Nowy Świat Czarownic, cz. 32

Wbrew oczekiwaniom chłopaka nie wyruszyli już tego dnia w dalszą drogę. Czyżby księżna nie straciła jeszcze nadziei na schwytanie Aurory? Z nadejściem poranka z obozu rozesłano na wszystkie strony silne patrole, ale nie wróżył im powodzenia. Lady Berengaria także nie mogła chyba mieć złudzeń. Znajdowali się w głębi terytorium wroga, uciekinierka natomiast u siebie. Teraz to już na pewno nikt jej nie złapie. Pomimo tego stali w zakolu rzeki jeszcze dwa dni i zdaniem Marcusa tracili tylko czas, oczekując powrotu zwiadowców. Ale nie znał się przecież na sprawach prowadzenia wojny.
     Nie traciła za to czasu sama pani Siedmiu Bram. Każdego wieczoru pojawiała się w namiocie pod postacią Bereniki i domagała praw małżonki. Nie wdawała się przy tym w żadne wymyślne gry, nie stosowała przebiegłych, uwodzicielskich sztuczek, nie przebierała za elegancką damę, czy też wyzywającą wojowniczkę. Po prostu życzyła sobie szybkiego zbliżenia, możliwie prostymi sposobami podniecała rzekomego małżonka i przyjmowała nasienie oraz moc. Czy odczuwała przy tym jakąkolwiek satysfakcję? Może i tak, skoro magiczna siła zawsze była dla niej najważniejsza. Co prawda, nie mógł ofiarowywać tej mocy tyle co zwykle, skoro musiał oddawać ją niemal nieustannie. Na własne ćwiczenia nic w praktyce nie zostawało, zresztą tymczasem nie ośmielał się na żadne próby, szczęśliwy, że dotychczas nikt o nic go nie podejrzewa.
     Armia ruszyła wreszcie z miejsca. Jak należało się spodziewać, Aurory nie schwytano, ale księżna zdawała się wcale tym nie przejmować. Parła w głąb ziem barbarzyńców, przejawiając teraz zdwojoną energię. Wszędzie jej było pełno, prowadziła kolejne wypady, podczas których szafowała hojnie mocą, wspierając swoje wojska. Raz czy drugi towarzyszył przy takich okazjach pani Siedmiu Bram, udającej własną córkę. Stawał się też świadkiem podobnych masakr jak podczas pierwszej potyczki i szturmu gródka Aurory. Nie napotkali już nigdzie prób magicznego przeciwdziałania, a on sam nie odważył się nic uczynić. Zazwyczaj brakowało mu zresztą sił, skoro rzekoma Berenika nadal regularnie korzystała ze swoich praw. Nic w tym zresztą dziwnego, skoro pozostawał obecnie jedynym liczącym się dawcą mocy w dyspozycji wiedźmy. Posuwając się naprzód, stopniowo łączyli się z kolumnami wysłanymi z innych fortec. Siły księżnej systematycznie więc rosły, przynajmniej jeśli chodzi o liczbę zbrojnych. Barbarzyńcy walczyli z odwagą, ale bez szczególnego powodzenia. Marcus musiał dojść do nieuchronnego wniosku, że wcale nie są tak groźni, jak ich przedstawiano. Owszem, mogli od czasu do czasu napaść na jakąś pograniczną, zagubioną w lasach wioskę. Powodowani zresztą bardziej niedostatkiem, niż żądzą krwi i łupów. Przeciwnie, to oni sami stali się obecnie obiektem bezlitosnego najazdu. Czy księżna powtarzała podobne akcje co roku? Aby zachować wojska w gotowości i usprawiedliwić utrzymywanie tak licznych oddziałów?
     Tymczasem posunęli się daleko na północ, pozostawiając za sobą krew i pożogę. Dni, chociaż nadal długie, stawały się już krótsze. Rozbuchane, ale szybko przemijające północne lato chyliło się z wolna ku przypominającej o swoim nadejściu jesieni. Doniesiono o kolejnym gródku barbarzyńców, silniejszym jakoby niż te, które zniszczyli do tej pory. Marcus spodziewał się zdecydowanego ataku przy użyciu powiększonej, napastniczej armii oraz pochodzącej z jego lędźwi mocy. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Zamiast tego rozbili obozowisko w odległości dobrego dnia marszu i czekali. Wśród żołnierzy krążyły pogłoski, że zgnębieni barbarzyńcy przysłali jakoby poselstwo, z prośbą o pokój i ofertą jakiegoś okupu. Do żadnych szczegółów tych rozmów go nie dopuszczono, księżna nie zamierzała też zdradzać ich podczas codziennych wizyt w namiocie chłopaka. Cóż to miałby być za okup, nie miał pojęcia, wielkich bogactw, złota czy srebra tutejsi mieszkańcy nie posiadali, a brańców armia i tak pojmała już sporo. Może ludzie północy złożą daninę z niezbyt licznych stad bydła?
     Obozowali tak przez jakiś czas, ku zadowoleniu odpoczywającego wojska. Pani Siedmiu Bram nadal regularnie wizytowała namiot Marcusa, korzystając z postaci księżniczki Bereniki. Czyniła to wieczorami, wcześniej zajęta jakoby wykonywaniem rozkazów zleconych jej przez matkę. Dlatego chłopak zdziwił się trochę, gdy trzeciego dnia pojawiła się wczesnym popołudniem.
     - Witaj, Marcusie. Wybacz, że ostatnimi czasy trochę cię zaniedbywałam i odwiedzałam tylko w wiadomym celu. Wojna ma swoje prawa.
     - Rozumiem to, pani i żono. Znam moje obowiązki i staram się je wypełniać.
     - Miałam nadzieję, że nie traktujesz oddawania mocy tylko jako obowiązku. Ubolewam nad tym, że ostatnimi czasy mogłam poświęcić ci mniej uwagi i dzisiaj chciałabym to wynagrodzić. Zapraszam cię na wspólną przejażdżkę.
     - Na przejażdżkę, teraz i tutaj?
     - Wojna dobiega końca. Barbarzyńcy dostali nauczkę i przystali na warunki podyktowane im przez panią Siedmiu Bram. Wkrótce wracamy, a ja chciałabym ofiarować ci coś więcej, niż tylko przelotne spotkania. Uprosiłam matkę i zgodziła się. Pamiętam, że lubiłeś kiedyś nasze wyprawy... Dam ci Demona.
     - Dasz mi Demona? I zdejmiesz ochraniacz? Nie boisz się, że ucieknę, Szlachetna Pani?      Pomimo silenia się na ironię, odczuł radość. Od tak dawna nie galopował na grzbiecie przyjaciela.
     - Miałbyś uciekać od boku ukochanej pani i małżonki? W środku głuszy pełnej barbarzyńców? Nie mówię już o zbrojnej eskorcie, bo tę pewnie bez trudu zostawiłbyś za plecami. Pomyśl też jednak o Sudrun... Co prawda, nieodżałowany pan Czwarty już nie żyje, ale jednak... I jaką przykrość sprawiłbyś księżniczce Berenice...
     - Właśnie. Czyż Berenika nie powinna również dosiąść Demona przy takiej okazji? Wszyscy wiedzą, że poskromiła tego konia i lubi na nim jeździć. Nie obawiasz się tego, pani?
     - Nikt nie będzie pytał. A gdyby jednak... Odmienny stan księżniczki przestanie być wkrótce tajemnicą. Najwyżej ogłosimy tę nowinę wcześniej, to wiele wyjaśni.
     - Ale dlaczego? Skąd taka łaskawość?
     - Chcę, by była to naprawdę udana przejażdżka. Korzystaj więc z okazji, książę, dopóki się nie rozmyślę.
     - Jak sobie życzysz, pani i żono. Jestem twoim posłusznym sługą, Milady.
     Zaintrygowany i pomimo wszystko radośnie podekscytowany, dostosował się do kaprysu Lady Berengarii. Nigdy nie podejrzewałby wyrachowanej pani Siedmiu Bram o podobne, romantyczne zachcianki. Może niezadowolona ze zbyt małej ilości mocy, którą był w stanie służyć jej podczas codziennych, pospiesznych i niezbyt wyrafinowanych zbliżeń, postanowiła pobudzić pragnienia i fantazje niechętnego kochanka? Ostatecznie, kilka razy przyznała już, że miłość to najlepszy sposób na samego Marcusa. Nieważne, jeżeli dzięki temu dosiądzie Demona, to niech wiedźma robi co chce. Prawdziwa Berenika na pewno wybaczy.
     Nie tracąc czasu, rzekoma księżniczka poleciła przygotować ogiera oraz własnego konia, zdjęła ochraniacz i ruszyli z obozowiska. Niezbyt szybko, bo chociaż dosiadał śmigłego przyjaciela, dostosował tempo do możliwości wierzchowca księżnej oraz zwierząt zbrojnych z eskorty. Wprawdzie, zgodnie ze słowami Lady Berengarii, obecnie bez trudu pokazałby im wszystkim plecy, ale dokąd miałby uciekać? Do barbarzyńców? Pomimo zawartego jakoby układu, potraktowaliby go z pewnością jak wroga. Albo przeciwnie, wydali w ręce księżnej. Pamiętał też o ledwie zawoalowanych groźbach wiedźmy.
     W trakcie jazdy unikali rozmowy. Po jakimś czasie zagłębili się w las i posuwając ledwie widoczną ścieżynką dotarli do niewielkiej polany. Pani Siedmiu Bram rozejrzała się uważnie i odesłała straż.
     - Tutaj będzie dobrze - oświadczyła. - Zechcesz pomóc przy zsiadaniu z konia, książę?
     - Jak sobie życzysz, pani.
     Zsunął się z grzbietu Demona i przytrzymał uzdę wierzchowca rzekomej Bereniki. Zeskoczyła zręcznie na ziemię.
     - Dziękuję, książę. To miło skorzystać z takiej usługi pana i małżonka. A tobie nie powinna być ona przykrą, sir Marcusie.
     Wyciągnęła w jego stronę rękę, spodziewając się zapewne, że ucałuje dłoń damy niczym elegancki, dobrze wychowany pan szlachetnej krwi.
     - Czy nawet tutaj musimy udawać, Milady? - spytał cicho.
     - Tak byłoby o wiele przyjemniej dla nas obojga, ale jak chcesz, książę. Obiecałam ci twojego konia i tego dotrzymałam. A ty po raz kolejny chcesz zawieść moje oczekiwania wobec dwornego pana i dawcy mocy.
     Pomyślał o Sudrun, o prawdziwej Berenice, wreszcie o dramatycznej ucieczce Aurory oraz swoim własnym udziale w tej ostatniej sprawie. A więc dostarcza mniej magicznej siły i wiedźma zamierza coś z tym zrobić... Po co wzbudzać niepotrzebne podejrzenia, może istotnie lepiej zatracić się w zaproponowanej grze? Może wtedy potrafi się przemóc i w rezultacie spisze się lepiej? Przyklęknął na jedno kolano i w elegancki sposób ucałował ofiarowywaną mu nadal dłoń. A raczej czubki palców, osłonięte skórą jeździeckiej rękawiczki.
     - Jestem do twoich usług, Szlachetna Pani.
     Mimo wszystko, nie potrafił nazwać w tej chwili wiedźmy imieniem Bereniki, obdarzyć mianem pani i małżonki. Księżnej zdawało się to jednak nie przeszkadzać.
     - Dziękuję, sir Marcusie - powtórzyła. - Zawsze z radością przyjmuję twoje służby. Przywiąż konie i wyjmij z sakwy wino.
     - Może puszczę je wolno, niech skorzystają ze świeżej trawy. Lato już się kończy. Demon na pewno nie ucieknie. I dopilnuje twojej chabety, Dostojna Pani. - Nie odmówił sobie drobnego przytyku.
     - Jak chcesz. - Lady Berengaria wzruszyła ramionami. - To twoja przejażdżka, mężu i panie.
     Podczas gdy zajmował się końmi i napełniał dwa kielichy zawartością niewielkiego, zapieczętowanego dzbana, rzekoma Berenika wydobyła pakunek z prowiantem. Nic szczególnie wyszukanego, zimne pieczyste, ser, chleb, owoce. Poczuł jednak głód i z zadowoleniem pomyślał o przezorności towarzyszki. Skosztowali tych wiktuałów oraz nadspodziewanie szlachetnego w smaku wina. Sztywność i dystans chłopaka wyraźnie zmalały.
     - Sir Marcusie, nie przyjechaliśmy tu tylko po to, by zjeść posiłek na łonie natury. Przecież wiesz... - Strzepnęła i na nowo rozłożyła koc, z którego korzystali podczas pikniku. - Chciałabym..., Chciałabym, abyś to ty pozbył się dzisiaj dla mnie i na moich oczach ubrania...
     - Pani, z pewnością nie potrafię uczynić tego w sposób równie zachwycający jak ty.
     - Czyżby nie uczono cię tej sztuki na wyrafinowanym dworze Międzyrzecza? A może ćwiczyłeś tylko z wymyślnym strojem dworskim?
     - Tak, w istocie, Szlachetna Pani – odparł lekko zakłopotany.
     - Nie szkodzi. Tu, na Północy, częściej mamy okazję uwolnić się od tych uciążliwych niekiedy konwenansów. Jestem pewna, że świetnie sobie poradzisz. Zaczynaj, książę.
     Nie miał zamiaru odgrywać jakiejś uwodzicielskiej sceny na użytek wiedźmy, pamiętał przecież, że to nie jego prawdziwa pani i małżonka. Rozebrał się po prostu w zwyczajny raczej sposób. Księżna wydawała się mimo to usatysfakcjonowana, a przynajmniej nie okazywała niezadowolenia.
     - A teraz, mam nadzieję, że zechcesz i mnie pomóc w zdjęciu moich ubrań. Jeżeli nie uczono cię również tego, w jaki sposób pomoc damie w pozbyciu się stroju do jazdy konnej, to z przyjemnością sama udzielę ci instrukcji.
     Tu akurat nie był wcale aż tak nieobyty. Tamara i Sudrun urozmaicały wspólne przejażdżki także w taki właśnie sposób. Nie zamierzał jednak zdradzać się z tą wiedzą, tym bardziej, że księżna ochoczo spełniała swoją obietnicę, nie ograniczając się do wskazówek słownych, ale często prowadząc ręce chłopaka i wiodąc jego dłonie w bardzo ciekawe miejsca. Przy okazji obdarzała go pieszczotami, najpierw ramion, szyi, torsu, potem sięgnęła niżej i ostanie fragmenty jej garderoby zdejmował z przyrodzeniem uwolnionym wprawdzie z niewoli ochraniacza, ale uwięzionym za to w innym uścisku, który wcale nie wydał mu się nieprzyjemnym. Na koniec przywarła do kochanka, szukając pocałunku.
     - Doskonale, książę. Posiadasz liczne talenty, które, mam nadzieję, za chwilę okażesz również w innej służbie dla damy.
     Położyła mu ręce na ramionach i lekko nacisnęła, skłaniając, by uklęknął na miękkiej trawie. Przysunęła głowę chłopaka do własnego łona, a gdy odnalazł ustami i językiem tajemny punkt rozkoszy, chwyciła za uszy i docisnęła zdecydowanym, chociaż łagodnym ruchem.
     - Tak, piękny książę, chciałabym spróbować i w taki sposób. Może ta służba sprawi ci wreszcie rozkosz.
     Nie odpowiedział, tylko wpił się językiem w wilgotniejące, szczególne miejsce każdej kobiety. Tego rodzaju szkolenie też już przechodził, a niektóre z przydzielonych mu dziewcząt bardzo lubiły podobne zabawy, niezależnie od otrzymanych od matki rozkazów. A przynajmniej tak później mówiły. Liczył, że nie kłamały, by sprawić młodemu paniczowi przyjemność, zwykle nie ukrywały zresztą swoich reakcji. Podobnie działo się i teraz. Powracając pamięcią do przyjemnych chwil spędzonych w Międzyrzeczu, wyobrażając sobie, że klęczy pomiędzy nogami sierżant Tamary, pracował wytrwale językiem. Początkowo poruszał powoli, z góry na dół. Gdy po pewnym czasie nagrodzony został pierwszymi drgnięciami mięśni i cichymi westchnieniami zadowolenia, gwałtownie przyspieszył. Wiedział z doświadczenia, że tego nowego tempa nie wytrzyma zbyt długo, ale westchnienia przerodziły się w jęki, a drgnięcia w coraz silniejsze skurcze. Księżna wzmocniła uchwyt, po chwili puściła jednak uszy kochanka i zaczęła ugniatać dłońmi jego szyję oraz ramiona. Gdy poczuł, że siła uchwytu oraz gwałtowność doznawanych przez nią dreszczy przestały wzrastać, nagle zwolnił.
     - Nie przerywaj! - rozkazała, czy też jęknęła.
     Nie miał takiego zamiaru, zmienił tylko sposób pracy języka. Teraz poruszał nim poprzecznie, wolno i szybko na zmianę, używając samego tylko czubeczka albo całej, bardziej szorstkiej powierzchni. To zawsze działało i Tamara albo Inga reagowały niczym dobrze nastrojona lutnia w zręcznych dłoniach minstrela. Potrafił wygrywać na takich instrumentach całkiem udane melodie, improwizowane, ale nie ustępujące dziełom prezentowanym na dworze margrabiny przez wędrownych muzykantów. Księżna okazała się wdzięcznym obiektem starań, nie dbał już o to, czy naprawdę doznawała rozkoszy, czy tylko udawała, by podniecić kochanka i osiągnąć własne cele. Coraz głośniejsze jęki i dreszcze, które wyczuwał, sprawiły, że i on stwardniał. Tym razem wiedźma powinna być zadowolona. W obecnym stanie napełniło to chłopaka dumą i nie dbał o inne okoliczności.
     Lady Berengaria przeciwnie. Nawet jeżeli naprawdę dała się ponieść namiętności, to w chwili, gdy wydarł z jej ust serię najgłośniejszych i nabrzmiałych emocjami jęków, gdy gwałtowny dreszcz przeszył jej ciało, nie zapomniała o mocy. Oderwała głowę kochanka, opadła na kolana i przywołała go gestem dłoni. Doskonale wiedział, o co chodzi. W taki sposób nasienie trafiało najgłębiej i nie marnowała się ani odrobina magicznej siły. Niech jej będzie, on nie ma zamiaru sprzeciwiać się w takim momencie. Gorące, wilgotne wnętrze chętnie witające nabrzmiałego fallusa, silne pchnięcia bioder, pełna żaru, eksplodująca kula, rozkosz uwolnienia, uczucie ssania, a potem osłabienie. To też nie było mu obce. Wyczerpany, leżał na trawie, oczekując słów pochwały i zadowolenia. Czuł, że oddał więcej mocy niż przez ostatnich kilkanaście dni, pomimo tego, iż służył księżnej nie dalej jak wczoraj. Przyglądał się leniwie, jak emanując energią przywdziewa strój jeździecki. Tym razem nie korzystała już z jego pomocy. Miał szczerą nadzieję, że pani Siedmiu Bram pozwoli mu jeszcze przez chwilę odpocząć, zanim będą musieli wracać do obozu. Wśród drzew czaiły się już pierwsze pasma nadchodzącego zmierzchu. Spróbował podnieść się na nogi, przeklęte osłabienie nadal trzymało go jednak w swoich szponach. Odczekał kilkanaście oddechów. Jeszcze raz i znowu bez powodzenia. Poczuł niepokój, coś wyraźnie było nie w porządku. Oddawał moc nie pierwszy raz i związana z tym słabość nigdy dotąd nie zmuszała tak długo do bezsilnego bezruchu.
     - Nie kłopocz się, książę. Szkoda twoich starań. - Księżna, w pełni już ubrana, obserwowała chłopaka z dziwnym, ujawniającym satysfakcję, ale i smutnym zarazem uśmiechem. - To nie zależy od ciebie. A przynajmniej, teraz już nie. Ja również muszę zrobić to, co muszę. Choćby nawet niechętnie i z żalem.
     - O czym ty mówisz? Czy to ty mnie unieruchomiłaś?
     - Tak, sir Marcusie.
     - Dlaczego? Czyż nie dałem ci mocy? Więcej niż zwykle?
     - Owszem, dałeś. Po raz ostatni jednak. Czynię to z żalem – powtórzyła. - Ale tak musi być. Nie mam innego wyboru.
     - Co to ma znaczyć?
     Niepokój wzmógł się w dwójnasób. Nadal nie mógł w żaden sposób poruszyć ręką czy nogą, żadną zresztą częścią ciała, poza ustami i językiem. Wyssany przed chwilą z magicznej siły, nie użyje też żadnego zaklęcia, jedynego, które zna.
     - Zadziwiłeś mnie, książę. Bardzo zadziwiłeś. Tak bardzo, że dałam się nawet zaskoczyć. Nie spodziewałam się, że akurat ty, jako pierwszy od wieków mężczyzna, opanujesz sztukę posługiwania się czarami. W jaki sposób? Czyżby to margrabina? Albo twoja siostra? W zamian za to, że dawałeś im swoją moc? Nie wierzę w to jednak. To musiała być Berenika, szalona dziewczyna. W Międzyrzeczu nie znali zresztą sztuki rzucania takich kul ognia.
     Milczał, nie chcąc niebacznym słowem zaszkodzić ukochanej. Wiedźma nie oczekiwała zresztą odpowiedzi.
     - Przyznaję, tego się nie spodziewałam. Pierwszy raz użyłeś mocy na poważnie podczas tamtego szturmu. Piękny czyn, godny szlachetnie urodzonego pana. Cios w plecy. A ja przypisałam to tej Aurorze. Ona nigdy nie zdołałaby posiąść podobnej siły, bo i skąd? Ty, to co innego, mój książę. Stara, dobra krew. I jesteś przecież wyjątkowo uzdolniony, to dlatego cię kupiłam.
     - Uwięziłaś Berenikę, kradłaś moją moc, oddawałaś niewinne dziewczęta temu zwyrodnialcowi, sir Oswaldowi, upodliłaś sir Adriana. Kto wie, co jeszcze uczyniłaś? To nie dziw się, że próbowałem wykorzystać okazję, choćby uderzając w plecy. - Nie było już sensu udawać, wygarnął więc wiedźmie od serca.
     - Właśnie. Nieszczęsny sir Oswald... Miał swoje wady, ale bywał przydatny. Ty jednak musiałeś go nienawidzić. I nienawiść cię zaślepiła. Jego śmierci nie dało się już w żaden sposób zrzucić na tę całą dzikuskę. Ona nie miała, po prostu nie mogła zachować aż takiej siły. I na pewno nie zdołałaby jej na nowo zdobyć, przebywając w mojej niewoli. To ty, nikt inny tylko ty, książę, spaliłeś pana Czwartego. Zrozumiałam to, gdy tylko spokojnie zebrałam i rozważyłam fakty. Nie było innej możliwości. I poddałam cię próbie, sir Marcusie. Ofiarowałeś bardzo mało magicznej siły, gdy odwiedziłam cię następnego ranka. Bardzo mało, chociaż wielce się starałam. Oczywiście, zużyłeś całą moc w tym ognistym wybuchu. Od razu stało się jasne, dlaczego po szturmie gródka również spisałeś się słabo. Z tego samego powodu.
     - Pozwoliłaś mi wierzyć, że przypisujesz obydwa ataki Aurorze.
     - Marcusie, jesteś jeszcze taki naiwny... - powiedziała to niemal z czułością. - A co mogłam zrobić? Trwała wojna, byliśmy w samym środku zbrojnej wyprawy. Straciłam sir Oswalda, panowie Pierwszy i Drugi gromadzą już niewiele mocy. Po prostu cię potrzebowałam. Musiałam tylko postarać się o to, żebyś już nigdy, nawet przez chwilę, nie dysponował siłą podobną tamtej, której użyłeś zabijając hrabiego. Żebyś nie zdołał zagrozić mnie samej. Oczywiście, miałam się na baczności, ale na wszelki wypadek przejmowałam twoją moc jak najczęściej, przy każdej nadarzającej się okazji.
     - To dlaczego nie zamierzasz czynić tego dalej? Wciąż znajdujemy się na ziemiach barbarzyńców.
     - Czegoś takiego nie da się ciągnąć w nieskończoność. Stałeś się zbyt niebezpieczny. Jeden błąd, jakiś głupi przypadek, coś, co zatrzymałoby mnie z dala od obozu i przeszkodziło w pozbawieniu cię siły. Mężczyźni nie mogą posługiwać się magią. A na dodatek, ty osobiście nienawidzisz pewnej wiedźmy... Musiałam tylko jak najszybciej dać nauczkę dzikusom i zawrzeć tymczasem pokój, oczywiście z pozycji siły. To właśnie uczyniłam. Zaryzykowałam i udało się.
     - I co dalej? Co zamierzasz z tym wszystkim zrobić?
     - Marcusie... Tak pojętny młodzieniec jak ty nie może nie wiedzieć, że mam tylko jedno wyjście... Musze cię zabić, piękny książę. Z prawdziwym żalem, ale nie dałeś mi wyboru.
     - Teraz? W tej chwili? Gdy nadal jesteśmy otoczeni przez barbarzyńców? Przecież wciąż mnie potrzebujesz!
     - A gdzie? Przecież nie w Złotej Bramie. Wystarczy już plotek krążących na temat dworu Siedmiu Bram. A tak... Nieodżałowany książę Marcus, ukochany pierwszy mąż lady Bereniki zginie z rąk tych okropnych dzikusów. Niestety, młoda księżniczka dała się ponieść uczuciom. Uległa prośbom małżonka i zgodziła się na tę wycieczkę. Bardzo chciał przejechać swego ulubionego konia. Okazała się nieostrożna i za bardzo uwierzyła w przyrzeczenia barbarzyńców. Matka ją ostrzegała, ale nie zamierzała słuchać. A teraz pogrąży się w żalu i dokona zemsty, paląc i niszcząc gród tych podstępnych, zdradzieckich psów. Nawiasem mówiąc, oddałeś jednak dzisiaj wystarczająco wiele mocy, bym mogła tego dokonać. Po takiej demonstracji siły dzikusy nie ośmielą się już atakować i wycofamy się spokojnie, usługi sir Waldemara oraz sir Rogera powinny do tego wystarczyć.
     - A co potem? Z sir Adriana też już wiele nie wydusisz, choćbyś codziennie odwiedzała go w stroju wojowniczki i deptała mu fiuta obcasami, czego zdaje się pragnąć. Beze mnie i bez sir Oswalda potężna pani Siedmiu Bram wiele z tej swojej potęgi straci.
     - Książę... Nie doceniasz mnie, po raz kolejny nie doceniasz. Może nie powinnam ci o tym mówić, ale za chwilę i tak zginiesz, nie znając nawet części moich planów. Wkrótce znajdziesz następców, pana Drugiego i pana Trzeciego.
     - Pana Drugiego i pana Trzeciego?
     - Gdy tylko zginął nieodżałowany sir Oswald, rozesłałam specjalne poselstwa, wyposażone w stosowne pełnomocnictwa. Wstępne pertraktacje prowadziłam już wcześniej, teraz poleciłam je przyspieszyć. Lady Berenika, młoda pani Siedmiu Bram, poślubi dwóch młodzieńców ze szlachetnych rodów Królestwa. Mniejsza w tej chwili o ich imiona. Jestem przekonana, że dołożą wszelkich starań, by pocieszyć swoją pogrążoną w żalu panią i żonę. Gdy tylko powrócimy do zamku, zamierzam jak najszybciej ich sprowadzić.
     - Berenika nigdy się na to nie zgodzi!
     - To zostaw już mnie, sir Marcusie. Gorliwość nowych małżonków zdoła uczynić cuda. Narodziny córki i następczyni, poczętej z nasienia ukochanego, tragicznie zmarłego męża z pewnością również przyczynią się do poprawy nastroju młodej pani Siedmiu Bram. I kto wie? Tego akurat nie mogę zagwarantować, ale może wobec podobnego nieszczęścia, które spotkało ją przecież w służbie Królestwa, Rada uczyni wyjątek i da zgodę na poślubienie piątego męża, który zajmie twoje miejsce. W ten sposób siła i potęga przyszłej władczyni Siedmiu Bram nie doznają uszczerbku. Będzie też mogła odpowiednio potraktować zdradzieckich dzikusów.
     - A raczej twoja własna siła. Zamierzasz oszukiwać i wykorzystywać tych nieszczęsnych młodzieńców podobnie jak mnie. Ale Berenika nie zgodzi się ponownie na coś takiego! Na pewno nie!
     - To już mój kłopot, sir Marcusie - powtórzyła księżna. - A teraz wybacz, ale czas zakończyć tę rozmowę.
     - Zamierzasz spalić mnie ogniem? - Nie zdołał ukryć przestrachu w głosie.
     - Nie... Byłoby to może w jakiś sposób sprawiedliwe po tym, co sam uczyniłeś, ale masz zginąć z rąk barbarzyńców, pamiętasz? Bez żadnych wątpliwości z rąk barbarzyńców. Wszyscy będą mogli zobaczyć ich strzałę w twoim boku.
     Podeszła do swego skubiącego w towarzystwie Demona trawę wierzchowca i wydobyła z przytroczonego do uprzęży sajdaka łuk, znalazła się też strzała z charakterystycznie sporządzonymi na modłę dzikusów grotem i lotkami. Nawet on potrafił rozpoznać te szczegóły. Musi coś zrobić! Przecież nie pozwoli dać się tutaj zabić niczym jeleń na polowaniu. Gorzej, niczym baran przeznaczony na rzeź. Ależ okazał się głupcem! Uwierzył we własną przebiegłość oraz głupotę księżnej, a ona po raz kolejny wywiodła go w pole, niczym naiwnego niedorostka! Poszukał w sobie magicznej siły, wiedział jak jej użyć, może zdoła zaskoczyć wiedźmę. Nic! Nie znalazł żadnej mocy, wyssała go do ostatniej kropli. Zrozumiał teraz, dlaczego starożytni czarodzieje - mężczyźni unikali kobiet, woląc szaleństwo od podobnej zdrady. Musi zyskać na czasie! Każda chwila jest cenna. Moc powinna już narastać, jest przecież podobno wyjątkowo uzdolniony. Może zdąży...
     Gdy tak szarpał się z myślami i własnym strachem, księżna ustawiła się w odpowiedniej pozycji.
     - Żegnaj, sir Marcusie. Byłeś wyjątkowo utalentowanym młodzieńcem, nie tylko jeśli chodzi o moc. Najbardziej utalentowanym ze wszystkich, których znałam. Czynię to z żalem, ale nie dałeś mi żadnego wyboru.
     Musi być jakiś sposób! Musi znaleźć jakieś słowa, skłonić ją, żeby zechciała odpowiedzieć, wciągnąć w rozmowę! Rozpaczliwe myśli tłukły się w głowie chłopaka.
     - Zamierzasz zabić mnie nagiego? Pozwól przynajmniej, żebym się ubrał! W ten sposób wypadnie to bardziej naturalnie!
     - Nie obrażaj własnego rozumu, książę. Musiałabym zdjąć czar unieruchomienia, a ty może spróbowałbyś czmychnąć w krzaki? Co prawda i tak nie zdołałbyś uciec, ale po co ryzykować? - Wzruszyła ramionami.
     - Zdziwią się, gdy ujrzą mnie nagiego ze strzałą dzikusów!
     - A to dlaczego? Przecież wszyscy domyślają się, po co tutaj przyjechaliśmy. Berenika odesłała nieostrożnie straże, a potem, uniesiona miłosnym zapałem, sama również straciła czujność. Ale oddam ci honor, sir Marcusie. To ty, w ostatniej chwili dostrzegłeś niebezpieczeństwo, osłoniłeś księżniczkę własnym ciałem. Tak, tak wypadnie to nawet lepiej. Rada po prostu nie będzie mogła odmówić zrozpaczonej, młodej władczyni Siedmiu Bram zgody na poślubienie piątego męża, który zastąpi bohatera poległego w służbie ukochanej pani i małżonki.
     - A Demon? Co zrobisz z Demonem? - zawołał rozpaczliwie, dostrzegając nagle skubiącego trawę przyjaciela. - Beze mnie nie zdołasz go poskromić! A nie zabrałaś przecież Sudrun!
     - Ach, Demon. Ten wspaniały koń, zesłany przez Boginię na moje utrapienie. Szkoda, że o to zapytałeś, książę. Nie powinnam może czynić ci dodatkowej przykrości, ale nie chciałabym też w takiej chwili kłamać. Musiałeś się już domyślić, że od pewnych wydarzeń ten ogier mi przeszkadza. Przeszkadza w udawaniu Bereniki. Przez jakiś czas dałoby się to wytłumaczyć ciążą księżniczki, ale przecież nie na zawsze. A tak, Demon również zginie od strzał barbarzyńców.
     - Z nim nie pójdzie ci tak łatwo jak ze mną!
     - Unieruchomię go, podobnie jak i ciebie, gdy tylko...
     Ponownie spróbował poszukać w sobie mocy. Nadal nic! Rozmowa o przyjacielu nasunęła jednak pewien pomysł...
     - Jeżeli mam osłonić Berenikę i zginąć jak bohater, to chcę dostać strzałę w piersi, prosto w serce, a nie w plecy. To moja ostatnia prośba, Szlachetna Pani.
     - Jak sobie życzysz, książę. - Raz jeszcze wzruszyła ramionami. - Nie odmówię ci tego honoru. Nie obawiaj się, potrafię naciągnąć łuk i wyceluję starannie. Ale teraz naprawdę dość już tej pogawędki. Rozumiem, że wciągasz mnie w rozmowę, ale robi się coraz ciemniej.
     Zgodnie z obietnicą, wiedźma przesunęła się o kilka kroków, zajmując właściwą pozycję strzelecką, pozwalającą niezawodnie posłać pocisk w tors chłopaka. Marcus zamarł z napięcia, udało się! Księżna unieruchomiła go czarem, ale nie odebrała zdolności mowy. Skoro mógł mówić, to mógł też gwizdać. Teraz wszystko zależało od przyjaciela.
     Zaczerpnął głęboko powietrza i wydał z siebie przenikliwy, modulowany gwizd. Wielokrotnie ćwiczyli to z Demonem. Sygnał do ataku na wroga, na wypadek bitwy. Wprawdzie jako szlachetnie urodzony i tak w żadnej bitwie udziału brać nie miał, ale gwardziści w Międzyrzeczu pokazywali mu takie sztuczki, a on wyszkolił w ten sposób ogiera. Głównie dla własnej satysfakcji, ponieważ nie chciał pogodzić się z przeznaczoną mu rolą dworskiego trutnia. A oto od tego szkolenia zależało teraz jego życie. Niczym w prawdziwym boju!
     Demon nie zawiódł. Słysząc znany sobie sygnał nie wahał się. Wróg przed tobą, atakuj! Poderwał głowę, skoczył do przodu i stanął na tylnych nogach, unosząc przednie kopyta. Wiedźma wyczuła coś jednak w ostatniej chwili. Nie zdążyła już porazić unoszącego się nad nią napastnika, co zresztą nie miałoby większego sensu, bo i tak opadłby całym ciężarem na jej smukłą postać, osłoniła się jednak jakąś migotliwą sferą. A przynajmniej była w trakcie tworzenia tej osłony, gdy ogier zadał cios. Demon nie przebił się przez niedokończoną zaporę, zdezorientowany opadł na tylne nogi, zatoczył się i odskoczył. Ale i czarownica nie wyszła bez szwanku. Kopyta nie dosięgły jej bezpośrednio, zatrzymane przez magiczną ścianę, upadła jednak na ziemię, razem z otaczającą ją sferą. Lady Berengaria poruszała się jeszcze przez chwilę niepewnie, niczym ogłuszona. Znieruchomiała wreszcie, a migotanie wygasło.
     W tejże chwili chłopak poczuł, że nie krępują go już czary. Jest wolny, może ponieść głowę, ręce nogi! Poderwał się z ziemi. Wiedźma wydawała się bezbronna! Nie liczył na to, że nie żyje, ale przynajmniej straciła przytomność. Miał wreszcie okazję, żeby rozliczyć z nią rachunki raz na zawsze! Wyraźnie przestraszony Demon raczej nie zaatakuje w tej chwili ponownie, nawet na wytrenowany sygnał. Ale sam Marcus może to uczynić! Skoczył w stronę porzuconego łuku, poszukał strzały. Czarownica zginie od własnej broni, to dopiero będzie sprawiedliwość! Co potem? Nieważne! I tak zamierzała go zabić, nie ma więc nic do stracenia!
     Ostrzegł go jakiś instynkt. Może to dar wszystkich władających mocą? Odruchowo, bezwiednie pochylił się i pocisk przeleciał tuż nad głową. Za nim dwa kolejne. - "To zbrojni księżnej.” - Przemknęło mu przez myśl. - "Nie odesłała eskorty zbyt daleko, czuwali nad wszystkim i teraz bronią swojej pani.” - Odskoczył, słysząc świst następnych strzał. Ta, której szukał, gdzieś się w końcu zapodziała. Nie miał już szans, by dopaść wiedźmy. Musiał sam się ratować. Przywołał Demona kolejnym gwizdem, na szczęście na ten sygnał koń zareagował. Nie zważając na własną nagość, co tam otarcia skóry, wskoczył w biegu na siodło, pochylił się, wręcz zsunął w bok, kryjąc się za grzbietem przyjaciela. Ogier przechodził już do galopu, by wynieść swego pana poza zasięg łuczników. Jeżeli jednak zbrojni księżnej zaczną teraz strzelać do samego rumaka?
     Nie zdążyli tego uczynić. Pociski sypnęły się również z przeciwnej strony polany, z lasu. Jeden z ludzi księżnej upadł, pozostali poszukali osłony wśród drzew. Barbarzyńcy! Poszukali okazji do zemsty i teraz mogli ją znaleźć! Kilkunastu wojowników wybiegło na otwartą przestrzeń. Dwóch zwaliło się, trafionych pociskami eskorty. Pozostali pędzili jednak w stronę wiedźmy, wymachując toporami i dzidami. Czy zabiją samą tylko czarownicę, czy i jego również? Nie zabili tymczasem nikogo. Nie zdążyli. W chwili, gdy zwalniał bieg konia, wjeżdżając pomiędzy zbawcze drzewa, dzikusów ogarnęła kula ognia. Lady Berengaria! Odzyskała przytomność, a siły magicznej jej nie brakowało. Pani Siedmiu Bram wyjdzie jednak cało z tej niebezpiecznej przygody. Przyspieszył, na ile tylko odważył się w nieznanym terenie, w lesie, wśród zapadających ciemności. Dostrzegł jeszcze poblask dwóch ognistych wybuchów, które spopieliły skraj polany w miejscu, w którym on sam zniknął zapewne z oczu czarownicy. Potem zrezygnowała, pomimo wszystko, musiała teraz oszczędnie gospodarować zasobami mocy.
     Udało się! Żyje i uciekł ze szponów wiedźmy. Razem z Demonem i dzięki niemu!  I nawet nie ma na sobie przeklętego ochraniacza! Pomyślał o prawdziwej Berenice, o Sudrun. Trudno, w żaden sposób nie potrafi im teraz pomóc. A Lady Berengaria i tak zamierzała go po prostu zabić! Cóż może zrobić w tej chwili on sam? Cóż innego poza ucieczką?
     Odnalazł coś w rodzaju ścieżki i bijąc się z myślami przebył spory kawał lasu, gdy nagle utracił możliwość wyboru. W zapadłym już zmroku nie zauważył nawet opadających z drzew sieci. W jednej chwili jechał, w następnej razem z Demonem oplatały go już geste, szorstkie sznury. Próbował sięgnąć po moc, której  nadal jednak w sobie nie poczuł. Próbował się po prostu szarpać, próbował poderwać konia, ale zręczni sieciarze naciągnęli liny, zmuszając ogiera do uklęknięcia na przednie kolana, a potem położenia się na ziemi. On sam również upadł na leśny mech.
     - Mamy ich, tanie!
     - Tylko ostrożnie! Szlachetny pan jest wprawdzie nagi, ale to najcenniejszy łup, jaki kiedykolwiek wzięliśmy. I uważajcie z tym koniem, widzieliście, co potrafi.
     Rozkazy, wypowiadane władczym, zdecydowanym głosem okazały się ostatnim, świadomym wrażeniem Marcusa. Poczuł uderzenie w głowę i osunął się w ciemność głębszą jeszcze niż ta, która zapanowała już niepodzielnie w otaczającym ich wszystkich lesie.

2 451 czyt.
100%317
nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne i fantasy, użył 6032 słów i 34781 znaków, zaktualizował 8 lis o 14:39

Komentarze (7)

 
  • PF

    PF 2 dni temu ip:912112

    Lady Berengaria chyba po raz pierwszy doznala uczucia strachu. Co prawda Marcus jest na razie w niewoli ale zaczyna sie walka na smierc i zycie. O tzw. barbarzyncach Marcus ma inne zdanie jak Berengaria czyli nalezy spodziewac sie sojuszu. Czy Berenika za zdrade wyjdzie z tego calo jak rowniez Sudrun jest w gwiazdach napisane. Tym fragmentem zostalo napiecie czytelnika zwielokrotnione.Matematycznie mowiac uzyles funkcji wykladniczej. Pozdrawiam i czekam z niecierpliwoscia na dalej

  • Lolek2

    Lolek2 4 dni temu

    xD Teraz czakamy az Aurora wstawi sie za Marcusem.

  • Mily

    Mily 5 dni temu ip:8048164

    @nefer wiesz co napisalbym haha

  • pzw736

    pzw736 5 dni temu ip:3747167

    Fajnie się czyta.Pozostaje tylko zapytać kiedy następny...pozdrawiam

  • emeryt

    emeryt 6 dni temu ip:8979110

    Tylko jedno: wspaniale. Obyś nigdy nie stracił zdrowia, weny i chęci do dalszego pisania. Przesyłam pozdrowienia i czekam na kolejne odcinki.

  • AnonimS

    AnonimS 6 dni temu

    Wróciłeś po długiej przerwie, ale zrobiłeś to z przytupem. Intryga Ci wyszła calkiem ciekawa. I teraz dopiero wszystko się skomplikuje. Jak walczyć z Berengarią i nie stracić Bereniki. No i jeszcze Aurora...oj będzie się działo....

  • Almach99

    Almach99 6 dni temu

    Nie spodziewalem sie bogatego w wydarzenia odcinka. Jestem pod wrazeniem. Stars wiedzma za dlugo celebrowala akt zabojstwa. Pytanie, w czuje sieci wpadl Marcus tym razem?