Historia lasu Lingstoon cz. 17 - Ostatnia

54
     Kalvin podbiegł i złapał dziewczynę za głowę.
- Nic ci nie jest? Uspokój się, to tylko ja.  
     Lisa przestała krzyczeć. Patrzyła na niego nieobecnym wzrokiem. Mamrotała pod nosem coś o Tommy’m i wielkim potworze. Myśliwy zerknął na zawalone gruzem drzwi do hangaru. Był już tak blisko, a jednak tak daleko. Miał tylko nadzieję, że uda się dotrzeć do celu i w porę uruchomić zasilanie.  
- Lisa! – Myśliwy próbował przywołać ją do rozsądku, ale dziewczyna zdawała się być w innym świecie. Nie było na to czasu. Wziął zamach i ją spoliczkował. – Jesteś mi potrzebna!
- Co....?
- Co tu się stało?
- Wybuch... Tommy i ten potwór...
     Kalvin zerknął na Helgę. Niemka miała w ciele mnóstwo malutkich odłamków i niektóre z nich weszły zbyt głęboko. Była zimna jak lód. Martwa od co najmniej godziny. Na ziemi leżały dwie wielkie latarki. Myśliwy sprawdził je i okazało się, że wciąż działają. Ustawił je w stronę korytarza z którego przyszedł. Był teraz doskonale oświetlony. Swoją małą latarkę przyczepił do ramienia.
- Lisa, posłuchaj mnie. Cokolwiek tu się stało, to już przeszłość. Musisz o tym zapomnieć, skupić się na przeżyciu.
- Ja już nie chcę żyć...
- Teraz tak mówisz. Posłuchaj, spróbuję zrobić przejście i wejść do hangaru. Mam tam coś ważnego do zrobienia. W tym czasie ty będziesz obserwować korytarz. Musisz być bardzo skupiona, rozumiesz?  
     Dziewczyna przytaknęła powoli. Kalvin delikatnie zabrał ciało Helgi i położył pod ścianą po drugiej stronie. Wręczył Lisie pistolet.  
- Jeśli coś zobaczysz, strzelaj.
     Mając cel, dziewczyna uspokoiła się nieco i skupiła myślami wokół oświetlonego korytarza. Kalvin zabrał się za odgruzowywanie. Wystarczy drobna szpara, przez którą się przeciśnie. Był jednak element, który dodatkowo utrudniał pracę. Każdy betonowy blok, który przesuwał miał na sobie ślady krwi. Gdzieniegdzie były też fragmenty czegoś w rodzaju ciała i organów. Myśliwy doskonale zdawał sobie sprawę co znajduje się pod kamieniami. Wysilał jednak cały umysł, aby o tym nie myśleć.
     Minuty mijały i Kalvin zaczynał widzieć rezultaty swojej pracy. Lada chwila powinien mieć wystarczająco dużo miejsca, aby przejść. Zerknął za siebie. Lisa nie spuszczała wzroku z korytarza, miał nawet wątpliwości, czy w ogóle mrugała. Broń delikatnie kołysała się w jej dłoniach. Jeśli coś do nas przyjdzie – pomyślał – to dziewczyna na długo tego nie powstrzyma.  
     Naparł na przeszkodę i część gruzu potoczyła się wewnątrz hangaru. Na wysokości jego głowy zrobiło się wystarczająco duże przejście. Podciągnął się i przeczołgał przez otwór. Udało mu się bez problemu. Przeszedł na drugą stronę i poświecił po pomieszczeniu. Hangar rzeczywiście był ogromny. Wrócił do otworu i zerknął na Lisę.
- Hej, posłuchaj uważnie. Musisz teraz do mnie przyjść, tu będziesz bezpieczniejsza.  
- Nie wrócę tam.
- Lisa, to nie jest prośba. Nie mamy czasu. Zrób to dla Tommy’ego.
     Dziewczyna ruszyła z wolna sunąc nogami. Pistolet wciąż trzymała desperacko w trzęsącej się dłoni. Była teraz na skraju załamania i myśliwy doskonale o tym wiedział.
- Chodź, patrz na mnie. – wyciągnął przez otwór rękę. – Musisz się przecisnąć.  
     Powoli weszła po gruzie i skierowała w stronę dziury. Przełożyła ręce i głowę, a Kalvin przetrzymał ją, aby nie otarła się o ostre krawędzie. Dziewczyna sprawiała wrażenie szmacianej lalki. Wreszcie stanęła na chwiejnych nogach wewnątrz hangaru. Kalvin ostrożnie zabrał od niej broń i pogratulował dobrze wykonanej roboty. Już miał iść dalej, kiedy dostrzegł coś kątem oka.
     Spojrzał przez dziurę. Na korytarzu, w świetle latarek stał Mglisty Kieł. Na jego widok opadł na cztery kończyny i zabulgotał głośno. Przymrużone wcześniej ślepia oślepione przez silny blask, rozwarły się teraz w zabójczym szale. Kalvin odwrócił się powoli do Lisy i powiedział najspokojniej, jak mógł:
- W nogi. – Dziewczyna stała jeszcze przez chwilę ale pociągnął ją za sobą, omal nie przewracając. – Szukaj czegoś w rodzaju klapy w ziemi, tam będziemy bezpieczni.
Lisa zamrugała oczami i spojrzała na niego jak na człowieka z innej planety. Chodzi ci o schron? – zapytała – znaleźliśmy go wcześniej.  
- Dobra, prowadź. Szybko.  
     Faktycznie, dziewczyna ruszyła odważnie do przodu, jakby doskonale znała drogę. Kalvin modlił się w myślach, aby to nie były tylko objawy przeżytego szoku. W rzędzie stało kilka samochodów, ale jeden element układanki tu nie pasował. Ktoś przestawił jeden z wozów. Po chwili byli już przy klapie, dokładnie takiej, jaką opisywał doktor Brown. Kalvin złapał za rączkę i ciągnął z całej siły. Była cholernie ciężka.  
     W tym momencie usłyszeli przeciągły wrzask i odgłos odrzucanych kawałków gruzu. Lisa zaczęła drżeć na całym ciele i znowu szeptać coś do siebie. Myśliwy podwoił wysiłek. Był cały spocony, obolały i bał się jak małe dziecko. Wreszcie, z głośnym westchnięciem udało mu się otworzyć klapę. Nie odpoczywał jednak. Ponownie pociągnął dziewczynę za sobą.
     Drzwi od schrony były uchylone i Kalvin dziękował niebiosom za takie udogodnienie. Niemal wepchnął Lisę do środka i zamknął za sobą. Z przyjemnością usłyszał mechaniczny zamek, który zapieczętował stalowe wrota.  
     Opadł wycieńczony na podłogę i szybko łapał oddech. Lisa usiadła pod ścianą i kiwała się do przodu i tyłu, jakby była fotelem na biegunach. Kalvin zerknął na zegarek. Był prawie o idealnym czasie, tak jak sobie zaplanowali. Wstał i zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.  
     Mnóstwo tu było ekranów i migoczących diod. Silnik działał i miał się dobrze, trzeba będzie przekierować tę moc na resztę placówki. Usiadł na jednym z krzeseł. Obok było ciało przykryte materiałem, Kalvin jednak nie zawracał sobie nim głowy. Nie teraz. Zaczął klikać i wciskać, szukając odpowiedniej opcji. W końcu ją znalazł.  
     Musiał jeszcze zaakceptować wszelkie zagrożenia wynikające z obciążenia jednego silniku całą placówką, po czym światła zamigotały i pojawiła się opcja "Czy chcesz uruchomić zasilanie?”. Kalvin zerknął na zegarek. Obyście byli już gotowi – powiedział cicho. Wcisnął enter. Usłyszeli głośne warknięcie maszynerii, a potem jednostajny pomruk, gdzieś pod nimi.  
     Bright usiadł obok Lisy i objął ją ramieniem. Oboje byli w opłakanym nastroju. W tym momencie coś uderzyło o drzwi. Głuche tąpnięcie i kolejne uderzenie. Myśliwy zacisnął dłoń na ramieniu dziewczyny. Miał nadzieję, że będą tu bezpieczni. Teraz jednak, kiedy słyszał z jaką agresją potwór atakował schron, stracił ostatnią dobrą myśl, na jaką było go stać.

55
     Zostawili doktora Browna samego i ruszyli znanym już dobrze korytarzem. Lekarz był w coraz gorszym stanie. Możliwe, że nie doczeka następnego dnia. O nich nie można powiedzieć inaczej, właśnie zmierzali do najniebezpieczniejszego miejsca jakie można było znaleźć – siedliska potworów.  
     Dotarli do wind nie zważając na plamy krwi, których wcześniej nie widzieli. Cała trójka była maksymalnie skupiona na zadaniu. Zgodnie z ustaleniami, Kalvin miał uruchomić silnik lada chwila. Gdy tak się stanie, przejadą windą na ostatnie piętro i będą modlić się, aby nikt nie czekał na nich z komitetem powitalnym.  
     Stali w ciszy i czekali na zasilanie. Gdy zapaliły się światła zaczęli dziękować w myślach Brightowi i gratulować mu udanej wędrówki. Weszli do środki i w milczeniu zjeżdżali głębiej i głębiej pod ziemię. W windzie uruchomiła się wesoła melodia, która stwarzała nastrój odrealnienia.
     Harry ujął Elmę za rękę i uścisnął mocno.
- Trzymaj się mnie. – powiedział – Cokolwiek się stanie, nie oddalaj się.  
     Dziewczyna spojrzała na niego wzrokiem pełnym strachu, ale też czegoś innego. Czegoś, co w innych okolicznościach można by nazwać troską. Teraz jednak czuli jedynie strach.
- Będę tuż za tobą.  
     Muzyka przestała grać i winda się otworzyła. Na dole było gorąco, jak w saunie. Cała trójka od razu zaczęła jeszcze intensywniej pocić się i dyszeć. Jednak nie to było najgorsze, lecz para. Widoczność była tak mała, że nie widzieli dalej, niż sięgały ich ręce. Doktor Brown obawiał się, że tak będzie. Było coś jeszcze. Całe piętro zdawało się pulsować, a wszystko dookoła drżeć. Raz za razem przez korytarz przechodziła kolejna fala zatykająca im uszy.  
     Najciszej i najspokojniej jak mogli przylgnęli do skraju korytarza. Szli, zgodnie z instrukcjami lekarza, dotykając ściany i nasłuchując. Mieli tak iść, mijając trzy wejścia, czwarte będą pokojem kontrolnym. Trasa wydawała się prosta, jednak szybko straciła jakikolwiek sens. Trafili bowiem na dziurę w ścianie, która po chwili okazała się nie być dziurą, lecz po prostu zburzoną ścianą.
     Pod nogami mieli mnóstwo cegieł i gruzu. Całe piętro było niemal wyczyszczone z wszelkich pokoi. Pozostały jedynie utwardzane konstrukcje, które utrzymywały całe piętro przed zawaleniem. Pokój kontrolny był w pełni opancerzony i zabezpieczony, przed wszelkimi wypadkami, więc najprawdopodobniej wciąż gdzieś tu był. Znalezienie go jednak przy takiej widoczności i bez żadnego punktu odniesienia było wręcz niemożliwe. Grupka zatrzymała się zdezorientowana.
- Musimy iść dalej. – wyszeptał Harry. – Po prostu starajmy się iść prosto.
     Nie było to łatwe, gdyż musieli omijać liczne przeszkody i betonowe bloki. Zaczynali zatracać się w kierunkach i potykać o własne nogi. Zgubieni, jak dzieci we mgle. Pozostawieni na pastwę losu. Jednak to nie los był tutaj panem sytuacji, lecz gigantyczna samica budząca się ze snu.  
     Niski, głęboki pomruk sprawił, że ciarki przeszły im po plechach. Tylko coś bardzo dużego mogło wydawać takie dźwięki. Potem usłyszeli znane już bulgotanie, jednak o wiele głośniejsze. Następnie podłoga zaczęła drżeć. Bestia zbudziła się i maszerowała w ich stronę stąpając ciężko.  
     Dave odbezpieczył broń i zaczął celować w kierunku, z którego pochodziły niepokojące dźwięki. Ledwie dostrzegał lufę pistoletu. Pulsowanie przybrało na sile, a ściany już nie drgały, a wręcz trzęsły się. Z każdym krokiem słyszeli sypiący się tynk. Bestia zatrzymała się i zaryła przeciągle. Wszyscy złapali się za uszy i spuścili głowy. Zrobiło się tak głośno, że gdy nastąpiła cisza, w ich uszach wciąż piszczało. Potem samica ruszyła do ataku.  
     Słyszeli, że biegnąc taranuje wszystkie przeszkody takie jak ściany, czy meble. Wszystko niemal podskakiwało w rytmie jej kroków. Dave zaczął strzelać i robił to tak długo, aż skończyły mu się naboje. Stał jeszcze przez chwilę naciskając spust bez żadnego efektu. Zrobił kilka kroków do tyłu i rzucił się pędem. W panice potknął się o coś z głuchym łoskotem i zatrzymał się na chwilę, ale zaraz znowu zaczął biec.  
     Elma obsunęła się na ziemię i z obojętnym wzrokiem patrzyła w mglistą przestrzeń. Harry usiadł obok niech i objął jej głowę. Mimo okoliczności pomyślał jeszcze, że dziewczyna wygląda naprawdę pięknie. Potem silny podmuch wiatru zakołysał jej włosami. To jednak nie był wiatr.  
     Z mgły wyłoniło się olbrzymie, śliskie cielsko z licznymi kończynami i wielkim czarnym odwłokiem. Pysk bestii kołysał się nisko dmuchając gorącą parą wprost na głowy przyjaciół. Potwór zrobił jeszcze jeden krok i stało się coś dziwnego. Nie przestał na tym, lecz zaczął iść dalej zostawiając Elmę i Harry’ego w niemym uścisku. Miał cztery wielkie nogi, jednak oni widzieli nad sobą wiele par mniejszych kończyn, przebierających w powietrzu niczym u przewróconego chrabąszcza. Odwłok niemal się o nich otarł. Po chwili byli z powrotem sami, a Mglisty Kieł ruszył w kierunku potykającego się policjanta.  
     Harry jeszcze raz spojrzał na Elmę. Dziewczyna bezgłośnie roniła łzy, jednak wydawała się niezwykle spokojna i opanowana. Rozejrzał się szybko i dostrzegł coś migoczącego w tle przed nimi. Pomógł dziewczynie wstać i ruszyli w stronę światełka. Po chwili byli już przy pokoju kontrolnym.
     Pomieszczenie rzeczywiście było niezwykle zabezpieczone i mimo wielu śladów na ścianach, wciąż było nienaruszone w środku. Użyli kodu, otrzymanego od Browna i znaleźli się w środku. Było tu mniej pary i doskonale widzieli co znajduję się w pokoju. Chłopak szybko ruszył w stronę jednego z ekranów na końcu pomieszczenia. Usiadł na fotelu i zaczął lawirować pomiędzy opcjami pojawiającymi się na konsoli.
     Nagle usłyszeli krzyk Dave’a. Trwał bardzo długo i wielokrotnie zmieniał natężenie. Z całą pewnością potwór nie zabił go szybko. Wydawać by się mogło, że bawi się policjantem, jak kot ledwie żyjącą myszą. Oni jednak byli skupieni na zadaniu. Doskonale wiedzieli, jak blisko znajdują się od sukcesu. Wkrótce jednak Dave zamilkł, a kroki znowu zaczęły przybierać na sile.
     Harry, mimo gorąca, zlany był zimnym potem i z trudem trafiał palcami w klawisze. Elma natomiast gorączkowo przechadzała się po pokoju, zatrzymując się co chwila przy każdej ze ścian i nasłuchując. Pokój znowu zaczął drżeć.
     Chłopak z nerwowym uśmiechem odnalazł odpowiednią funkcję bezpieczeństwa. Wpisał kod autoryzacji i na ekranie zamigotało jaskrawe ostrzeżenie: "UWAGA! CZY CHCESZ UNIESZKODLIWIĆ OKAZ 0013?” a pod spodem widniał dodatkowy komunikat: "NIEBEZPIECZEŃSTWO EKSPLOZJI”. W tym samym momencie powietrze przeciął przenikliwy dźwięk, jakby ostrego noża tnącego metal.  
     Harry odwrócił się i zamarł. Długi, czarny ogon wbił się przez stalowe drzwi pokoju, a jego końcówka zagłębiła się w ciele Elmy. Chłopak krzyknął i doskoczył do dziewczyny. Ogon się cofnął, a po chwili znowu ciął, robiąc kolejną dziurę w drzwiach. Harry jednak odciągnął Elmę wgłąb pomieszczenia, daleko od śmiercionośnej bestii.
- Elma... Nie możesz teraz zginąć...
     Dziewczyna patrzyła na niego wciąż spokojnym wzrokiem. Miała wielką dziurę w brzuchu i z trudem łapała oddech. Jej czerwone włosy rozpłynęły się po ziemi tworząc piękny wzór. Harry trzymał ją za rękę i głaskał po policzku.  
- Nie możesz, Elma! Ja chyba... Chyba cię kocham, Elma. Nie możesz mi tego zrobić... Nie pozwolę ci!
     Dziewczyna zdobyła się jeszcze na krótki uśmiech. W kącikach ust miała krew. Potem jej ręka przestała już odwzajemniać uścisk Harry’ego. Umarła, patrząc na niego swoimi wielkimi oczami.  


     Harry odwrócił się i zerknął na drzwi. Bestia już niemal zrobiła sobie wystarczający otwór. Widział nawet jej pysk i zielone ślepia patrzące na niego, z czystą nienawiścią. Wyciągnął pistolet i zaczął strzelać, celując między oczy. Potwór zawył, ale kule zdawały się tylko delikatnie kaleczyć jego skórę. Chłopak opróżnił jednak magazynek i rzucił pistoletem w pysk bestii.  
     Przeszedł na drugi koniec pomieszczenia i usiadł na fotelu. Ekran wciąż migotał wielkimi, ostrzegawczymi literami. Chłopak odwrócił się w kierunku Mglistego Kła i wcisnął Enter. Przez sekundę widział jeszcze złowieszcze oczy, przeszywające go na wylot. Potem nastąpiła cicha eksplozja. Głowa potwora rozpadła się na tysiące małych kawałeczków, a olbrzymie cielsko runęło na ziemię z głuchym łoskotem. Harry odwrócił się i zaczął płakać.  



56


     Maszerowali jeszcze długo i cali w nerwach, aż nastał kolejny dzień. Gdy dotarli na miejsce, chcieli od razu wyskoczyć i zapytać co tu się wyprawia, ale powstrzymali się. Wokół kręciło się mnóstwo ludzi z bronią i nie wyglądali na zbyt przyjaznych. Uznali, że szeryf zostanie nieco z tyłu, a George dzięki dobremu kamuflażowi, podejdzie bliżej i spróbuje podsłuchać o czym mówią ci faceci.  
     Żołnierz skradał się cicho i zwinnie jak pantera, aż znalazł się w ostatniej linii zarośli. Przed nim był już tylko kawałek gołej ziemi, a dalej olbrzymia dziura, która odsłoniła jakiś podziemny budynek. George zwrócił szczególną uwagę na faceta stojącego jakieś 10 metrów od jego miejsca ukrycia. Był ubrany, nie tak jak pozostali w czarne stroje z kominiarkami, lecz w jasny garnitur. Po prawej stronie twarzy miał wytatuowaną paszczę lwa. Wyglądał na Japończyka.  
     Po pewnym czasie podeszło do niego dwóch facetów i ukłoniło się. George wytężył słuch.
-...obie twierdzą, że spały całą noc i o niczym nie wiedzą. Chłopak w okularach w ogóle się nie odzywa.
- To akurat można naprawić. Zapakujcie wszystkich do śmigłowca. Przesłuchamy ich porządnie w Japonii. Pan Kawgasa będzie chciał wiedzieć dokładnie co tu się stało.  
     Mężczyźni ukłonili się i skierowali w stronę lasu. Człowiek w jasnym garniturze spoglądał wgłąb dziury i palił papierosa. Po chwili przyłożył palec do ucha.
- Spalcie wszystko - powiedział – Niech nikt nawet nie pomyśli, że mogliśmy tu być.  
     George usłyszał chrzęst za sobą i gwałtownie się obrócił. Zdążył jeszcze zobaczyć kolbę zbliżającą się na spotkanie z jego czołem, potem stracił przytomność.  






               Epilog





    "Każdej żyjącej istocie bez przerwy zagraża niebezpieczeństwo.
             Bez przerwy.
   Czy to w wyniku zagrożenia za strony kłów bestii kryjącej się w zaroślach
          czy jakiegoś zabójczego wirusa,  
       który zadomowił się w naszych wnętrznościach,  
          codziennie walczymy o życie.
        I tylko ci, którzy zaakceptują ten fakt
        i wezmą za siebie odpowiedzialność,  
           przetrwają i rozwiną się.

       Przeżycie nie jest nagrodą samą w sobie.
            Jest nią dominacja.”






     Helikopter wylądował na szczycie wieżowca i śmigła zaczęły obracać się coraz wolniej. Kawgasa poprawił garnitur i wysiadł. Pewnym krokiem minął lądowisko i wszedł przez drzwi. Po drodze do biura kłaniali mu się kolejni podwładni. Otworzono mu drzwi do gabinetu i ruszył w stronę swojego biurka. Usiadł na fotelu, wyciągnął grube cygaro i zapalił zaciągając się głęboko.
     Po przeciwnej stronie biurka siedział mężczyzna z ogorzałą twarzą i siwymi włosami. Miał długą, rudą brodę. Patrzył na Japończyka czujnym wzrokiem.
- Wiesz coś nowego? – zapytał.
- Nie. – odparł Kawgasa wydmuchując gęsty dym. – Ale zaraz będę wiedział.  
     Nacisnął guzik przy telefonie i poprosił, aby wprowadzono pana Tanakę. Po chwili w drzwiach pojawił się młody mężczyzna z wytatuowanym na twarzy lwem. Ukłonił się nisko.
- Sensei, wzywałeś mnie.
- Jak wygląda sytuacja w Szkocji?
- Wszystko zabezpieczyliśmy i zatarliśmy ślady. Zabraliśmy świadków i są do pańskiej dyspozycji.  
- Dobrze. Możesz wyjść.  
     Mężczyzna ukłonił się i zniknął za drzwiami. Kawgasa palił w ciszy cygaro i mierzył wzrokiem swego gościa. Po chwili odezwał się:
- Zaraz pójdę i przesłucham wszystkich. Wtedy będziemy mądrzejsi. Póki co, możesz przekazać swoim szefom, że sprawa została uciszona.
     Jego gość wstał i podrapał się po brodzie.
- Mam nadzieję. Niech to będzie dla ciebie nauczka, która wyostrzy twoje zmysły, Kawgasa.
- Bez obaw. – Japończyk poprawił krawat. – Już zarządziłem wprowadzenie dodatkowych zabezpieczeń w Afryce i Australii. Incydent w Szkocji był ostatnim niepowodzeniem na naszej drodze.
     Mężczyzna ukłonił się nonszalancko i wyszedł. Kawgasa rzucił ze złością cygaro. Odszedł od biurka i stanął przed oszkloną ścianą wieżowca. Przed nim rozpościerał się piękny widok na Tokio. Wyciągnął telefon z kieszeni i wykręcił numer.
- Przygotujcie świadków do przesłuchania. Nie jestem dziś w humorze do brudzenia sobie rąk.



            KONIEC

SzkarlatnyJenkin

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka, użył 3479 słów i 20050 znaków.

4 komentarze

 
  • Krokodylek13

    Niesamowite! Piszesz zupełnie jak Graham Masterton. Opowiadanie napisane naprawdę rewelacyjnie. Mam tylko dwie uwagi. Pierwsza - To powinno być raczej w kategorii horror niż erotyka i Druga - Sceny dramatyczne opisujesz dużo lepiej niż erotyczne. Ogólnie oceniłbym to na 8/10. Pozdrawiam i życzę Ci wielu radości z pisania oraz weny do następnych opowiadań.

  • Cam

    i już koniec:) Seria genialna, bardzo przyjemnie można było spędzić na niej czas. Z niecierpliwością czekam na nowe opowiadania.

  • nienasycona

    To była naprawdę dobra seria, wciągnęła mnie, czekałam na każdą kolejną część. Gratuluję i pozdrawiam.

  • SzkarlatnyJenkin

    Gratuluję wszystkim, którzy dotarli do końca Historii. Dziękuję za komentarze, uwagi i wsparcie. Pozdrawiam : )