Sunbird - cz. 1

Słońce natarczywie grzało, przypiekając jego twarz przez otwarte okno na ósmym piętrze mieszkania w szarym bloku na wałbrzyskim Nowym Mieście i budząc po zaledwie kilku godzinach snu. "Cholerne upały." – pomyślał, nie mogąc już spać pomimo szczerych chęci. Leżenie na kanapie, prosto w panującej pomimo rannej pory spiekocie, także nie miało sensu. Podobnie jak podejście do okna, w nadziei zobaczenia na niebie choćby najmniejszej chmurki, mogącej zwiastować deszcz. Kropla deszczu nie spadła od dwóch tygodni – trawnik pod blokiem wyglądem przypominał ściernisko. A jedynie co mógł przez to okno zobaczyć, to pojedynczy rząd garaży stojących wzdłuż łuku ulicy i rosnące za nimi drzewa, sięgające niemal stojącego w odległości 350 metrów Mauzoleum.

Totenburg – ponura, choć z budulca o jasnym kolorze, kamienna bryła, jakimś cudem ocalała po wojnie. Początkowo miejsce upamiętnienia dziesiątek tysięcy Ślązaków, którzy polegli na frontach I wojny światowej oraz ofiary wypadków w miejscowych kopalniach. Później, po dojściu do władzy nazistów, pod pretekstem upamiętnienia miejscowych "bohaterów" NSDAP, miejsce to stało się miejscem nazistowskiego kultu, w którym SS organizowało swoje chore mityngi, odprawiając tajemne rytuały.  

Były tylko trzy tego rodzaju obiekty w całej Rzeszy. Jeden na Górze św. Anny, wysadzony później przez Rosjan. Drugi – będący mauzoleum Hindenburga – wysadzili sami Niemcy. Ostał się tylko ten wałbrzyski, niszczejąc od tamtej pory. Na murach podobno kiedyś były wielkie, kamienne orły, zrywające się do lotu... Teraz ludzie mawiali, że to tak bardzo złe i przeklęte miejsce, że podobno cisza jest tam taka, że nawet ptaków nie słychać. Nie wiedział, ile w tym prawdy. Mieszkał tu już trzy lata, ale nigdy tam nawet nie poszedł. Patrzył tylko czasem z okna, na ten, z daleka wyglądający jak sześcian, grobowiec.

Nigdy tam nie poszedł. W ogóle nigdzie nie chodził. Poza pracą i zakupami, niemal nie wychodził z domu. Nie miał dokąd, nie miał po co, i niespecjalnie miał za co. I tak się życie snuło dzień za dniem jak w kieracie. Czasami miewał jeszcze jakieś przebłyski zainteresowania czymś, chęci do zrobienia czegoś. Ale szybko się one wypalały i były coraz rzadsze. Długoletnie życie w samotności stopniowo powodowało gruntowne przewartościowywanie wszystkiego i krok za krokiem odbierało chęci do robienia czegokolwiek. Tak więc wegetował dzień za dniem, coraz mniej widząc w tym wszystkim sensu i coraz częściej wpatrując się w ścianę, sufit lub okno z widokiem na ten przeklęty, dobijający swą ponurością Totenburg.  

Dlaczego tu w ogóle siedział? Bo tak wyszło, tak się potoczyło. Licho płatna praca nie dawała większych możliwości, ale dawała jako taką stabilizację. Z początku to wystarczało – w końcu nic nie ma od razu, i do czegoś lepszego trzeba po pewnych trudach dojść. Ale z czasem, gdy coraz bardziej wrastał w tą swoją samotność, zobojętniało mu to i stracił jakąkolwiek motywację. Tym samym utknął w miejscu, pozwolił się wszystkim wyprzedzić i obudził z ręką w nocniku po tych kilku latach, nie bardzo wiedząc, jak z tego wybrnąć. Więc wegetował, a dni niepostrzeżenie zamieniały się w miesiące. Może gdyby udało się wtedy ułożyć z nią sobie życie... Przynajmniej miałby motywację do działania, a i samotność nie odcisnęłaby na nim tego piętna. No ale nie wyszło. Nie chciała. Według niej był zbyt niski, zbyt nudny, przysłowiowo nie śmierdział groszem i do tego patrzyli w przeciwnych do siebie kierunkach, jeśli chodzi o wizję przyszłości. Z innymi wcześniej nie było w ogóle tematu, a po niej jakoś stracił wiarę, że kiedykolwiek się uda znaleźć jakąś dla siebie. Tym bardziej, że im był starszy, tym więcej było zajętych, lub takich, które zwiastowały tylko same kłopoty.  

A z drugiej strony, może to i lepiej. W końcu oprócz tego wszystkiego, musiał też przyznać, że tak całkiem normalny także nie był. Co prawda nigdy się nie wydało, i zakładał, że mając kogoś będzie w stanie nad tym zapanować i to stłumić, ale pewności żadnej nie miał.

Zaczęło się dawno temu. Czasami nawet, gdy myślał o tym i go brało na wspominki, dochodził do wniosku, że było tak od zawsze a nie tylko od tego momentu, gdy zaczął na dobre.

Miał trzy lata, gdy położył swe małe łapki na należącym do jego matki lakierze do paznokci. Zdążył pomalować ze dwa paznokcie nim weszła do pokoju. Za karę musiał iść do przedszkola z tymi pomalowanymi palcami i wielkim płaczem ze wstydu, choć nie pamięta, czy się z niego tam śmiali. Mając pięć lat, podpytywał na podwórku koleżankę, jak sobie zrobić warkoczyki, bo z jego krótką fryzurą nie było na nie szans. Doradziła mu przymocować sobie do głowy splecione wiązki trawy... Jako ośmiolatek, znalazł w szafce w łazience paletkę z kosmetykami do make–upu. Nietrafiony prezent od ojca, bo matka ich nie używała. Nie mógł się powstrzymać... Musiał spróbować. Choć tylko raz czy dwa, żeby się nie wydało, że są regularnie używane.

Potem była cisza przez parę lat. Zdążył w sumie o tych incydentach niemal zapomnieć. Wszystko wróciło w okresie dojrzewania. Pamięta ten dzień, jakby to było wczoraj. Były wakacje, był sam w mieszkaniu i nudził się setnie. W końcu, w którymś momencie, jego wzrok spoczął na chwilę na rozrzuconych na kanapie ciuchach siostry. Zielona mini z byle jakiego, łatwo naciągającego się, materiału i jakaś stara bluzka. Był ich ciekaw i zaczęło mu to nie dawać spokoju. Więc w końcu ubrał je na chwilę...

I jakby złapał bakcyla. A może taki był od początku, i teraz wypełzło to w końcu na światło dnia... Od tamtej pory, gdy tylko miał okazję, przebierał się w ubrania damskiej części rodziny. Nie tylko spodobało mu się to, jak zakazany owoc, ale nawet zaczęło go kręcić. Wzwód był wtedy dla niego jeszcze nowością, hormony buzowały, więc nie przepuszczał żadnej okazji, by sobie ulżyć, coraz śmielej przy tym fantazjując. W końcu, podczas tych "sesji", zaczął sobie wyobrażać, że jest dziewczyną. Ale szybko przestało mu to wystarczać. Dziewczyny przecież nie ograniczają się tylko do strojenia się przed lustrem. Umawiają się z chłopakami, puszczają się z nimi...  

O prawdziwym umawianiu się z chłopakami nawet nie chciał myśleć. Był na tyle rozsądny, że wiedział, że naraziłby się tylko na pośmiewisko. Z czasem, i edukacją, doszła do tego świadomość istnienia chorób przenoszonych drogą płciową. Ale w domu, to co innego. Tu mógł się sam pobawić.  

W końcu, parę lat później, przeprowadzili się i dostał własny pokój. Miał więcej swobody. Zaś jeszcze później, gdy już dorósł, nastały czasy internetu. A wraz z nimi nowe możliwości. Więcej informacji na interesujące go tematy, możliwość robienia zakupów online... "Nałóg" miał się dobrze i systematycznie w nim narastał.

Próbował to stłumić. Przestać. Wywalał zgromadzone rzeczy. Nie skutkowało – "ona", po kilku tygodniach lub miesiącach, wracała silniejsza. I za każdym takim razem przesuwała granicę dalej. Najpierw ciuchy i okazyjnie kupiona na Allegro używana peruka. Potem ciuchy, peruka i kosmetyki... Jeszcze później do kolejnego zgromadzonego w ten sposób zestawu doszedł pierwszy wibrator. Potem, będąc w przebraniu, zaczął coraz śmielej podchodzić do niezasłoniętego okna. Później zdarzało mu się nawet nocami wychodzić na balkon... A jeszcze później doszedł do momentu, w którym nie wiedział, kim tak naprawdę jest – Marcinem czy Martą. Osobowość jakby przenikała się. Momentami myślał jak zupełnie normalny facet, coraz częściej jednak myślał i zachowywał się jak kobieta. Co zresztą przyszło mu dosyć naturalnie, bo jakimś trafem zawsze był znacznie wrażliwszy i delikatniejszy w obyciu niż, najpierw koledzy z dzieciństwa, potem inni mężczyźni.

A gdy się w końcu zakochał bez reszty, a dziewczyna – nie przebierając w słowach – powiedziała mu, że nic z tego, Marta, jak na sygnał, wylazła z szufladki w głowie, w którą – starając się "żyć normalnie" – ją z całych sił chciał wcisnąć, i wróciła na dobre. Zabierając, co się dało, z resztek męskiej osobowości, a do tego też i czas, który marnował na to wszystko...
  
Czasem miał tego dosyć, czasem sprawiało mu to frajdę. Na pewno w ostatnich kilkunastu miesiącach bardzo zobojętniało. Za to, gdy wkładał damskie ciuchy i robił sobie makijaż, czy układał fryzurę, czuł się swobodnie, jakoś tak bardziej naturalnie. I myślał o sobie w rodzaju żeńskim już non stop. Jedynie w pracy musiał uważać, by się nie zdradzić choćby "niewłaściwymi" jego płci końcówkami wyrazów, które wypowiadał. No i musiał zakładać męskie ciuchy, których szczerze nie znosił i które nie dawały mu wielkiego wyboru, jeśli chodzi o rodzaj ubioru. Za to popołudnia były jego... A weekendy i święta zwłaszcza. Wtedy nawet nie wychodził za próg, by w domowym zaciszu, bezpiecznie móc się – choć w tej namiastce – czuć sobą.

Wiedział, że nie ma szans na to by być prawdziwą, biologiczną kobietą. Na operacje korygujące płeć nie mógł się odważyć. Zresztą przekraczało to jego możliwości finansowe. Poza tym przez długi czas miał nadzieję, że zdoła sobie ułożyć życie jak normalny facet, stąd taki krok był dla niego zbyt radykalny. Poza tym, nawet jeśli te operacje maksymalnie zbliżą go pod względem fizycznym do wyglądu kobiety, to nigdy nie będą w stanie przeskoczyć pewnych aspektów kobiecości. Organizm sam nie wytworzy potrzebnych hormonów. Nie urodzi też przecież dzieci. Nawet sfera seksualna nigdy nie będzie taka, jak u biologicznej kobiety. Co prawda czytała wyniki badań, mówiące, że wiele osób takich jak ona po przebytych operacjach korekty płci może odczuwać satysfakcję seksualną, ba nawet podobno i orgazm, ale jakoś nie przekonywało ją to. Zresztą, jeśli nawet, to przecież nigdy nie byłoby szans porównania, czy odczucia biologicznej kobiety są takie same czy nie. A skoro tak, to czy wiedząc o tym wszystkim na swój temat – że kobietą jest psychicznie a z wyglądu przypomina ją tylko dzięki chirurgom – naprawdę uwierzyłaby, że w pełni odczuwa to, co prawdziwa kobieta? Niepewność zawsze tliłaby się gdzieś z tyłu głowy... Choć z drugiej strony, może powinna się zdecydować? Przecież efekty i tak byłyby lepsze od umartwiania się w czterech ścianach w towarzystwie gumowego dildo. Mogłaby przynajmniej śmiało wychodzić na ulicę. Być przez ludzi traktowana jak kobieta... A nie chować się gdzieś po kątach tej betonowej klatki.  

Raz. Jeden raz odważyła się wyjść na zewnątrz jako ona... Oczywiście późnym wieczorem i na jakimś odludziu, żeby nikt nie widział. Było ciemno, dosyć zimno, ale to było nic w porównaniu z koniecznością przemknięcia się przez klatkę schodową do windy. Zrobiła to na bosaka, żeby stukot jej szpilek na korytarzu nie zwracał niczyjej uwagi. Buty ubrała dopiero stojąc w bramie, by móc na nich koślawo doczłapać do stojącego na parkingu samochodu i odjechać w jakieś bezpieczne miejsce.

Stukot szpilek... Zwykli ludzie nie mieli pojęcia, jaka to była radość, móc je usłyszeć na chodniku i ulicy i wiedzieć, że pochodzą od kroków, które stawia... Trochę jej zeszło, nim mogła w miarę pewnie stawiać kroki. Praktyki w tym nadal jednak miała niewiele. W ogóle miała niewiele praktyki, w niektórych sprawach... Nie umiała chodzić swobodnie w butach na obcasach. Nie wychodził jej czasem jeszcze makijaż, bo gubiła się w niektórych kosmetykach. Nie udało jej się wyćwiczyć głosu, tak żeby był wyższy ("cholerna mutacja..."). Obycie – z braku możliwości ćwiczeń – też miała mieszane, damsko–męskie... Z plusów, potrafiła w miarę nieźle się ubrać, miała całkiem przyzwoity gust. Całe szczęście, że nie za dużo urosła i nie miała rozbudowanej muskulatury. Drobna nie była, ale miała bardziej wygląd chłopaka niż mężczyzny. To dla niej było atutem, bo choć co prawda nie wszytko na niej leżało tak dobrze jak powinno, to jednak w tym wypadku umiarkowane męskie gabaryty były in plus.

Otrząsnęła się z tych rozmyślań i poczłapała do łazienki pod prysznic. Dziś 15 sierpnia, więc wolne, miała przed sobą cały dzień. Umyje się, ubierze, umaluje... A potem chyba jak zwykle trochę pobawi.  

Czterdzieści minut później łazienkę opuściła młoda, szczupła kobieta, wzrostu około 175 cm o ciemnobrązowych średniej długości prostych włosach z grzywką i stonowanym makijażu. Nigdy nie lubiła krzykliwości. Nie była jak wiele transek, które widać na paradach, mocno umalowane i ubrane jakby prosto spod latarni wyszły. Chciała być kobieca, a nie wyuzdana czy wręcz strasząca wyglądem zbliżonym do drag queen. No dobrze... wyuzdana to mogłaby być w określonych okolicznościach dla jakiegoś faceta. Najlepiej stałego.

Marzenia dobra rzecz. Te jednak miały marne szanse na spełnienie. Tylko bardziej dołowały.

Na pewno nie znalazłby się nikt, z kim można by się związać na stałe, 24 godziny na dobę. Bo kto by chciał... Facet albo jest hetero i wtedy potrzebuje normalnej kobiety, albo jest gejem, a wtedy z kolei potrzebuje innego faceta. Takimi jak ona zainteresowanie było, gdy ktoś miał, coraz modniejszą, chęć poeksperymentowania sobie. Zresztą, związać się z kimś na stałe chyba by się nie odważyła, bo to by było równoznaczne z "wyjściem z szafy", czego po prostu panicznie się obawiała. Może ktoś by się znalazł na stały, dyskretny układ...  

Raz – gdy życie ją mocniej zdołowało i przycisnęło – zajrzała w parę miejsc w internecie z wiadomymi ogłoszeniami. A nuż by się ktoś znalazł. W końcu, ile można siedzieć samemu w tych czterech ścianach... Niestety, tak jak przypuszczała, a co potwierdziła jej rozmowa, via mail, z jakąś życzliwą starszą "koleżanką w niedoli" – ogłoszenia zdominowane były albo przez "wiecznych pisarzy", którzy nie zdecydowaliby się na nic więcej, albo przez skaczących z kwiatka na kwiatek i tych właśnie, którzy chcieli niezobowiązująco poeksperymentować. A ona nie była z tych puszczalskich. Potrzebowała kogoś do relacji a nie tylko do łóżka. Tym bardziej, że chorób na świecie wiele a w takim środowisku ryzyko było jeszcze większe. Koniec końców, w chwilach takich słabości, przekonywała samą siebie, że nie warto i trzeba pogodzić się z losem. Na jakiś czas to tłumaczenie wystarczało. Frustracja jednak – nie tylko tym sekretem ale i całym życiem, którego zmarnowania miała coraz boleśniejszą świadomość – narastała...
  
Włączyła komputer, wyciągnęła z szafki sporych rozmiarów dildo, i z narastającym poczuciem winy przemieszanym ze smutkiem wynikłym z jej rozmyślań i świadomości tego, co robi, przymocowała jego przyssawkę do drzwi szafy. Próbowała sobie wmówić, że choć tyle jej. Ale właściwie już mogła przewidzieć, co teraz nastąpi. Najpierw będzie się musiała z tym wszystkim, co jej teraz siedzi w głowie zmierzyć i w pewien sposób przełamać, by to zrobić. Potem się jej nawet będzie podobało na tyle, że przez chwilę zapomni, że to tylko żałosna imitacja figli. Potem... potem będzie po wszystkim i wszystkiego jej się całkowicie odechce. Po czym zacznie kusić znów. Sama nie wiedziała, dlaczego to robi... Po prostu nie mogła się oprzeć i powstrzymać. Odwróciła się na chwilę w stronę ekranu komputera, otwierając Media Playerze plik z nagraniem i zakładając słuchawki na uszy. "Żeby chociaż był po polsku...". Przekopała cały znany sobie internet i nie znalazła czegoś odpowiedniego. A to co znalazła, było w obcych językach, najczęściej w angielskim. I też się trzeba było naszukać. Wszystko dla jakiejś chorej zabawy...

– I want you to suck my dick... – powiedział cichy, miły, męski głos w słuchawkach, wyrywając ją z chwili zamyślenia. –...Can you do that for me?

– Please – wyszeptał po kilku sekundach i rozległ się dźwięk rozpinanego rozporka. – Suck it for me...

Uklęknęła przed przyczepionym do mebli dildo i przymykając lekko oczy, wzięła główkę w usta. Mniej więcej w tym samym czasie w słuchawkach rozległy się męskie westchnienia. Przerywane pojedynczymi słowami zadowolenia i sporadycznymi jeszcze głośniejszymi jękami.

– You're such a good fucking girl... – znów usłyszała głos w słuchawkach. –... It's so fucking good...

Złapała go prawą dłonią, ułatwiając sobie to, jak wchodził w jej usta, i mając pewność, że nie wejdzie zbyt głęboko. Poruszała powoli głową i tułowiem, wsuwając i wysuwając go z ust, lekko zasysając, i w miarę słuchania nagrania, próbując wyobrazić sobie całą scenę z sobą w roli głównej. Z powodu podświadomej niechęci, jaką miała na starcie, czas wydawał jej się przeciągać w nieskończoność. Ale w miarę jak facet w nagraniu się rozkręcał, ona także zaczęła ulegać stworzonemu w ten sposób nastrojowi, wsłuchując w płynące z słuchawek odgłosy i coraz bardziej tym bawić, przyspieszając nieco tempo. Trwało to zaledwie kilka minut z drobnymi przerwami dla złapania głębszego oddechu.  

– Show me, how far you can go... – powiedział głos a ona posłusznie wepchnęła go sobie całego głęboko w gardło przy akompaniamencie jęku faceta z nagrania i przez kilka sekund przytrzymała w ten sposób tego gumowego kutasa. Ledwo zdążyła go wycofać z ust, gdy głos w słuchawce zażądał:

– Again. Do it again... I know you can do it.

Dildo ponownie zanurkowało w jej ustach, sięgając aż do gardła, a głos wyraził pomruk zadowolenia zakończony lekkim roześmianiem się.

– Oh, yeah...

Zaczerpnęła powietrza, przewentylowała płuca i wróciła do powolnej pracy ustami i delikatnego ssania.

– You're such a good fucking girl... – powtórzył wcześniejsze zdanie wymawiajac je półszeptem. – You're so fucking good... Oh, yeah... You like to feel my big, fucking cock in your mouth?

– Mhmmmm... – odparła, nie wyjmując go z ust i nie przestając go obrabiać. Zaczynało ją to naprawdę kręcić.  

Prawa dłoń na penisie została zastąpiona przez lewą, a sama zjechała w dół i zacisnęła się na jego własnym prąciu. Ssała i poruszała rytmicznie głową, zmieniając co jakiś czas tempo i masturbując się jednocześnie, a głos w słuchawkach wydawał dźwięki będące jakimś niesprecyzowanym przemieszaniem stękania z wysiłku i pomruków z zadowolenia przerywanych co jakiś czas westchnieniami.
– Oh, fuck... You want that fucking load? – wysapał głos. – Don't fucking stop... – dodał szybko. – Oh, fuck...

Oddychał coraz głośniej. Ona – w miarę jak przyspieszyła obciąganie dildo i własną masturbację – też.  

– Oh, god... – wystękał. – Let me fucking your mouth...

Zaczęła gwałtownie brać go głęboko niemal aż do gardła. Podrażnianie tamtej okolicy główką kutasa spowodowało, że zakrztusiła się kilka razy. Przerwała na chwilę, by po zaczerpnięciu powietrza zacząć znów. Głos w słuchawce brzmiał już prawie zwierzęco...  
– Yes! Fuck yes...! Don't fucking stop! Oooooohhhhh!

Wytrysnęła zanim nagranie dobiegło końca. I jak zwykle, tak jak przypuszczała, odechciało jej się. Wrócił "zdrowy rozsądek" i trzeźwe myślenie. A zaraz za nim poczucie winy i uczucie, że ma po prostu wszystkiego dosyć. Nie tylko tej cholernej i głupiej zabawy, ale wszystkiego! Siebie. Wegetacji w tej betonowej norze. Całego tego posranego życia, które przecież nie takie miało być, ale jakoś, krok po kroku, się takim stało.

*****

W nocy było tak ciepło, że trudno było zasnąć. W dzień upały mogły konkurować z saharyjskimi. Ale to noce były gorsze, gdy temperatura sięgała nawet 25 stopni przy zerowym wietrze. Powietrze po prostu stało w miejscu, a ona miała wrażenie, że się powoli gotuje i dusi. Do tego po głowie krążyły jej ciągle te same myśli. Tym razem dużo bardziej intensywnie niż wcześniej.

Miała dość życia jak w "Dniu świstaka" – codziennie to samo... W końcu jej się też od życia coś należało. Miała dość tego głupiego udawania, ukrywania i tej głupiej "zabawy" w czterech ścianach, podczas gdy ludzie, nawet jeśli nie mieli wiele, to po prostu "żyli" – cieszyli się życiem – często nie oglądając się na konsekwencje swoich czynów, i pomimo to, jakoś przecież żyli. W końcu powszechną filozofią w tym kraju dawno temu stało się: "jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było". Po kiego się umartwiać? Umartwiała się przez kilkanaście lat. I co z tego ma?

Kiedyś myślała, że życie ma jakiś cel... Ostatnimi czasy, życie coraz bardziej, na każdym kroku, udowadniało jej, że nie ma żadnego celu. Po prostu rodzisz się i, w ten czy inny sposób, wegetujesz, dopóki się nie kopniesz w kalendarz. Przypomniały jej się słowa Harlana Ellisona, zasłyszane w jednym z wywiadów z nim. "The universe will one day give you the lottery for 16 million dollars, the next day colon cancer... Universe doesn't know. Universe doesn't care." Takie jest życie. Ellison miał rację. Wszechświat nie dba o to, co zrobisz. Nikogo nie obchodzi, co zrobisz. Zresztą, obojętne co zrobisz, i tak skończysz 6 stóp pod ziemią. To tylko kwestia czasu. Nawet okoliczności tego końca nie mają znaczenia. A już na pewno nie zobaczysz na końcu napisu "The End", po którym będzie huczna feta dla uczczenia tego wydarzenia.

Takie jest życie...

...Więc po cholerę się umartwiać? Już nawet nie pytała: "po cholerę w ogóle żyć", bo to prowadziło do jeszcze bardziej dołującej odpowiedzi. Ale faktycznie, po kiego się tak męczyć w tych czterech ścianach? Trzeba w końcu podjąć decyzję. Nie będzie tak wegetować. Podjąć decyzję i żyć z konsekwencjami. Jakiekolwiek by one nie były. W końcu co jest do stracenia? Przypomniała sobie tekst, który kiedyś przeczytała w jakiejś rubryce z kawałami. To był jeden z cytatów spray'em na murach wypisywanych: "Nie bierz życia zbyt poważnie. I tak nie masz szans wyjść z niego z żywym.".

Musi to zrobić, i mieć choć odrobinę frajdy z tego swojego śmierdzącego żywota, bo inaczej chyba zwariuje z tego obłędu, a wtedy zostanie jej najwyżej wzięcie udziału w jakimś konkursie na Miss Psychiatryka, w którym ją w końcu zamkną. Wstała z łóżka i usiadła przed komputerem, odpalając Firefoxa i wchodząc na jedną ze stron z ogłoszeniami, prosto do działu "towarzyskie".

MEM

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i kryminalne, użyła 4183 słów i 23355 znaków, zaktualizowała 7 paź 2018. Tagi: #trans #seks #kryminał

2 komentarze

 
  • AnonimS

    O ...byłem tu ...

  • MEM

    @AnonimS "O ...byłem tu ..."

    To moja wina, bo zbyt rzadko dopisywałam kolejną część i po tak długim czasie czytającym po prostu wcześniejsze części wyleciały z pamięci.

  • AnonimS

    @MEM fakt

  • MEM

    @AnonimS  

    ;)

  • AnonimS

    Ciekawy temat poruszyłaś Autorko. Poczytam dalej bo interesuje mnie jak sobie poradzisz z tematem. Uwaga: nie kazdy zna angielski wiec w przypisach powinnaś zamieścić tlumaczenie. Zestaw na tak. Pozdrawiam

  • MEM

    @AnonimS Dzięki za dobre słowo. :)

    Co do tych fragmentów w języku angielskim, to zastanawiałam się, czy by tego nie dać od razu po polsku, ale po rozważeniu, doszłam do wniosku, że polska wersja trochę straci na tłumaczeniu, tym samym może wpłynie na popsucie klimatu, więc tak na wszelki wypadek tak zostało (tym bardziej, że na potrzeby tej części, znalazłam tego rodzaju plik w internecie, nagrany przez jakiegoś anglojęzycznego anonima, i jest to stenogram z niego; czyli pewien realizm jest zachowany ;) ). A że angielski jest dziś dość popularnym językiem, od lat uczonym w szkołach, i tych kilka zdań jest dość prostych do rozszyfrowania (choćby z translatorem Google) nawet dla osób nie znających go, to dlatego to tak zostało. W kolejnych częściach już tyle obcej mowy nie będzie. :)