Nowy Świat Czarownic, cz. 66

Byli oraz obecni małżonkowie Lady Berengarii albo księżnej Bereniki, nowej pani Siedmiu Bram, bo i Marcusa można było do takowych zaliczyć, nie odczuwali potrzeby konwersacji i rozchodzili się bez słowa. Wprawdzie chłopak chętnie porozmawiałby z Lucjuszem, ale on akurat pozostawał nieobecny. Cóż zresztą mógłby mu powiedzieć? Czynić żale i wyrzuty, przeklinać głupotę oraz brak charakteru? Wszystko to powinien równie dobrze skierować pod własnym adresem. Wspaniały plan załamał się nie tyle z przyczyny słabości pana Trzeciego, co z powodu jego własnego braku umiejętności przewidywania. Lucjusz nie nadawał się na bohatera, nie wykonał zadania i nie mogło to stanowić niespodzianki. Niestety, tylko ten nieudacznik posiadał moc skuteczną wobec osoby wiedźmy i ta okoliczność zaślepiała Marcusa. Przeklęta moc, dlaczego trafiła się akurat takiemu tchórzowi, który w dodatku natychmiast wygadał wszystko starej czarownicy i naraził Aurorę razem z mieszkańcami oraz gośćmi jej grodu? Czy barbarzyńskie kobiety zdołają oprzeć się atakowi Lady Berengarii? Dysponowały tylko mocą właśnie tego słabeusza Lucjusza i ich szanse wydawały się niewielkie. W każdym razie wiedźma sprawiała wrażenie bardzo pewnej siebie, a doświadczenia w sprawach magii nie sposób było jej odmówić.
     Czy on sam mógłby w tej chwili zrobić cokolwiek, aby pomoc Aurorze? Bezpośrednio w żaden sposób czarownicy nie zaatakuje, ale przecież potrafi posługiwać się magią i mógłby narobić takich czy innych kłopotów. Niestety, w obecnej chwili nie czuł w sobie żadnej mocy. Nie wątpił, że powróci, ale teraz pozostawał pusty jak opróżniony bukłak. Jak skutecznie wydojona krowa, czy raczej w tym wypadku buhaj, bo nie zasługiwał nawet na miano ogiera. Myśli te przebiegały po głowie, gdy odziewał się pośpiesznie w zimową odzież. Mimo wszystko, nie zamierzał wracać do balii ze stygnącą powoli wodą.
     W namiocie pozostali już tylko sir Adrian i Olga. Skuty łańcuchami arystokrata poruszał się z pewnym trudem, okazało się zresztą, że strażniczka czekała na koleżankę. Istotnie, po chwili pojawiła się Edyta, niosąc futrzaną opończę oraz drewniane, ale również ocieplone futrem chodaki. Gwardzistki narzuciły okrycie na ramiona pana Trzeciego, pomogły wsunąć stopy w proste, chroniące jednak przed śniegiem obuwie. Te objawy autentycznej troski ośmieliły Marcusa.
     - Chciałbym zobaczyć się prawdziwą Bereniką, czy możecie mnie do niej zaprowadzić?
     - Dlaczego nie? - odparła Olga. - Sama słyszałam, jak księżna rozkazała nam spełniać wasze życzenia. Twoje również, sir Marcusie, chociaż zapewne nie wszystkie.
     - Ja także chętnie odwiedzę Berenikę, tylko zdejmijcie najpierw te łańcuchy – dorzucił sir Adrian.
     - Nie lubisz już tych zabawek, szlachetny panie? - Olga uderzyła zwiniętym biczyskiem w skórzaną cholewkę wysokiego buta. - Mam nadzieję, że twoja niechęć nie dotyczy mnie i Edyty?
     - Dobrze wiecie, że nie. Ale w obecności córki czuję się, mimo wszystko, skrępowany, jakkolwiek dziwnie to brzmi.
     - Zauważyłam, panie. A księżna nie wykazała się dzisiaj szczególnym wyrafinowaniem.
     - Za bardzo się spieszyła, by zadawać sobie wiele trudu dla tej niewielkiej ilości mocy, którą mogła ze mnie wydusić. Dziękuję za twoją pomoc, Olgo.
     - Wracajmy do siebie, tam zajmiemy się kajdanami - zakończyła rozmowę Edyta.
     - Chodź z nami Marcusie, potem odwiedzimy Berenikę.
     Sir Adrian oraz obydwie gwardzistki kwaterowali w jednym z namiotów, urządzonym wcale luksusowo, jak na warunki zimowej podróży. Znalazło się miejsce dla wygodnych posłań, nie brakowało puszystych futer i lamp, na stoliku leżała gruba księga, obok stały dzban z winem i kielichy. Niecodzienny element wyposażenia stanowił, co prawda, usytuowany pod głównym masztem pręgierz. Marcus wzdrygnął się mimowolnie na widok ustawionego obok kosza z żarem.
     - To tylko dla ogrzania powietrza, skoro księżna opuściła obóz i musiała chwilowo oszczędzać moc. Nie sądzisz chyba, panie... - Edyta zauważyła grozę w spojrzeniu chłopaka.
     - Nie traćmy czasu. - Olga uniosła wieko jednej ze skrzyń i przebierała wśród zgromadzonych tam przedmiotów, wzbudzając metaliczny szczęk żelaza. Odnalazła wreszcie właściwe narzędzia do zdejmowania okowów i razem z koleżanką szybko uporały się z uwolnieniem „więźnia”.
     - Sprawnie wam to idzie – zauważył Marcus.
     - Mamy duże doświadczenie w takich kwestiach, nieprawdaż panie? Czy raczej niewolniku? - Edyta żartobliwie trąciła sir Adriana końcówką zwiniętego biczyska.
     - To prawda, panie Olga i Edyta wykazują się niezwykłą pomysłowością i zręcznością, nie uwierzyłbyś, sir Marcusie.
     - Nie ruszamy tylko tego, księżna zabezpiecza te pierścienie magią.
     Tym razem Edyta wskazała biczyskiem ochraniacz na genitaliach sir Adriana. Wskazała niezwykle ostrożnie. Olga rozmieściła niepotrzebne chwilowo narzędzia ślusarskie i okowy we właściwych skrzyniach, ponownie szczękając metalem.
     - Może zaszczycicie mnie i sir Marcusa toastem? - spytał sir Adrian, wskazując wino.
     - Chętnie, ale ubierz się najpierw, panie. W takich sytuacjach wolę uprzejmość prawdziwego arystokraty niż służbę niewolnika. - Niedbałym ruchem Edyta odrzuciła bicz na futrzane legowisko.
     - Oczywiście, przestrzegajmy więc stosownych form.
     Owe formy nie obejmowały, co prawda, zachowania intymności przy nakładaniu kolejnych warstw odzieży, ale było to przecież normą w przypadku szlachetnie urodzonych panów oraz ich osobistych służek, czy w tym wypadku strażniczek i oprawczyń, o ile Edyta i Olga zasługiwały na takowe miano.
     Wytwornie odziany sir Adrian pełnił honory, rozlewając wino i podając kielichy. Przed Olgą i Edytą przy tej okazji przyklęknął, przed Marcusem skłonił się uprzejmie.
     - Jaki toast proponujesz, panie? - spytała Edyta.
     - Oczywiście, za zwycięstwo i powodzenie szlachetnej Bereniki, nowej i jedynej pani Siedmiu Bram – odparł dobitnie sir Adrian, wznosząc naczynie.
     Za zwycięstwo i powodzenie Bereniki, prawdziwej pani Siedmiu Bram – powtórzył Marcus. Taki toast mógł wypić z całym przekonaniem. Zauważył, że obydwie gwardzistki bez wahania wychyliły kielichy.
     - Chodźmy, Marcusie, zaprowadzę cię do Bereniki. Oczywiście, za waszym pozwoleniem, moje panie. - Sir Adrian skłonił się przed towarzyszkami, te nie wyraziły sprzeciwu.
     Poruszając się bez większych przeszkód po udeptanym śniegu dotarli do innego, obszernego namiotu. Również i tutaj wiedźma nie poskąpiła więźniom wygód. Berenika spoczywała na wygodnym, wymoszczonym futrami legowisku. Marcus opadł na kolana przy głowie ukochanej, poruszony błyskiem radości dostrzeżonym w jej oczach.
     - Bereniko! - Nie tracąc czasu wycisnął pocałunek na wargach dziewczyny, odpowiedziała z ochotą, ale bez zwykłego ognia.
     - Marcusie, ukochany... Twój widok raduje moje serce, ale smuci duszę... Skoro tu jesteś, ona znowu wygrała... Miałam nadzieję, że...
     - To nic, wszystko jeszcze się ułoży...
     - Nie mam już takiej pewności, Marcusie... Mój czas się zbliża... Nie chcę oddać naszej córki, ale nie potrafię nic zrobić. Ona odcięła mnie od wszelkiej mocy, twoja również w trakcie bitwy nie zadziała, nie wiem, co moglibyśmy jeszcze zrobić.
     Odsuwając się nieco, teraz dopiero dostrzegł, że Berenika nie wygląda najlepiej: zmęczona, smutna, bez energii, z bladą, pozbawioną rumieńców twarzą.
     - Na pewno coś wymyślimy!
     - Ja sama nie czuję się najlepiej... Blanka...kocham ją ponad wszystko, ale potrafi być bardzo męcząca.
     Uścisnął dłoń ukochanej, suchą i gorącą.
     - Dlaczego wróciłeś, Marcusie? Dlaczego oddałeś się w jej ręce i zapewniłeś pełny triumf? Myśl, że przynajmniej ty zachowasz wolność była moim jedynym pocieszeniem.
     Nie mogłem cię tak zostawić! Nie po tym, co napisała w liście, nie po tym, gdy przeczytałem, czym ci groziła!
     - To nieważne. Mój los i tak został już przesądzony. Mogłabym go wprawdzie uniknąć gdybym... Ale nie, na coś takiego nigdy się nie zgodzę! Nigdy!
     - Miałem plan, wiem chyba, dlaczego moja, dlaczego nasza moc nie działa wobec wiedźmy. Ale magia Lucjusza powinna zadziałać! On też zna już sztukę używania czarów, przygotowałem pana Trzeciego i liczyłem, że...
     - Że zaskoczy czarownicę ognistą kulą albo w jakiś inny, podobny sposób?
     Marcus teraz dopiero dostrzegł skrytą dotąd w cieniu postać Sudrun. Jeżeli wierzyć listowi, ona również nosiła jego dziecko, ale ciąża nie odcisnęła na gwardzistce większych śladów. Może tylko kształty wydawały się bardziej zaokrąglone, ale wrażenie to mogło wynikać z tego, że zwykle nosiła skórzany, wojskowy ekwipunek, a obecnie miała na sobie futro. Tak czy inaczej, do ewentualnego rozwiązania pozostawało znacznie więcej czasu, niż w przypadku Bereniki.
     - Tak - przyznał odruchowo. - Ale nic z tego nie wyszło, wygadał wszystko wiedźmie, gdy tylko stanął przed jej obliczem. A może dopiero wtedy, gdy z nim zległa? Co zresztą uczyniła bez zwłoki.
     - Marcusie, dlaczego zawsze źle wybierasz wykonawców swoich planów?
     - Nie, Sudrun! W twoim wypadku Marcus dokonał znakomitego wyboru! - Głos Bereniki zabrzmiał z niespodziewaną siłą. - Udowodniłaś to wiele razy, to my nie okazaliśmy ci właściwej wdzięczności, co więcej, zmarnowaliśmy owoce twojego poświęcenia.
     - To były moje własne wybory, Dostojna Pani. I wcale nie kryła się za nimi bezinteresowna szlachetność.
     - Ona groziła w tym liście również Sudrun? - W zasadzie nie było to nawet pytanie.
     - Tak, Bereniko. Napisała, że dziewczyna nosi moje dziecko i jeżeli nie przybędę, skrzywdzi ich oboje.
     - W tej sprawie nie kłamała. I jeżeli o własny los już nie dbam, bo i tak został przesądzony, to przynajmniej z tego jednego powodu cieszę się, że jednak wróciłeś. Sudrun nie zasłużyła na to, co mogłoby ją spotkać. To najwierniejsza poddana i najlepsza przyjaciółka, jaką mieliśmy szczęście spotkać. - Berenika zwróciła się teraz ku gwardzistce - Wybacz, że tak niewielką potrafiliśmy okazać ci wdzięczność.
     - Może nie wszystko jeszcze stracone, nadal mam moc. Nie działa przeciwko wiedźmie i jej czarom, wiem dlaczego, nasze poprzednie przypuszczenia potwierdziły się, ale będzie skuteczna wobec wszystkich innych, również sług czarownicy. A ona wyruszyła właśnie przeciwko barbarzyńcom.
     - Wyruszyła walczyć z Aurorą?
     - Tak. I z kilkoma innym kobietami z Ludu Północy, potrafiącymi władać magią, które aktualnie przebywają w grodzie. Nie liczę na to, że zdołają odeprzeć jej atak, ale przynajmniej wróci osłabiona.
     - Kobiety z Ludu Północy, powiadasz? Domyślam się chyba, w jakim celu zebrały się tam w środku zimy.
     - Przybyły dla Lucjusza. - Marcus poczuł, że mimo woli musiał się zaczerwienić. - Sprowadziliśmy je razem z  Aurorą, to była część planu.
     - Tego planu z Lucjuszem w roli głównej?
     - Tak. Pamiętasz, po opowieści sir Adriana – skłonił się zachowującemu milczenie arystokracie – przypuszczaliśmy, że pierwsza pani szlachetnej krwi, która zlegnie z błękitnokrwistym młodzieńcem zyskuje odporność na jego moc. To tłumaczyło postępowanie wiedźmy, te wszystkie próby mocy kandydatów na mężów jej rzekomych córek oraz to, dlaczego w moim przypadku starania zawiodły. Wiesz, że zanim wpadłem w łapy czarownicy uwiodła mnie jakaś szlachetnie urodzona dama, podszywając się pod jedną z służek. To była moja matka, lady Miranda, margrabina Międzyrzecza! Chciała zabezpieczyć się zanim sprzeda mnie księżnej Siedmiu Bram i to z tego powodu moja moc zachowała skuteczność. Nie działała natomiast przeciwko margrabinie, a to ona zaatakowała nas magią podczas bitwy na przełęczy. Nie potrafiliśmy się jej przeciwstawić i przegraliśmy, a ciebie uznano za uzurpatorkę. Zwłaszcza po tym, gdy wiedźma zabiła w ogólnym zamieszaniu lady Mirandę i ta odporność przeszła na nią!
     - A ty zamierzałeś na wszelki wypadek wzmocnić ochronę skuteczności mocy Lucjusza zanim oddasz siebie i jego w ręce czarownicy?
     - Tak. I wiesz dlaczego, Bereniko...
     - Wiem, mój los i tak został już przesądzony... Tylko, że teraz za twoje niepowodzenie zapłacą te barbarzyńskie kobiety i wszyscy inni, których dopadnie wiedźma.
     - Podobnie jak kiedyś Anita, pod którą poszyła się margrabina. A ja zdradziłem czarownicy imię dziewczyny – dodał gorzko.
     - Może moglibyśmy jednak coś zrobić? Czy twoja moc powraca? Ostatnio następowało to bardzo szybko.
     - Nie... - Wsłuchał się we własne wnętrze, niestety, mocy nie wyczuł. - Magia wraca powoli, znacznie wolniej, niż uprzednio. Nie mam pojęcia dlaczego.
     - A ja chyba wiem. To ochraniacz. Nosisz go w newralgicznym miejscu, nasycony wrogą mocą, to on przeszkadza. Moja... wiedźma wspominała o czymś takim raz czy drugi.
     - A więc gdyby go usunąć, każda pani szlachetnej krwi mogłaby korzystać ze zwielokrotnionej siły swoich małżonków! A jednak wszystkie postępują inaczej.
     - Dziwisz się, z jakiego powodu?
     - Ty okazałaś się inna, ufamy sobie nawzajem i to uczyni nas oboje silniejszymi! Silniejszymi niż wszystkie damy Królestwa razem wzięte!
     - Tymczasem nasza miłość i zaufanie nie na wiele się zdały, ona zwyciężyła po raz kolejny, a my jesteśmy więźniami, jakkolwiek by na to nie spojrzeć.
     - Tylko dlatego, że przewyższała nas wiedzą i doświadczeniem, nie mieliśmy pojęcia o wielu zasadach działania mocy. Dopiero teraz stopniowo je odkrywamy.
     - Za późno...
     - Ona też nie może wiedzieć wszystkiego! Ja sam... Ja potrafiłbym zdjąć zaklęcie, które nałożyła na mój ochraniacz.  
     - W jaki sposób? To najbardziej tajne i osobiste spośród wszystkich czarów każdej pani szlachetnej krwi.
     - Nakładając je, użyła pochodzącej ode mnie siły magicznej. Teraz, gdy potrafię posługiwać się żywiołami, umiem rozpoznać, powtórzyć i rozplątać każde z zaklęć, które rzucono w mojej obecności i dzięki mojej mocy. Potrafię nawet przewidzieć, że ktoś taki czar przygotowuje. Podejrzewałem coś takiego od pewnego czasu, teraz mam pewność. Ona nie może o tym wiedzieć, gromadzący moc panowie szlachetnej krwi od dawna nie byli uczeni zasad posługiwania się magią i nie mieli okazji ujawnić tej zdolności. Gdyby wiedziała, zapewne bardziej by uważała.
     - Pozostaje jeszcze kwestia kluczyka...
     - Na to również znalazłby się sposób, mam pewien pomysł... - Do rozmowy wtrącił się niespodziewanie sir Adrian.
     - Wiem chyba nawet jaki, też przyszło mi to do głowy, panie. Twoje zaklęcie także potrafiłbym zdjąć. Mógłbym, moglibyśmy obydwaj szybko odzyskać siły i...
     - Tak czy inaczej, moja moc odradza się powoli. Z ochraniaczem, czy bez niego. Nie jestem już młodzieńcem. Co innego jednak ty, młody Marcusie.
     - Obawiam się, paniczu Marcusie, że to nie wystarczy. - Sudrun wylała kubeł zimnej wody na snującego zbyt zuchwałe plany chłopaka. - Powiedziałeś, że twoja magia nie działa w przypadku czarów wiedźmy. Może i wiesz, jak zdjąć zaklęcie, ale nie zdołasz tego uczynić, nie zdołasz zdjąć żadnego z jej zaklęć.
     - To prawda. - Entuzjazm Marcusa opadł równie szybko, jak się narodził. - Ta moja przeklęta moc, wiedźma zdążyła się na nią uodpornić. Robi coś takiego od pokoleń i znowu jej się udało. Musimy wymyślić coś innego.
     - Ona zawsze zwycięża magią, wiedzą i sprytem. I tylko w taki sposób możemy ją pokonać. Dopóki żyję ja sama, Aurora albo którakolwiek z tych barbarzyńskich kobiet, o których mówiłeś, skuteczność zachowuje jednak magia Lucjusza. Musimy to wykorzystać i mamy czas do mojego rozwiązania.
     - Lucjusz to słabeusz, nie przekonamy go, by stanął po naszej stronie, by w jakikolwiek sposób zaryzykował. A zresztą, teraz wiedźma będzie się miała przed nim na baczności. Przynajmniej do chwili, gdy zyska odporność również i na jego magię. Wybacz, ukochana...
     - Potrzebujemy mocy Lucjusza, w tym się nie myliłeś Marcusie, tylko wymagałeś od tego chłopca zdecydowanie zbyt wiele. Gdybyśmy jednak zdołali uwolnić i przejąć tę moc, gdybym to ja ją przejęła... Potrafiłabym zaskoczyć wiedźmę. Wiem nawet, jaka okazja byłaby najlepsza, wręcz jedyna. Mam w końcu coś, mam kogoś, na kim bardzo jej zależy...
     - Nie zamierzasz chyba...
     - Poród zapowiada się na trudny, Marcusie. Ona będzie musiała być obecną i interweniować magią. W takiej chwili stałaby się podatna na atak. Gdybym dysponowała skuteczną wobec niej mocą, a w grę wchodzi tylko moc Lucjusza.
     - Ale jak ją zdobyć? Nie zdejmę jego zaklęcia, nie byłem obecny, gdy wiedźma je nakładała i nie znam dokładnego splotu żywiołów, których użyła. A gdyby nawet uczyniła to kiedyś w mojej obecności, moja magia nie zadziała.
     - Wszystko sprowadza się więc do Lucjusza...
     - Nie zdołałem go przekonać, wątpię, by udało się teraz.
     - Próbowałeś nie tyle przekonać, co przymusić i zastraszyć. Nic dziwnego, że zwyciężył strach o wiele silniejszy. Ale to nie jest chłopak z gruntu zły, na tyle zdążyłam Lucjusza poznać. Tak naprawdę, on wcale nie zna wiedźmy i uważa ją nie tylko za panią szlachetnie urodzoną lecz również szlachetną prawdziwie, bo tak go nauczono. A ona, gdy zechce, potrafi zachowywać pozory. Teraz prowadzi jednak wojnę, bardzo brutalną i osobistą wojnę. Może znajdziemy okazję, by to wykorzystać. Lucjusz nie widział jeszcze tego, co ty, ukochany. Tylko nie próbuj wymagać od chłopaka zbyt wiele.

nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użył 3123 słów i 17878 znaków.

2 komentarze

 
  • Leszek

    Czyli finał coraz bliżej ?

  • nefer

    @Leszek Tak. Bohaterowie powiadomili juz (albo wreszcie) autora, co cieliby zrobic, pozostaje wiec tylko ubrac to w slowa i opisać. Tak z 10 rozdzialow, jak przypuszczam.
    Dzieki za wizyte i pozdrawiam.

  • emeryt

    @nefer, dziękuję Tobie za ten kolejny, wspaniały odcinek. Po przeczytaniu zauważyłem że starasz się zrobić Marcusa coraz bardziej myślącego, próbującego współdziałać zespołowo i coraz lepiej mu to wychodzi. Zwłaszcza że zaczyna wyciągać logiczne wnioski ze swoich dotychczasowych porażek. Przesyłam najserdeczniejsze pozdrowienia.

  • nefer

    @emeryt Trafnie zauważyłeś, że Marcus zaczyna rozumieć nie tylko to, iż sam niczego nie zwojuje (co zresztą pojął już wcześniej), ale również to, że uczestnicy jego planow powinni działać z własnej motywacji, a nie przymuszeni. Lucjusz nie nadawał się na bohatera i tu Marcus straszliwie się pomylił. Teraz wszyscy razem będą musieli wymyślić coś innego.
    Dzięki za wizytę i pozdrawiam