Nowy Świat Czarownic, cz. 77

Nie potrafili się powstrzymać i kochali jeszcze tej samej nocy. Ostatecznie, Aurora okazała się na tyle wspaniałomyślna, by dopiero rankiem wygnać ich ze swych włości, a oni czekali doprawdy zbyt długo. Nie było to zbliżenie godne dobrze wychowanego i wykształconego w sztuce miłości pana szlachetnej krwi. Nie dbał o wyszukane sposoby sprawienia rozkoszy swojej pani, ona z kolei nie przejmowała się przybraniem pozycji najkorzystniejszej dla skutecznego pozyskiwania mocy. Po prostu cieszyli się sobą, odzyskaną wolnością, perspektywą wspólnej przyszłości. Na tę krotką chwilę odsunęli myśli o nadal nierozwiązanych problemach i czekających wyzwaniach.
     - Nareszcie mogę mieć cię wtedy i tyle, kiedy zechcę, paniczu - rzuciła Sudrun tuż przed tym, nim objęła sterczącego członka Marcusa zachłannymi ustami.
     Ten jeden raz nie dodała przynajmniej, że jest tylko dziewczyną z ludu, dla której uprawianie prawdziwej miłości ze szlachetnie urodzonym stanowi owoc zakazany, najsurowiej zakazany. Niestety, zmuszony od pewnego czasu do abstynencji, niepewny, czy zdoła kiedykolwiek uwolnić się od przeklętych obręczy, Marcus nie wytrzymał. Trysnął niemal natychmiast, gdy tylko poczuł  zaciskające się na przyrodzeniu wargi dziewczyny, nadgryzające delikatnie zęby, pracujący zapamiętale język. Nie cofnęła ust, przyjmując gorący, gęsty gejzer.
     - Wybacz, Sudrun. Nie chciałem w taki sposób...
     - Nic nie szkodzi, paniczu. Czegoś takiego nigdy nie doświadczyłbyś z żadną z tych szlachetnie urodzonych czarownic. Ciesz się  miłością  dziewczyny z ludu. Spróbujemy jeszcze raz, na pewno dasz radę.
     Osłabiony, bo ten akurat efekt pojawił się w zwykły sposób, leżał bez ruchu na posłaniu, pozwalając Sudrun objąć prowadzenie. Najpierw dłońmi, a po osiągnięciu pierwszych rezultatów, ponownie wargami, zębami i językiem, przywróciła łodygę Marcusa do życia. Tym razem wykazał więcej opanowania. Czując wzbierający żar, przejął inicjatywę i pochwycił w dłonie głowę dziewczyny.
     - Wystarczy. Siadaj i galopuj, jak na najlepsza amazonkę w Królestwie przystało.
     Nie skończyło się na galopadzie, przeszła wkrótce w cwał, a odzyskujący siły chłopak coraz skuteczniej odgrywał  rolę ognistego ogiera. Przypomniał sobie podobne sytuacje z Bereniką, w końcu Sudrun pozostawała w postaci panującej oficjalnie księżnej Siedmiu Bram i trudno było takich skojarzeń uniknąć, dochodząc do wniosku, że obydwie okazały się znakomitymi amazonkami, w siodle każdego rodzaju. Doprawdy, uzdolniona, zawołana i chętna do przejażdżek amazonka stanowiła dar Dobrej Bogini dla każdego mężczyzny. Silny, pewny dosiad przyzwyczajonych do podobnego wysiłku, umięśnionych i wytrenowanych ud dziewczyny przekładał się na silniejszy, dający niezrównaną rozkosz uścisk jej warg rozkoszy. Rozkosz ta odegnała wkrótce myśli o Berenice. Ujęty wspomnianym uściskiem fallus reagował z entuzjazmem. Szczęśliwie, wyzwolony niedawno od największego napięcia, nie tryskał natychmiast. Dało to obojgu możliwość  długiego cieszenia się przejażdżką, złączeniem, wspólnie przeżywaną radością wyzwolenia, wypełnienia i ostatecznie, po długim, nieskończenie długim czasie, spełnienia. Tym razem oboje jęczeli z rozkoszy, gdy uwalniał się od trawiącego żaru i przelewał go w równie gorącą, oczekującą studnię Sudrun. Podobnie jak podczas ich pierwszego, pamiętnego  zbliżenia na polanie pod dębem, nie poczuł ssania. Kochał się przecież nie z damą  szlachetnego rodu, nie z czarownicą, choćby tylko podświadomie ale jednak chciwą jego mocy, lecz z dziewczyną z ludu. Tym razem nie oznaczało to jednak podstępu, zdrady i śmiertelnego niebezpieczeństwa. A zmarnowana moc? Niech bierze ją kto chce, albo nikt. Nie miał zamiaru przejmować się czymś takim. Moc wróci, wróci szybko. Był przecież najsilniejszym jej stwórcą w całym Królestwie.
     A jednak pomylił  się w tych rachubach. Na trwały powrót mocy musiał poczekać, poczekać przynajmniej do rana. Sudrun miała bowiem własne plany na spędzenie tej nocy, plany, do realizacji których chętnie się przyłączył. Po wszystkim, wśród ciągle jeszcze głębokich ciemności przedświtu, typowych dla zimy północnych krain, zasnęli zbyt wyczerpani, by martwić się niepewną przyszłością, powrotem do Królestwa, oczekującymi nieuchronnie kłopotami. Dobra Bogini ofiarowała im w swej łaskawości tę jedną, niezrównaną  noc.
     Ranek okazał się już zdecydowanie mniej przyjemny, pomimo sprzyjającej pogody, promieni słonecznych odbijających się od wszechobecnego śniegu i ukazujących niezwykłe, surowe piękno ziem Północy. Piękno dostrzegalne pomimo widoku wypalonych ruin grodu, szczęśliwie również pokrytych roziskrzonym śniegiem. Sudrun wydała stosowne rozkazy zwijania obozowiska i formowania kolumny marszowej. Ludzie z Siedmiu Bram czynili to z ochotą, wyraźnie zadowoleni z rychłego powrotu na Południe. Niezależnie od magicznej osłony, gwarantowanej przez władczynię księstwa, nie ufali ani chwilowej poprawie pogody, ani równie zapewne krótkotrwałemu spokojowi ze strony barbarzyńców. Na tym tle ogólnego zadowolenia raził kontrast pochmurnego i ciskającego gromy z oczu sir Lucjusza. Pan Trzeci z najwyższym trudem zdobywał się na okazywanie minimum grzeczności swej rzekomej pani i małżonce, pozostałych członków orszaku po prostu ignorował. W szczególności samego Marcusa. Przykrym zdziwieniem okazała się również nieobecność Aurory. Dziewczyna musiała wymknąć się z obozu jeszcze nocą i nie raczyła zaszczycić opuszczającą jej ziemie wyprawę jakimkolwiek pożegnaniem. Z pewnością obserwowała jednak odjazd nieproszonych, a obecnie również niepożądanych intruzów, ukrywając się gdzieś w lesie i korzystając przy tym z magii. Marcus nie wyczuwał żadnych splotów, ale jej moc pochodziła aktualnie od Lucjusza, a wypytywanie w tej sprawie pana Trzeciego nie rokowało szans powodzenia. Może przynajmniej to Aurora zesłała dobrą pogodę? Ludzie Północy posiadali wszak wyjątkową biegłość w tej akurat dziedzinie magii. Marcusowi pozostała taka tylko nadzieja, kolejne, wrogie i lodowate rozstanie z Aurorą sprawiło bowiem dużą przykrość.
     Sudrun przeciwnie, zdawała się tryskać niezwykłą energią, gdy dosiadając konia nadzorowała wymarsz orszaku, wydając całe serie niekoniecznie niezbędnych rozkazów.
     - Wreszcie opuszczamy tę dziką i nieprzyjazną krainę, panie mężu. Ku mojej wielkiej radości.
     - Czekają nas trudne wyzwania, pani i małżonko.
     - Poradzimy sobie ze wszystkim. Zawsze zwycięska księżna Siedmiu Bram oraz służący jej wszelką pomocą wierni i oddani małżonkowie.
     - Na jednego z nich raczej bym nie liczył, szlachetna pani.
     - Za to polegam całkowicie na najbliższym memu sercu. Rozchmurz się, proszę, sir Marcusie. W końcu to nasz wspólny, triumfalny powrót po uwieńczonej pełnym sukcesem wyprawie. Wracamy w dodatku z nowo narodzoną dziedziczką i następczynią. Wypada okazywać radość, a nie smutek.
     - Jak rozkażesz, szlachetna pani.
     - Skoro nie potrafisz pozbyć się tej ponurej miny, ukochany, a pamiętaj, że nie jest to kwestia bez znaczenia, to zlecę ci pewne zadanie. Będziesz towarzyszył księżnej Siedmiu Bram, która zamierza wypatrywać w szpicy pochodu ewentualnych niebezpieczeństw, usuwać zaspy i dbać  o utrzymanie dobrej pogody. Czy mogę na tobie polegać?
     - Oczywiście, dostojna pani. Oczywiście, Bereniko.
     Tak, jak przewidziała Sudrun, konkretne zajęcie oderwało umysł chłopaka od ponurych rozważań, a przynajmniej nadało im bardziej konstruktywną  postać. Musiał  przecież wprawiać się w używaniu mocy w taki sposób, by wydawało się, iż czyni to udająca Berenikę  Sudrun. A przy okazji czuwać jeszcze nad sir Lucjuszem, który jechał gdzieś w środku kawalkady, w nieuchronny sposób odzyskując i gromadząc magiczną moc. Zapewne wolniej niż Marcus, ale jednak.      Sprzyjająca pogoda, czy to naturalna, czy też ofiarowana jako pożegnalny dar przez Aurorę, zaczęła  się  psuć wczesnym popołudniem. Najpierw zerwał  się lekki, północny wiatr, potem nadciągnęły chmury, wreszcie sypnął z nich drobny, dokuczliwy jednak, gdyż niesiony coraz silniejszymi podmuchami śnieg. Chłopak zmuszony był naprawdę zabrać się do pracy i osłonić orszak. Wobec zbliżającego się zmierzchu należało rozbić obóz. Jakżeby inaczej, na polanie z potrzaskanym dębem. Tamtędy wiódł  szlak na południe, a odległość wynosiła akurat jeden dzień jazdy. Rozłożyli się zresztą z dala od samotnego drzewa, by skorzystać z osłony dawanej przez las. Sudrun ponownie dopilnowała wszystkiego, z Marcusem u boku. Przy jednym z ognisk spożyli skromny posiłek, wspólnie z sir Olgierdem, sir Lucjuszem oraz sir Adrianem. Pomimo wysiłków tego ostatniego, wieczerza upłynęła w raczej ponurej atmosferze, po czym Berenika, nadal w towarzystwie pierwszego małżonka, odwiedziła niedawno narodzoną córkę i następczynię. Zechciała następnie zaszczycić sir Marcusa zaproszeniem do wspólnego spędzenia nocy i pozostali wreszcie sami, w zamkniętej, odosobnionej kwaterze. Dziewczyna rzuciła się rozpaczliwie w objęcia chłopaka.
     - To nie ma sensu, paniczu. To wszystko nie ma żadnego sensu – wyszeptała.
     - Dawałaś sobie znakomicie radę przez cały dzień, Sudrun. Panowałaś nad wszystkim, szlachetna Bereniko. - Objął ją mocno ramionami.
     - Nad wszystkim, oprócz magii. Tak, znakomicie udawałam księżną Siedmiu Bram, wydawałam rozkazy, chwaliłam i ganiłam, okazywałam surowość i łaskawość, dbałam o ludzi. Dużo mnie to kosztowało, poradziłam sobie jednak. Ale to ty musiałeś tworzyć sploty powietrza, bo chyba takich właśnie użyłeś, by osłabić wiatr i osłonić nas przed śniegiem. I pewnie robisz to nadal.
     - Tak, robię! I będę splatał moc tak długo, jak długo okaże się to potrzebne. Zawsze i wszędzie. Zawsze będę przy tobie.
     - Ale ja nie mam w sobie żadnej magii. I każda czarownica natychmiast to wyczuje! Mogę oszukiwać z twoją pomocą prostych ludzi, żołnierzy, służących, chłopów. Ale nie da się na to nabrać żadna pani szlachetnej krwi. Pamiętasz nasze spotkanie z Aurorą? Tutaj, na tej polanie, kilka dni temu? Od razu wiedziała, że nie jestem prawdziwą Bereniką. Nie jestem czarownicą. Musisz to pamiętać. Tak będzie zawsze, gdy pojawi się któraś z nich.
     - Nie musisz, nie musimy się z nimi spotykać. Dwór Siedmiu Bram od dawna uważano za dziwaczny i na poły barbarzyński. Wszyscy bali się starej księżnej, unikali wchodzenia jej w drogę. Ona sama również rzadko kiedy składała wizyty, miała zresztą ku temu powody. Nikogo nie zdziwi, że Berenika naśladuje swoje poprzedniczki.
     - Boję się, Marcusie. Boję się, że to nie pójdzie jednak tak gładko. Boję się, że wydarzy się coś nieprzewidzianego, że popełnię jakiś  błąd, że ktoś nas zdradzi. Tak naprawdę, jestem przecież tylko dziewczyną z ludu. Sir Lucjusz nienawidzi nas oboje i chętnie przyczyni się do naszej zguby. Może rzeczywiście byłoby najlepiej, gdyby wtedy...
     - Wystarczy już śmierci, mam jej na sumieniu zbyt wiele. Trudno żyć z czymś takim.
     - Wiem. I kocham cię, paniczu, właśnie za to, jaki jesteś. Ale ze mną przy boku będzie ci bardzo trudno. Ze zwykłą gwardzistką, dziewczyną z ludu.
     - Zawsze lubiłem gwardzistki, może to jeszcze pamiętasz? - Pocałował Sudrun, która przywarła do ust chłopaka z jakąś rozpaczliwą siłą. - A dziewczęta z ludu potrafią dawać rozkosz szlachetnie urodzonemu panu w sposób, na który nigdy nie zdecydowałaby się żadna z czarownic. O tym też chyba nie zapomniałaś?
     - Nie, na pewno nie.
     Sudrun opadła na kolana i zręcznie rozpięła pas Marcusa. Opuściła spodnie i gatki.
     - Nie trzeba, wcale nie chciałem...
     - Ale ja chcę, paniczu. Chcę, byś poczuł różnicę.
     - Tylko pod  warunkiem, że potem pozwolisz, bym odwdzięczył się w podobny sposób.
     Nie odpowiedziała, jej usta, wargi i język znalazły już inne zajęcie, niż rozmowa. Istotnie, poczuł różnicę.  Dziewczyna zajmowała się jego przyrodzeniem z całym zapamiętaniem, w jakiś rozpaczliwie żywiołowy sposób. Żar rozpalił się niemal natychmiast.
     - Nie tak szybko, zaraz dojdę...
     Potrząsnęła tylko głową i zdwoiła jeszcze wysiłki. Istotnie, nie wytrzymał, lawa przelała się i trysnęła z niezwykłą mocą. Sudrun objęła go ramionami w pasie, przycisnęła mocniej głowę i spijała nasienie.
     - Tak chcę – wydyszała. - Tak chcę, czegoś  takiego nie zaznasz przy żadnej z nich.
     Łagodnie odsunął dziewczynę. Płótnem namiotu targnął silny podmuch wiatru, w szczeliny wdarł się chłód północnej zimy. Marcus czuł osłabienie, ale nie zamierzał pozostać Sudrun dłużnym. Chłodem w tej akurat chwili nie przejmował się wcale, odegnają  go oboje. Wspólnymi siłami.
     - Teraz moja kolej.
     - Jeśli tego sobie życzysz, paniczu.
     - Tego sobie życzę i o to proszę, szlachetna pani.
     Pomogli sobie nawzajem w pozbyciu się reszty odzienia i stanęli nago. Marcus ułożył Sudrun na posłaniu, w pozycji zalecanej podczas odbytych nauk jako najlepsza dla przyjmowania przez damę tego rodzaju rozkoszy i zamierzał przystąpić do własnej części zadania, nadal zgodnie z najlepszą szkołą odebraną w zamku niesławnej pamięci margrabiny. Gdy chciał pochylić się nad dziewczyną, namiotem targnął kolejny, lodowaty podmuch. Chłopak poczuł nagle zaciskające się wokół, niewidzialne więzy.
     - Sudrun...
     Równie niewidzialny knebel zablokował  usta Marcusa. Pojął wreszcie, że ktoś posłużył się magią. W niezbyt może wyrafinowany, ale skuteczny sposób. Sięgnął po własną moc, by przeciąć wrogie sploty powietrza. Sięgnął i nie znalazł. Prawda, dopiero co pozbył się magicznej siły, tryskając nasieniem. Dostrzegł, że dziewczyna również w nienaturalny sposób znieruchomiała. Posłyszał szelest opadającej zasłony wejścia namiotu i w polu widzenia pojawił się Lucjusz w pokrytym śniegiem, zimowym odzieniu. Białe płatki nadal wirowały dookoła, unoszone słabnącym podmuchem, który wdarł  się do kwatery razem z nieproszonym gościem.
     - Teraz zapłacisz wreszcie za swoją zdradę. Nie musiałem nawet długo czekać na odpowiednią  chwilę. Spodziewałem się, że gdy tylko znajdziecie okazję, zlegniecie w łożu niczym króliki. Pewnie zrobiliście to już wczoraj, ale wtedy ja również nie miałem mocy. No i była tam jeszcze ta barbarzyńska dziewka, równie zdradziecka jak ty. Ona też kiedyś zapłaci, ale to później. Ty będziesz pierwszy.
     Rozpaczliwie poszukał mocy, nadal nic. Upłynęło zbyt mało czasu, nawet dla najsilniejszego maga szlachetnej krwi w całym Królestwie. Zdany był w tej chwili na łaskę czy raczej niełaskę Lucjusza. Niezbyt wprawnego w posługiwaniu się magią, nie dysponującego większymi zasobami mocy, ale w tej chwili niepokonanego. Niepokonanego przynajmniej dla pewnego głupca, który zapomniał o podstawowych zasadach bezpieczeństwa. Musi zyskać na czasie, niestety, obecnie nie był nawet w stanie wydusić słowa z ust. Przecież nie może zginąć w tak głupi sposób, nie teraz, nie po tym, gdy uniknął znacznie większych niebezpieczeństw, gdy doprowadził  do upadku i śmierci wiedźmy. Dobra Bogini nie dopuści do czegoś takiego.
     Istotnie, Dobra Bogini wysłuchała tych modłów, ale w jakże przewrotny sposób. O ile miała z tym wszystkim cokolwiek wspólnego. Lucjusz zamierzał bowiem zemścić się w znacznie okrutniejszy sposób.
     - Zdradziłeś i zamordowałeś Gonan. To teraz patrz.
     Z narastającym przerażeniem Marcus ujrzał jak Sudrun, pomimo krępujących ją więzów, poruszyła odrobinę głową, jak rozchyliła nieco szerzej usta.
     - Tak, ona umiera. - Głos Lucjusza zdradzał silne emocje, żal, nienawiść, strach.
     Twarz dziewczyny pociemniała, raz jeszcze rzuciła się rozpaczliwie. Tak, pan Trzeci nie był mistrzem we władaniu mocą. Ale sploty, które stworzył, okazały się wystarczające. Wystarczające, by pozbawić Sudrun oddechu, by odbierać jej życie z każdą upływającą chwilą. Marcus z całych sił pragnął rzucić się z pomocą, zabić tego drania, którego sam niedawno uratował. Więzy powietrza wytrzymały. - „Nie tędy droga, głupcze. Szukaj mocy!” - Niestety, moc zawiodła. Zawodziła, jak zawsze w najważniejszych chwilach. W lochach Złotej Bramy, gdy umierała Anita, na polanie, gdy zamierzała zabić go wiedźma, na zasypanej śniegiem przełęczy, gdy przegrywali bitwę. Nadal nie znajdował w sobie najmniejszego śladu magii, Lucjusz dobrze wybrał czas zemsty.
     Sudrun walczyła jeszcze rozpaczliwie o oddech, ale przegrywała tę ostatnią bitwę w swoim życiu. Pozostały tylko jej oczy, wpatrzone w Marcusa, pełne niezwykłego blasku, blasku niosącego przesłanie miłości. Skupił się na tych oczach, ignorując siniejącą skórę twarzy. Raz jeszcze sięgnął ku źródłom mocy, czy wyczuł jakieś drgnienie? Niczego już nie dostrzegał, o niczym innym nie myślał. Szukał, szukał, szukał... Moc nadal się  wymykała, nadal nie potrafił nic uczynić.
     - Koniec, ona nie żyje. - Głos Lucjusza przebił się przez otaczającą umysł Marcusa osłonę skupienia. Daremnego i bezsilnego skupienia. - Nie sprawiło mi to przyjemności, ale musiałeś ponieść karę. Teraz czujesz to, co ja.
     Bezużyteczna bańka rozpadła się, przywracając chłopaka okrutnemu światu. Blask oczu Sudrun zgasł. Reszty Marcus wolał nie dostrzegać.
     - Chciałbym, abyś cierpiał tak przez wieczność, ale nie stać mnie na podobną  rozkosz. Wiem, że jesteś silniejszym magiem i nie spocząłbyś, szukając zemsty. Dlatego musisz zginąć tu i teraz, zanim odzyskasz moc. Twoja kolej, panie Pierwszy.

nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użył 3011 słów i 18074 znaków.

3 komentarze

 
  • Leszek

    Bardzo mi szkoda Sudrun.  Teraz Lucjusz na pewno zginie.  Teraz Marcus nie ma gdzie wracać.

  • nefer

    @Leszek Wiem, napisałem już poniżej, jak doszło do tej tragedii. Swoją drogą, to w sumie brutalna i okrutna opowieść, pomimo zewnętrznego poloru wyszukanych obyczajów. A Marcus musi wrócić, by zapewnić dziedzictwo córce. Obecnie tym bardziej uzna to za swój obowiązek i szansę odkupienia rozlicznych win, przede wszystkim słabości i okazywanego niekiedy braku rozumu.
    Dzięki za wpis i pozdrawiam.

  • FP

    Przykre , ze najbardziej pozytywna Osoba jaka Byla Sudrun zostala usmiercona. Moze wielka Bogini cos pomoze .Szkoda

  • nefer

    @FP Też żałuję. Nie planowałem tego od samego początku, dawałem jej szanse na spokojne życie. Nie skorzystała. A logika opowieści okazała się ostatecznie nieubłagana. Sudrun nie miała szans, by trwale odgrywać rolę księżnej Siedmiu Bram.
    Dzięki za komentarz.

  • emeryt

    @nefer, jednak Aurora miała rację, Lucjusz próbuje dopiąć swojej zemsty. Nie wydaje mi się że mu się to uda. Pozostała w pobliżu jeszcze jedyna władczyni mocy - Aurora. Sądzę że jednak się pojawi, przynajmniej mam taką nadzieję. Lecz o wszystkim decydujesz Ty, drogi autorze tej wspaniałej powieści. Serdecznie pozdrawiam, życząc dużo zdrówka i wspaniałej weny. Zastanawiam się tylko czy Marcus jest jeszcze potrzebny na południu? Może w północnych krainach byłby bezpieczniejszy?

  • nefer

    @emeryt Na Południu ma cel do spełnienia, zapewnienie dziedzictwa córce. Berenika poświęciła za nią życie i Marcus czuje się  winny. Obecnie tym bardziej.
    Dzięki za życzenia i również pozdrawiam