tyle go widziałam. Na lepszą powtórkę nie było szansy. Chyba też rozczarował się mną, bo później, w czasie roku szkolnego, odniosłam wrażenie, że się odkochał. I tak to zrób przysługę chłopakowi, a nawet ci nie podziękuje. Zajrzał mi do dziury i wyszło mu, że nie jestem taka wspaniała. Koniec!


__________________________________________________


16 lat (dopiero co) – student



     Następny był taki student. Ten to wiedział jak zabrać się za mnie, a właściwie jak używać… aż mi głupio. Okazał się sprytniejszy i nic nie podejrzewającą, wmanewrował tak, że nie miałam wyboru. Musiałam się zgodzić, ale nie żałuję.
     Na początku roku szkolnego przeżywałam kryzys matematyczny. Mojego ulubionego nauczyciela matematyki od tego roku szkolnego zastąpiła jakaś niedouczona siksa po studiach. Co prawda wcześniej też nie byłam orłem z matematyki, ale teraz zaczęłam szorować brzuchem o dno. Albo raczej cyckami, hi, hi. Brzuszek mam płaski, ale za to cycki wystające, hi, hi. Tyłek mi nie wyszedł, to chociaż dobrze, że cycki się udały. Do rzeczy. Nowa belferka była tak szybka, że równocześnie mówiła, pisała na tablicy jedną ręką, a drugą ścierała. Mało kto za nią nadążał. Ja nie. Na moje usprawiedliwienie, nawet najlepsi rozkładali bezradnie ręce. Na początku jak przyszła, powiedziała: „jeśli ktoś czegoś nie rozumie, to proszę zapytać, ja powtórzę”. Na wszelki wypadek siedziałam cicho, jak reszta klasy, z wyjątkiem jednej dziewczyny, która nagle na początku lekcji głupio się wyrwała:
     – Pani profesor, ale ja nie zrozumiałam poprzedniej lekcji, czy może pani…
     – Nie nauczyłaś się?
     – Nie, bo pani tak szybko…
     – Siadaj, pała!
     I tyle „w temacie” powtórzeń.

     Rodzice uznali, że potrzebny jest mi korepetytor. Padło na syna jednego ze znajomych rodziców, akurat studenta matematyki, który miał już doświadczenie w udzielaniu korepetycji. I to jakie! Ani ja, ani nawet rodzice, nie podejrzewali, jakie. Gdyby podejrzewali, na pewno by się nie zgodzili, aby mnie edukował.
     Chłopak okazał się niczego sobie. Już na początku zrobił na mnie porządne wrażenie, dlatego bez oporu zgodziłam się na dodatkowe lekcje. Początkowo siedzieliśmy przy stole naprzeciwko siebie, ale potem siadałam obok niego. Tak było wygodniej, ale miało też swoją wadę. Trudniej było skupić się na nauce. Taka bliskość bądź co bądź kuszącego ciacha, działała na mnie rozpraszająco. A jeszcze czasem nasze nogi się stykały. Nie było łatwo, ale dawałam radę.
     Nie miał samodzielnego mieszkania, często, gdy odbywały się korepetycje, była w domu też jego mama. Nie przeszkadzała nam, tylko raz zajrzała, na zaproszenie studenta. Powiedział, że mama chciałaby mnie poznać. Chyba nie do końca była to prawda, a jego przemyślana strategia wobec mnie. My siedzieliśmy obok siebie po jednej stronie stołu, a jego mama przysiadła się po drugiej. Ledwo coś powiedziałam, poczułam na udzie, pod stołem, rękę mojego nauczyciela, przesuwającą się stopniowo w kierunku myszki, aż natrafiła na nią. Na moment trochę spanikowałam, nie wiedziałam co zrobić. Byłam w leginsach, a jak mówiłam, jedyne, co do tej pory w życiu dobrze mi wychodziło, to podniecanie się, więc sami domyślcie się, co czułam. Student poznał mnie już na tyle dobrze, że wiedział, iż nie zaryzykuję skandalu. Byłoby mi strasznie wstyd, tak przy jego matce. Nie mając doświadczenia, nic wcześniej nie podejrzewając, dałam się wmanewrować jak głupia w sytuację bez wyjścia. Musiałam przystać na obmacywanie myszki i jakoś się opanować. Przynajmniej na początku, dopóki jego matka była w pokoju.  
     Z tego podniecenia stało się nieuniknione. Zrobiło mi się mokro i jeszcze bałam się, że nie dam rady ukryć tego podniecenia. Zaraz zacznę dyszeć, a musiałam przecież rozmawiać z jego mamą. Nigdy w życiu nie znalazłam się jeszcze w tak trudnej sytuacji. Musiałam jednak wytrzymać, nie miałam wyboru.
     Wreszcie, po wiekach oczekiwania i męczarni, jaką przeżywałam, jego matka zostawiła nas samych. Byłam dumna z siebie, że tak doskonale poradziłam sobie z ukryciem podniecenia. I wtedy puściły hamulce. Zadyszałam dość głośno i mocno, kończąc zmysłowym jękiem. Zdradziłam się w ten sposób, do jakiego stanu mnie podstępnie doprowadził. Studenciak nie dał mi jednak nawet chwili, na ogarniecie się. Wykorzystał perfekcyjnie chwilowy zamęt, wywołany tym, że w wyniku maksymalnego podniecenia musiałam przewentylować płuca. Co prawda lewą rękę wyjął mi spomiędzy ud, ale zaraz mocno, zdecydowanie ujął myszkę prawą i przywarł ustami do moich otwartych, z powodu dyszenia, odchylając zarazem do tyłu krzesło, na którym siedziałam. Ta sprytna zagrywka z jego strony pozbawiła mnie zupełnie możliwości obrony. Przestraszyłam się, że zaraz polecę na plecy, więc nie mogłam się szarpać. Miał mnie w garści i to nawet dosłownie. On był jedynym, który mógł mnie uratować przed upadkiem fizycznym, kosztem moralnego. Tak jakoś wyszło, mój słodki oprawca równocześnie był moim wybawicielem.
     Dopiero gdy wdarł się ręką pod majtki, zaczęłam się ostrożnie wyrywać. Szczerze, zrobiłam to dla zachowania resztek godności, bo zupełnie już nie wierzyłam w możliwość obrony przed nim. Czułam, że mój los jest już przesądzony i studenciak zaraz zrobi ze mną, co zechce, a wiedziałam, co chce zrobić. Opór, i tak mizerny, słabł gwałtownie, odwrotnie do narastającego rozpłomienienia mojego ciała i niestety zgodnie z obawą, szybko stałam się zupełnie bezbronna. Studenciak wstał i łapiąc mnie pod ramiona, podniósł z krzesła. Stanął za mną i łapiąc za cycki, przycisnął do siebie, aż jęknęłam z przyjemności. Dalej, nie ma co ukrywać, otumanioną i słaniającą się z podniecenia, zaczął popychać w kierunku łóżka. Językiem i ustami jeszcze obrabiał mi szyję, aż raz za razem przechodziły po mnie ciarki, tak obezwładniające, że absolutnie już nic nie mogłam. Chyba już tylko instynktownie próbowałam zapierać się nogami, ale pchał mnie od tyłu, więc szłam krok za krokiem. I tak właśnie krok za krokiem, nacechowanymi moimi krótkimi jękami od jego języka i trzymania za cycki, doszliśmy do łóżka. Popchnął mnie, aż oparłam się dłońmi o nie, wypinając swój chudy tyłek. Wtedy szybkim ruchem zsunął leginsy i stringi po czym, nie pytając, chociaż prawdę powiedziawszy, nie musiał, wszedł we mnie od tyłu swoją sztywną pałką. Moja pochwa znowu próbowała stawić opór, ale jak poprzednio, był nieudany.
     Studenciak był bardzo szybki. Nie dość, że posuwał mnie z zawrotną szybkością, a właściwie rżnął, to już po pięciu minutach na oko, siedzieliśmy jak gdyby nigdy nic przy stole, a ja pobierałam kolejną lekcję matematyki. Może tylko trochę bardziej zdyszana niż zwykle i rozładowana jak bateria w latarce po miesiącu używania. Było szybko, ale nie powiem, bym żałowała.
     Na moje usprawiedliwienie, gdy powiedziałam o tym zdarzeniu Wioli, przestraszona przyznała, że znalazłam się w sytuacji bez wyjścia i ona też nie wiedziałaby, co zrobić. I że jestem odważna, bo nie spanikowałam i nie dałam się tak od razu, tylko mimo ciężkiej sytuacji opierałam się jeszcze przez jakiś czas. A ona pewnie od razu zaczęłaby panikować.
     Od tej pory nasze lekcje przebiegały według utartego wzoru. Pięć minut seksu i sto pięćdziesiąt, nauki. Czegoś jednak w tym związku mi brakowało. Nawet nie to, że proporcje czasowe były zaburzone. Nie to, że był to szybki seks. Nawet lubiłam taki, bo przeważnie nim się skończył, osiągałam orgazm. Przy okazji odkryłam, że uwielbiam być brana od tyłu. Nawet nie to, że podniecała mnie myśl, że jego matka mogła nakryć nas ze spuszczonymi majtkami, w chwili, gdy jestem solidnie penetrowana. Było to mało prawdopodobne, bo poza tym jednym razem, nie przychodziła do nas. I nawet nie to, że nie czułam spermy. Tylko za pierwszym razem mnie wypełnił, potem używał sobie na mnie w prezerwatywie. Chyba brakowało uczuć. Łączył nas tylko czysty, ostry seks. Robił mi dobrze, bardzo dobrze i dyskretnie, to co miałam sobie żałować? Jakiś taki niedosyt jednak był. Hm… a może dlatego, że tak naprawdę, to tylko sobie robił dobrze, a moja przyjemność była przez przypadek? Taki efekt uboczny? Co będę siebie oszukiwała, było bardzo, ale to bardzo przyjemnie.
     Szybko, aczkolwiek niepostrzeżenie nasze relacje seksualne uległy zamianie. Teraz to ja za opanowanie wyznaczonego mi materiału, w nagrodę mogłam oprzeć się o łóżko, poczekać na zdjęcie spodni lub zadarcie spódnicy czy sukienki i ściągniecie majtek, a potem już tylko przyjemność. Całe pięć minut. Seks okazał się bardzo motywujący. Z dołującej uczennicy wystrzeliłam w górę, przebijając średnią klasową. Nadal nie byłam orłem, ale byłam powyżej przeciętnej.
     Niestety korepetycje mają to do siebie, że kiedyś się kończą i jak się skończyły, okazało się, że studenciak nie ma już powodu, aby mnie do czegokolwiek motywować. Wtedy pomyślałam, czy czasem innych dołujących panienek tak samo nie motywował do nauki. Coś mi mówiło, że nie byłam jedyną.


__________________________________________________


Nadal 16 lat – gdzie ci mężczyźni?!



     O trzech następnych nawet nie ma co wspominać. Po pierwszych dwóch pomyślałam: „do trzech razy sztuka”. Niestety, trzeci był taki sam. Chłopaki w moim wieku, zdecydowanie nie są mężczyznami, chociaż tak im się wydaje. Przerost ambicji nad możliwościami i wiedzą. Nie wspominając o malutkich… no, nie, fiuty akurat mają w porządku, myślę o mózgach. Tylko co z tego, że fiuty mają w porządku, jak nie potrafią właściwie się nimi posługiwać. Nie mają pojęcia jak wykorzystać tak złożony instrument, jak dziewczyna, aby wydobyć pełnię czystych tonów. Dla nich dziewczyna to tylko worek treningowy z dziurą. Byle się spuścić i do widzenia. Jedyna różnica to taka, że worek nie jęczy, a dziewczyna tak. Jak ma ochotę. Gdyby to ode mnie zależało, dałabym wszystkim tym chłopaczkom wiaderko, łopatkę i wysłała tam, gdzie ich miejsce, czyli do piaskownicy, bawić się co najwyżej „w doktora”. „Bardzo się potłukłaś, jak spadłaś z nieba?” albo „Cześć księżniczko, w którym zamku straszysz, jeśli wolno zapytać?”. Bez komentarza. Albo „Czy jestem w niebie, bo widzę anioła…” . Półgłówki. Nie może taki jeden z drugim zagadać normalnie jak do człowieka? Musi z siebie robić głupka, jakby akurat założył zbyt ciasne slipki i krew do mózgu mu nie dopływała? Widocznie musi. Już wolę, jak taki zawoła za mną „E, dupa!”. Przynajmniej mam powód do zadowolenia, że dostrzegł mój chudy tyłek. Najgorsi są tacy, którzy chcąc zabłysnąć, sprawiają przykrość dziewczynie i nawet nie mają pojęcia o tym. Przez jednego takiego omal się nie rozpłakałam, gdy „zabłysnął” słowami: „Twój tyłek zasłania mi cały świat”. Kretyn. Mój chudy tyłek zasłania mu cały świat! Tak mnie upokorzyć! Wiola stwierdziła, że powinnam była dać mu w twarz, za taką obelgę.
     Byłam nad naszym morzem. Skoro tam zjeżdżają się ludzie z całego kraju, a nawet z zagranicy, myślałam, że trafię na jakiegoś fajnego chłopaka, w którym zakocham się od pierwszego wejrzenia i któremu będę mogła oddać ciało i duszę, czyli przeżyć miłość swojego życia i najlepszy orgazm zarazem. Takie dwa w jednym. Już nie mogłam się doczekać, kiedy opowiem o tym Wioli. I co? I nic. Tam też tylko same bałwany.
     Chociaż był jeden, Marek, ale z nim wyszło mi prawie. I nie spotkałam go nad morzem, a w szkole.


__________________________________________________


16¾ lat – z Wiolą


  
     Ten incydent z padalcem, nieudany z ciapą i następne rozczarowania (jako tako wspominam tylko studenciaka), spowodowało, że bardziej zwróciłam się w kierunku dziewczyn, a jeszcze bardziej w kierunku mojej najlepszej przyjaciółki, Wioli, która nigdy mnie nie zawiodła. Tak naprawdę wyszło zupełnie przez przypadek, ale się zdarzyło.
     Pod koniec maja nagle zrobiło się upalnie. Jak dobrze pamiętam, tego dnia były nawet trzydzieści dwa stopnie. Siedziałyśmy na lekcjach z wywieszonymi językami. Dlatego z wielką ulgą przyjęłyśmy wiadomość, że nasz historyk zaniemógł i dwóch ostatnich lekcji nie będzie. Fajny gość, szkoda tylko, że po pięćdziesiątce. Gdyby był młodszy, to może coś by się wydarzyło, tak marzyłam sobie.
     Zaraz po dzwonku śmignęłyśmy, ja i Wiola, do mnie. Upał był nieznośny, więc aby skrócić męki, wymyśliłam, że będziemy się ścigać, która pierwsza dobiegnie do domu. Im krócej będziemy na Słońcu, tym mniej spieczemy się na skwarki. Tak mi się wydawało. Efekt był, nie ma co ukrywać, odwrotny od zamierzonego. Dobiegłyśmy całe mokre. Pot lał się z nas niemalże strumieniami.
     Wpadłyśmy prosto do łazienki, szybko ściągając przepocone ciuchy. Nie obawiałyśmy się, że zostaniemy przyłapane, jak nago biegamy po mieszkaniu, bo rodzice wracali znacznie później.
     Do tej pory nigdy nie wchodziłyśmy razem pod prysznic. Jeśli już była taka potrzeba u mnie w domu, na przykład, gdy szłyśmy do mnie zaraz po WF-ie, wtedy najpierw wysyłałam Wiolę pod prysznic, a dopiero jak ona wyszła, to ja właziłam. Teraz potwornie śmierdzące i lepiące się od potu, rozgrzane biegiem i upałem, chcąc jak najszybciej się ochłodzić i zmyć z siebie to całe brudastwo, chichocząc, wepchałyśmy się obie.
     Zaczęłyśmy namydlać się żelem, ale tak jakoś wstyd było mi myć myszkę na jej oczach, więc odwróciłam się tyłem i poprosiłam, aby mi namydliła plecy, a ja zabrałam się za myszkę.
     Prysznic zawsze działał na mnie podniecająco. Do tego stopnia, że niekiedy nie potrafiłam inaczej i kierując igiełki wody na uda i między nie, robiłam sobie dobrze, czasami jeszcze pomagając ręką myszce, aby szybciej doszła. Teraz było o wiele gorzej. Z jednej strony delikatny, kojący dotyk dłoni przyjaciółki przesuwających się od ramion do tyłka poprzez wrażliwe u mnie plecy i z drugiej strony moja ręka między udami, spowodowało, że poczułam, jak mój kwiatuszek gwałtownie rozkwita. Przestraszona, że zaraz dojdę, przerwałam mycie myszki, a do Wioli rzuciłam, starając się nadać głosowi obojętny ton:
     – Dzięki, już wystarczy.
     Równocześnie powoli zaczęłam się obracać bokiem do niej. Wtedy Wiola powiedziała, odwracając się plecami:
     – To teraz ty mi umyj plecy, bo sama nie dam rady.
     – Zabrałam się za jej plecy, powoli schodząc coraz niżej, aż moje dłonie wylądowały na jej przecudnej pupie. Zaczęłam masować jedną dłonią jeden półdupek, a drugą drugi. Tak się w tym zatraciłam, że otrzeźwił mnie dopiero głos przyjaciółki.
     – Co ty robisz – zachichotała – miałaś mi tylko umyć plecy.
     – Przepraszam – powiedziałam ze wstydem, gwałtownie zabierając ręce z jej pupy.
     – Nic się nie stało – odpowiedziała, obracając się do mnie przodem – tylko… – wyraźnie się speszyła – prysznic zawsze mnie trochę podnieca, a jak masowałaś mi pupę, to jeszcze bardziej – dokończyła cicho, rumieniąc się.
     Zdziwiłam się trochę, bo mówiąc to, cały czas dyskretnie zasłaniała swoją myszkę, a przecież siebie się nie wstydzimy.
     – Mnie też prysznic podnieca. Czasami bardzo – przyznałam się równie szczerze przyjaciółce, chociaż też nie bez oporu.
     – Jak już nie mogę wytrzymać, to robię sobie dobrze, a ty? – O krok jeszcze posunęła się przyjaciółka.
     Jakoś do tej pory nie rozmawiałyśmy, co robimy pod prysznicem. Prysznic to prysznic. Może dlatego tak nas to zawstydzało, bo rozmowy o seksie od dawna już nie.
     – Też. Nawet często – przyznałam się i zaciekawiona zapytałam: – Robisz to tylko wodą czy palcami też?
     – Zwykle wodą. Igiełki są takie podniecające – aż zapiszczała z zachwytu. – Czasami pomagam sobie palcami, ale się boję. No wiesz, mogłabym się tak zatracić, że… – urwała, spuszczając oczy.
     Wiedziałam, o co jej chodzi. W przeciwieństwie do mnie swój pierwszy raz miała jeszcze przed sobą.
     – Ja przeważnie pomagam sobie ręką, aby szybciej dojść, ale jak mam więcej czasu, to tylko wodą. To takie cudowne, takie narastanie przyjemności, jak powoli przesuwam prysznic po udach w górę. Najpierw docierają do myszki pojedyncze kropelki, potem pojedyncze igiełki, a potem cała kaskada, że ledwo mogę wytrzymać z rozkoszy, a gdy zbliża się ten moment, cała drżę – rozmarzyłam się.
     – Aha, to takie przyjemne. Też cała drżę. – ze zrozumieniem, rozmarzona nie mniej ode mnie, odezwała się Wiola. – Ja to nawet sobie wyobrażam, że dotyka mnie tam ręką chłopak i wtedy robi mi się jeszcze bardziej przyjemnie. Ciekawe – nieco zmieniła temat – czy chłopaki też tak sobie robią dobrze pod prysznicem?
     – Na pewno – zachichotałam.
     – Głupio pytam – zreflektowała się – ale… chciałabym popatrzeć... – ponownie się rozmarzyła – jak tak robi sobie dobrze, a na koniec, żeby mi wytrysnął, o tak, tu na piersi. – Pogładziła się po cyckach, wzdychając. – O jejku, jak o tym teraz pomyślałam, to aż mi się mokro zrobiło – sapnęła tyleż podniecona, co zaskoczona tym faktem.
     – Ta piana wygląda prawie jak sperma – zachichotałam, wskazując na pianę wokół piersi Wioli.
     – O rany, całe jesteśmy w…
     Obie śmiałyśmy się do rozpuku przez dłuższy czas, rozbawione skojarzeniem.
     Kończyłyśmy opłukiwanie się z piany, gdy mnie, patrząc, jak Wiola masuje sobie piersi, coś podkusiło. Złapałam prysznic i niespodziewanie skierowałam silny strumień igiełek przyjaciółce między nogi.
     – Jejciu! – zaczęła popiskiwać, przebierając nogami i próbując niezbyt skutecznie zasłonić dłońmi cipkę przed igiełkami wody. – Ale z ciebie świntucha! Wykorzystałaś, że ci powiedziałam – zaśmiała się, gdy odpuściłam. – Przez ciebie jeszcze bardziej zrobiło mi się mokro i to wcale nie od wody – mruknęła, udając zawstydzoną.
     – Też za karę możesz mi coś takiego zrobić… – zaśmiałam się. I nim się spostrzegam, Wiola wyrwała mi z ręki prysznic, kierując strumień wody wprost na wargi sromowe. Teraz to ja popiskiwałam i przebierałam nogami z podniecenia.
     – Wystarczy! – panicznie zapiszczałam, zakręcając kurki z wodą, przeczuwając, co zaraz może mi się wydarzyć. – Jeszcze trochę a bym szczytowała, ty świntucho – mruknęłam z wyrzutem, ale zadowolona.
     – Należało ci się – nie mniej rozanielona odezwała się przyjaciółka – Przez to, co zrobiłaś, o mało co ja też nie dostałam…
     Spojrzałyśmy na siebie i jak na komendę obie zakryłyśmy sobie usta, aby nie prychnąć ze śmiechu.

     Nie wycierałyśmy się, zostałyśmy mokre, czekając, aż wyschniemy, bo w upał było przyjemniej schnąć. Co chwila z niewiadomego powodu zerkałyśmy na siebie i nasze nagości, podchichując przy tym. Nie wiem czemu, ale po tym prysznicu mnie i Wioli nagle zrobiło się strasznie wesoło.
     Zwykle, gdy wychodziłam spod prysznica, napięcie już opadało, teraz jednak będąc z Wiolą, nie mogłam się „rozładować”, więc nadal czułam silne podniecenie, starałam się je za wszelką cenę ignorować, wiedząc, że jeszcze trochę i samo opadnie.
     Wcześniej, przed prysznicem, postanowiłam uprać ciuchy Wioli, nie mogłam przecież puścić ją do domu w śmierdzących. Na szczęście oprócz pralki mamy też suszarkę. Co prawda Wiola miała obiekcje, czy suszenie nie zaszkodzi jej ubraniu, ale przekonałam ją, że jeden raz nic się nie stanie. Zresztą suszarka nieraz uratowała mi życie. Schyliłam się po leżące na posadzce ubranie i jeszcze nie zdążyłam całego wrzucić do pralki, gdy nagle poczułam na tyłku chłodną rękę Wioli, szybko wsuwającą się między uda, niczym jakiś wąż. W jednej chwili koniuszki jej palców wylądowały na samym środeczku mojej myszki. Pisnęłam głośno, gwałtownie wyprostowując się i odskakując od pralki, jakby mnie ugryzła, zarazem obracając się w kierunku przyjaciółki.
     – Wiola! – zawołałam, nawet nie wiem, czy z oburzeniem, zdziwieniem, podziwem czy z zadowoleniem. Chyba wszystko tak jakoś się pomieszało.
     – Przepraszam – zawołała Wiola z przestrachem w oczach – to przez ten prysznic, nie mogę pozbyć się podniecenia. Jeszcze jestem... – jęknęła – I gdy tak wypięłaś pupę, zobaczyłam, że ty też tak mocno… cały czas... nie dałam rady… nie mogłam się powstrzymać… nie wiem czemu… Wybacz mi, proszę. – Złożyła dłonie na klatce piersiowej w geście przeproszenia. – Możesz mnie ukarać, tylko się na mnie nie gniewaj. – Dalej trzymając tak dłonie, spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
     Gdy schyliłam się naga po te nieszczęsne ciuchy, nie pomyślałam, że wypinając tyłek w kierunku przyjaciółki, będzie mi wszystko widać. Zrobiło mi się głupio, gdy przypomniałam sobie, jak przed wyjściem spod prysznica podnieciłam ją. Trochę było w tym i mojej winy, że nie wytrzymała i włożyła mi tam rękę, Nie mogłam mieć też pretensji do swojej myszki. Była tak rozgrzana, że strasznie łaknęła przyjemności, nic dziwnego, że jej się to spodobało.
     – Nie gniewam się. To było nawet przyjemne. – Ostrożnie przyznałam się, nieco rumieniąc, bo mimo wszystko dotykała mnie w tak intymnym miejscu dziewczyna. – Tylko mnie zaskoczyłaś. Nie gniewam się – powtórzyłam.
     Stałyśmy tak naprzeciwko siebie, nie wiedząc co dalej zrobić, gdy wpadłam na pomysł, jak rozładować tę niezręczną sytuację.
     – Ale kara musi być! – zawołałam, śmiejąc się. – Zaraz ci przywalę w tę twoją dupę, aż będzie czerwona!
     Tym razem Wiola z piskiem, przestraszona, w jednej chwili odwróciła się i uciekła z łazienki. Dokończyłam ładowania pralki. Nie musiałam od razu biec za Wiolą. Nie miała ubrania, więc naga mogła pobiec tylko do mojego pokoju.
     – Nie odpuszczę! – zawołałam od progu, wpadając do swojego pokoju i łapiąc przyjaciółkę.
     Zaczęłyśmy się siłować, chichrając i popiskując na przemian. Ja próbowałam dać jej klapsa, a ona starała się obronić tyłek. W końcu padłyśmy na dywan. Aby nie dopuścić mnie do swojego tyłka, Wiola przewróciła się na plecy, a ja skorzystałam z okazji, siadając na niej okrakiem. Na szczęście przestała się wyrywać. Z twarzy przesunęłam wzrok na jej piersi, falujące pod wpływem przyspieszonego oddechu, i teraz zapragnęłam ująć je w dłonie. Przesunęłam ręce w górę jej ciała, prawie dotykając cycków. Chciałam je objąć dłońmi, poczuć ich podniecającą miękkość, sprężystość, a zarazem sztywność brodawek, ale opuściła mnie odwaga. Moje ręce po klatce piersiowej Wioli przewędrowały na brzuszek. Spróbowałam ponownie i ponownie, kilka razy, zawsze zatrzymując się tuż przed jej piersiami, z braku odwagi. Nasze oddechy powinny się już normować, ale nic takiego się nie działo. Trwałyśmy tak w niepewności i milczeniu, zakłócanym naszymi intensywnymi oddechami. Dotyk jej ciała powodował zmianę rytmu jej i mojego oddechu, sprawiał mi niewymowną przyjemność.
     – Jestem podniecona. Przez ciebie. – Nagle wyznałam szeptem.
     – Też… to bardzo przyjemne, jak mnie tak dotykasz – sapnęła, spoglądając rozognionym wzrokiem wprost w moje oczy. Czułam, że w moich widzi to samo.
     – Unieruchomiłam cię. Mogę ci teraz zrobić, co zechcę. – Mój głos był również lekko dyszący i nierówny z podniecenia.
     – Nie boję się. – odpowiedziała zadziornie.
     – Nie boisz? Nie uwolnisz się ode mnie, a ja mogę ci teraz zrobić krzywdę – odpowiedziałam podnieconym głosem, mocniej ją łapiąc dłońmi.
     – Nie boję – odpowiedziała pewna siebie, zaraz dodając, lekko przy tym chichocząc: – Nie masz czym.
     W odpowiedzi parsknęłam śmiechem, ale zaraz coś przyszło mi do głowy.
     – Mogę palcem – zauważyłam.
     – No tak. Nie pomyślałam – powiedziała. – Ale chyba nic złego mi nie zrobisz? –
     Ostatnie zdanie wypowiedziała z trudem, wręcz wysapała, bo podczas tej rozmowy, w nas obu cały czas narastało podniecenie. Moje palce, a nawet tylko opuszki palców, nie przestawały pieścić jej nagiego ciała, tak samo nagiego, jak moje.
     – Nie, tobie nigdy – zapewniłam z przekonaniem.
     Nachyliłam się i ostrożnie pocałowałam ją w usta. Rozchyliła zęby. Nie spodziewałam się tego, ale po krótkim wahaniu ostrożnie wsunęłam język do jej buzi. Gdy tylko języki spotkały się, natychmiast, chyba przestraszona tym, co się stało, odskoczyłam odrobinę od jej ust. Podniecenie jednak zwyciężyło. Zaraz ponowiłam próbę. Nasze języki splotły się ze sobą, jak para kochanków, którzy dawno się nie widzieli. Długi pocałunek mógłby trwać w nieskończoność, gdyby nie zabrakło mi w pewnym momencie tchu. Nasze języki stopniowo, niechętnie, rozstały się ze sobą. Znowu patrzyłyśmy sobie w oczy.
     – Zobacz – szepnęłam.
     Ujęłam jej dłoń i powoli wsunęłam sobie między uda. Uśmiechnęła się, gdy palcami dotknęła mojej mokrej i łaknącej pieszczot myszki, a ja, czując ten dotyk, gwałtownie wciągnęłam ustami powietrze.
     – Jesteś mokra – szepnęła uwodzicielsko.
     – Jestem, bardzo, dla ciebie – odszepnęłam.
     Delikatnie przesuwała palce po wargach sromowych, czasami nieśmiało zagłębiając palec w szparce, a ja cicho wzdychałam. Nagle z rezygnacją przerwała, zabierając rękę. Spojrzałam na nią zdziwiona.
     – Chyba nie powinniśmy – szepnęła. – Chyba nie wypada… trochę to dziwne…
     – Ale bardzo przyjemne. Proszę, nie przerywaj. – Próbowałam ją przekonać, rozpalona do granic wytrzymałości. Spojrzała na mnie, a ja z błagalnym wzrokiem powtórzyłam: – Proszę.
     Nieśmiało ponownie ujęła w dłoń moją myszkę, najpierw ostrożnie, a potem coraz śmielej pobudzając ją do coraz większej przyjemności i coraz większej ilości śluzu, a ona jakby przez to mówiła „widzisz jak mi dobrze?”.
     Mnie jednakże wkrótce zrobiło się mało.

     – Włóż do środka… dwa palce – ledwo wydyszałam.
     Wsunęła, tak jak prosiłam, aż głośno jęknęłam z wrażenia. Zaczęłam ostrożnie pracować biodrami, aby jeszcze zwiększyć doznania, których było mi mało i mało. Wiola uważnie dawkowała pieszczoty, starając się robić to tak, aby było mi najprzyjemniej. W końcu poczułam, że podniecenie we mnie dochodzi do granic wytrzymałości, osiąga próg, za którym był już tylko orgazm. Tego chciałam i do tego dążyłam. Tuż przed przekroczeniem tej granicy ni to wykrzyczałam, ni to wydyszałam, uprzedzając przyjaciółkę: „dochodzę”. Wtedy włożyła mi do pochwy trzeci palec. Zwykle jestem dosyć cicha, nie drę się, jak niektóre dziewczyny, ale teraz nie dałam rady. Musiałam jakoś rozładować potężne dawki przyjemności, wykrzyczeć zalewającą mnie z każdym ruchem palców w pochwie niebywałą ekstazę. Napięcie zdawało się na moment zatrzymać na progu orgazmu, nie mogąc go z jakiegoś powodu przekroczyć. Było aż zbyt przyjemnie. Aż nagle, bez ostrzeżenia, wszystko w ułamku sekundy się zmieniło. Po kilku kolejnych pchnięciach, potwierdzonych krótkimi okrzykami, wypełniła mnie fala gorąca i tej dobrze już mi znanej błogiej, niesamowicie skondensowanej przyjemności. Długo tak nie wytrzymałam i opadłam na Wiolę, by po parunastu sekundach przewrócić się na plecy obok niej, niesamowicie dysząc. Byłam znowu zlana potem, ale teraz mi to nie przeszkadzało, było mi to całkowicie obojętne, bo byłam szczęśliwa. Wiola chciała się do mnie przytulić, ale było za gorąco. Gładziła mnie tylko palcami po głowie i włosach, nieśmiało zahaczając o piersi. Potrzebowałam takiej czułości, aby się stopniowo uspokoić, wyciszyć, wiedzieć, że nie jestem w tych odczuciach sama. Myślałam, jakie to dziwne, że dzięki innej dziewczynie osiągnęłam orgazm, wydawało mi się to jakieś nierealne, ale zarazem kosmicznie niesamowite.
     W końcu, gdy usiadłam na dywanie, Wiola wstała i klapnęła na wersalkę. Podczołgałam się do niej. Złożyłam ręce na jej kolanach i opierając się o nie, spojrzałam na jej twarz.
     – Mogę ci też zrobić tak dobrze – zadeklarowałam – chcesz?
     – Tylko wiesz, że… – spojrzała na mnie z lękiem.
     Nie dokończyła, ale ja wiedziałam, o co jej chodziło.
     – Nie chcesz stracić dziewictwa?
     – Chcę, ale jeszcze nie teraz – cicho odpowiedziała, jakby obawiała się tą odpowiedzią sprawić mi przykrość.
     – Nie bój się – odezwałam się łagodnie – będę ostrożna, nic ci się nie stanie. Wiesz przecież, że nie mogłabym zrobić ci krzywdy.
     – Dobrze – zgodziła się, wzdychając z ulgą.
     – Zsuń się – poprosiłam, łapiąc ją za nogi w pobliżu kolan i delikatnie pociągając.
     Wiola przesunęła tyłek na brzeg kanapy, rozchylając nogi i obejmując mnie nimi, a ja zaczęłam drażnić jej myszkę językiem, ustami, nie omijając noska myszki. Nie przypuszczałam tylko, że wsuwanie języka do środeczka jest takie przyjemne. Robiłam to oczywiście ostrożnie, by nie zrobić krzywdy przyjaciółce. Teraz wiem, dlaczego chłopakom tak to się podoba. Zresztą ja też uwielbiam, jak język łaskocze mi myszkę w środku.
     Gdy Wiola zbliżała się do finału, zaczęła głośno krzyczeć, aż musiałam ją uciszać, bo bałam się, aby czasem ktoś jej nie usłyszał. Niewiele to dało, ale na przemian dysząc i krzycząc, wyznała, że to za przyjemne, że inaczej nie da rady. Moje pieszczoty nie pozwalały jej prawie mówić, a ja nie zamierzałam przestać, dopóki Wiola nie osiągnie tego, co ja wcześniej. Tuż przed samym orgazmem tak wierzgała, że obawiałam się, czy nie skończy się to siniakami.
     Po wszystkim usiadłam obok niej. Teraz ja chciałam przytulić, ale żar na zewnątrz i w nas, nie pozwolił na to. Trzymałam ją tylko dłuższy czas za rękę.
     – Jak sama sobie robiłam dobrze, to nie było nawet w połowie tak cudownie, jak teraz – szeptem przerwała przedłużającą się ciszę Wiola, kończąc namiętnym buziakiem na moim policzku.
     Zanim się ubrałyśmy, znowu musiałyśmy wejść pod prysznic. Tym razem nie miałam oporu, aby umyć całe ciało Wioli, łącznie z piersiami i myszką. Ja też nie miałam nic przeciwko, aby wymasowała mi cycki i pogłaskała moją zadowoloną myszkę, a nasze usta coraz zwierały się w namiętnym pocałunku.
     To było takie cudowne przeżycie. Chociaż gdy emocje opadły i siedziałyśmy już ubrane, trochę dziwnie się czułam, Wiola chyba też. Chyba było nam wstyd, że przekroczyłyśmy jakąś barierę, mimo to obie wiedziałyśmy, że będziemy chciały jeszcze raz to powtórzyć.  
     Dwa, trzy razy w tygodniu, nagusieńkie zanurzałyśmy się w pościeli i robiłyśmy z sobą wszystko, na co tylko miałyśmy ochotę, byle byłoby jak najprzyjemniej.  
     Któregoś dnia wyczerpane po figlach usnęłyśmy, dlatego nie zorientowałam się, że tato wrócił szybciej niż normalnie. Tato wiedział, że powinnam być już w domu i zaniepokoiła go cisza. Zajrzał więc do mojego pokoju i… wszystko się rypło. Zastał nas razem w łóżku. W dodatku Wiola tak spała na plecach, że miała odsłonięte cycki.
     – No, no, dziewczyny – donośny głos taty wyrwał nas ze snu, aż podskoczyłyśmy.
     Wiola natychmiast naciągnęła koc, zasłaniając się nim po szyję, a jej twarz przybrała kolor dojrzałego pomidora. Moja też. Z zaskoczenia nie byłyśmy w stanie nawet drgnąć, wydusić z siebie słowa, tylko nieruchomo gapiłyśmy się na mojego tatę.
     – To żeście pojechały. – Tato pokręcił głową. – No już wyskakiwać z łóżka i się ubierać. Szybciutko!
     Wiola spojrzała na mnie do granic przerażonym wzrokiem. Na szczęście tato po paru sekundach zwłoki wyszedł. Wtedy wylazłyśmy z łóżka i zbierając ubrania rozrzucone w nieładzie po całym pokoju, zaczęłyśmy się ubierać. W międzyczasie Wiola powiedziała do mnie jeszcze z wielką bojaźnią w oczach:
     – Wiesz, jak się przestraszyłam? O mało mi serce nie wyskoczyło, gdy twój tata kazał nam wychodzić z łóżka. Jakbym musiała się przy nim ubierać, nie miałabym jak się zasłonić. Wszystko byłoby mi widać! – Wybałuszyła się na mnie przerażona.
     – Oj tam, tato wie, jak wygląda naga dziewczyna – zebrało mi się na żarty.
     – Przestań! Niewiele brakowało – jęknęła, nie mogąc pozbyć się strachu – zobacz, jak mi jeszcze serce wali!
     Chwyciła moją rękę, przykładając sobie do serca. Niewiele myśląc, przesunęłam dłoń i złapałam ją za cycek.
     – Jejku, tobie tylko jedno w głowie – zachichotała. Dzięki temu napięta atmosfera trochę się rozładowała.
     Nie dziwiło mnie jej przerażenie. Ja, to ja. Nic takiego by się nie stało, gdyby tato zobaczył mnie nagą, w końcu to mój ojciec. Owszem, trochę wstydu byłoby, ale to nic strasznego. Natomiast przyjaciółka miała powód, aby się strachać. Gdyby tato nie wyszedł, musiałaby przed nim świecić nie tylko gołym tyłkiem, ale i gołą cipką. Ja tam tacie takiego widoku Wioli bym nie żałowała, ale nie wiadomo, co na to mama.
     Zaraz jak ubrałyśmy się, przyjaciółka dyskretnie się zmyła. A ja czekałam na egzekucję. Wiedziałam, że tato mnie zawoła, potem będzie awantura, a potem dostanę szlaban na wszystko do końca życia.  
     I stało się. Zawołał mnie. Powlokłam się ze spuszczoną głową, pewna, że są to moje ostatnie chwile życia na wolności.

     O dziwo, tato nie krzyczał. Poprosił, abym usiadła obok niego i tylko mnie wypytywał. Czułam się winna i nie próbowałam wykręcać się od odpowiedzi. Zresztą przy tacie nigdy nie potrafiłam kłamać. Powiedziałam więc, że z powodu upału razem weszłyśmy pod prysznic i trochę się podnieciłyśmy, a potem już tak jakoś samo wyszło. A że było fajnie, to powtarzałyśmy to. Tata zapytał, czy bardziej podobają mi się chłopcy, czy dziewczęta. Bez namysłu, zgodnie z prawdą, odpowiedziałam, że chłopcy i zapominając, że rozmawiam z tatą, dodałam zadowolona „aż czasami skóra mi cierpnie”. Nie powiedziałam tylko, że jeszcze na takiego prawdziwego nie natrafiłam.
     – To dobrze córeczko. W twoim wieku dziewczęta czasami eksperymentują ze sobą. – Usłyszałam od taty. – To nic złego, byleby ci tylko nie weszło to w krew. Jest ci trudniej, bo jesteś jedynaczką. Jak byłaś mała, chciałaś mieć siostrzyczkę – uśmiechnął się.
     – Ale braciszka też bym kochała – dokończyłam. Jak byłam mała, domagałam się siostrzyczki, ale zaraz się zastrzegałam, że gdyby urodził się braciszek, to też bym go kochała. Później przestałam się domagać. – Tato – zapytałam – czy nie chcieliście więcej dzieci, dlatego, że ja byłam niechciana?
     – Dziecko – tato spojrzał na mnie niezwykle zdumiony – co ci przyszło do głowy? Nie byłaś niechciana. Owszem, gdy mama dowiedziała się, że jest w ciąży, i ja, byliśmy przerażeni, ale gdy tylko się urodziłaś, taka malutka, bezbronna, płacząca, od razu wiedzieliśmy, że będziesz naszym największym szczęściem. – Tato zamknął moją dłoń w swoich dużych dłoniach. – A co do rodzeństwa, to nie tak, że nie chcieliśmy. Jesteś już dużą dziewczynką, więc ci powiem. Mama dawniej miała pewne problemy zdrowotne i po prostu nie mogliśmy mieć więcej dzieci. Nie chcę wdawać się w szczegóły, jakie to były problemy, jeśli jednak koniecznie chcesz wiedzieć, to najlepiej porozmawiaj o tym z mamą. A ty córeczko bądź ostrożna i dbaj o siebie, bo jesteś naszym jedynym prawdziwym skarbem.
     Nie wytrzymałam i mocno przytuliłam się do taty, a on mnie przytulił. Łzy same pociekły mi z oczu. Wtedy pomyślałam, że nigdy, ot tak spontanicznie, poza okazjonalnymi sytuacjami, nie mówiłam rodzicom, że ich kocham i postanowiłam, że teraz to się zmieni.
     – To wszystko, co miałem ci do powiedzenia – odezwał się tato po dłuższej przerwie na przytulanie. – Możesz wracać do siebie, chyba że jeszcze chcesz o coś zapytać.
     – Tato, a mogę dalej widywać się z Wiolą?
     – To twoja przyjaciółka?
     – Najlepsza.
     – Oczywiście. Nie ma powodu, abyś się z nią nie spotykała. Aha – dodał tato, jakby coś mu się przypomniało. – Nie mówmy o tym mamie. Po co ją niepokoić. Niech to zostanie taką naszą tajemnicą.
     – Dobrze – zgodziłam się z ulgą.
     Wstałam i ruszyłam do siebie, ale w drzwiach się zatrzymałam. Nie mogłam uwierzyć, że nie dostałam żadnej kary.
     – Tato – zapytałam – nie ukarzesz mnie?
     – Nie ma za co. Nie zrobiłaś nic złego – odpowiedział – ale jeśli ci tak bardzo zależy, to oczywiście mogę cię ukarać.
     – Nie, nie. Nie trzeba – powiedziałam szybko, śmiejąc się pod nosem. Ruszyłam się, żeby wyjść, ale głos taty powstrzymał mnie.
     – Córuś...
     – Aha… – Spojrzałam wyczekująco.
     – Nie dziwię ci się. Ta twoja przyjaciółeczka ma piękne piersi. – Mrugnął okiem.
     Zakryłam usta dłonią, aby nie roześmiać się na głos i zaraz wybiegłam. Po drodze tylko pomyślałam, że nie wiadomo jak długo tato gapił się na cycki Wioli, gdy tak spałyśmy.
     Na drugi dzień Wiola cała w nerwach zaczęła wypytywać mnie o wszystko. Uspokoiła się, dopiero gdy zapewniłam ją, że wszystko dobrze się skończyło. Jej rodzice o niczym się nie dowiedzą, a my możemy dalej się przyjaźnić. Nie wytrzymałam tylko by na koniec nie poinformować:
     – Tata powiedział, że masz piękne cycki.
     Zgodnie z moim oczekiwaniem zrobiła się czerwona.
     – Jejku, nie pokażę mu się więcej na oczy. Nie dam rady! Spalę się ze wstydu! – zaczęła panikować.
     – Oj tam – machnęłam ręką – myślisz, że twoje to jedyne cycki, jakie tato w życiu widział?
     – No na pewno nie… ale i tak mi strasznie głupio – zapiszczała.
     Po tej wpadce nie miałyśmy już odwagi na łóżkowe figle, chociaż przez jakiś czas całowałyśmy się, ale tylko tak delikatnie dotykając się językami.
     Kilka dni później udało mi się zaciągnąć Wiolę do mnie. Skłamałam, że taty nie będzie.
     – Cześć Wiola – powiedział tato, jak gdyby nigdy nic, zaraz, gdy tylko ją zobaczył.
     A ta tak nagle tak struchlała, że musiałam ją szarpnąć, by poszła do pokoju, inaczej pewnie by stała w tym samym miejscu do wieczora. Omal się nie obraziła na mnie, że tak ją oszukałam, ale przynajmniej wyzbyła się cykora przed moim ojcem. Panikara.


__________________________________________________


17 lat (prawie) – z Markiem (o mało co)



     Wspominałam już o Marku. Od czasu, gdy widziałam go ostatni raz, minęło prawie pół roku, a ja nadal tęsknię. Wiola też. Czasami rozmawiamy o nim. Przeprowadził się z rodzicami do innego miasta. Szkoda. Jedyny prawdziwy mężczyzna w moim życiu, oprócz taty oczywiście. Wiola też tak uważa. Był trochę dziwny, a może raczej trochę dziwnie traktował dziewczyny. I nas też. Inne często się obrażały, ale my jakoś nie mogłyśmy, chociaż powinnyśmy. No ale nie dało rady, bo było coś podniecającego w tym, jaki był, jak do nas się zwracał, jak nas traktował i w ogóle. Bo traktował inaczej, niż się zwracał. To było takie… takie… sama nie wiem jakie... No i było z niego niezłe ciacho. I to wszystko było takie podniecające. Było... żal, że wyjechał.
     Dziewczyny leciały na niego, ale zupełnie nie miał podejścia i zrażał je do siebie. Nas też o mało co, ale jakoś przetrwałyśmy trudne początki, bo nie dawałyśmy rady się obrazić, a potem to już nawet wiedziałyśmy, co tak naprawdę o nas myśli i że nas lubi tak, jak my jego.
     Marek był zupełnie niereformowalny, więc trzeba się było do niego przystosować albo odrzucić. Potrafił być arogancki, wulgarny, a nawet chamski. Może tylko uwielbiał „mocne” słowa? A może po prostu był bardzo pewny siebie. Też bym chciała być taka pewna siebie, ale różnie mi to wychodzi. Z pewnością sprawiało mu przyjemność rządzenie dziewczynami, to wiem. Lubił, gdy robiły, co chciał. I trochę tak było z nami. Głośno nigdy byśmy się nie przyznały, ale mnie i Wiolę kręciło, jak nami tak rządził, wydawał stanowcze polecenia. Nie znaczy, że zawsze go słuchałyśmy. Przynajmniej próbowałyśmy zachować resztki godności i nie dać się całkiem zdominować, ale to wszystko z nim było takie podniecające! Znowu to powiedziałam, „podniecające”, ale tak było. Jednym słowem, przy nim nuda nam nie groziła.
     Nie uczył się z nami, był o rok wyżej. Bliżej zapoznałyśmy się z nim przez przypadek. Zaczęło się to jeszcze poprzedniej jesieni. Zbliżał się pewien jubileusz szkolny i ktoś musiał zrobić dekoracje. Po rozczarowaniach chłopakami rzuciłam się w wir prac społecznych, a konkretnie do pomocy przy dekoracjach, a wraz ze mną zgłosiła się Wiola. Byliśmy podzieleni na grupy. W naszej był jeszcze jeden chłopak i właśnie on, czyli Marek. Z tym że Marek trafił do tej pracy za karę. Przywalił komuś, ale tamtemu się należało. Tak samo, jak stanął w obronie Wioli. Jeden debil zaczął ją przezywać. Przyczepił się i wołał na nią „fiolka”, to Marek „ręcznie” wytłumaczył mu, że powinien z szacunkiem odnosić się do niej. Wiola była Markowi za to bardzo wdzięczna i ja też, jako jej przyjaciółka.
     Okazało się, że ma dryg do zarządzania. Potrafił tak rozdzielić pracę, że szła gładko i szybko. Dlatego bez oporu wszyscy robiliśmy, co nam kazał. Sam też nie próżnował, pracował jak wszyscy. „Szybciej zaczniemy, szybciej skończymy” – powiedział na początku, bez pytania obejmując od razu szefostwo.
     Gdy praca dobiegała końca, ten drugi chłopak rzucił „o to już prawie koniec”. Zawinął się i tyle go widzieliśmy.
     Trochę się przestraszyłyśmy, bo zostałyśmy same z Markiem. Poczułyśmy się niepewnie. Nie miałyśmy pojęcia, co może zrobić. Wiedziałyśmy, jaką ma reputację, a wtedy jeszcze nie znałyśmy go dobrze. Na wszelki wypadek siedziałyśmy cicho. Wolałyśmy nie stawiać się, aby nie pogorszyć sytuacji, nie narazić się na jego nieprzyjemne uwagi, szczególnie że nauczyciel, który miał nas nadzorować, był daleko. Na początku tylko zapytał:
     – Wiecie, co macie robić?
     – Tak, panie profesorze – potwierdziliśmy.
     – To dobrze – odpowiedział. – Będę w pokoju nauczycielskim, gdybyście czegoś potrzebowali. I jak skończycie, koniecznie zajdźcie do mnie, żebym wiedział, że skończyliście. Koniecznie – podkreślił, po czym zostawił nas samych.
     Skończyliśmy pracę szybciej, niż się spodziewaliśmy i Marek zarządził:
     – Powiesimy kilka dekoracji.
     – Ale to miała zrobić inna grupa – zaprotestowała Wiola.
     – To co? Mamy trochę czasu to parę rzeczy zawiesimy.
     – Tylko że my jeszcze czegoś takiego nie robiłyśmy. – odezwałam się. Trochę przestraszyła mnie wizja włażenia dość wysoko na drabinki. Nie bardzo wiedziałam jak się zabrać do tych dekoracji. Owszem, w domu wieszałam zasłony i firanki, ale to co innego. I rzeczywiście, kto inny miał się tym zająć.
     – Poradzicie sobie, bystre z was laski.
     – Ale ja nie wiem, to nie my... – niepotrzebnie znowu odezwała się Wiola, robiąc kilka kroków kierunku chłopaka.
     – Wioletta, nie rżnij durnej cipy, tylko właź na drabinę – wrzasnął niespodziewanie na nią, nie pozwalając dokończyć zdania.
     Wiola zatrzymała się w pół kroku, z zaskoczenia przygryzając dolną wargę. Zerknęła na mnie cała w nerwach, wystraszona krzykiem. Nic nie zrobiłam, bo też się wystraszyłam. Po krótkim wahaniu Wiola zrobiła w tył zwrot i posłusznie poszła w kierunku pierwszej drabinki. Skoro ona go posłuchała to i ja w tej sytuacji nie chcąc się narażać na może jeszcze coś gorszego, bez słowa zaczęłam robić, co mi kazał. Co innego mogłam?
     Ostatecznie z jego pomocą udało się nam zaczepić kilka dekoracji. Gdy spojrzałyśmy na nasze dzieło, byłyśmy zadowolone, że tak zgrabnie nam wyszło.
     – Dobra robota – ocenił naszą pracę. – Widzicie, jak chcecie, to potraficie – pochwalił nas. Już chciałam się zrobić dumna, gdy w następnym zdaniu zniwelował efekt pochwały. – Baby trzeba trzymać na krótkiej smyczy, wtedy robią, co trzeba, inaczej zaraz się rozłażą.
     Ostrożnie mówiąc, nie byłyśmy zachwycone tą i innymi jego wypowiedziami na nasz temat, ale jakakolwiek riposta mogłaby tylko pogorszyć sprawę. Do Marka nic nie docierało. Żeby nie kusić losu, starałyśmy się jak najmniej odzywać, ale czasami nas ponosiło.
     – A teraz posprzątajcie i kończymy – wydał polecenie.
     Sam rozsiadł się wygodnie na parapecie, obserwując, jak sprzątamy. Podejrzewałam, że bardziej od sprzątania interesował go tyłek Wioli, bo przecież nie mój chudy. Sprzątnęłyśmy pobieżnie, bo jeszcze będzie tu pracować inna ekipa i znowu się nabrudzi.

     Po wszystkim poszłyśmy jeszcze umyć ręce. Miałyśmy upaćkane, czym tylko się dało. Weszłyśmy do łazienki dla dziewcząt, a za nami Marek. Zdziwiłam się, że wszedł do damskiej toalety, ale było już po lekcjach, w szkole prawie nikogo, a my chciałyśmy tylko umyć ręce, więc nie przeszkadzało to nam.
     Pierwsza zaczęła myć ręce Wiola, a Marek niespodziewanie zaczął jej „pomagać”, aż Wiola zaczęła podchichiwać. Byłam trochę zła na nią, że tak się zachowuje. Marek traktował nas jak małpy w cyrku, a ona sobie chichocze zadowolona. Dopiero gdy mi zaczął myć ręce, zrozumiałam. Też zaczęłam chichotać od jego łaskoczących dłoni i ciarek przebiegających mi po plecach raz za razem, które u mnie, do dziś nie wiem z jakiego powodu, ale zawsze kumulują się w podbrzuszu. Stał za mną bliziuteńko, dotykając pleców, aż czułam jego ciepło i mył mi ręce, i aż z tego wszystkiego serce zaczęło mi łomotać, to się wystraszyłam. Pomyślałam, że tak stojąc za mną, gdyby nagle złapał mnie za cycki, to nie dałabym rady nic zrobić. Głupio byłoby, gdybym tak przy Wioli wymiękła. Chociaż może i dobrze, że Wiola była obok. Jakby co, na pewno by mnie poratowała przed kompromitacją. Wyszłabym na taką, z którą byle chłopak może robić, co zechce. A przecież tak nie jest.
     Wróciliśmy na salę zabrać nasze rzeczy i już wychodziłyśmy, byłyśmy prawie przy drzwiach, gdy Marek krzyknął za nami:
     – E, dupy, czekajcie!
     Zawołał tak kategorycznie, że stanęłyśmy jak wryte, odwracając się w kierunku okna, przy którym stał.
     – Czego chcesz?! – zjeżyła się Wiola.
     Ja jednak miałam pewien powód do zadowolenia. Mój tyłek był zwykle niezauważalny dla chłopaków, więc dobrze, że chociaż ten go zauważył.
     – Sporo wam pomogłem – odezwał się z głupkowatym uśmieszkiem – mogłybyście się za to jakoś odwdzięczyć.
     Powinnyśmy to zignorować i wyjść, ale ciekawość zwyciężyła.
     – Ciekawe jak – zawołała Wiola.
     – Mogłybyście dać się potrzymać. – Rozłożył ręce, dłońmi do góry, i nie przestając się głupkowato uśmiechać, wykonał nimi kilka niewielkich ruchów w górę i w dół.
     Był to tak charakterystyczny gest, że nie miałyśmy wątpliwości, że chodzi mu o nasze myszki. Spojrzałyśmy po sobie zbulwersowane. Nastroszona Wiola już szykowała się, aby coś mu odpowiedzieć, ale mnie w ułamku sekundy wpadł pewien pomysł do głowy i uprzedziłam ją, odzywając się słodkim głosem:
     – Może i damy ci się potrzymać, ale najpierw ty dasz się pomacać.
     Wiola spojrzała na mnie, jakbym straciła rozum, ale Marek prawie bez namysłu rzucił:
     – Zgoda, dziewczyny.
     O proszę, pomyślałam, już nie dupy, tylko dziewczyny. Ruszyłam w jego stronę. Ponieważ jednak Wiola nie drgnęła, złapałam ją za ramię i pociągnęłam. Stanęłam z Wiolą tuż przed nim. Słodko się uśmiechnęłam, po czym odciągając jedną ręką brzeg jego spodni, drugą, zupełnie się nie krępując, wsadziłam w majtki, od razu łapiąc za członka. Szybko postawiłam go. Trochę się pobawiłam, po czym wyjęłam rękę, mówiąc do Wioli:
     – Teraz ty.
     Wiola chyba się zestrachała, bo nic nie zrobiła. Wobec tego złapałam jej rękę i wsadziłam w spodnie Marka. Dalej już sama wiedziała co robić. Obserwując sytuację, zorientowałam się, że lada moment chłopak dojdzie, a Wioli chyba tak się spodobało, że nie zamierzała przestać. Szybko wyciągnęłam jej rękę i mówiąc „idziemy”, pociągnęłam do wyjścia.
     – Dopiero w połowie drogi dopadł nas trochę zdyszany głos Marka:
     – Ej, dziewczyny, coś obiecałyście.
     – Mówiłyśmy „może”, ale się rozmyśliłyśmy – rzuciłam przez ramię, zadowolona z oszukania go i obie z godnością opuściłyśmy salę.
     Po drodze ze szkoły odezwała się do mnie zaniepokojona Wiola:
     – Nie wiem, czy dobrze zrobiłaś, może się teraz na nas mścić. Może należało dać się potrzymać, tak na wszelki wypadek, nic by się nie stało… a teraz nie wiadomo, co może zrobić…
     – Zwariowałaś?! – syknęłam do przyjaciółki.
     – Jest taki… taki… nieprzyjemny i groźny do dziewczyn, trochę się go boję, naprawdę, że mógłby nam zrobić nawet coś gorszego.
     Nim coś odpowiedziałam, Wiola niespodziewanie zachichotała. Spojrzałam zdziwiona, a ta wyraźnie się zarumieniła, zawstydzona.
     – Przestań, on nie jest taki. – odrzekłam pewnie. Dziwne, ale na myśl „o czymś gorszym”, krótko poczułam przyjemne ciarki na całym ciele, które oczywiście skupiły się w podbrzuszu.
     – No nie wiem – odrzekła nieprzekonana.

     Zemsty nie było. Wręcz przeciwnie, od tego wydarzenia zaczął nas traktować z większym szacunkiem, niemniej nadal nie zaprzestał prób rządzenia nami, co jak mówiłam, było przyjemne. W sumie, jak bliżej się poznaliśmy, nie było tak źle. Nawet za te jego „słówka” nie potrafiłyśmy się obrazić. A z czasem zaczęłyśmy rozumieć, co pod nimi się kryje i wtedy jeszcze bardziej nam obu zaczął się podobać. Prowadziłyśmy z nim swoistą grę, siłowanie się na słowa, i ta gra dodatkowo podnosiła temperaturę między mną i Wiolą z jednej strony barykady a Markiem z drugiej.
     Tak, nie miał podejścia do dziewczyn, ale chyba my miałyśmy do niego. Myślę, że dziewczyny były dla niego tylko zabawkami, którymi chętnie by się pobawił, najpewniej w łóżku. Nas traktował troszkę inaczej. Bardziej jak kumpli. No prawie, trochę głupsze od niego, ale jednak chyba dobre kumpele. Tak mi się teraz wydaje. Właściwie to nie wiem jak to nazwać, bo w sumie była to dość skomplikowana relacja, której, przyznam się, sama nie do końca łapię. Tak jakoś wyszło i byłyśmy z Wiolą zadowolone z tego. Tylko że wyjechał.
     Ech, nie ma co się oszukiwać… leciałyśmy na niego. Szkoda, że wyjechał, ale gdyby został, obie z pewnością trafiłybyśmy w charakterze zabawek do jego łóżka. Może nawet razem. To chyba marzenie każdego chłopaka, tak z dwiema dziewczynami naraz. Opierałyśmy mu się, ale coraz słabiej i chyba tylko dlatego jeszcze dawałyśmy radę, że wzajemnie się wspierałyśmy. Sama już dawno...  
     Ciekawe czy w nowej szkole znalazł sobie podobne do nas dziewczyny. Pewnie nie. My chyba też drugiego takiego oryginała nie znajdziemy. A on traktując nas na pozór instrumentalnie, zarazem był taki przyjemnie opiekuńczy. Tak, drugiego takiego nie ma i drugich takich idiotek, jak my na pewno też. Jestem pewna.

     To prawda. Tego pożegnalnego dnia byłyśmy, można powiedzieć, na skraju załamania. Gdy powiedział, że zaraz po zakończeniu roku szkolnego wyjeżdża, byłyśmy niepocieszone. Postanowiłyśmy urządzić mały „wieczorek pożegnalny”. Właściwie to było popołudnie pożegnalne. Przygotowałyśmy, obie, różne słodkości i zaprosiłyśmy do mnie, tak na dwie godzinki w porze, w której nikogo prócz nas nie byłoby w domu. Założyłyśmy jasnoniebieskie, króciuchne obcisłe poszarpane dżinsowe spodenki, „obgryzione”, jak mawiał Marek, i T-shirty. Ja ciemny, Wiola biały. Specjalnie tak się wystroiłyśmy, bo Markowi dziewczyny w takich ciuchach najbardziej się podobały. A że było to ostatnie nasze spotkanie, szczególnie zależało nam na zrobieniu jak najlepszego wrażenia, czyli przyjemności Markowi. Nawet myślałam o założeniu mikro spodenek, też dżinsowych, ale musiałabym je kupić, a nie wiem, czy mama by się zgodziła. Poza tym uważam, że dziewczyna jest bardziej ponętna, jeśli zbyt dużo nie odsłania. Przynajmniej na początku.
     – Rany – rzucił z podziwem, gdy wszedł do mieszkania i zobaczył nas tak wystrojone – tirówki pierwsza klasa!
     – Dzięki. – Obie odpowiedziałyśmy, a ja dodałam zaczepnie:
     – Dopiero co wróciłyśmy z autostrady. Jakoś musiałyśmy zarobić kasę na twój wieczorek pożegnalny, a co sobie myślałeś?
     – Nic nie mówię, nic nie mówię. – Zamachał otwartymi dłońmi, pożądliwie obmacując nas obie wzrokiem, ku naszej satysfakcji.
     Jak weszliśmy do mojego pokoju, Wiola nieopatrznie rzuciła:
     – Przygotowałyśmy się na twoje pożegnanie, ale może jesteś głodny, może chciałbyś coś specjalnego. Zrobimy wszystko, co zechcesz, jeśli tylko mamy.
     – Hm… – zastanowił się. – Mogłybyście zdjąć te seksowne ciuszki całkiem. Taki rozbierany wieczorek, co wy na to?
     – Prawie wszystko – dopowiedziałam pośpiesznie.
     – Tak myślałem… Ech, chociaż niemal udało mi się z was zrobić porządne wycieruchy, to jeszcze musicie się trochę podszkolić, ale ja już nie zdążę – westchnął z rezygnacją.
     – Przepraszamy – udałam zawstydzenie – będziemy się starały pracować nad sobą.
     – O to właściwa postawa. – Uśmiechnął się zadowolony.
     „Wieczorek” przeciągnął się trochę i gdy zbliżał się czas pożegnania, zrobiło mi się żal, że to już koniec. A jak mówiłam, gdy czegoś lub kogoś jest mi żal, to robię głupie rzeczy. No i właśnie w tym momencie odezwała się we mnie „Ida sierpniowa”. Zachciało mi się dobrego uczynku.
     Tylko dlaczego Wiola mnie tym razem nie powstrzymała?! Zwykle taka rozsądna! Zawsze, gdy była w pobliżu, potrafiła mnie uratować od zrobienia czegoś głupiego, a teraz… Do dziś nie mogę uwierzyć, że obie to zrobiłyśmy, ale jakby co, nie żałuję.
     W pewnej chwili przeprosiłam Marka, że musimy coś obgadać i wyciągnęłam Wiolę za drzwi na „naradę bojową”. To była chyba najkrótsza w historii nasza narada. Powiedziałam, że powinnyśmy coś zrobić, aby nas zapamiętał. Kilka razy go oszukałyśmy, trochę nieładnie, to teraz musimy mu to jakoś zrekompensować. Powiedziałam jeszcze, że skoro mu tak bardzo na tym zależy, to niech tam. Na pożegnanie możemy dać się trochę potrzymać za myszki. Nie będziemy się rozbierały, tylko tak przez spodenki – zaraz się zastrzegłam. Wiola, zamiast mnie powstrzymać, zachwyciła się pomysłem, gorzej, bo w jej oczach zabłysły ogniki. Znaczyło to, że wpadła na jakiś pomysł.
     – A może mu po prostu damy? Zapamiętałby nas do końca życia. Tak na pożegnanie stracić cnotę. To takie symboliczne... – Wręcz zachłysnęła się swoim pomysłem.
     – Nic z tego – odpowiedziałam.
     – No wiem, że nie jesteś już dziewicą, więc w twoim przypadku nic z tego, ale to byłoby aż… aż… takie cudowne, gdyby Marek teraz uczynił mnie kobietą – rozmarzyła się, składając dłonie na piersiach i patrząc na mnie błagalnym wzrokiem, licząc, że się zgodzę.
     – Nie o to chodzi – syknęłam – mam dni płodne.
     Z Wioli jakby zeszło powietrze.
     – A kobietą i tak jesteś – pocieszyłam ją szybko, widząc, w jakim stanie psychicznym się znalazła.
     Weszłyśmy z powrotem do pokoju i stanęłyśmy obok siebie, naprzeciwko Marka, jak te sierotki, ze złączonymi na wszelki wypadek nogami.
     – Mamy dla ciebie prezent na pożegnanie – odezwałam się.
     – Co takiego? – Był zaskoczony, ale i zaciekawiony, aż wstał z krzesła.
     Musiałam teraz uzasadnić i to wiarygodnie, to co zamierzałyśmy zrobić, coś powiedzieć, tylko nie wiedziałam co. Wpadłam w panikę. Odezwałam się dopiero po dłuższej chwili. Na szczęście mi się przypomniało coś, na czym mogłam się oprzeć.
     – Pamiętasz, jak robiliśmy dekoracje w szkole? Oszukałyśmy cię wtedy. Źle zrobiłyśmy i teraz wstyd nam z tego powodu. – Wcale nie było mi wstyd, ale coś musiałam rzec. – Nie powinnyśmy tak postępować. Jeżeli chcesz, to teraz możesz nas potrzymać... za cipki. – Zawahałam się, bo choć bardzo lubię określenie „myszka”, jest takie pieszczotliwe, to pomyślałam, że chłopak może nie zrozumieć, więc zmieniłam na „cipki” w ostatniej chwili.
     – Jaja sobie robicie, prawda? – zawołał kompletnie zaskoczony.
     – Nie robimy. Serio, powaga. Gryzie nas sumienie. – I zaraz na wszelki wypadek dorzuciłam: – Przez spodenki… To znaczy nie sumienie gryzie przez spodenki, ale potrzymać… – Rany, co za głupoty wygaduję, idiotka, przemknęło mi przez myśl, mimowolnie czerwieniąc się przy tym.
     – Wkręcacie mnie. – Nie uwierzył.
     – No szybciej, zanim się rozmyślimy. – Zniecierpliwiona ponagliłam, bo zaczynałam mieć wątpliwości, czy dobrze robimy.
Marek zrobił krok bliżej, po czym spojrzał na nas z ogromną dezaprobatą.
     – No ale stańcie tak, żebyście były dostępne – rzucił.
     Szybko zorientowałam się, o co mu chodzi. Obie nadal stałyśmy głupio ze złączonymi nogami. Wysunęłam nogę, stając w niedbałej pozycji „tirówki”.
     Zobaczyłam, że Wiola nie załapała, o co chodzi i nadal stała tak samo. Trąciłam ją łokciem i szepnęłam do ucha:
     – Stań tak jak ja.
     Naśladując mnie, ustawiła się tak samo. Wtedy Marek podszedł blisko i jedną dłonią objął moją myszkę, a drugą myszkę Wioli, po czym zaczął, powoli robić masaż. Przyznam się, że trochę obawiałam się, czy nie będzie zbyt brutalny, ale zadowoleniem przyjęłam nad wyraz delikatny sposób pieszczot, na co moja myszka odpowiedziała falą bardzo przyjemnych podziękowań. Było tak przyjemnie, że zamknęłam oczy i mimowolnie równocześnie przy tym cichutko zamruczałam z zadowolenia.
     – Oooch… – westchnęła zmysłowo Wiola zaraz po tym, jak ja zamruczałam.
     Trwało to już dość długo, może nawet przez całą minutę, w której niezauważalnie, poddałam się jakże przyjemnemu, podniecającemu i kojącemu masażowi myszki. Ocknęłam się, dopiero gdy podniecenie osiągnęło taki moment, w którym poczułam, że majtki mnie gryzą i nie miałabym nic przeciwko temu, aby mój „masażysta” rozpiął mi spodenki i ściągnął razem z tymi gryzącymi majtkami, a potem… ale przecież nie mogłam! Na szczęście w porę w głowie odezwał mi się alarm. Zdyszana otworzyłam oczy i wycofując się, wyciągnęłam rękę chłopaka spomiędzy ud, z takim trudem, jakbym podnosiła stukilogramowy ciężar, uwalniając tym samym myszkę od jego dotyku. Myszka była bardzo niezadowolona, ale trudno. Przestraszyło mnie, że z takim trudem się opanowałam. O mało co… Spojrzałam na Wiolę, która dyszała nawet bardziej niż ja. Zorientowałam się, że nie ma już siły, by przerwać.
     – Wystarczy – powiedziałam najbardziej zdecydowanym głosem, na jaki było mnie w tym momencie stać. Złapałam Marka za przedramię i odciągnęłam jego rękę od myszki Wioli.
     Zaraz potem Marek usiadł na mojej wersalce z miną zwycięzcy, z dłońmi założonymi za głową.
     – O kurczę, nie myślałem… – powiedział z wyraźnym podziwem w głosie, co było u niego niezwykłe, przy okazji uważnie lustrując od góry do dołu nas obie, szczególnie nasze spodenki w miejscu, gdzie znikały między udami, jakby spodziewał się zobaczyć tam coś nowego. Aż nawet szybko sprawdziłam, czy czasem nie mam rozpiętego zameczka, tak sugestywne było jego spojrzenie.
     – Jednak czegoś was nauczyłem. Przyznajcie suczki, zrobiło się wam mokro między nogami, prawda? – odezwał się po dłuższym milczeniu. Dzięki tej pauzie obie zdołałyśmy jako tako odzyskać równowagę psychiczną.
     – Uhm. – mruknęłam i potaknęłam jeszcze głową na potwierdzenie.
     – Co ty wygadujesz – fuknęła do mnie Wiola, mocno zaczerwieniona, nie wiem tylko, czy bardziej z podniecenia, czy z zawstydzenia moją szczerą wypowiedzią.
     – I tak się domyślił – odpowiedziałam. – A co, tobie nie? – trąciłam ją zadowolona.
     – No też… – Było to pytanie retoryczne z mojej strony, jednak Wiola odpowiedziała, a dokładniej mruknęła, ze wstydem spuszczając oczy, jednak słychać było, że też jest zadowolona.
     Chwilę potem przysiadłyśmy na pufach naprzeciwko Marka.
     – No, laleczki – odezwał się, jakby nagle coś mu się przypomniało – znamy się kupę czasu, a ja jeszcze nie wiem… powiedzcie, czy dobrze zgadłem: ty – wskazał na mnie – nie jesteś dziewicą, a ty – wskazał na Wiolę – jeszcze tak. Zgadłem?
     – Skąd wiesz? – wypsnęło się Wioli, tak zaskoczonej, że podskoczyła na pufie.
     – Ja już nie – przyznałam się.
     – Dzięki, lasencje, za szczerość – tylko rzucił.
     Nie powiedział, jak się domyślił, która z nas jest, a która nie jest dziewicą. Może przez przypadek zgadł? Nie wiem. Zamiast tego spojrzał na zegarek.
     – Ech, co wy zrobicie beze mnie. Takie super cipki się zmarnują.
     – No, zmarnujemy się – odezwała się Wiola z udawanym smutkiem, wzruszając ramionami.
     – Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Czas na mnie.
     Wstał i my również, podchodząc bliżej. Niespodziewanie zaszedł od tyłu, wchodząc pomiędzy nas, obejmując wpół i ustawiając w kierunku drzwi.
     – Ech dziewczyny, dziewczyny, kto teraz będzie o was dbał tak jak ja.
     – I kto nas będzie krótko trzymał – dopowiedziałam z udawanym smutkiem.
     – Właśnie, właśnie – odpowiedział. – Panie przodem – rzucił i zaraz po pokoju rozległy się odgłosy klapsów, które wylądowały na naszych tyłkach. Odgłosy zakończone naszymi krótkimi okrzykami.
     Zorientowałam się, że jego dłoń nie opuściła mojego tyłka. Normalnie taka poufałość by nie przeszła, ale po tym, co się stało i że były to nasze ostatnie chwile razem, dla Marka musiałam zrobić ten wyjątek.
     – Ciebie też trzyma za tyłek? – Spojrzałam na Wiolę, ledwie powstrzymując się od śmiechu.
     – Aha – potwierdziła też rozbawiona.
     – Marek! – Starałam się nadać głosowi zagniewane brzmienie – wykorzystujesz sytuację, że to pożegnanie.
     – Siksy jeszcze z was – westchnął i pokręcił głową z politowaniem. – Dużo was nauczyłem, ale jeszcze dużo musicie się nauczyć – wypowiedział swoją stałą sentencję. – Zrozumcie, po to są takie lasencje jak wy, by je wykorzystywać.
     – No tak, nie pomyślałam – powiedziałam, potakując głową, jakbym się z nim zgadzała, a Wiola o mało nie prychnęła śmiechem.
     – Panie przodem – powtórzył, lekko popychając za tyłeczki. Zrobiłam krok, ale się zatrzymałam, bo Wiola się nie ruszyła, tylko zapytała:
     – A dlaczego panie przodem?
     Marek znów pokręcił głową, zanim odpowiedział.
     – Jak mówiłem. Musicie jeszcze dużo się nauczyć. Po to, abym mógł kontemplować wasze krągłe dupeczki. To chyba oczywiste.
     Byłam mu wdzięczna, że nazwał mój tyłek krągłym, chociaż wiedziałam, że z jego strony była to tylko wyszukana forma grzeczności, dlatego westchnęłam i ruszyłam pierwsza, a za mną Wiola. Poszłam pierwsza, bo wiedziałam, że daleko większą przyjemność sprawi mu gapienie się na jej pupę niż na mój chudy tyłek.

     Przy wyjściu nie wiedziałyśmy co powiedzieć. Marek nas uprzedził.
     – Ech – westchnął – szkoda, że już nie zdążę wytresować was na porządne zdziry.
     Uśmiechnęłyśmy się, bo wiedziałyśmy, że tak naprawdę powiedział coś takiego: „Jesteście fantastyczne dziewczyny, kocham was i będę bardzo za wami tęsknił”. Jednak nadal jakoś dziwnie nie mogliśmy się rozstać. Staliśmy w milczeniu i tylko patrzyliśmy na siebie. Pierwsza napięcia nie wytrzymała Wiola. Chlipnęła i rzuciła się na Marka, mocno przytulając. Skończyło się na długim, gorącym i burzliwym pocałunku z języczkiem. Ja co prawda się nie rozpłakałam, chociaż niewiele brakowało, ale też mocno uściskałam i też pozwoliłam pocałować się z języczkiem. Nie miałam sumienia odmówić, a poza tym nie chciałam być gorsza od Wioli. No i to było pożegnanie.  
     Podejścia do dziewczyn nie miał, to prawda, ale całować potrafił naprawdę dobrze, aż od tego pocałunku zrobiło mi się gorąco.
     Potem odwrócił się, nacisnął klamkę i… wtedy mnie też pociekły łzy. Nie otworzył drzwi od razu, zawahał się. Spojrzał jeszcze raz na dwie zapłakane idiotki i rzucił w naszą stronę:
     – Uważajcie na siebie, dupy.
     – Będziemy – równocześnie płaczliwie i gorliwie zapewniłyśmy, sama nie wiem po co. Tak jakoś spontanicznie wyszło.
     Dopiero wtedy zdecydowanie nacisnął klamkę, równie zdecydowanie wyszedł i tyle go widziałyśmy. Gdy wróciłyśmy do pokoju posprzątać, w pewnym momencie Wiola znów się rozkleiła.
     – Pamiętasz – zwróciła się do mnie – jak taki jeden przezywał mnie „fiolka”? Marek usadził debila jednym ciosem!… Już nic nie będzie takie samo – chlipnęła. – Kto teraz będzie o nas dbał… A mogłam z nim stracić dziewictwo… teraz za późno… głupia jestem… – i się rozryczała na dobre.
     Objęłam ją i przytuliłam, i też się rozryczałam.
     – Będziemy dbały same o siebie… mamy siebie i chłopaki nie są nam potrzebni! – zapewniłam przyjaciółkę, gdy trochę zdołałyśmy się uspokoić, mocno wypowiadając końcówkę, tym samym pocieszając nie tylko ją, ale i siebie.
     Dopiero po paru dniach doszłyśmy do równowagi, a Wiola doszła do wniosku, że może dobrze zrobiła, że mu nie dała, chociaż pewna nie jest do dziś.
     Tak… fajnie było. Kiedyś założyłyśmy takie same figi. Przypadkiem trafiłyśmy w sklepie. Czerwone w małe czarne groszki. Na metce pisało „kolor czerwony”, ale mnie wyglądał bardziej na róż pompejański czy szkarłatny. I gdy korzystając z naszej „nieuwagi”, zadarł nam spódniczki, nagle zauważył ze zdziwieniem:
     – Macie takie same majtki.
     – Pewnie – odpowiedziałam – jesteśmy przyjaciółkami. – Spojrzał na nas, nie rozumiejąc, więc wyjaśniłam: – Przyjaciółki noszą takie same majtki, nie wiedziałeś?
     Nie wiem, czy załapał żart, powiedział tylko zadowolony:
     – W tych czerwonych majteczkach wyglądacie jak rasowe dziwki.
     – Dzięki – rzuciłam beztrosko, robiąc szybki obrót, aby spódniczka mi się uniosła. Za to Wiola troszeczkę się zarumieniła. A on po prostu powiedział: „wyglądacie zniewalająco, dziewczyny”.
     Tylko on mógł zwracać się do nas takimi słówkami. Nikt inny. Był niereformowalny, niekiedy wkurzający i nieznośny, to dlaczego za nim tęsknię? Idiotka. Ale tęsknię.


__________________________________________________


17 lat – czyli teraz



     No i tak siedzę sobie na tej stypie i od czasu do czasu dyskretnie odwzajemniam uśmiech pewnego faceta z pogrzebowego towarzystwa. A co? Nie mogę? Fajny, to się uśmiecham. Przynajmniej on jeden poprawia mi humor. Popatruję sobie na niego, odkąd u nas się pojawił. Popatruję, bo przecież nie będę się gapiła jak głupia, mam swoją godność. Przyznaję, robi wrażenie. Obserwuje uważnie otoczenie, zdając się kontrolować środowisko. Nic nie umyka jego uwadze. Jak i mnie przyuważył, to aż mi policzki zapiekły, ale się uśmiechnęłam. Jedyny tutaj, do którego warto. Zresztą co innego mam do roboty? Prawda, reprezentować rodzinę, ale to nudne jak flaki z olejem. Nawet telefonu nie mogę wyciągnąć, bo jak stwierdzili rodzice, mogłoby to zostać odebrane przez gości jako lekceważenie. No to siedzę i reprezentuję.
      Ten gość to zdecydowanie jedyny prawdziwy mężczyzna w tym towarzystwie, oczywiście oprócz taty. Zarost wokół twarzy, sprężyste ruchy, sportowa sylwetka, pewny siebie. Tak, pewny siebie, to też podobało mi się w Marku. Nienagannie skrojony garnitur, biała koszula, ale o dziwo rozpięta pod szyją i bez krawata. To dobrze. Nie ufam dupkom w krawatach. Od razu czuję, że chce mnie taki oszwabić. Tak dziadek mówił: „oszwabić”, a nie „oszukać”, a teraz już go nie ma i jest mi smutno.
     Jak rodzice przedstawili nas sobie, to zamiast: „jaka ładna i pewnie tak samo, jak rodzice sympatyczna”, czy innych dyrdymałów, powiedział: „miło cię poznać, Ilono”. Wyciągnął rękę na powitanie i spojrzał prosto w oczy, mmm...
     To jego spojrzenie… zwyczajnie tylko tym samym spojrzeniem zbił mnie z pantałyku. „Zbić z pantałyku” to też powiedzenie dziadka i mamy przy okazji. Przeszywający wzrok jak u Supermena. A jak ścisnął mi dłoń, to aż ciarki po mnie przeszły. Nawet o mało co nie wzdrygnęłam się, bo wszystkie te ciarki, jak to u mnie, niespodziewanie skumulowały się w podbrzuszu. Od razu wiedziałam, że to prawdziwy mężczyzna. I powiedział „Ilono”, a nie „Ilonko”. Lubię swoje zdrobnienie, ale że nie użył go przy pierwszym przywitaniu, to chyba coś znaczy. Żadnego wywyższania się czy protekcjonalizmu. Fajny facet. Widzicie? Kolega taty z pracy. Szkoda, że koło czterdziestki i ma żonę.
     Zawsze tak jest. Jak fajny, to nie dla mnie. Tak właśnie wygląda całe moje życie. A ta jego żona jakaś dziwna. Zdaje się nie widzieć świata, tylko mieli bez przerwy ozorem w towarzystwie kilku podobnych jej paniuś. Stare plotkary! Rany, jak ja nie cierpię takich kobiet. Powinny mieć stały etat w wywiadzie, bo wiedzą wszystko o wszystkich. Czy ja też będę kiedyś taka? Brrr… Oby nie. Na jej miejscu pilnowałabym takiego faceta, a nie plotkowała. Takie ciacho jakaś napalona babka mogłaby cichaczem schrupać, hi, hi. Mmm... z pewnością wie, jak zrobić dobrze kobiecie.
      O! Znów się uśmiechnął do mnie. Zrezygnowana odpowiedziałam uśmiechem, bo co mogę? Tylko robić dobrą minę do złej gry. Przynajmniej zza tego zastawionego szwedzkiego stołu nie rzucam się w oczy. Tego by tylko brakowało, aby dorwała mnie któraś z plotkar. Koniec.
     I prócz tego, że jestem smutna, jestem też zła na dziadka. Jak mógł mi coś takiego zrobić i kipnąć parę dni przed andrzejkami! Od miesiąca się szykowałam. Teraz nie ma mowy, abym poszła na imprę. A następne andrzejki dopiero za rok. Pech. Chociaż jak tak spojrzeć z drugiej strony, to powinnam być mu wdzięczna, że poczekał do andrzejek. Gdyby stało się to trzy tygodnie temu, to by trafił prosto w moje siedemnaste urodziny. Byłoby jeszcze gorzej. Niby powinnam być mu wdzięczna, że skoczył do Abrahama na piwo dopiero teraz. Jednak jestem wkurzona.
     Tak, to dzięki dziadkowi posmakowałam piwa. Pierwszy mnie nim poczęstował. Co prawda jako nieletnia nie mogę oficjalnie alkoholu, ale dla dziadka, weterana wojennego, który nieraz mógł zginąć, piwo to zwykły napój chłodzący. Dziadek był OK, a teraz go nie ma… A dziadek był ogólnie znaną postacią. Ponoć pomógł wielu osobom, nawet ratował życie. Stąd tyle ludzi, wielu też już nad grobem. Ta stypa raczej przypomina spotkanie wiarusów, jak mawiał dziadek.

     Moje rozmyślania przerwał pewien widok, aż wpadłam w lekki popłoch. Mężczyzna, którego cichaczem obserwowałam, wyraźnie zmierzał w moim kierunku. Trzymał co prawda w ręku drinka, więc może po prostu chciał go odstawić na stół lub dolać jeszcze, ale nie spuszczał wzroku ze mnie, więc raczej nie o to mu chodziło, a właśnie o mnie. Trochę miałam nadzieję, że jednak nie o mnie, a trochę, że jednak tak. Nigdy nie byłam nieśmiała, ale gdy on był blisko lub tak patrzył na mnie, w jakiś niewytłumaczalny sposób pozbawiał mnie pewności siebie. Może nie całej, ale jakiejś jej części. Jakby ją ze mnie wysysał. Dziwne, aliści tak się czułam. „Aliści” – fajne słowo, ostatnio mi się podoba. Pasuje do jesieni, do smutnej atmosfery, pogrzebu i do zgromadzonych staruszków, bo też stare, dawniej używane. Wszystko przemija… Dziadka już nie ma, a Marek wyjechał…  
     Udawałam, że co innego mnie interesuje, ale podekscytowana, kątem oka obserwowałam, co tamten mężczyzna robi. Rzeczywiście odstawił drinka, jednak zaraz potem podszedł do mnie i przysiadł tuż obok, na wolnym krześle. Ogarnęła mnie jeszcze większa niepewność z powodu takiej bliskości. Pożałowałam, że w tej chwili Wioli nie ma przy mnie, byłoby mi łatwiej.
     – Jak się bawisz Ilonko? – zapytał.
     Rany, nawet pamięta moje imię! Aż ciarki przeszły po mnie z wrażenia. Zamiast odpowiedzi posłałam mu zbolałą minę.
     – Wiem, nudzisz się. Wierz mi, nie ty jedna. – Mrugnął okiem.
     – Pan też? To, co tu pan robi?
     – Ano widzisz, to nie takie proste…
     – Dlaczego? Jest pan tylko kolegą taty. Nie musi pan być.
     – Niezupełnie…
     Rzuciłam w tym momencie zdziwione spojrzenie.
     – Widzisz – kontynuował – mój ojciec przyjaźnił się z twoim dziadkiem. Uratował mu życie. To znaczy twój dziadek. – Znowu! Przemknęło mi przez myśl. Czy jest ktoś, komu nie uratował życia? – Miał być na pogrzebie, ale niestety. W tym wieku już bywa, że zdrowie nie pozwala. I ja go zastępuję. Prosił, abym porozmawiał albo chociaż pozdrowił innych towarzyszy walki.
     – A ja myślałam, że dlatego, że jest pan kolegą taty z pracy – odrzekłam zdziwiona.
     – Widzisz, nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje. – W trakcie tych słów kilkakrotnie ostrożnie poklepał mnie dłonią w pobliżu kolana. Jednak potem jego ręka nie zniknęła z mojego uda, zahaczając, co wyraźnie czułam, o brzeg spódnicy, podginając palcami, jakby miała ochotę pod nią się wśliznąć. Przyznaję, podnieciła mnie tak trochę ta myśl, ale udałam, że to mnie nie obeszło.
     – No tak – rzuciłam pierwszy raz dzisiaj rozweselona i zaraz dodałam, nie wiem czemu: – Muszę się jeszcze dużo nauczyć.
     Patrząc mu w oczy, odniosłam wrażenie, że uważnie obserwuje moją reakcję i chyba spodobało mu się, co powiedziałam. Co jeszcze zrobiłam? Otóż nic. Właśnie w takich momentach nie byłam w stanie nic zrobić. Nie wytrzymałam i wstydliwie spuściłam wzrok. Niespodziewanie przez głowę przemknęła mi myśl o moich byłych chłopakach. Na początku wydawali mi się inni, a potem było jak zwykle. Czyli nijak.
     – A ile masz lat? – zapytał.
     – Siedemnaście – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Chciałam teraz jego zapytać o wiek, ale zabrakło mi odwagi.
     – Czemu tu tak siedzisz?
     – A co mam robić? Nie mam gdzie pójść, to moje mieszkanie. – Zdziwiłam się pytaniem.
     – Chyba swój pokój masz?
     – No mam, ale jak zniknę na dłużej, to rodzice i tak wyciągną mnie, wiec już wolę się tu nudzić.
     – A może pokażesz mi swój pokój. Ciekaw jestem, jak teraz żyją nastolatki. – Zmrużył prawie niezauważalnie oczy i przesunął swoją dłoń, do tej pory cały czas podginającą mi brzeg spódnicy, niezbyt szybko, ale zdecydowanie, nieomal do biodra, aż na moment wstrzymałam oddech. Nie zadarł jednak spódnicy, tylko przesunął po niej. – Na chwilę na pewno możesz zniknąć, prawda? – Kończąc, lekko zacisnął palce na moim udzie, aż kilka niezwykle przyjemnych mrówek pojawiło się mi między nogami.

     Odniosłam wrażenie, że facet doskonale wiedział, co takim uściskiem wywoła i cały czas badał moją reakcję. Powinnam w tym momencie strząsnąć jego rękę, a może nawet się oburzyć, ale i tym razem nic nie zrobiłam. Byłam ciekawa, co się wydarzy. Tak czy inaczej, była to odmiana od obezwładniającej nudy i to całkiem przyjemna. Nie wierzyłam też, że nie wie, jak wygląda pokój nastolatki, jednak z pewnością potrzebował pretekstu, oboje potrzebowaliśmy pretekstu, aby się stąd urwać. W jakim celu oczywiście się domyślałam. Głupia nie jestem. Na samą myśl, co mogłoby się wydarzyć, dostałam gęsiej skórki, aż o mało się nie wzdrygnęłam. Ledwo udało mi się to ukryć. Niewiele brakowało, abym się zdradziła, jak na mnie działa.  
     Zaczęłam zapominać o nudzie. Z tego względu postanowiłam na razie zagrać jego kartami. Nic przecież nie ryzykowałam. Jeśli ta gra przestanie mi się podobać, zawsze będę mogła się wycofać.
     – Chętnie – odpowiedziałam, posyłając celowo zalotny uśmiech, wzmacniając go odpowiednią mową ciała, kończąc ledwo zauważalnym rozchyleniem nóg. Byłam pewna, że takiemu mężczyźnie te drobne gesty nie umkną. I rzeczywiście. Uśmiechnął się w sposób, który odczytałam jako „widzę, że się rozumiemy”.
     – Idź pierwsza i zaczekaj – zaproponował – przyjdę za parę minut. Gdybyśmy poszli razem, mogłoby to zostać źle odebrane. Zresztą muszę jeszcze zamienić słowo z tym panem – wskazał dyskretnym ruchem ręki siedzącego na kanapie zasuszonego staruszka, opierającego się dłońmi na lasce, perorującym o czymś z niewiele młodszym osobnikiem.
     Niepewność nie opuszczała mnie, więc chwilę jeszcze poszperałam w głowie, czy aby na pewno dobrze robię. Nie znalazłam jednak niczego przeciw. Natomiast „za” był silny argument: coś się będzie wreszcie działo. Jeszcze szybko w myślach omiotłam pokój, czy abym nie zostawiła na wierzchu czegoś kompromitującego, po czym podniosłam swoje chude cztery litery i nieśpiesznie, aby jak najmniej zwracać uwagę, ruszyłam w kierunku schodów na piętro.
     Stanęłam przed drzwiami swojego pokoju i czekałam. Rzeczywiście pojawił się po kilku minutach, jak obiecał. Gdy tylko mnie spostrzegł, bez słowa weszłam do siebie. Wszedł niedługo potem. Towarzyszący mi od jakiegoś czasu dreszcz emocji, będący miłą odmianą po godzinach nudów, wzmógł się z chwilą zamknięcia przez niego drzwi, zarazem ponownie zwiększając uczucie niepewności. Nie wiem czemu, ale cała drżałam. Aby rozładować napięcie, okręciłam się wokół siebie i usiłując nadać swojemu głosowi obojętny ton, powiedziałam:
     – To moje królestwo.
     Mężczyzna uważnie otaksował zawartość pokoju.
     – No, no, masz porządek. Teraz to nie takie częste – pochwalił.
     – Dzięki – pisnęłam jakoś tak niechcący cienko, jak mała dziewczynka, aż głupio mi się zrobiło, równocześnie krótko rzucając mężczyźnie zadowolone spojrzenie, zakończone wstydliwym spuszczeniem oczu z powodu owego piśnięcia.
     Głupia wpadka i to na samym początku, a zależało mi na dobrym wrażeniu. Niemniej to prawda, źle się czułam, gdy był bałagan. Gdzie jak gdzie, ale właśnie tu powinnam zawsze czuć się dobrze. Mój pokój to moja twierdza. Przynajmniej w teorii. Gdy robił się bałagan, zaraz zabierałam się za porządki, choć prawdę powiedziawszy, idealnego nigdy nie udawało mi się uzyskać.
     – O! Zbierasz słoniki. – Podszedł do półki, na której dumnie stało blisko czterdzieści różnych małych słoników.
     Mnie nie pozostało nic innego jak podążyć za mężczyzną. Stanęłam obok i bezmyślnie omiotłam wzrokiem kolekcję. Wydało mi się, że jeden nie stoi tak, jak trzeba, więc go poprawiłam.
     – Teraz już nie, ale kiedyś miałam świra na tym punkcie.
     Rzeczywiście już nie zbieram, skończyłam gdzieś w wieku trzynastu lat, ale jak czasami ktoś mi sprezentuje, to dołączam do kolekcji.
     – Całkiem niezła kolekcja – pochwalił mnie mężczyzna, stając tuż za mną i kładąc rękę na prawym obojczyku, co skończyło się u mnie żywszym biciem serca i nasileniem zarówno podniecenia, jak i niepewności. Niby nic takiego, a zrobiło się gorąco.
     Chyba powinnam w tym momencie strącić jego rękę, delikatnie, aby go nie urazić, ale stanowczo. I z tą moją stanowczością był ogromny problem. Nie potrafiłam, a może i nie chciałam zdobyć się na ten gest. Zdawałam sobie sprawę, że im dłużej taka sytuacja będzie trwała, tym trudniej będzie mi zrobić cokolwiek. Z każdą upływającą sekundą coraz bardziej traciłam grunt pod nogami. Moje ciało regularnie raz po raz drżało. Z nerwów zaczęłam paplać o słonikach, skąd się wzięły, dlaczego tak wyglądają i inne dyrdymały. Wydawało mi się, że tylko w ten sposób zachowam kontrolę nad sytuacją, zanim... Facet słuchał tej paplaniny, a ja czując jego wzrok na sobie, coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, że to gadanie wcale mi nie pomaga i po prostu zaczynam tonąć.
     Mężczyzna niespodziewanie przemieścił rękę na plecy, następnie przesunął palcami dłoni wzdłuż mojego kręgosłupa. Wzdrygnęłam się cała, milknąc równocześnie w połowie zdania. Fala podniecających mrówek, jaka mnie natychmiast przeszyła, nie pozwoliła wydusić żadnego słowa, ani nawet nabrać powietrza do płuc. Dopiero gdy jego ręka zatrzymała się na biodrze, niezbornie dokończyłam wypowiedź, milknąc na dobre, czując przy tym, jak jego druga ręka znajduje swoje miejsce na drugim moim boku.

     Zdawałam sobie sprawę, że grunt pod nogami zaczyna mi coraz szybciej uciekać i realnie mogę za moment stracić nawet te reszki kontroli nad sytuacją. Z drugiej strony nie wiem, czy jeszcze chciałam cokolwiek kontrolować. A jego dłonie naturalnie nie próżnowały. Po krótkim odpoczynku znalazły się na moich chudych pośladkach, wywierając bardzo przyjemny, ostrożny nacisk, aż pod wpływem tego nacisku nieco wypięłam do przodu biodra. Odruchowo, aby mieć punkt oparcia, złapałam się rękami o półkę ze słonikami. Wrażenie było niesamowite, jak jego duże dłonie niemal całkowicie oplatają mój nie za duży tyłek. Westchnęłam krótko z tej niezwykłości odczuć. Tymczasem mężczyzna, pewnie uznając, że mój tyłek jest wystarczająco ugnieciony, a pewnie też zachęcony delikatnymi westchnieniami i brakiem oporu, zjechał jeszcze niżej, po udzie, aż do kolana. Cicho pisnęłam, uginając nogę, bo przeciwna strona kolana, poniżej rzepki, jest u mnie bardzo wrażliwa na dotyk. Myszka natychmiast zareagowała na to szybką falą wilgoci.
     Zaraz potem jego dłoń zawróciła z obranej drogi i zaczęła przesuwać się w górę. Jednak teraz czułam, jak moja spódnica staje się coraz krótsza. Nie patrzyłam na to, co się dzieje, starałam się skupić na dotyku i czerpać z niego jak najwięcej przyjemności. Chętnie bym nawet zamknęła oczy, aby mi nie przeszkadzały, ale jeszcze się bałam to zrobić. Domyślałam się, po co mi podwija spódnicę. Raczej nie po to, aby ponownie złapać za tyłek, a po to, aby dostać się do myszki. Od początku stałam w lekkim rozkroku, więc moja myszka była całkowicie dostępna. Powinnam teraz złączyć nogi, aby uniemożliwić dostęp do mojego skarbu, ale tego nie uczyniłam. Wiedziałam, że myszka nie będzie miała mi tego za złe. Nie próbowałam się już opierać, stałam tylko, gapiąc się bezmyślnie na słoniki, chłonąc ciepły dotyk ręki mężczyzny, coraz silniej pobudzający moje zmysły. Gdy spódnica stała się już całkiem krótka, ponownie zostałam pochwycona za tyłek, który natychmiast został mocniej ściśnięty, wywołując przyjemną falę podniecenia, zasygnalizowaną przeze mnie niegłośnym, ale namiętnym bezwiednym jękiem. Powoli jego palce zaczynały sięgać po więcej, zagłębiając się między uda. Drżałam coraz mocniej, a fale mrówek, coraz silniej przebiegały przez myszkę.
     – Ooooch! – jęknęłam przeciągle i dość głośno, próbując zrobić pół kroku do przodu, jakbym straciła równowagę. Nie zamierzałam wydawać z siebie głosu, zrobiło mi się trochę wstyd, że tak mimowolnie głośno jęknęłam. Nie spodziewałam się jednak, że moja myszka uwolni aż tak ogromne pokłady przyjemności, jak nigdy dotąd, dlatego, gdy poczułam przez majteczki jego palce w tym gorącym miejscu, nie byłam w stanie się powstrzymać. Pieścił mnie tam delikatnie, a cienki materiał majteczek, powodował, że ten dotyk odczuwałam w dwójnasób silnie. Jednak gdy w najbardziej wrażliwym na dotyk punkcie myszki zrobił kilka szybkich kółeczek, nie dałam rady. Wypychając nieco w tył biodra, kilkoma krótkimi urywanymi głośniejszymi jękami zasygnalizowałam, jaką sprawił mi tym przyjemność.
     Ponownie złapał mnie za ramiona, zdecydowanym ruchem obrócił przodem do siebie, po czym przytrzymując silnie, prawie do bólu, tym razem za ramiona, przywarł do moich ust, wdzierając się bez przeszkód językiem do środka. I wtedy oczy już same mi się zamknęły. Zrobiłam tylko pół kroku wstecz, opierając się o półkę ze słonikami. Nawet nie myślałam, aby mu przeszkodzić. Pragnęłam tego pocałunku.
     Miękłam coraz bardziej, nogi stawały się jak z waty i tylko byłam wdzięczna, że tak mocno mnie trzyma. Nagle przerwał całowanie i nim się zorientowałam, ledwo otworzyłam oczy, złapał mnie za cycki, intensywnie, nawet łapczywie i mocno je miętosząc. Tylko syknęłam, znowu zamykając oczy. Nic więcej nie byłam w stanie zrobić. Niestety długo tak nie trwało. Odstąpił ode mnie, a ja zdziwiona spojrzałam zamglonymi rozkoszą oczami, co się dzieje.
     Patrzył na mnie zdyszaną, jak po biegu, ponownie taksując czy może pozwolić sobie na więcej. Mógł, z pewnością mógł i jak sądzę, wyczytał to pragnienie ze mnie. Złapał za ramię i popchnął w kierunku pobliskiego stolika, ustawiając tak, że tyłem oparłam się o ten stolik. Szybko, zdecydowanie, mając już pewność, że nie spotka się ze sprzeciwem, sięgnął pod spódnicę, ujmując mocno, niezwykle władczo, za majtki, między udami. Moja myszka na to aż zapiszczała z rozkoszy, co przełożyło się na mój głośniejszy, nawet nie jęk, tylko emocjonalny okrzyk. Równocześnie z nim odruchowo nieco szerzej rozstawiłam nogi. Tak, wiedział, że już może pozwolić sobie na dużo, bardzo dużo.
     – Ciii – skarcił mnie samiec z powodu owego głośnego okrzyku. Natychmiast potem zamknął mi usta pocałunkiem.
     Rzeczywiście, nie pomyślałam, że powinnam być cicho. Drzwi nie są przecież dźwiękoszczelne. Co prawda raczej nikogo obecnie nie powinno być na piętrze, ale gdyby, mógłby zainteresować się nietypowymi, jak na stypę, odgłosami dobiegającymi z mojego pokoju. Tylko jak być cicho, będąc tak władczo, z taką pewnością siebie, traktowana przez mężczyznę?
     Tymczasem coraz mocniej czułam, z każdym ruchem jego dłoni na majtkach, że ta część garderoby jest zupełnie nie na miejscu. Zaczęła mnie uwierać, szczypać, a nawet kłóć, obejmując nieprzyjemnym, silnym uciskiem.
     Dominujący samiec odstąpił ode mnie na moment, pytając szeptem:
     – Jesteś dziewicą?
     – Nie jestem... proszę pana. – Ni to wycharczałam, ni to wydyszałam z silnego podniecenia.
     Nie mam pojęcia, czemu dodałam te „proszę pana”. Chciałam w ten sposób zaakcentować swoją zupełną uległość, jego dominację nade mną? Chyba nawet tak to odebrał, bo wyraźnie uśmiechnął się z zadowoleniem po tych słowach, chyba że go rozbawiły. A może spodobało mu się, że nie jestem dziewicą. Nie wiem… nieważne. Ważne, że poczułam w tym momencie, jak nieprzyjemnie szczypiące majtki zaczęły sprawiać mi nie tylko dyskomfort, ale też uczucie niechęci do nich. Bez zastanowienia, szybkim ruchem sięgnęłam pod spódnicę i równie szybko, z ulgą, ściągnęłam je z siebie, odrzucając jak najdalej.
     – Znasz się na rzeczy – mruknął z uznaniem dominujący samiec, rozpinając sobie spodnie, a ja poczułam się, jak mała dziewczynka pogłaskana po główce za dobry uczynek.
     Chwilę potem, równie szybko, jak ja majtki, zdjął spodnie razem z bielizną. Wpadłam w lekki popłoch, bo w moim kierunku, niczym młot, sterczał pokaźny członek. Aż w pierwszym odruchu chciałam się cofnąć. Za mną jednak był stolik, więc tylko mocniej się do niego przycisnęłam. Zarazem jednak przemknęła mi przez głowę myśl: „prawdziwy mężczyzna musi mieć solidny”, wprawiając w dodatkowe zadowolenie, że tym razem się nie zawiodłam na pierwszym wrażeniu, wtedy, gdy się z nim witałam. Bez przesady, członek nie był jak w filmach porno, ale z tak długim i grubym jeszcze moja myszka nie miała do czynienia. Taki… solidny. Aby opanować popłoch, powiedziałam w myślach uspokajająco do myszki: „jesteś elastyczna, na pewno poradzisz sobie”. Mężczyzna podszedł do mnie i nachylając się, zadarł moją czarną, żałobną spódnicę jak tylko się dało wysoko.
     – Siadaj! – wydał polecenie.
     Natychmiast posadziłam swój chudy, a teraz i goły tyłek na stoliku. Facet nie tracił czasu. Sięgnął do moich nóg powyżej kostek i pociągnął do góry tak, że padłam w jednej chwili na plecy. Ponieważ równocześnie straciłam równowagę, oczywiście pisnęłam głośno.
     – Cicho! – ponownie skarcił mnie mężczyzna, za moje nieodpowiedzialne zachowanie.
     Zadarł mi nogi i przytrzymując jedną ręką w górze, równocześnie drugą złapał za tyłek. Poczułam, jak palce jego dłoni zagłębiają się w rowku między pośladkami, z jednej strony drażniąc moje „drugie oczko”, a z drugiej zagłębiając się kciukiem w pochwie. To była taka dziwnie podwójna przyjemność, chociaż trochę wpadłam w panikę. Moje drugie oczko było jeszcze dziewicze i nie wiedziałam, co mogłoby się stać, gdyby i tam chciał się zagłębić. Na szczęście dla mnie do tego nie doszło i przestałam się bać. Mogłam teraz cała skupić się na przyjemności. Przyrzekłam sobie w duchu być jak trusia, aby znowu nie musiał mnie skarcić. Tylko jak być cicho, czując z magiczną przyjemnością to zagłębiający, to wysuwający się z pochwy kciuk mojego pana i całą dłoń operującą w okolicach pupy. Więc chociaż postękiwałam w rytm tych ruchów, a myszka na to natychmiast odpowiadała zwiększoną falą wilgoci.
     Kciuk po kilkunastu ruchach zniknął, a moje rozchylone nogi jeszcze bardziej zostały rozchylone i powędrowały na ramiona mężczyzny. W miejscu niedawno operującego kciuka poczułam pieszczotliwy dotyk główki penisa. Pierwszy raz w życiu byłam brana w takiej pozycji, więc trochę się bałam, czy wszystko pójdzie, jak trzeba. Wstyd byłoby się skompromitować przed takim facetem.
     Jak zwykle wbrew mojej woli, myszka, mimo że bardzo śliska, idealnie nawilżona, oczywiście stawiła opór. Chociaż dla tak doświadczonego samca nie okazało się to problemem. Pokonał opór zdecydowanie, mocno wbijając się, aż jęknęłam z zadowolenia i niewielkiego bólu przy okazji. Pamiętając jednak o przyrzeczeniu, stłumiłam jęk, aby nie wyszło zbyt głośno. Potraktował mnie dość brutalnie, przyznaję, ale też nie ukrywam, że spodobała mi się ta jego brutalna stanowczość i siła w zdobywaniu mojej osoby, a właściwie pewnej części ciała, ha, ha.
     Czułam, jak duży penis wciskając się we mnie, wykorzystał chyba każde wolne miejsce myszki, niezwykle ekscytująco wypełniając ją sobą. Oczekiwałam, że zaraz będę mocno, szybko i zdecydowanie ruchana, ale ku mojemu zaskoczeniu, stało się zupełnie inaczej. Zaczął od niezbyt szybkiego, wręcz leniwego rozpychania się we mnie. Skubaniec coraz zmieniał tempo, nie pozwalając myszce się przyzwyczaić, zmuszając ją do wyrzucania z siebie coraz większych porcji przyjemności. Czasami wysuwał się niemal całkiem, czasami dobijał do końca, a czasami tylko do połowy, wywołując niedosyt myszki, aż miałam wrażenie, że ona sama woła „głębiej, głębiej, do końca”. Były to fascynujące doznania, nie waham się powiedzieć profesjonalny masaż pochwy. Z każdym cyklem coraz trudniej było mi zachować jako taką ciszę. W końcu musiałam zamknąć oczy i nadal starając się tłumić choć trochę jęki, powoli zaczęłam całkowicie odpływać, zatracając się w bezgranicznej przyjemności.
     Gdy już nie dawałam rady i jęki stały się głośniejsze, nagle przerwał, szybko wychodząc ze mnie. Natychmiast złapał za ręce i kompletnie otumanioną, postawił na niepewne, drżące nogi. Zaraz obrócił tyłem do siebie, a ja, nadal nie bardzo kojarząc, co się dzieje, opadłam rękami na stolik; aby mieć pewniejsze podparcie, mimowolnie wypięłam chudy tyłek. No i znowu złapał mnie za biust.
     – Świetne cycki – szepnął do ucha.
     Momentalnie poczułam się dumna, chociaż macał przez bluzkę, a nie po gołych. Ogólnie było to trochę dziwne. Niby byłam ubrana, ale tylko od góry do pasa i niby miałam spódnicę, ale była zadarta, więc od pasa w dół byłam całkowicie dostępna, hi, hi. Nie wiem, czemu nie ściągnęłam wszystkich ciuchów albo on ze mnie. Chyba nie było na to czasu. Tak, na pewno. I nie ma co ukrywać: facet z tej dostępności korzystał, i to jak! Pożądliwie przyciskał do siebie, solidnie miętosząc cycki, a ja całą sobą chłonęłam ten zmysłowy dotyk rozpalonego mężczyzny i niezwykle podniecającej, ocierającej i napierającej na mój goły tyłek, jego sztywnej męskości.
     Po niezbyt długiej przerwie na miętoszenie cycków nagle... trzask-prask, dał mi naprawdę potężnego klapsa w mój goły wypięty tyłek! Zaskoczona wrzasnęłam z bólu. Aż podskoczyłam. Zupełnie się tego nie spodziewałam! Łzy napłynęły mi do oczu, tak mi przywalił! W myślach tylko jęknęłam: za co, przecież się staram. Nic jednak nie powiedziałam.
     Natychmiast po tym, nie dając mi chwili na oddech, ponownie zdecydowanie zaatakował myszkę. Oczywiście od tyłu. Dosłownie atakował. Wchodził mocno, szybko, gwałtownie, wywołując już niekontrolowany głośniejszy jęk rozkoszy i zaraz potem wysuwał się wolniej. Wbijał się w nią z wielką siłą i wolno wycofywał. Czułam wręcz, jakby dosłownie przedmuchiwał mnie całą. Potężne impulsy i zaraz potem obezwładniające fale rozkoszy. Robił to tak, że zmuszona byłam mocno złapać się obiema rękami za brzegi stolika, z obawy, abym przy którymś takim silnym pchnięciu zwyczajnie nie wpadła na stolik całym ciałem. To, co do tej pory przeżyłam, było niczym naprzeciwko tej odbierającej świadomość ekstazy. Najgorsze, że najbardziej lubię, jak mężczyzna, bo przecież nie chłopczyk w moim mniej więcej wieku, bierze mnie sobie od tyłu. To były takie słodkie tortury!
     Nawet studenciak nie wytrzymywał porównania. Tamten robił szybko swoje, za szybko, był pospolitym ruchaczem. Ten smakował seks, mnie, moją myszkę z wypełniającym ją i w dodatku wypływającym soczkiem. Tamten był zwykłym szamaczem hamburgerów, ten był wykwintnym smakoszem, koneserem kobiet. Takich jak ja. Czułam, że powoli zaczynam dochodzić. Z gardła cały czas wydobywały się silniejsze dźwięki, w rytm jego mocnych pchnięć. Nieoczekiwanie przemknęło mi przez myśl, będąc tak brutalnie posuwaną od tyłu, że jestem brana jak ostatnia zdzira. Markowi się nie udało, a jemu tak, uczynić ze mnie wydzierającą się dziwkę. Nie wiem czemu, ale teraz ta nagła świadomość, że jestem traktowana jak dziwka, choć na pewno nie była to prawda, tylko moje wyobrażenie, sprawiła mi niezwykle błogą przyjemność, aż z myszki wypłynęła kolejna porcja soków.

     Było już blisko coraz bliżej, jeszcze chwila… czułam się jak surfer uciekający przed wysoką falą, ale już wie, że zaraz go zaleje, tym bardziej że byłam spocona. Cała zadrżałam mocno jak zawsze tuż przed ogarniającym mnie orgazmem. Stęknęłam na jego progu, dotknięta jego falą, by zaraz wychrypieć głośno i ciężko „oooch”.
     – Ciszej bądź – mruknął samiec, słysząc mój głośny jęk.
     Tylko że ja nic na to nie byłam w stanie poradzić, przytłoczona, oszołomiona, zamroczona, rozłożona na łopatki przez własny orgazm. To działo się bez mała obok mnie, niezależnie od mojej woli. A jeszcze łapałam powietrze jak ryba wyjęta z wody. Samiec za to, nie przejmując się moim stanem, nadal pchał mnie mocno i brutalnie. Dopiero po kilkunastu sekundach gwałtownie wyszedł ze mnie, jakby przerwał w połowie. Pomimo przeżytego orgazmu, takie gwałtowne wyjście wywołało we mnie ukłucie niedosytu. To już? Koniec? Naprawdę?
     Mężczyzna nieśpiesznie podszedł do wersalki i usiadł na niej. Miałam chwilę na złapanie oddechu. Ujął w dłoń członka, nakierowując go w moją stronę. Spojrzał z zachęcającym wyrazem twarzy w oczy, mówiąc:
     – Wskakuj!
     Ostrożnie puściłam stół. Dłonie miałam zgrabiałe, prawie bez czucia od uporczywego zaciskania ich na brzegach blatu. Myszka zdecydowanie chciała więcej, ale nie czułam się zbyt pewnie na własnych nogach. Spojrzałam na mężczyznę, chyba z wyrazem oczekiwania jakiejś pomocy od niego.
     – No chodź, szybciej! – Ponaglił ruchem głowy.
     Nie potrafiłam tak kategorycznego ponaglenia zignorować. Nogi same poniosły mnie w jego kierunku. Szłam wolno, chwiejnie, można powiedzieć ubzdryngolona podnieceniem i zmęczeniem. Tak! Ubzdryngolona! A co, nie mogłam się ubzdryngolić?
     Stojąc już blisko, podciągnęłam do góry spódnicę, która w międzyczasie zdążyła mi opaść i usiadłam na nim okrakiem. Przejęłam z jego ręki członka i wsunęłam sobie do odczuwającej już pustkę myszki. Znowu doświadczyłam tego wspaniałego uczucia wypełnienia, aż zmrużyłam oczy, a z ust wydobył się prawie niesłyszalny pomruk zachwytu. Równocześnie zaświtał mi w głowie pewien pomysł. Zaczęłam wykonywać ostrożnie, potem mocniej ruchy okrężne. Aż w pierwszym momencie prychnęłam śmiechem zadowolenia, czując niezwykle przyjemne łaskotki, dobiegające z wnętrza pochwy. Potem zaczęłam podnosić się i opadać. Było to tak dziwne uczucie, że początkowo wszystko wydało mi się nierealne. Dziwnie było pomyśleć, że ja sama sobie robię coś takiego. Nie śpieszyłam się, starałam uzyskać takie tempo, jakie zdawało się najbardziej odpowiednie dla mojego organizmu w tym stanie; zharmonizować rozkosz odczuwaną przez myszkę, z doświadczanym przeze mnie samą uniesieniem. Znowu zaczynałam odpływać. Moja świadomość, obejmująca pokój zaczęła zawężać się coraz bardziej, aż ograniczyła się tylko do mnie i mężczyzny utrzymującego mnie w ramionach, a potem tylko do tego fragmentu ciała, elastycznego i bez końca nawilżanego, który w połączeniu z męskim narządem, sypał w mojej głowie niezliczonymi iskrami przyjemności. Zanim jednak całkowicie dałam się ponieść szaleństwu, mężczyzna podjął aktywną współpracę. Stopniowo unosiłam się i opadałam coraz szybciej, choć wkrótce przestałam zdawać sobie sprawę, że dzieje się to coraz szybciej. Zatraciłam się w tym całkowicie. Czułam tylko, pragnęłam cała sobą, aby znowu pojawiła się ta niewyobrażalna fala rozkoszy, która pozbawi mnie tchu. Już tylko to się liczyło. Nie miało znaczenia, czy jestem cicho, czy głośno. Pewnie instynktownie tłumiłam głośniejsze okrzyki, bo nie byłam strofowana przez mojego doskonałego samca. Byłam już blisko, widziałam światełko w tunelu, gdy silne ramiona powstrzymały mnie od dalszego ruchu. Za to poczułam w pochwie drżenie i ciepłą spermę wypełniającą myszkę. Sekundę później odchyliłam w tył głowę z głośniejszym jękiem, dłuższym, aż gwałtownie zamilkłam z grymasem na twarzy. Ponownie głos uwiązł mi w gardle. Całkowicie zostałam obezwładniona przez jeszcze silniejszy od poprzedniego orgazm, który zdawał się trwać, i trwać i nie mieć końca, podobnie, jak wytrysk, wypełniający mnie coraz to nowymi porcjami ciepłej spermy, podsycając jeszcze i tak trudną do zniesienia przyjemność. Czas zdawał się rozciągnąć do granic kosmosu.

* * *

     Trwałam w takim zawieszeniu, aż do momentu, gdy czas i moja świadomość powróciły w jednej chwili, jak za prostym kliknięciem. Ocknęłam się mocno oparta o mojego mężczyznę. Ostrożnie, czując się niepewnie, spróbowałam zejść z niego. Przekręciłam się tak, że padłam na swój chudy tyłek tuż obok niego. Byłam kompletnie zdechła, ale wewnętrznie niewiarygodnie pobudzona szczęściem. Mężczyzna zaraz potem na krótko przytulił mnie bokiem do siebie, obejmując ramieniem, jakby tym chciał powiedzieć „byłaś dobra, mała”, po czym podniósł się i nieśpiesznie zaczął ubierać. Patrząc, podziwiałam go, że ma jeszcze tyle siły. Przyglądał mi się z uśmiechem zadowolenia, a może aprobaty. W głębi kołatało mi się dumne przeświadczenie, że ja, szara myszka, zdołałam go zadowolić. No, może nie taka całkiem szara. Sama też, mimo zmęczenia, byłam zadowolona w stu procentach. Chciałam wstać, lecz ostatecznie padłam na kolana na dywan przed kanapą. Na czworakach podpełzłam kawałek i sięgnęłam po majtki, usiłując niezdarnie, na raty, je założyć. Mój mężczyzna z lekko pobłażliwym uśmiechem obserwował te zawstydzająco niezdarne zmagania z majtkami. Ostatecznie jakoś naciągnęłam je na ten chudy tyłek.
     Siły mi powracały i gdy wstałam, znowu zobaczyłam w jego wzroku, jak uważnie kontroluje otoczenie, co wkoło się dzieje, łącznie ze mną.
     – Zadowolona? – rzucił w moim kierunku. W jego głosie nie było jednak pytania, a zwykłe stwierdzenie faktu. Jednak w odróżnieniu od moich dotychczasowych chłopaczków, ten facet miał pełne kwalifikacje, aby być tak pewnym siebie.
     – Bardzo! – odpowiedziałam z satysfakcją. Mój stan umysłu nie pozwalał w tym momencie wypowiadać się inaczej niż euforycznie.
     – Cóż – powiedział, rozkładając z uśmiechem ręce, po części w geście przeproszenia – piękny pokój, piękna właścicielka, ale muszę już iść.
     Podeszłam bliżej, sama nie wiem po co, chyba odruchowo, jak przy pożegnaniu. Też przysunął się do mnie. Obejmując i przytulając mocno do siebie, równocześnie poklepał po chudym tyłku. Przylgnęłam całą sobą do niego. Bardzo potrzebowałam w tym momencie takiego ciepłego gestu. Spojrzałam wyżej, bo był znacznie wyższy ode mnie, teraz wydawał mi się jeszcze wyższy, po czym dziwnie wstydliwym głosem powiedziałam:
     – Dziękuję. – Nawet nie wiedziałam, za co mu dziękuję, może za całokształt, ale taką poczułam nagle potrzebę odwdzięczenia się. A może najbardziej za to przytulenie?
     Puścił mnie i sięgnął do kieszeni. Niespodziewanie wyjął portfel, otworzył go i wyjął banknot stuzłotowy, podając mi go. Zszokowana, odskoczyłam o krok.
     – Ja nie dlatego, nie jestem… ja nie… – plątałam się zdziwiona, siłą woli powstrzymując rękę, która sama próbowała sięgnąć po banknot.
     – Wiem. – Zdecydowanym głosem przerwał mi. – To nie jest zapłata, tylko podziękowanie. Byłaby zapłatą, gdybyśmy uzgodnili to przed, ale wtedy nie było w ogóle o tym mowy. Teraz to prezent. Takiej niezwykłej dziewczynie jak ty zawsze się przyda. Bierz go.– Z uśmiechem wręczył banknot.
     Rozbrojona komplementem i tym uśmiechem, już bez sprzeciwu przyjęłam banknot.
     – Ale to jest sto złotych – powiedziałam zdziwiona, nie mogąc nadal uwierzyć w tak duży nominał, który trzymałam w ręce.
     Mężczyzna rzucił w moim kierunku uważne spojrzenie, pokiwał z uśmiechem głową, po czym powiedział:
     – Masz rację. Byłaś doskonała. Moja żona mogłaby się od ciebie dużo nauczyć. Ty zresztą na pewno spożytkujesz lepiej pieniądze niż ona na jakieś bzdety. – Mówiąc to, ponownie sięgnął po portfel i bez wahania wyciągając jeszcze dwa banknoty, wcisnął mi je w rękę, stojącej jak słup soli. Mrugnął jeszcze okiem, zanim opuścił mój pokój, pozostawiając samą w szoku w towarzystwie trzech banknotów z wizerunkiem Władysława II Jagiełły i kołaczącymi się w głowie jego słowami, że byłam doskonała. Gdy wyszedł, z wrażenia aż usiadłam na wersalce.
     Moje myśli krążyły, jakby akurat znalazły się na szybkiej karuzeli. Próbowałam którąś złapać, ale nic z tego nie wychodziło. Potrzebowałam chwili spokoju, aby je zatrzymać. Spojrzałam jeszcze raz na twarz mężczyzny w koronie, na banknocie. Ciekawe czy on też tak potrafił… Jasne, przecież to król. Niejedna pewnie była zadowolona i przeżywała to, co ja. Kiedy to było? Wytężyłam pamięć do granic możliwości, usiłując przypomnieć sobie, kiedy panował. Chyba w czternastym wieku, ale nie byłam pewna. W każdym razie było to dawno. Wtedy na pewno nie było mnie jeszcze na świecie. A szkoda. Może teraz uczyliby o mnie w szkole?
     Podniosłam się i z zadowoleniem wrzuciłam banknoty do szufladki, w której trzymam ważne rzeczy, po czym ponownie klapnęłam na wersalce. Jejciu, nadal mi dobrze, westchnęłam, przypominając sobie, co tu się działo. Ten pokój jeszcze nie widział takich harców. Podobne, ale nie takie. O wiele nie takie. Spojrzałam na sufit. Dziadku, pomyślałam, jeżeli gdzieś tam patrzysz z góry, to miałeś niezły ubaw. Byłam przekonana, że jeśli to widział, z pewnością jest teraz dumny ze swojej wnuczki.
     To był pierwszy naprawdę udany seks w moim życiu. I dał mi takiego karcącego klapsa, hi, hi. Nawet tato nigdy tak mi nie przywalił, chociaż szczerze, czasami o to się prosiłam.
     Może mam jeszcze jakąś przyszłość i nie całe życie będzie takie nijakie? Nabrałam w tym zakresie ostrożnego optymizmu. Może po prostu nie spotkałam na swojej drodze prawdziwego mężczyzny? To z pewnością mój chudy tyłek nie ma wystarczającej mocy, aby takiego przyciągnąć. Ledwie daje radę jakimś chłopczykom, którzy nie mają pojęcia jak zagrać na tak skomplikowanym instrumencie, jakim jest dziewczyna, jakim ja jestem. Tak, to musi być to – z żalem zauważyłam. Inaczej moja przyjaciółka. Zawsze zazdrościłam jej pupy. Coraz jakiś chłopak ją łapie za nią, a mnie… szkoda gadać.

     Jednak prawdziwy mężczyzna, pewny siebie, nie pyta, tylko robi i jak robi! W przeciwieństwie do chłopczyków on ma prawo, bo ma kwalifikacje. Jego pewność jest całkowicie uzasadniona, nie jest wybujałym wyobrażeniem o swoim ego. Potrafił w pełni wykorzystać ten instrument, jakim jestem, wydobyć ze mnie wszystkie istniejące czyste tony i to bez wysiłku. On po prostu taki jest. I wtedy dotarło coś do mnie. On jest Samcem Alfa i już. A Samiec Alfa bierze sobie, kogo chce i jak chce, nie pytając o nic. Dlatego mógł robić ze mną, co chciał i jak chciał i dlatego tak mi było dobrze. Po prostu odkąd mnie powziął, nie miałam szans, musiałam mu ulec, to z góry było przesądzone. Przynajmniej od momentu, gdy zgodziłam się na jego zasady gry. Tylko czy mogłam się nie zgodzić? Byłabym głupia.

     Nagle ocknęłam się z tych psychodelicznych rozważań. E tam, po prostu chciałam. Przypominając sobie, że poza moim pokojem jest też świat zewnętrzny, spojrzałam na zegarek. Zdziwiłam się, że to wszystko tak krótko trwało. Wydawało mi się, że znacznie dłużej. Jednak wystarczająco długo by rodzice zaniepokoili się, co ze mną się stało. Wiedziałam, że muszę już wracać na parter. Najwyższy czas. No, dziewczyno rusz swoje chude cztery litery – zmobilizowałam się. O! – ponownie zauważyłam z satysfakcją – dla prawdziwego mężczyzny nawet moja chuda dupka nie była przeszkodą. Miło wiedzieć. Westchnęłam, rzucając w myślach „dzięki mycha”. Byłam zadowolona, że moja myszka tak doskonale sobie poradziła. Mogła przecież się zestresować i do niczego by nie doszło, tylko do kompromitacji.
     Gdy wstałam, nie wytrzymałam i ponownie odemknęłam szufladę z ważnymi rzeczami. Były nadal, leżały w tym samym miejscu, gdzie je położyłam. Trzy banknoty stuzłotowe. Czy to zapłata za milczenie?, przemknęło mi przez myśl. E tam, po prostu byłam dobra, odnotowałam z satysfakcją. I tak zresztą nic bym nie powiedziała, niezwłocznie się usprawiedliwiłam.
      Bardziej otworzyłam szufladę i sięgnęłam w głąb, wyciągając stary piórnik, jeszcze z podstawówki. Uchyliłam wieczko i wyjęłam niewielkie pomarańczowe opakowanie, w jakie się pakuje leki. Tylko że tu były dwie małe okrągłe tabletki. Dziś na dobranoc połknę cię kochanie, czule odezwałam się do jednej z nich, odkładając opakowanie i piórnik na miejsce, na koniec starannie zamykając szufladę. Bawiłam się bez zabezpieczenia i chociaż wiedziałam, że teraz ciąża mi nie grozi, lepiej mieć pewność.
     Westchnęłam i wyciągnęłam świeżą bieliznę. Rozejrzałam się po pustym pokoju i ponownie wzdychając nad tym, co niedawno tu się działo, ruszyłam w kierunku łazienki pod szybki prysznic. Nie omieszkałam w łazience spojrzeć na swój chudy tyłek, na którym widniał ślad po klapsie. Zachichotałam głupio, czując na ten widok przypływ podniecenia. Czemu mi przyłożył? Bo miał okazję bezkarnie przyłożyć? Byłam aż tak bardzo niegrzeczna? Tylko co w tym złego, że w takiej sytuacji dziewczyna jest bardzo niegrzeczna, hi, hi. Rany, pierwszy raz dostałam tak w dupę. I czemu tak mi się to podoba? Dziwne, ale przyjemne.

     Gdy ponownie pojawiłam się na parterze, wydało mi się, że akcja nie posunęła nawet o milimetr do przodu. Wszystko wydawało mi się takie, jakim było, gdy opuszczałam parter. Wszystko z wyjątkiem mnie. Usiadłam na starym miejscu za stołem. Mój mężczyzna zdawał się zajęty czymś zupełnie innym. Miałam dość siedzenia, wstałam i podeszłam do taty, który akurat był wolny.
     – Nudzisz się córeczko – powiedział ze zrozumieniem, delikatnie przytulając za głowę do siebie. Kojąco przesunął dłonią po włosach aż do końca, ciemnoblond z jeszcze ciemniejszymi pasemkami, opadającymi zawsze trochę niesfornie, głęboko za ramiona. – Wytrzymaj jeszcze trochę, to już nie potrwa długo.
     – Wytrzymam. – Uśmiechnęłam się do taty.
     Teraz już na pewno. Mój uśmiech miał jednak inny powód, niż tato mógłby sądzić. Wyobraziłam sobie, że w przypadku tych najstarszych uczestników stypy, to rzeczywiście już nie potrwa długo… Ot, taki czarny humor, na który bezkarnie może pozwolić sobie tylko szczęśliwa dziewczyna.
     Cały czas, od momentu, gdy znalazłam się na parterze, czułam lekkie podekscytowanie, związane z moją tajemnicą, o której wiedziała jeszcze tylko jedna osoba. Nikt inny, mama, a już szczególnie tata, obok którego teraz stałam, nie miał pojęcia, że jego ukochana córeczka jest teraz po brzegi wypełniona spermą jego kolegi z pracy.
     Moje szczęście zaburzała tylko świadomość, że to się drugi raz nie powtórzy. Pewnie nawet już go nie zobaczę. Po zaspokojeniu głodu świeżego młodego ciała wróci do swojego życia, w którym na mnie nie ma miejsca. Wiem, zdawałam sobie sprawę, że byłam dla niego raptem zabawką, ale nie żałowałam tego. Miałam tylko nadzieję, że zdołałam zrobić na nim wystarczające wrażenie, aby zapamiętał ten dzień i mnie tego dnia na zawsze, bo ja zapamiętam. Przeżyłam pierwszy naprawdę udany seks w moim życiu i czegoś się przy tym nauczyłam. No i stypa nie była taka tragicznie nudna, bo coś ekscytującego i zarazem zupełnie niespodziewanego się wydarzyło. Chyba dobrze, że Wioli nie było, bo gdyby była, to nic by się nie stało. A może? Bardzo jej zależało, aby Marek „uczynił ją kobietą”. Taki mężczyzna na pewno dałby radę nam obu, jestem pewna. Tylko czy by chciał? Kto wie, wszystko jest możliwe… Wszystko???
     A moje życie? Może jednak nie będzie dalej takie całkiem nieudane. Może mimo mojego chudego tyłka jest jeszcze dla mnie nadzieja. Jak myślicie?

5 153 czyt.
100%15
Indragor

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne, użył 27027 słów i 152724 znaków, zaktualizował 19 sty o 19:47. Tag: #stypa

3 komentarze

 
  • Somebody

    Czytałam dwa albo trzy dni, ale było warto. Trochę można się uśmiechnąć, trochę zadumać...Pogoń za uczuciem w czasach, kiedy jest ono zrównowywane do poziomu prześcieradła, poszukiwanie siebie poprzez innych, odkrywanie własnych pragnień obcymi dłońmi... Widelec, a nim resztka sosu słodko-kwaśnego  

    100%1

  • AlexAthame

    Opowiadanie na ,,poziomie" biorąc pod uwagę średnia erotycznych na lol. Kiedy doczytałem do niewinnych pocalunkow z Wiola, pomyślałem sobie czy byłbyś w stanie opisać podobną sytuację,  gdyby bohaterem był chłopak i próbował z drugim chłopakiem. My mężczyźni podobno odbieramy sytuację, kiedy są dwie kobiety ( o ile wyglądają dobrze) , że jest na co popatrzeć.Natomiast dwóch facetów w tej sytuacji to beee...Ale podobno, niektóre kobiety odbierają podobnie, kiedy dwie kobiety to robią. Inni, bardziej ortodoksyjni, nie życzą sobie żadnych zdjęć, filmików i opisów odnosnie sytuacji intymnych.Osobiście dziwię się, że film jest od szesnastu, kiedy widać kawałek ciała, a od osiemnastu, kiedy jest coś ukazane, bardziej odważnego, mimo ze i tak nigdy nic nie widać.Oczywiscie mówię o filmach zwykłych, nie porno.Wyjatek chyba stanowił Emmanuella 4.No i Trans.Natomiast jak mózgi się rozchlapuja na ścianach, to jest od dwunastu lat.Ale to taka dygresja, nie na temat. Ponoć erotyczne pisać najłatwiej.Musze zerknąć czy pisałeś coś innego, bo widzę, że pisać potrafisz.Pozdrawiam.

    92%

  • MrHyde

    Rodzice przestrzegali mnie przednim - okropny brak spacji. A poza tym pozdrów ode mie tę panią Literacką. Chętnie bym ją też poznał. Jak myślisz, wpadnie na ciastko?

    92%