Nowy Świat Czarownic, cz. 42.

     Pożegnanie z Aurorą nie zabrało wiele czasu. I dobrze, wolał uniknąć uścisków oraz sztucznie brzmiących zapewnień. Dostał od niej więcej, niż mógłby kiedykolwiek oczekiwać, ale teraz musiał sam zadbać o swoje sprawy.
     - Jeżeli tylko zdołamy, wszyscy razem, postaramy się zaprowadzić pokój - powiedział to siedząc już w siodle, przynajmniej tyle winien był dziewczynie i jej ojcu.
     - To może okazać się trudne, zwłaszcza teraz. Ale będziemy próbować. Pamiętaj przynajmniej o tym, Marcusie. Cokolwiek się jeszcze wydarzy. A moja klacz nazywa się Stokrotka. Lubi marchew, a my kochamy tutaj kwiaty, chociaż kwitną tak krótko.
     Kiwnął ręką na Sudrun i ruszyli z kopyta. Już po niedługim biegu okazało się, że koń Aurory nie nadąża za Demonem. Nic nie mógł na to poradzić. Gwardzistka zwolniła, czekając na chłopaka na skraju lasu.
     - Ruszaj przodem, tak jak ustaliliśmy. Nie mamy czasu. Musisz wyprzedzić księżną i pierwsza dotrzeć do obozu. Wkrótce zmierzch, ale znasz drogę. Ja także, jeśli wojsko zostało w tym samym miejscu. Przybędę, gdy tylko zdołam. Musisz mnie wtedy natychmiast wezwać do siebie.
     - Oczywiście, paniczu Marcusie.
     - Sir Marcusie, pani i żono! Ale dobrze, gdy się zobaczymy, zwróć się do mnie na powitanie właśnie jako do Marcusa z Międzyrzecza. Użyj dokładnie tych i tylko takich słów, po tym cię rozpoznam. A najlepiej, miej gdzieś pod ręką Demona.
     - Tak zrobię. A na wszelki wypadek zostawię po drodze znaki, związane gałęzie młodych brzóz, jak podczas naszych dawnych gonitw.
     - Nie trać na to czasu.
     - Zostawię znaki, Marcusie z Międzyrzecza.
     Sudrun popędziła konia i zniknęła wśród drzew. Ruszył w ślady dziewczyny, ale nie miał szans, by dotrzymać jej kroku. Tętent kopyt Demona ucichł gdzieś w oddali. Las nie okazał się zbyt gęsty, tu i ówdzie trafiały się wydeptane przez zwierzęta ścieżki Ułatwiało to jazdę, ale zarazem łatwo było zgubić drogę. Znał tylko ogólny kierunek, bo przecież nie miał okazji poznać lepiej okolicy. A słońce stało coraz niżej, obawiał się, że gdy zapadnie ciemność, może mieć trudności z odnalezieniem właściwego szlaku. Dlatego ucieszył się jednak, gdy przy znośnym jeszcze świetle natrafił na dwie rosnące po przeciwnych stronach ścieżki młode brzózki, których najbliższe sobie gałęzie przyciągnięto i splątano. W dawnych, spokojnych czasach w Międzyrzeczu, gdy nie wiedział jeszcze, co szykuje mu świat, zabawiali się w podobny sposób z Sudrun i Tamarą, tropiąc się wzajemnie po lesie. Podchody te kończyły się zazwyczaj w identyczny sposób, wspólnymi igraszkami na jakiejś porośniętej trawą i mchem polanie. Odegnał te myśli i zaczął wytężać wzrok, szukając kolejnych znaków. Znajdował je niezbyt często, ale regularnie. Rozkazał dziewczynie nie tracić czasu, ale miała rację. On sam również musiał dotrzeć do obozu najszybciej, jak tylko zdoła. Pozbawiona możliwości używania magii Sudrun nie będzie mogła odgrywać zbyt długo roli księżnej Bereniki, nowej pani Siedmiu Bram.
     W zapadających ciemnościach coraz trudniej przychodziło mu wybierać właściwą drogę, unikać wystających korzeni i gałęzi. Demon radził sobie w podobnych okolicznościach dzięki  doświadczeniu i instynktowi, natomiast Stokrotka wyraźnie zwolniła. Wiedział, że poganianie klaczy w niczym nie pomoże. Na szczęście, czuł już wracającą moc. Wyczarował słabą i niewielką ognistą kulę, która zawieszona nad ramieniem chłopaka oświetlała drogę niczym poświata księżyca. Na tyle słabo, by nie wystraszyć konia i samemu nie rzucać się w oczy z większej odległości.
     Ostrożność ta okazała się w pełni usprawiedliwiona. Nie znał okolicy na tyle dobrze, by dostrzec nocą jakieś charakterystyczne punkty. O tym, że zbliża się do miejsca obozowania armii poinformowały go łuny ognisk, ogólny gwar i rżenie koni. Wydawało się, że w obozowisku panują nadzwyczajny gwar i ożywienie. Cóż tam mogło się wydarzyć? Co więcej, wysunięte patrole straży krążyły czujnie także na obrzeżach przechodzącego w nadrzeczną łąkę lasu. O skrytym zbliżeniu się do namiotów i taborów nie mogło być mowy. Na szczęście, zdążył na czas zgasić swoją kulę ognia. Gdyby wpadł na strażników nadal w oczywisty sposób korzystając z magii, wywołałby sensację i zniszczył cały plan.
     - Stój, kto idzie? Podaj hasło!
     Dostrzeżono go i zatrzymano, ale tego mógł się spodziewać.
     - Jestem sir Marcus, pierwszy mąż lady Bereniki. Nie znam hasła, ale księżna oczekuje mego przybycia. Z pewnością wydała stosowne rozkazy.
     Modlił się w duchu, by Sudrun nie zapomniała o tym szczególe. Na szczęście, okazała się wystarczająco przewidująca.
     - Zbliż się, panie. Istotnie, mamy swoje rozkazy, ale musimy cię najpierw rozpoznać w tych ciemnościach. Tylko powoli. I pokaż puste dłonie.
     Usłuchał polecenia, a jeden ze strażników podjechał na tyle blisko, by pochodnia oświetliła twarz chłopaka.
     - Rzeczywiście wyglądasz na sir Marcusa, ale musisz tutaj zaczekać. Zawiadomimy księżną.
     - Ona z pewnością chce jak najszybciej mnie zobaczyć!
     - Zapewne, panie. Ale mamy swoje rozkazy. To nie jest spokojna noc i różni mogą się tutaj kręcić, udając kogoś innego i szpiegując. Zsiądź z konia i zaczekaj.
     Zrozumiał, że wiele tymczasem nie wskóra. Liczył tylko, że to jednak Sudrun podjęła te środki ostrożności na wypadek przybycia Lady Berengarii, a nie stara księżna z zamiarem pojmania lub zabicia jego samego. Podporządkował się poleceniom, ale na wszelki wypadek przygotował również do użycia mocy. Chociaż, gdyby nawet Wiedźma zachowała władzę nad obozem, to w tej akurat chwili niewiele mogłaby uczynić i pewnie wolałaby udawać teraz wobec niego Sudrun. Na szczęście, nie musiał czekać długo. Od obozu nadjechała grupka konnych, kilku z nich również dzierżyło pochodnie. W środku orszaku rozpoznał dwie znajome postacie, Berenikę czyli, jak miał nadzieję, Sudrun, oraz Demona, którego dosiadała. Poczuł ulgę, ale oszukiwano go ostatnio tak często, że zmusił się do zachowania czujności. A gdyby księżna zaczarowała jakiegoś konia, nadając mu postać przyjaciela? Z pewnością byłaby zdolna do takiego podstępu.
     - Witaj Marcusie z Międzyrzecza! Miło ujrzeć cię w dobrym zdrowiu.
     - Pani i małżonko, to ja rad widzę cię jako nową władczynię Siedmiu Bram. Czy pozwolisz, bym powitał cię w należyty sposób, złożył hołd i podziękował za starania, które poczyniłaś celem mojego uwolnienia?
     - Oczywiście, Marcusie z Międzyrzecza.
     Jeżeli była to Sudrun, jak miał nadzieję, to dobrze odgrywała swoją rolę. Lekkie drżenie w głosie można było spokojnie złożyć na karb radości i wzruszenia z powodu odzyskania pierwszego małżonka. Ludzie z orszaku nowej pani Siedmiu Bram rozstąpili się, czyniąc przejście, ale też zachowując zarazem czujność. Zbliżył się do nadal dosiadającej konia gwardzistki i przywołał dającą światło słabą kulę ognia. I tak pójdzie to na rachunek rzekomej Bereniki, a chciał dobrze przyjrzeć się jej wierzchowcowi. Celowo opadł na kolana tuż przy boku zwierzęcia, wtulając twarz w jego sierść. To był Demon! Miał dokładnie taki sam zapach i dokładnie takie same włosie. Co więcej, on też rozpoznał przyjaciela, pochylając głowę i lekko szczypiąc chłopaka wargami w ramię. Sudrun, bo to musiała być przecież ona, zorientowała się wreszcie, że powinna podać pierwszemu małżonkowi dłoń do ucałowania. Może zresztą zwlekała celowo, by mógł przywitać się najpierw z Demonem, a co ważniejsze, rozpoznać go bez żadnych wątpliwości. Dopełnili teraz formalności powitania. Dziewczyna długo nie cofała dłoni, na którą nie nałożyła jeździeckiej rękawiczki.
     - Pani i żono, wdzięczny jestem za uwolnienie z rąk barbarzyńców. Czy zechcesz wysłuchać mojej relacji z pobytu w ich grodzie?
     Starał się pomóc Sudrun i ułatwić jej przejęcie inicjatywy. Musieli jak najszybciej porozmawiać na osobności.
     - Tak, sir Marcusie, mój pierwszy mężu. Zapraszam cię do mojej kwatery. Wybacz, ale nie mogę dać ci czasu na odpoczynek i odświeżenie się. Wygląda na to, że te dzikusy złamały jednak zawarte układy. Wsiadaj na konia i ruszamy.
     Teraz dopiero uświadomił sobie, że przyjechał dosiadając swojej, marnej co prawda, klaczy po męsku. I tak też wjedzie do obozu. Jak wielu z obecnych domyśli się, że nie nosi ochraniacza? Ale co tam! Berenika nie ukrywała przecież ostatnimi czasy swojej sympatii dla pierwszego małżonka, a młodość i zawadiacki charakter mogły popchnąć ją do podobnego złamania obyczaju. To była zresztą wyłącznie jej sprawa i jej decyzja, na pewno nikt nie ośmieli się o nic pytać. Co najwyżej, pojawią się plotki. A co do Stokrotki, to nie zasługiwała jednak na miano chabety. Poklepał klacz po szyi, przepraszając za tak niesprawiedliwe miano. Wynagrodzi to, każąc ją wyszczotkować i podać najlepszą paszę.
     W namiocie zostali wreszcie z Sudrun sami, odprawiła bowiem wszystkich oficerów i straże. Żołnierze z pewnością oczekiwali jednak na zewnątrz.
     - Świetnie sobie poradziłaś, pani i małżonko.
     - Tak się bałam, paniczu Marcusie. Ale obiecałam, że już nigdy cię nie zawiodę.
     - I nie zawiodłaś. Nowa pani Siedmiu Bram to śmiała i dzielna amazonka. I nie tylko amazonka. - Wziął dziewczynę w ramiona, czego wcale mu nie broniła, przeciwnie wtuliła się ze wszystkich sił. - Sudrun, wiem, że zrobisz wszystko, co będzie trzeba. Pomogę ci – wyszeptał. - Ale nie nazywaj mnie już paniczem Marcusem, nawet tutaj. Jestem sir Marcus, twój pierwszy małżonek.
     - Będę pamiętała, obiecuję. Ale skoro tak, to mogę chyba zatrzymać swego pana i męża w ramionach na dłużej? - Wzmocniła  uścisk.
     - Możesz. - Niech mu prawdziwa Berenika wybaczy, ale to wcale nie okazało się przykre. - Musimy jednak porozmawiać, tak może nawet lepiej. Nikt nic nie usłyszy i niczego nie powinien podejrzewać. A my cieszymy się naszym spotkaniem. Mów jednak, co się dzieje?
     - Okropnie się bałam, że księżna mogła mnie jednak wyprzedzić. Ale tak się nie stało, nikt niczego nie podejrzewał i o nic nie pytał. Ona zawsze miała swoje tajne sprawy.
     - Tak, a powodem tej wyprawy też nikomu się pewnie nie chwaliła.
     - Wyruszyłam, by uwolnić mojego męża. Tak powiedziałam, nie ich sprawa, w jaki magiczny sposób. Znałam obóz, imiona dowódców, oficerów i wielu żołnierzy, w końcu też służyłam w tej armii. Wydałam rozkazy, by wzmocniono straże i wypatrywano twojego przybycia. By wypatrywano wszelkich podejrzanych przybyszów. Nie mogłam przecież pozwolić, by księżna ot tak, wjechała do obozu. Jak dotąd, nikt nie widział ani jej samej, ani orszaku. Za to pojawiłeś się ty. Nareszcie, mężu i panie.
     Wpiła się w usta chłopaka z siłą rozpaczliwie zapewne odczuwanego niepokoju. Tak, teraz, gdy mogli wspólnie rzucać czary, to znaczy on używałby mocy, a ona odsuwałaby swoją obecnością wszelkie podejrzenia, sytuacja przedstawiała się o wiele lepiej. Ale nadal groziło im niebezpieczeństwo. Zmusił się do przerwania pocałunku.
     - Nie powiedziałaś chyba, że mają oczekiwać fałszywej Bereniki?
     - Masz mnie za aż tak głupią, mężu i panie? Zarządziłam te środki ostrożności w obawie przed zwiadowcami barbarzyńców. W nocy, przy użyciu odrobiny magii, mogliby próbować różnych sztuczek i podstępów. Po ostatniej bitwie wszyscy wiedzą, że trafiają się wśród nich uzdolnieni czarownicy.
     - To mogło wzbudzić podejrzenia, ale rozumiem, że nie miałaś innego wyjścia.
     - Nikt nie zdziwił się takimi rozkazami, bo nasi właśni zwiadowcy przynieśli niepokojące wieści.
     - Co się stało?
     - Do grodu barbarzyńców zbliża się nowa ich horda. Podobno bardzo liczna, kilka tysięcy wojowników. Sprawiają wrażenie, jak gdyby szykowali się do bitwy.
     - Klan Srebrnego Lisa, ludzie Rogwolda. Nadeszli bardzo nie w porę. To nieproszeni sojusznicy tana Arnolda, ojca Aurory. Księżna, udając Berenikę, przysłała list, w którym wzywała mnie do powrotu i obiecywała zawarcie trwałego pokoju. Mając na karku tego Rogwolda, z którym raczej niezbyt się kochają, tan zgodził się na ten plan. - Wolał nie wddawać się w szczegóły dotyczące Ragnegi i innych jeszcze zamierzeń ludzi z klanu Srebrnego Lisa.
     - Przynajmniej wszyscy tutaj ucieszyli się z mojego, z naszego, powrotu i nie zadawali żadnych pytań. Bez magii nowej pani Siedmiu Bram armia popadłaby w kłopoty. A ja mogłam bez wzbudzania podejrzeń zarządzić szczególne środki ostrożności.
     - Ale teraz to już na pewno nie ma szans na żadne układy. Rogwold chce bitwy i zmusi do niej ojca Aurory, nawet wbrew jego woli. Tan nie będzie mógł się sprzeciwić, zwłaszcza po tym, gdy okazało się, że zdołałem go oszukać i uciekłem, rzucając czary. Arnold i tak nie uniknie pewnie podejrzeń i aby zadać im kłam, ruszy do walki. A my też nie mamy innego wyjścia. W tak niepewnej sytuacji nie możemy nagle zaproponować pokoju. Nawet prawdziwa Berenika, z krążącą gdzieś po okolicy starą księżną w jej własnej postaci, nawet ona musiałaby przyjąć bitwę, by tak nagłą zmianą postępowania nie wzbudzać jakichkolwiek wątpliwości.
     - Zamierzasz walczyć z tymi barbarzyńcami?
     - Nie możemy zrobić nic innego, jeżeli nie chcemy, by ktoś zaczął coś podejrzewać.
     - Ale w jaki sposób?
     - Wojska są dobrze wyszkolone, poprowadzisz jako księżna Siedmiu Bram. Ponieważ jednak musisz skupić się na pojedynku z czarodziejami Ludzi Północy, dowództwo w polu powierzysz swemu zastępcy. Na pewno znajdzie się tu jakiś kompetentny oficer, który poradzi sobie z tym zadaniem.
     - Ale za to ja nie poradzę sobie z magią. Przecież doskonale o tym wiesz.
     - Ulegniesz prośbom swego ukochanego pierwszego małżonka i pozwolisz mu stanąć obok siebie. Wiem, że to niezgodne z obyczajem oraz zdrowym rozsądkiem, bo dawców mocy trzeba trzymać na tyłach i chronić. Ale jako osoba młoda i popędliwa dasz pierwszeństwo uczuciom zakochanej kobiety przed obowiązkami władczyni. Mam nadzieję, że wszyscy wiedzą, iż potrafię i pragnę walczyć. A zresztą, możemy odegrać w tej sprawie piękną scenę na użytek twoich oficerów i żołnierzy. Potem powinienem sobie poradzić. Aurora wiele mnie nauczyła.
     - Czy jednak nauczyła wszystkiego? Nie ufam jej tak do końca, chociaż nam pomogła. I czy staniesz przeciwko niej, po tym, co jakoby dla ciebie zrobiła? Bo ją też z pewnością zmuszą do udziału w bitwie.
     - Nie mamy innego wyjścia, a ona zrozumie i wybaczy. Podobnie jak i ja zrozumiem ją.
     - I też jej wybaczysz?
     - Liczę na to, że nie będziemy mieli sobie wzajemnie zbyt wiele do wybaczania. I że znajdziemy okazję, by to uczynić.
     - Sir Marcusie, mój ukochany mężu i panie. Za to ja będę musiała wiele wybaczyć tobie. Bo w przededniu bitwy powinieneś usłużyć swojej pani i dać jej moc, jak najwięcej mocy. Ale rozumiem, że w tej akurat chwili to nie najlepszy pomysł. Rozumiem i wybaczam, ale również liczę na tę przyszłą okazję. A teraz trzeba wezwać oficerów na naradę.

4 835 czyt.
100%296
nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne i fantasy, użył 2750 słów i 15465 znaków.

6 komentarzy

 
  • Almach99

    Almach99 · 23 października

    A gdzie stara wiedzma? Nie dojechala na czas czy tez udala sie po karte przetargowa, czyli corke?

  • emeryt

    emeryt · 3 lipca · 202091556

    Połówka tygodnia za nami, a tu dalej odcinek 42.

  • emeryt

    emeryt · 22 czerwca · 202091556

    @nefer, ja wiem że wyjazd, pogoda, inne sprawy są na przeszkodzie do kolejnego odcinka, lecz czyżby twoja wena całkowicie zanikła? A może potrzeba Tobie "twojego, osobistego poganiacza"? Nie daj się za długo prosić o kolejny odcinek. Serdecznie pozdrawiam - emeryt.

  • AnonimS

    AnonimS · 10 czerwca

    Robisz plany a Bóg już się śmieje. Marcus i Aurora planowali zawarcie rozejmu a tymczasem najprawdopodobniej staną przeciwko sobie do bitwy. Ciekawe co z Berengarią. Mam wrażenie że pojawi się w najmniej spodziewanym momencie jak.diabeł z pudełka.  Bardzo interesujący odcinek. Pozdrawiam  

  • emeryt

    emeryt · 9 czerwca · 202091556

    Takiej szybkości w umieszczeniu kolejnego odcinka to nie spodziewałem się, lecz dzięki Tobie za to. Jednak Marcus zaczął wykonywać pierwsze kroki ku swojej wolności. Przesyłam pozdrowienia.

  • CzarnaKaczuszka

    CzarnaKaczuszka · 9 czerwca · 194008868

    Pierwsza!