Uzależniona. Rozdział pierwszy. Wyrok.

Uzależniona. Rozdział pierwszy. Wyrok.Leżałam na łóżku, a w mojej głowie było tysiąc myśli. Powinnam już wstać, ale za nic w świecie nie miałam motywacji. Nie miałam chyba już po co, ani do czego wstawać. Chciało mi się spać, pewnie dlatego, że przez ostatnie osiem godzin pomimo pory nocnej w ogóle nie zmrużyłam oka.
Wczoraj straciłam wszystko. Los zabrał mi prace, rodzinę i najprawdopodobniej zabierze mi także wolność. Mogę trafić do więzienia na kilka lat, chyba, że zdarzy się cud.
   Wstałam po trudach. Moja od roku wiecznie boląca noga dała o sobie znać. Pomasowałam ją lekko, choć robię to chyba z przyzwyczajenia, bo już od dawna to nie uśmierza moich dolegliwości, i nawet zapomniałam już czasy kiedy to właśnie było dla mnie ukojeniem.
   Ubrałam się i zeszłam po schodach na dół. Tuż obok nich jest kuchnia, w której zrobiłam sobie kawę. Z rana rzadko ją piję, ale dziś mój organizm potrzebuje jej jak nigdy dotychczas. Usiadłam przy stole i czekałam. Była sobota, i rodzice powinni być w domu. Podobnie jak ja są aptekarzami, praca w soboty to dla nas norma. Dziś jednak wszyscy mieli wolne, a w naszym rodzinnym interesie byli tylko zatrudnieni magistrzy farmacji i technicy.  
   Siedziałam patrząc się w czerń kawy i myślałam jaką podejmą decyzję. Zastanawiałam się czy moi rodzice okażą się aż tak surowi, że za to co zrobiłam poślą mnie do więzienia. Zawsze byli konsekwentni w wychowaniu i karali mnie za złe, ale czy teraz też tak będzie tego nie wiedziałam.
Wszystko zależy od tego czy kochają mnie tak bardzo, że aż dla mojego dobra zdecydują się na wniesienie oskarżenia i zamknięcie mnie w murach aresztu, czy może wymyślą coś co w mniejszym stopniu zszarga ich i moją przy okazji opinię.
   Noga po raz kolejny przypomniała o sobie. Wyprostowałam ją i wzięłam solidny łyk czarnego napoju. Przed oczami po raz kolejny stanął mi widok twarzy mojej mamy z wczorajszego dnia, kiedy nakryli mnie na tym co ukrywałam od siedmiu miesięcy. Przypomniał mi się ten wzrok kobiety, która zawiodła się na swoim dziecku, ale z drugiej strony na pewno było jej mnie żal. Wie przecież jak bardzo cierpię, i chyba wczoraj dotarło do niej, że moje cierpienie jest aż tak ogromne, że doprowadziło mnie na drogę przestępstwa.
   Ojciec zachował się inaczej. Zaczął krzyczeć i od razu chciał dzwonić na policje. To, że teraz siedzę tu, a nie w celi zawdzięczam mamie, która powiedziała, że na to będzie jeszcze czas, choć nie wykluczyła, że poprze ojca gdy będzie chciał złożyć zawiadomienie na mnie do organów ścigania.
Ciekawe jaką ja miałam minę. Przez siedem miesięcy udało mi się oszukiwać wszystkich i lawirować. Kiedy wczoraj dotarło do mnie, że to koniec byłam wściekła, że tak idiotycznie dałam się złapać, ale z drugiej strony poczułam ulgę. Chyba chciałam by w końcu ktoś dostrzegł skale mojego problemu, i to do czego mnie doprowadził.
   Rodzice weszli do kuchni. Kiedy mnie zobaczyli ich miny z uśmiechniętych stały się jakby obojętne. Początek marca i wiosenne porządki, to u nas w domu tradycja. Gdyby nie moje obecne położenie, to pomyślałabym, że po prostu są źli, bo im nie pomogłam w sprzątaniu ogrodu. Wiele bym dała by dostać ochrzan za lenistwo, tylko za lenistwo.  
   Zrobili sobie kawy i usiedli przy stole. Przez chwile nic nie mówiąc patrzyli tylko na siebie.
- Długo z mama wczoraj rozmawialiśmy - zaczął ojciec. Przerwał a jego mina nie wróżyła nic dobrego. Byłam niemal pewna, że za chwile każe mi się ubierać i odwiezie mnie na najbliższy komisariat.
- Sytuacja w jakiej nas postawiłaś jest bardzo niezręczna - kontynuowała mama.
- Najważniejsze jest jednak dla nas twoje dobro, a nie to co powiedzą inni - przerwał ojciec.
Mama przytaknęła mu głową, a ja już wiedziałam, że mój los jest przesądzony. Państwo Krajewscy postanowili poświęcić dobre imię szanowanych w mieście aptekarzy i posłać swoją córkę do więzienia, tak dla przykładu.
- Zamierzacie wnieść oskarżenie? - zapytałam by się upewnić tonem zbitego psa.
Mama spojrzała na mnie z łzami w oczach, ale nie odpowiedziała nic.
- Nie - powiedział tata. Mamy inne rozwiązanie, ale bardzo podobne.
Czułam jak w moich żyłach za sprawą skoków ciśnienia pulsuje krew. Nie wiedziałam na czym stoję, a ten enigmatyczny ton nie wróżył nic dobrego. Poczułam na dodatek w mojej nodze po raz kolejny przeszywający prąd. Wywołał na mojej twarzy grymas bólu.
- To czy trafisz do więzienia zależy tylko od Ciebie. Wiemy przez co przeszłaś, znamy doskonale Twoją sytuacje. Uważamy jednak z mamą, że to mimo okoliczności nie usprawiedliwia cie.
- Zgadzam się z ojcem - odpowiedziała mama, biorąc przy okazji łyk pachnącego już w całym domu napoju.
- Niemniej jednak jesteś jedną z naszych trzech córek i kochamy Cie tak samo jak resztę najbardziej na świecie. Jest nam trochę wstyd, że wcześniej nie dostrzegliśmy twojej tragedii, a raczej trzeba uczciwie powiedzieć, że ją zbagatelizowaliśmy.  
Ojciec zrobił pauzę i spojrzał w blat stołu. Tak wygląda człowiek przyznający się do porażki.
Po chwili spojrzał na mnie i wtedy zobaczyłam, że on także ma łzy w oczach.
- Powinniśmy Cie również przeprosić za to, że nie poświęciliśmy Ci uwagi, i sami nie dostrzegliśmy Twojego uzależnienia. Daliśmy ciała zarówno prywatnie jak i zawodowo.
Mama wstała i podeszła do okna. Wiedziałam, że gdyby została, to na pewno rozpłakałaby się.
- Rozumiemy twoją sytuacje, chorobę i to, że nie potrafiłaś sobie poradzić z bólem, ale to co zrobiłaś nie może pozostać bezkarne. Naraziłaś nas, naszą firmę i przede wszystkim siebie na spore kłopoty.
- Wiem, przepraszam - bąknęłam już chyba po raz setny od wczoraj.
- Moja znajoma prowadzi klinikę leczenia uzależnień, nad morzem. Pojedziesz tam.
Ojciec podał mi wizytówkę na której widniało imię i nazwisko jakiejś Pani psycholog i numer telefonu.
- Nie wydaje mi się by rozmowa z psychologiem była rozwiązaniem mojego problemu.
- To nie jest taka zwykła klinika. To połączenie ośrodka dla uzależnionych z więzieniem.
Spojrzałam na ojca, a on na mnie.
- Co to znaczy? - zapytałam niepewnie. Jakoś trudno było mi sobie zobrazować takie połączenie.
- W ośrodku panuje taki sam rygor jak w zakładzie karnym. W pewnym sensie zostajesz pozbawiona wolności. Na wstępie jesteś przeszukiwana, i podlegasz regularnym kontrolom. Nie ma widzeń, nie ma przepustek. Z tego co się dowiedziałem za złamanie regulaminu trafiasz do izolatki zwanych przez nich aresztem, gdzie poza sobą nie masz nic, tylko ty i twoje myśli.
Robiło się ciekawie. Zatkało mnie.
- Chyba, ze wolisz prawdziwe więzienie? - zapytał tata. To było pytanie raczej ironiczne, ale brzmiało to bardzo poważnie.
Jeszcze raz spojrzałam na wizytówkę, a potem na ojca.
- Na jak długo miałabym tam trafić?  
- Po rozmowie z moją znajomą wydaje się, że realne wyleczenie Twojego uzależnienia i jego skutków zajmie od czterech miesięcy do pół roku. Chyba, że będziesz robić problemy, łamać regulamin, wówczas sporo czasu spędzisz w areszcie, a ten czas wydłuży terapie.
- Pół roku...
- Tak - odpowiedziała mama. To nasz warunek. Jeżeli po pół roku psycholodzy wydadzą opinię pozytywną pozwolimy Ci wrócić do pracy i do zawodu. Dostaniesz od nas duży kredyt zaufania, ale warunkiem wstępnym do jego uzyskania jest zaświadczenie o odbyciu terapii. Jeśli takowego nie dostaniesz, dla Twojego dobra zadbamy byś już nigdy nie dostała pracy w zawodzie.
To brzmiało jak groźba, ale było nad wyraz przekonujące i logiczne. Wiedziałam, że rodzice nie żartują w takich sprawach.
- A co z moją nogą, co z rehabilitacją?
- Pomyśleliśmy także o tym, będziesz miała zapewnioną opiekę nawet na lepszym poziomie niż dotychczas. Leczenie psychiki nie wyklucza leczenia fizycznych dolegliwości.
Doskonale wiedziałam o tym.  
- Koszt leczenia, pobytu i tak dalej, to wydatek kilkudziesięciu tysięcy złotych. Pokryjemy połowę, wiemy, że masz pieniądze i skoro masz już dwadzieścia sześć lat mogłabyś zapłacić sama, ale chcemy Ci pomóc i mięć wkład w to przedsięwzięcie.
Zaschło mi w ustach. Wypiłam do reszty kawę.
- Wiesz doskonale, że warunkiem leczenia jest twoja zgoda i chęć - kontynuowała frazę ojca mama.
- Wiem - ucięłam szybko.  
- Decyzja należy do Ciebie, ale oboje z mamą wiemy, że się zgodzisz. Jesteś rozsądna i sama rozumiesz, że to bardzo dobre wyjście z sytuacji jaka zaszła.
- Od kiedy miałabym zacząć ta terapię?
- Na Twoim mailu znajduje się wiadomość od kierowniczki ośrodka. Znajdziesz tam regulamin i wszystkie przepisy jakie obowiązują. Jeśli się z nimi zapoznasz, zadzwoń na numer z wizytówki i potwierdź chęć leczenia. Możesz jechać choćby jutro.
- Właściwie, to...... - mama zawahała się chwile i spojrzała na ojca.
- Właściwie to mamy już dla Ciebie bilet na pociąg - odpowiedział tata.
Sytuacja była przesądzona. Nie mogłam się nie zgodzić. Podjęli ją za mnie, i trochę byłam im wdzięczna. Nie wiem czy sama zdecydowałabym się na taki ruch.
- Dobrze - odpowiedziałam. Wstałam od stołu z grymasem bólu na twarzy i udałam się do swojego pokoju.

Rafaello

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i obyczajowe, użył 1729 słów i 9390 znaków, zaktualizował 9 sty 2020. Tagi: #uzależnienie #seks #terapia

3 komentarze

 
  • Smutnapani

    Temat jak najbardziej do opisywania

  • AnonimS

    Ciekawy pomysł . Zestaw na tak.

  • elninio1972

    zaczyna się ciekawie... :)