Nowy Świat Czarownic, cz. 33

Poprzednim razem, gdy spotkała go podobna przygoda, ocknął się w lochach, skuty łańcuchami i oblany wiadrem zimnej wody. A potem stał się świadkiem przerażających wydarzeń. Przypomniał to sobie niejasno, czując pod swobodnymi dłońmi przyjemny dotyk futra. Otworzył oczy. Nie była to wprawdzie sypialnia godna szlachetnie urodzonego syna lub męża pani zamku, a tym bardziej jej własna, ale i tak prezentowała się o wiele lepiej niż lochy w Złotej Bramie. Może więc tym razem nie trafił aż tak źle? Czyżby zaczynał stawać się doświadczoną ofiarą kolejnych porwań? Wyglądające na grube, drewniane ściany, wąskie okno i równie solidne drzwi. Do tego jednak obszerne łoże z wygodnym, choć niezbyt wykwintnym posłaniem, proste, funkcjonalne meble, wszystko  czyste i pachnące wysuszoną trawą oraz lasem. Uniósł się na łokciach i zaraz ponownie opadł na wypchaną sianem poduszkę. Pamiętał, że ten, kto rozkazywał barbarzyńcom polecił obchodzić się z jeńcem ostrożnie, ale chyba rozumieli oni to słowo inaczej niż zbrojni księżnej i nie zadawali sobie trudu, by owijać pałki albo maczugi futrami czy choćby jakąś tkaniną. Ostrożnie pomacał solidnego guza na głowie. Trudno, miewał już podobne gdy raz czy drugi spadł z konia albo narobił innych głupstw.
     Przebudzenie Marcusa nie uszło uwagi prosto odzianej, starszej kobiety, która przysiadła na stołku obok łoża. Podsunęła mu kubek z wodą.
     - Pij.
     - Dziękuję, pani – odparł odruchowo, gdy już zaspokoił pragnienie.
     - Jestem Marta, a nie żadna pani. Za to z ciebie to podobno prawdziwy książę z Południa. Nigdy takiego tutaj nie mieliśmy. Ładny z ciebie chłopak, mogłam się dobrze przyjrzeć, gdy się tobą zajmowałam. Nasza dziewuszka ma szczęście, mogłaby trafić gorzej.
     - Co masz na myśli, pani Marto? I gdzie ja jestem?
     - A o tym to już powiedzą ci ważniejsi ode mnie. Leż tu spokojnie i nigdzie się nie ruszaj. - Wstała, podchodząc do drzwi. - I nie bój się, nasz tan przykazał strzec cię jak oka w głowie, więc na razie nic ci nie grozi. Niedługo wrócę. - Wyszła, ryglując za sobą zamek.
     A więc był jednak więźniem, chociaż nie traktowano go zbyt surowo. Zebrał siły i wstał w końcu z łoża. Poczuł chłód. Północne lato dobiegało końca i ciepłe posłanie, przykryte gęstym futrem z niedźwiedzia, wydawało się jeszcze bardziej przyjemne niż wtedy, gdy się na nim wylegiwał. Nie warto było nawet sprawdzać drzwi, wyjrzał przez okno. Ujrzał podwórzec barbarzyńskiego gródka, proste, funkcjonalne chaty, zajętych swoimi sprawami ludzi, zarówno wojowników, jak i kobiety oraz dzieci. Wszyscy krzątali się gorączkowo, na wozy ładowano zebrany pospiesznie dobytek, zaprzęgano zwierzęta, pędzono bydło. Krzyki dzieciarni mieszały się z rżeniem koni i ujadaniem psów. Ludzie i zaprzęgi, którymi powozili główni starcy albo wyrostki, opuszczały osadę przez otwarte wrota. Mężczyźni, uzbrojeni w włócznie, oszczepy, tarcze i łuki, rzadziej w miecze czy choćby kolczugi, gromadzili się na wałach albo dozorowali bramę. Wszystko wskazywało na to, że szykowano się do boju. Miejscowi mogli oczekiwać ataku tylko ze strony wojsk księżnej Berengarii. I to ataku niespodziewanego, skoro dopiero teraz zdecydowali się na ewakuację niezdolnych do walki. Nie przewidywali też zapewne dłuższego oblężenia. Nic dziwnego, o wyniku bitwy jak zawsze rozstrzygnie moc. Księżna zapowiadała, że pod postacią Bereniki zniszczy gród barbarzyńców w akcie zemsty za rzekome zabójstwo ukochanego męża, ale on przecież mimo wszystko ciągle żył. Czegóż więc chciała? Zmartwiał... Musiała nadal pragnąć tego samego, jego własnej śmierci.
     Ocenił spojrzeniem siłę fortyfikacji. Dziedziniec i wszystkie zabudowania otaczały nie kamienne mury zamku, lecz wzmocnione tylko drewnem wały. Wydawały się solidne i wysokie, przekonał się już jednak o tym, że nie stanowiły wystarczającej ochrony przed armią Siedmiu Bram, a przede wszystkim przed prowadzącą ją wiedźmą. Właśnie! Moc! Poszukał jej w sobie i znalazł! Wróciła, a raczej na nowo ją wytworzył. Czuł, że w tej chwili i on mógłby jednym ciosem rozwalić ściany izby. Co tam ściany izby, wały tego kurnika również! Mógłby uciec, bo któż stanąłby mu na drodze? Co tam uciec, mógłby zniszczyć każdego, kto mu zagrozi! Tylko po co uciekać akurat w tej chwili, gdy jest głodny, nagi i boli go głowa? I nie wie, co może czekać go na równinie? Pomimo rozlicznych zagrożeń, moc dawała jednak cudowne poczucie bezpieczeństwa. Już nigdy, przenigdy nie da jej sobie odebrać. Nie da się zwabić w podobną pułapkę jak ta, którą zastawiła na niego Lady Berengaria! Zreflektował się. Czyż nie tak postępowali starożytni czarodzieje i czyż podobno nie prowadziło to ich to prosto w objęcia szaleństwa? Miałby już nigdy nie zaznać rozkoszy uścisków dziewczyny? Nigdy nie doświadczyć tego cudownego napięcia, uczucia gorąca, przepełnienia i uwolnienia? Może z Bereniką? Tak, jej mógłby przecież zaufać. Tylko, że pani i małżonka przebywa w lochach Złotej Bramy, jej los jest teraz bardzo niepewny, a on uciekł wprawdzie wiedźmie, ale w żaden sposób nie potrafi swojej prawowitej pani pomóc!
     Usłyszał kroki za drzwiami i chrobot rygla. Pospiesznie wsunął się pod futro, nie chcąc zaczynać znajomości z Martą od jawnego zlekceważenia jej pierwszego zalecenia. Zamiast starszej kobiety w przejściu stanął jednak mężczyzna w sile wieku, o ogorzałej wiatrem i letnim słońcem Północy twarzy, ubrany w skórzany kaftan z naszywanymi, metalowymi płytkami oraz prosty hełm z nosalem. Ten ostatni zdjął, wchodząc do izby.
     - Jestem tan Arnold – zaczął bez żadnych wstępów. - Pan tutejszych ziem.
     - Marcus z Międzyrzecza, czy raczej z Siedmiu Bram.
     Poczuł zakłopotanie, tkwiąc kompletnie nagi pod skórą niedźwiedzia nie mógł powstać, by ukłonić się i w należyty sposób powitać szlachetnie urodzonego.
     - To już wiem od mojej córki, Aurory. Nie zaryzykowalibyśmy zresztą nowej wojny z tymi wiedźmami dla kogokolwiek innego.
     - Panie?
     - Zerwaliśmy zawarty układ. Parszywy układ, ale dający nam na jakiś czas pokój. Trafiła się jednak wyjątkowa okazja i nie mogliśmy, po prostu nie mogliśmy jej zmarnować. Niech mi Dobrzy Bogowie wybaczą.
     - Obserwowaliście obóz?
     - Oczywiście. Wasza przejażdżka, młodej suki i twoja, nie uszły naszej uwadze. To była ta okazja, nie liczyliśmy nawet na coś takiego. Dlaczego ona chciała cię zabić?
     - Panie?
     - Dlaczego ta krwawa córka wiedźmy próbowała cię zabić? Bo przecież tylko po to wywiozła cię do tego lasu, gdzie mogliśmy cię pojmać. Ona sama ostatecznie uszła cało, ale i my dostaliśmy swój łup. Dlaczego jednak chciała cię zabić?
     - Bo... - Myślał teraz bardzo szybko. Przecież ten cały Arnold powinien wiedzieć, jeżeli córka opowiedziała mu wszystko o swojej własnej ucieczce. Sprawdza swego jeńca? A może... - Nie wiem, panie. Naprawdę nie wiem. Jeżeli tam byłeś i wszystko widziałeś, to musiałeś też widzieć, że podeszła mnie i zaskoczyła.
     - To prawda. Dałeś się nabrać niczym pisklę. Ale trudno się dziwić. Te wiedźmy są bardzo, bardzo podstępne. Może nie zadowalałeś swojej pani i żony?
     - Nie wiem, naprawdę nie wiem.
     - Mam nadzieję, że jednak zadowalałeś. Nie mam czasu na nieudane próby. Zwiadowcy donieśli, że stara wiedźma ruszyła swoje wojska i kieruje się w naszą stronę. Zapewne zażąda, żeby cię wydać. Nie po to cię pojmaliśmy, żeby teraz ot tak, oddać. Ale nie oprzemy się jej mocy. Wojsku może i tak, ale mocy nie. Jeżeli cię wydam, to jest szansa, że ocalę gród i moich ludzi. A ty trafisz w ręce młodej wiedźmy, która próbowała cię zabić. Chcesz tego?
     - Nie, panie.
     - Tak też myślałem. Ale jeżeli mamy stawić jej opór z twojego powodu, to i ty musisz nam pomóc.
     - Panie, ale ja tylko...
     Ugryzł się w język, omal nie powiedział za dużo. Na szczęście tan chciał jedynie szybko zrealizować własne plany. Podszedł do łoża i i odrzucił okrywającą chłopaka skórę.
     - Wygląda to nieźle. Oddasz moc mojej córce, Aurorze. Najszybciej i najwięcej, jak zdołasz. Mam nadzieję, że nie masz z tym żadnych problemów i to nie dlatego naraziłeś się swojej pani? Aurora to dzielna dziewczyna, potrafi przyjąć magiczną siłę i zna wiele zaklęć, tylko zawsze trudno nam o tę przeklętą moc. Ty musisz ją mieć. Od wczoraj minęło dość czasu, żebyś ją zebrał.
     - Panie, chodzi ci o... - Zakłopotany własną nagością Marcus powstał z łoża.
     - Tak, właśnie o to. Aurora czeka tu obok. Już ją widziałeś, niczego jej nie brakuje, więc nie powinno to okazać się przykre. Powinieneś być przyzwyczajony. Z pewnością służyłeś tej swojej krwawej suce wiele razy. Teraz usłużysz mojej córce.
     - Ale...
     - Decyduj się szybko. Właściwie, to i tak nie mam zamiaru cię wydawać. Jesteś zbyt cenny. A jeśli nie zechcesz nam pomóc z własnej woli, to znajdziemy sposób, żeby dostać to, czego potrzebujemy, choćby i bez twojej zgody. To wcale nie jest takie trudne, tylko po co wszystko komplikować?
     Marcus pomyślał, że księżna potrafiłaby wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie, po tutejszych dzikusach nie należało jednak oczekiwać wyrafinowanych metod szlachetnie urodzonych dam Królestwa.
     - Dobrze, zgadzam się.
     Cóż miał do stracenia? W żadnym wypadku nie chciał trafić w ręce Lady Berengarii, czy to w jej własnej, czy to w Bereniki postaci.
     - Tak też myślałem. - Tan klepnął go z rozmachem w plecy. - Do dzieła więc, przyślę tu zaraz Aurorę. Uparła się, żeby zrobić to na osobności. Moim zdaniem, byłoby lepiej, gdyby ktoś jednak czuwał nad wszystkim, choćby Marta. Ale skoro dziewczyna tak właśnie chce, to niech będzie i tak. Uwińcie się szybko, naprawdę nie mamy czasu.
     - Panie, każ dać mi jakieś ubranie.
     - Po co? Do tego, co masz zrobić, nie będzie ci potrzebne, mój chłopcze. A my tutaj nie traktujemy takich spraw z przesadną tajemnicą. - Wódz barbarzyńców roześmiał się rubasznie i pospiesznie wyszedł z komnaty.
     Po chwili do pomieszczenia wsunęła się Aurora. Widział już dziewczynę w roli dumnego jeńca rzekomej Bereniki, osmaloną dymem i w poszarpanych szatach, równie hardej więźniarki rzucanej na łup szalonemu sir Oswaldowi, wtedy w wyszukanej dworskiej toalecie szlachetnej damy z Królestwa, wreszcie, chociaż tylko przez krótką chwilę, jako nagą uciekinierkę skaczącą w ciemność lasu przez otwór wypalony w ścianie wozu. Otwór, który wypalił on sam, zabijając przy okazji pana Czwartego. Tym razem pojawiła się w prostym, domowym ubraniu, luźno skrywającym jej szczupłą figurę. Tyle, że nie zachowywała się ze szczególną dumą.
     - Witaj, sir Marcusie – powiedziała sztywno.
     - Księżniczko Auroro.
     Odruchowo chciał się ukłonić, ale nie uczono go jednak sztuki składania takich dowodów szacunku nago. Skończyło się na nieokreślonym ruchu ręki.
     - Nie jestem żadną księżniczką – żachnęła się, odzyskując naturalny wigor.
     - Tak nazywały cię lady Berengaria i Berenika.
     - Tylko po to, żeby ze mnie drwić, książę. Nazywaj mnie po prostu Aurorą, jak wszyscy.
     - To i mnie nazywaj Marcusem.
     - Ale ty jesteś przynajmniej prawdziwym, szlachetnie urodzonym panem, prawdziwym księciem.
     - Jeszcze nie tak dawno mówiłaś o mnie inaczej.
     Nie potrafił powstrzymać się przed przypomnieniem jej, że nazywała go psem i niewolnikiem krwawej suki. Właściwie, miała zresztą wtedy trochę racji. Mimo to sprawiała wrażenie zakłopotanej, też musiała o tym pamiętać.
     - Wiesz, dlaczego tak o tobie myślałam... Służyłeś jej swoją mocą, żeby mogła mordować naszych ludzi. Teraz nie jestem już taka pewna...
     - To prawda, musiałem to robić i wcale nie jestem z tego dumny. – Ułatwił jej zadanie.
     - Ale potem... To ty. To mogłeś być tylko ty. Zorientowała się w końcu i dlatego chciała cię zabić? Słyszałam o tym od ojca.
     - Tak. Wiedziałem, co oni chcą uczynić. Widziałem to już kiedyś i po prostu nie mogłem...
     Wróciły straszne wspomnienia śmierci Anity. Aurora podeszła i położyła mu dłoń na ramieniu.
     - Myliłam się, nazywając cię kundlem... Jesteś przynajmniej rasowym mastiffem.
     Roześmiał się mimo woli, dziewczyna zawtórowała i napięcie opadło.
     - Ale twój ojciec, tan, nie wie chyba wszystkiego?
     - Nie powiedziałam mu. Tylko tyle, że wiedźma chciała mnie zastraszyć, rzuciła ogniem, ale nie wiadomo z jakiego powodu okazał się zbyt silny, wybiła dziurę i tak udało mi się uciec.
     - Ale dlaczego?
     - Ty głupcze! A co miałam mu powiedzieć? - Ściszyła głos. - To, że sam potrafisz używać mocy? Wtedy z miejsca by cię zabił i tyle. Gdy tylko miałby okazję. Albo pozwoliłby, żeby zrobiła to wtedy ta twoja żona. Nie byłoby mowy o żadnym porwaniu. Nawet teraz może cię zabić.
     - Wy też boicie się mężczyzn czarowników?
     - To nie tak. Wprawdzie nasi mężczyźni potrafią często rzucać czary, ale zawsze brakuje im mocy. Ty, to co innego, pan szlachetnej krwi z Południa. Sama widziałam, jaką siłę potrafisz zgromadzić. Dlatego ciebie z pewnością by się wystraszyli, ojciec i inni. Jesteś przecież wrogiem.
     - To trzeba im było powiedzieć.
     - Dobrzy Bogowie, ależ z ciebie głupiec! Przecież ja nie chcę, żeby cię zabili. Nie po tym, gdy mi pomogłeś, gdy mnie uratowałeś.
     - To dlaczego nazywasz mnie wrogiem?
     - Może i nie jesteś prawdziwym wrogiem, ale prawdziwym durniem to na pewno.
     Wyczuł, że ta pozornie gniewna odpowiedź pokryła w istocie zmieszanie Aurory
     - Wiesz, co musimy zrobić. Nie mamy teraz czasu na rozmowy. Te twoje wiedźmy mogą pojawić się tutaj w każdej chwili. Musisz dać mi moc, szybko. - Zdecydowanym ruchem pozbyła się swojej niewyszukanej szaty, pod którą okazała się całkiem naga.
     - Tak po prostu?
     - A jak inaczej? Masz z tym jakiś problem? Aż tak bardzo ci się nie podobam? Tej swojej krwawej suce dawałeś magiczną siłę bardzo ochoczo, a ona chciała cię za to zabić.
     - Dlatego stanę teraz przeciwko niej! Z całą mocą, jaką zdołam zebrać. Ja sam! Tylko pokaż mi, jak rzuca się inne czary. - Za późno ugryzł się w język
     - To ty nie wiesz? - zdumiała się dziewczyna. - Przecież... Myślałam, że...
     - Wiem jak posłać ogień i to wszystko. Potężny ogień, sama widziałaś. Ale to nie wystarczy, żeby walczyć z wiedźmą.
     - O Bogowie... Na pewno nie wystarczy, dlatego musisz szybko dać moc mnie.
     - A wtedy ty... Zrobisz może to samo, co Berenika... - Pamiętał, by posłużyć się imieniem pani i małżonki, niech mu ona sama i Dobra Bogini wybaczą.
     - Ty głupcze - W głosie dziewczyny nie wyczuł wrogości. - Gdybym chciała twojej zguby, to już dawno opowiedziałabym ojcu o wszystkim. Nie chcę, żebyś zginął. Ojciec też tego nie chce. Wprawdzie on jedynie dlatego, że jesteś dla nas wszystkich cenny, ale ja nie tylko z tego powodu...
     - To pokaż mi, jak rzucać czary!
     - Nie... Nie mogę. Aż tak bardzo ci nie ufam. A zresztą, gdyby nasi zobaczyli, że potrafisz czarować, zabiliby cię szybciej niż obydwie te twoje wiedźmy razem wzięte. Oni ufają ci jeszcze mniej niż ja.
     - To co mam zrobić, żebyś mi zaufała?
     - Daj mi moc, Marcusie. Tak będzie najlepiej dla nas wszystkich. Daj z własnej woli, proszę...
     - Twój ojciec, tan, mówił coś o tym, że możecie dostać tę magiczną siłę i bez mojej zgody. Widywałem już takie rzeczy, wzięłabyś udział w czymś takim?
     - Marcusie, proszę. Nie chciałabym tego, uwierz. Ale teraz muszę pomóc naszym ludziom!
     - Dokładnie to samo mówiła lady Berengaria. I Berenika również – dodał pospiesznie.
     - Nie chcę być taka jak one, uwierz. Dlatego proszę, żebyś oddał moc z własnej woli.
     - Mam ci zaufać? Ale ty sama nie ufasz mi na tyle, żeby pokazać, jak rzuca się czary.
     - To dla twojego dobra, już to mówiłam.
     - Wszyscy ciągle to powtarzają. To tylko dla twojego dobra, ochraniacz, ślub, oddawanie mocy. Czary tylko by ci przeszkadzały, nawet Demon by ci przeszkadzał. Lepiej zapomnij o tym koniu.
     - Mówisz o tej czarnej bestii?
     - Tak, to Demon. Mój przyjaciel, uratował mi wczoraj życie. Co z nim?
     - Trzymamy go w stajni. To prawdziwy potwór, chociaż spętany, z trudem daje się opanować. Omal nie rozwalił przegrody. Wszyscy się go boją.
     - Pozwól mi się nim zająć.
     - Dobrze... Poproszę ojca... A ochraniacz... Masz na myśli te przyrządy, którymi podobno damy z Królestwa skuwają męskość swoich małżonków, żeby zapanować nad oddawaniem przez nich nasienia oraz mocy, a i nimi samymi również? Szczęśliwie, nie nosisz teraz czegoś takiego na sobie. - Uśmiechnęła się z zadowoleniem, bez cienia skrępowania.
     - Nie noszę, ale musiałem zwykle nosić, poza chwilami gdy...
     - Gdy oddawałeś moc tej suce? To już przeszłość. Nie uznajemy podobnych, cywilizowanych sposobów. I nawet nie umielibyśmy czegoś takiego sporządzić. Nie chciałabym zresztą widzieć cię w tym całym ochraniaczu, Marcusie.
     - Ale moc wzięłabyś siłą, gdyby okazało się to potrzebne...
     - Marcusie, przestań się boczyć. Przecież takiej potrzeby nie będzie... - Dotknęła dłonią przyrodzenia chłopaka i zaczęła drażnić je palcami z całkiem sporą wprawą – Obiecuję, że ani tego, ani ochraniacza. I poproszę ojca, żeby zwrócił ci konia. Ale teraz musisz dać mi swoją magiczną siłę.
     Nie potrafił się sprzeciwić. Nawet nie dlatego, że pieszczoty dziewczyny stawały się coraz bardziej śmiałe i intensywne. Ona miała w sumie rację. Cóż zyskałby opierając się, powodowany tylko uporem i własną dumą? Straciłby jedynego, być może, sojusznika. I miałby użyć mocy przeciwko samej Aurorze albo jej ludziom? Pewnie byłby w stanie zabić wielu z nich, bardzo wielu. Ale właściwie po co? I co dalej? I do tego... Aurora nie była wprawdzie Bereniką, którą kochał, z pewnością nie znała tylu wyrafinowanych sposobów sprawiania rozkoszy co Lady Berengaria, ale pozostawała przecież urodziwą, pełną życia dziewczyną. Przytuliła się, wciskając własne piersi w tors chłopaka. Jej dłoń nadal pieściła męskość Marcusa. Ujęła teraz penisa, przesuwając palcami w górę i w dół, wzmacniając przy tym nacisk na spodnią stronę przyrodzenia. Natychmiast stwardniał..
     - Nie opieraj się, proszę - wyszeptała. - Musimy to zrobić, im szybciej, tym lepiej.
     - A skąd brałaś moc do tej pory, bo przecież...
     Nie dokończył pytania, które właśnie przyszło mu do głowy. Aurora zamknęła usta chłopaka pocałunkiem.
     - Czy to ważne? Czy to ważne w tej chwili?
     Wzmocniła uchwyt i drażniła teraz palcami odsłonięty czubek fallusa. Jęknął z rozkoszy i odrobiny bólu. Akurat takiej, która wzmacniała tylko rozkosz. Z pewnością Aurora nie zachowywała się niczym niedoświadczona nowicjuszka. Ta myśl również odpłynęła równie szybko, jak się pojawiła. Próbował i on pieścić piersi dziewczyny, potem sięgnąć pomiędzy uda. Potraktowała to obojętnie, wyglądało na to, że nie potrzebuje i nie oczekuje wzajemności. Poczuł się trochę zawiedziony, mimo wszystko chciał dać jej wszystko, co najlepsze, skoro już do tego doszło. Wyczuła, że cały odrobinę zesztywniał, gdy nie ułatwiła mu dostępu do swego miejsca rozkoszy. W odpowiedzi zdwoiła własne starania, przyspieszając ruch dłoni i delikatnie drażniąc główkę penisa paznokciami.
     - Nie trzeba, teraz nie mamy czasu, a ja nie chcę... Nie chce poznawać cię w pośpiechu... Będą inne okazje, jeżeli wszystko pójdzie dobrze.
     Jęknął i poddał się fali rozkoszy, która właśnie nadchodziła. Gdy zrodzona w głębi trzewi kula gorąca płynęła ku nieuniknionemu wyzwoleniu, dziewczyna ścisnęła fallusa i powstrzymała na krótką chwilę erupcję. Zamierzała najwidoczniej wsunąć penisa w przeznaczone mu miejsce.
     - Nie, nie tak – wydyszał, przejmując uchwyt. - Padnij na ręce i kolana, z mocą tak jest zawsze najlepiej.
     Usłuchała bez sprzeciwu, łoże znajdowało się tuż obok. Najszybciej jak potrafił zajął odpowiednią pozycję za pośladkami dziewczyny i wepchnął nabrzmiałą łodygę w jej otwór. Niezbyt wilgotny, napotkał więc pewien opór. Aurora jęknęła, ale sama naparła biodrami. Potem poszło już łatwiej. Kolejne pchnięcia, wypełniony gorącem fallus, gwałtowne, rozkoszne uwolnienie, coraz bardziej posuwiste ruchy penisa. Jego własne jęki, przemieszane z cichymi okrzykami dziewczyny, nie miał pewności, bólu czy rozkoszy. I znajome ssanie. Może nie aż tak silne, jak w przypadku Bereniki czy Lady Berengarii, ale jednak. Nie podlegający dyskusji dowód, że cokolwiek by Aurora nie mówiła, w jej żyłach musiała płynąć szlachetna krew. Może i nie była prawdziwą księżniczką, ale czarownicą na pewno.
     Osunął się wreszcie bezsilnie na posłanie. Poprzednim razem próbowano go w takiej chwili zamordować. Ale wtedy służył wiedźmie. Ostrożnie przesunął rękę. Czuł osłabienie, ale nic innego nie krępowało jego ruchów. Tymczasem dziewczyna poderwała się z łoża i pospiesznie narzuciła swoją niewyszukaną szatę. Stanęła w drzwiach, odwróciła się jednak.
     - Nigdy nie myślałam... Marcusie, nigdy nie myślałam, że można posiadać aż tyle mocy! Wasze wiedźmy mają szczęście, skoro dajecie im taką potęgę! Ale teraz i ja zdobyłam prawdziwego księcia! Niech strzegą się obydwie krwawe suki z Siedmiu Bram. I wszystkie inne również!
     - Co chcesz zrobić?
     - Idę się przebrać i ruszam na wały. Będę gotowa na ich przybycie. Dzisiaj z pewnością pójdzie inaczej, niż poprzednim razem.
     - Uważaj, lady Berengaria jest bardzo przebiegła.
     - Nie obawiam się jej, niech przyjdzie. Ona, albo ten jej pomiot.
     - Każ przynajmniej dać mi jakieś ubranie. Nie chcę czekać tu na wynik waszego starcia zupełnie nagi.
     - Dobrze, przyślę Martę.
     Przepełniona mocą i optymizmem Aurora zniknęła za drzwiami, a on czekał na obiecane odzienie.

4 702 czyt.
100%384
nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne i fantasy, użył 4001 słów i 22356 znaków.

4 komentarze

 
  • Mily

    Mily · 25 lis 2018 · 193944193

    Oby ochota Ci nie przeszla na nastepne czesci

  • emeryt

    emeryt · 24 lis 2018 · 202091556

    @nefer, dziękuję Tobie za kolejny odcinek taj wspaniałej sagi o Marcusie. Jednak świat jest ciągle taki sam, a właściwie to pogoń bohaterów za siłą, sławą i sexem . Pozdrawiam czekając na kolejne odcinki twojej wspaniałej sagi.

  • Almach99

    Almach99 · 23 lis 2018

    Miales racje autorze, czarownice osiagaja Stan euforii, zachlysniecia sie moca Zaraz po stosunku. To moze byc ich slaba strona.
    Co jak co, ale Na kolejka czesc Bede czekal z niecierpliwoscia.

  • AnonimS

    AnonimS · 23 lis 2018

    Rozdawca mocy ...hmm całkiem fajne zajęcie.   . A na poważnie..bardzo ciekawa część, choć dla mnie to.że Marcus oddał moc Aurorze, nie było zaskoczeniem.  Musieli się  jakoś bronić przecież przed Berengarią. Ale Marcus ma pecha. Kolejna kobieta, która chce tylko mocy. Pozdrawiam