Kłamca (VII)

Kłamca (VII)

Witalij stanął przed pustym magazynem.

Nawet w tej chwili zastanawiał się po cholerę to wszystko robił?Już dawno powinien znajdować się w bezpiecznym miejscu, korzystając z wolności i zgromadzonego bogactwa.

Tyle było kobiet na świecie, dlaczego akurat ta?

A jednak nie cofnął się. Zacisnął zęby i wszedł do środka. Gdzieś z głębi trzewi wypełzł strach, że się nie uda, że Maksym widząc jak bardzo mu zależy, zrobił jej krzywdę.

W ogromnym, opustoszałym wnętrzu, panował półmrok. Jego kroki obudziły delikatne echo, które dotarło do każdego ciemnego kąta.

Na drugim końcu hali zauważył kilka nieruchomych postaci.

– Witaj braciszku. Byłem pewien, że zrobiłeś nam głupi kawał. A tymczasem nic z tych rzeczy. Nie do wiary – jasnowłosy mężczyzna wynurzył się z cienia. Przed sobą prowadził niewysoką kobietę, przykładając lufę pistoletu do jej skroni.

– Teraz ją uwolnij.

– Szkoda – Maksym obdarzył go przeciągłym spojrzeniem. – Intryguje mnie.

– Nie ona – powiedział krótko Witalij, nie spuszczając oczu z przeciwników. Powoli zbliżali się, zamierzając otoczyć go zwartym kołem. Było ich tylko i aż ośmiu.

Nie najgorzej – ocenił błyskawicznie rozważając swoje szanse na przeżycie.

– Chcesz pogawędzić czy finalizujemy ten interes?

– Niecierpliwy jak zawsze.

Witalij nie zareagował na dobrze wyczuwalną drwinę.

– Pozwolisz jej wyjść. Na zewnątrz zostawiłem samochód. Odjedzie, a po pięciu minutach zadzwoni i powie, czy jest bezpieczna – oznajmił twardym głosem.

– Mam wypuścić z rąk taki atut?

– Mam wierzyć w twe dobre serce, jak już wszystko ze mnie wydusisz? – tym razem to w głosie Witalija pobrzmiewał sarkazm. – Masz mnie. Puść dziewczynę. To warunek by wyjść poza wstępne negocjacje.

– Mógłbym ją jeszcze zastrzelić.

– Taaa? I pozbyć się kilkunastu milionów euro? Nie sądzę.

– Trochę patowa sytuacja, nie uważasz?

– Nie uważam. Puść dziewczynę – powtórzył z uporem.

Marianna poczuła silne pchnięcie w plecy.

– Idź – usłyszała polecenie.

Rozszerzonymi ze strachu oczyma wpatrywała się w samotnie stojącą postać Witalija. Był zadziwiająco spokojny jak na tak nieciekawą sytuacje, w której się znalazł. Podeszła bliżej i wpadła wprost w jego ramiona.

– Witaj Mari – usłyszała schrypnięty głos.

Wbrew wszystkiemu przytuliła się do niego z taką siłą, że aż się cofnął.

– Spokojnie laleczko – podniosła głowę i zobaczyła krzywy uśmiech. Boże! Jak wiele dałaby teraz za jeden pocałunek. Tymczasem mężczyzna odsunął ją za siebie i spojrzał na otaczających go przeciwników. – Masz tu telefon. Samochód z kluczykami stoi na zewnątrz. Zadzwoń za pięć minut i daj znać, że jesteś bezpieczna.

Skinęła głową, czując jak płacz dławi ją w gardle.

– A ty?

– Ja pogawędzę z bratem. Idź już lepiej.

Potem pochylił się i wyszeptał:

– Jeśli wszystko będzie okay, powiedz że zgubiłaś apaszkę.

Musnął ustami jej policzek i pchnął w kierunku drzwi.

Nie protestowała. Jeśli miał jakiś plan, jakiekolwiek szanse, by wyjść z tego żywym, to zrozumiała, że jedynie bez niej. Zresztą i tak cała wymiana przebiegała dość gładko. Czyżby Witalij postanowił po prostu się poddać? A jego brat naiwnie wierzył, że teraz jest górą?

Nieważne.

Z piskiem opon ruszyła spod zrujnowanego budynku. Gdy wyjechała na główną drogę, wciąż drżąc z emocji, wybrała ostatni numer z pamięci telefonu.

– I jak? – usłyszała spokojny głos Witalija.

– Wszystko dobrze, tylko zgubiłam apaszkę…

Nie mogła zobaczyć jego twarzy, ale przysięgłaby, że się uśmiechał.

– Znajdzie się. Żegnaj laleczko.

I rozłączył się.

Marianna gwałtownie zahamowała i stanęła na poboczu. Oparła głowę o kierownicę i wybuchła płaczem. Gwałtownym, niepowstrzymanym. Nie mogła zrobić nic więcej, tylko szlochać w niekontrolowany sposób, pozbywając się całego napięcia, strachu i żalu.

Kiedy już zabrakło jej siły, ocknęła się i chwyciła leżący obok kartonik z chusteczkami. Wydmuchała nos, wytarła twarz i spojrzała na zegarek.

Minęła godzina.

Czy mogła wrócić? Czuła, że musi to zrobić. Musi dowiedzieć się, co stało się z Witalijem.

Zaparkowała w dość sporej odległości. Ponieważ z jednej strony rósł gęsty las, przekradała się dróżką wśród zarośli i stanęła na tyłach opuszczonego magazynu. Dookoła nie widać było żywej duszy, panowała też głucha cisza, przerywana jedynie głosami ptaków. Siedziała tak niezdecydowana ponad kwadrans, zastanawiając się, co powinna zrobić.

Kolejne pięć minut.

Ostrożnie wyszła z zielonej gęstwiny i podeszła do zrujnowanego ogrodzenia. Siatka w wielu miejscach była przerwana, więc bez problemu znalazła sporych rozmiarów dziurę i prześlizgnęła się przez nią. Z duszą na ramieniu zbliżyła się do uchylonych drzwi.

Jeśli nadal są w środku, to Witalij chyba zabije ją za ten numer. Wiedziała dokładnie, że nie życzył sobie, by wracała, by zrobiła cokolwiek głupiego. A to było cholernie głupie – wrócić na miejsce, gdzie być może nadal są oprawcy.

Starając się prawie nie oddychać, wsunęła głowę do środka.

Nikogo tam nie było.

Zdezorientowana Marianna wycofała się i przylgnęła plecami do zimnej ściany.

Zniknęli? Wszyscy?

Poczuła napływające łzy. To chyba koniec? Zabrali Witalija ze sobą. Nie miał żadnego planu awaryjnego. On po prostu jedynie chciał ją ocalić.

Tym razem odważyła się wejść do środka. Obeszła cały budynek, ale nigdzie nie znalazła nic ciekawego. Żadnych śladów walki, żadnych śladów krwi.

Powłócząc nogami wróciła do samochodu. Zajęła miejsce kierowcy i z kamienną twarzą, ruszyła przed siebie.

Do domu.

Nic innego jej nie pozostało. Była wolna. Lecz za jaką cenę?

Zaparkowała i z ogromnym trudem wdrapała się na ostatnie piętro. Wciąż miała irracjonalną nadzieję, że może Witalij czeka na nią w domu.

W środku jednak nikogo nie było. Bałagan, zostawiony przez jej prześladowców. Stół z pustymi talerzami po pizzy i leżąca na podłodze butelka po szampanie.

Skierowała się do łazienki i tak jak stała, weszła pod prysznic. Letnia woda zmyła kurz, pot, ale nic poza tym. Marianna oparła się plecami o mokrą ścianę i bezmyślnie wpatrzyła w mlecznobiałą szybę. Brakowało jej siły na cokolwiek, na najmniejszy ruch czy gest.

Kiedy skończyła, zrzuciła mokre ciuchy i otuliła się szlafrokiem. A potem podeszła do apteczki i wyjęła małą fiolkę z pigułkami. Skrupulatnie odmierzyła trzy sztuki i popiła je wodą.

Chciała spać. Po to by zapomnieć. Po to by nie czuć bólu. Choć na chwilę przestać cierpieć. Pozbyć się tych wszystkich myśli, sprawić, aby wspomnienia straciły swą ostrość.

Położyła się więc na łóżku, skuliła i zamknęła oczy.

I pierwszy raz w życiu zapragnęła się nie obudzić.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS 6 dni temu

    Erotyczne zauroczenie.