Ewa w Nowym Yorku - cz4

Ewa w Nowym Yorku - cz4Mijały tygodnie. Wszystkie dni podobne do siebie poza środą kiedy miałam wolne i wtedy planowaliśmy wspólne spędzenie czasu.Cały dzień bez pośpiechu na zwiedzaniu czy zakupach i dobrym jedzonku. Oczywiście nie mogło zabraknąć ostrego walenia, bo tym zaczynaliśmy i kończyliśmy każdą środę.

Rzucał się na mnie rano i zapewniał sobie śniadanie całując i liżąc moją wilgotną muszelkę, delektując się soczkiem i coraz bardziej nabrzmiałą łechtaczką. Trzymając w ustach jego penisa już mocno urośniętego, pieściłam językiem główkę i obciągałam go powoli dotykając dłonią do dużych i twardych jąder, czasami całując, by sprawić jemu więcej przyjemności. Ta zabawa naszym ciałem mogła trwać długo, gdyby nie to że nagle rozłożył szeroko uda i wsunął się do pochwy wypełniając ją olbrzymim penisem. Poczułam dreszcze przenikające ciało. Zacisnęłam w środku mocno mięśnie by czuć go bardziej, wtopionego we mnie, rozpychającego się arogancko swoim cielskiem. Rozpędzony kutas zanurzał się coraz dalej liżąc zachłannie moje wnętrze, wilgotne i gorące, spragnione porannego przybysza.

Kochaliśmy się długo. Rżnął mnie coraz mocniej trzymając za wyciągnięte za głowę ręce, całując rozpalone wargi, muskając delikatnie ciałem sterczące sutki. Patrzył mi w oczy zamglone rozkoszą i nieobecne tam gdzie powinny teraz patrzeć. W swoją przeszłość z człowiekiem z którym spędziłam tyle lat... Czułam go dobrze wsuwającego się rytmicznie uderzając nabrzmiałymi jądrami o moje krocze rozwarte szeroko...dla niego...dla nas.
Jestem w raju – pomyślałam przez chwilę pojękując głośno. Widziałam jego zadowolenie kiedy zniewalał mnie i tak już zniewoloną. Bawił się moim ciałem, zdobywając mnie już dawno zdobytą. Wsuwał dużą męskość w moją pochwę oddaną jemu bez reszty i zalewał lawiną rozgrzanej spermy. Osiągaliśmy szczyty rozkoszy paraliżującej spocone ciała pozostawiając je w bezruchu i niemocy …

Takie były środowe poranki. Po powrocie na ziemię szybka toaleta, kolorki szminka oko i wyruszamy w Manhattan. Dzisiaj wyjątkowo ciepły i słoneczny. Czujemy się lekko. Wyluzowani porannym śniadaniem naszych ciał już spokojnych i uśpionych... do wieczora. Radośnie patrzymy na kolorową ulicę i ludzi podążających nieustannie przed siebie w cieniu gigantycznych wieżowców – świadków wielu miłości i nienawiści, upadków i wzlotów...

Teraz szybko na prom do Battery Park and Liberty Island, choć nie mamy daleko z naszego East Village – przepraszam, jego East Village, to musimy się pospieszyć by dzień nam nie uciekł. Wycieczka na Ellis Island do Muzeum Imigracji i na Liberty Island warte są chyba naszego pośpiechu. Płyniemy promem przytuleni do siebie. Czuję zapach świeżego powietrza na jego policzkach.
Jestem szczęśliwy z Tobą i kocham Ciebie. Nie wiem jak powrócę do żony i dzieci... Na pewno nie teraz – wycedził bez emocji.

Zapach rozpuszczonych na wietrze włosów, aksamitna twarz którą całował delikatnie muskając wilgotnymi wargami zniewalała jego zmysły, rozwalała spokój który dawno stracił. Wiedział że dziewczyna którą tutaj spotkał jest kimś na kogo długo czekał.Przynajmniej tutaj, gdy był długo sam marząc o cipce która da mu spełnienie nocnych koszmarów i nieustającej masturbacji. Jestem Twoim niewolnikiem...Ewo...Na razie...

Sterczące jak fallus wieżowce Manhattanu oddalają się od nas jakby chciały powiedzieć – nie wracajcie już tutaj, uciekajcie daleko, jak najdalej od waszych partnerów którzy krążą nad wami jak widmo. I wrócą bo widmo powraca. W najmniej oczekiwanym momencie.

Jesteśmy na wyspie. Słońce rozgrzewa swoimi promykami i tak gorące nasze serca które żyją chwilą która jest i nie myślą co będzie jutro... Jesteśmy tutaj razem. My...
Muzeum imponujące. Pokazujące ludzi takich jak my ale którzy przyjechali do N.Y. dużo wcześniej z rodzinami, samotnie, do pracy... na zawsze. Ludzi budujących ich bogactwo i przepych. Ludzi którzy mieli nadzieję na lepsze jutro...z ukochaną osobą...z rodziną.

Ostatni punkt dzisiejszego programu – Liberty Island. Krążymy koło potężnego posągu. Statua Wolności – przyniesie wolność czy rozczarowanie życiem kiedy to wszystko rozleci się jak domek z kart...kiedy drogi rozejdą się donikąd pozostawiając za sobą mgłę rozwianą podmuchem wiatru...  
Nie myślę o tym. Jestem z Tobą i jest mi cudownie. Nie chcę znać przyszłości. Weź mnie w ramiona i poszybuj ze mną w otchłań wiecznej rozkoszy, niekończącej się rozmowy naszych gorących ciał kochających się szaleńczo, nagich i bezwstydnych, pogrążających się coraz bardziej w zdradzie i grzechu – pomyślałam sobie odpędzając wszystko co nie jest nam po drodze.
Zbliża się wieczór. Pora wracać. Jesteśmy na 8th str która tak naprawdę nazywa się St. Marks Pl. i jest ulicą artystów i różnych pojebów na której życie trwa przez 24 godziny na dobę. East Village i nic dodać tak jak o nas.  

W obskurnym pokoju. Zapalona świeczka i niezniszczalny B.E.King ze swoim Stand by me. Spojrzał na mnie oczami które powiedziały wszystko. Chcę kochać się z Tobą i czuć ciepło Twego wnętrza. Chcę spuścić się na rozgrzane ciało i aksamitne piersi które wymoszczę pocałunkami. Chcę Ciebie walić do zatracenia. Daj m i siebie i nie mów że masz chłopaka który tu przyjedzie. Jestem ja i nic poza tym nie jest ważne.  
Gdy nadejdzie noc
I świat pokryje mrok
I księżyc będzie jedynym światłem, które zobaczymy
Stand by me..
.  
Bądź przy mnie. Rozebraliśmy się w pośpiechu. Zaczął całować moje ciało, nagie i drżące z podniety. Ta chwila która nadchodzi i to co się zaraz wydarzy skierowało moje myśli w jednym kierunku. Tam gdzie sterczała jego męskość w pełnym wzwodzie. Wiedziałam że za chwilę będzie w moim środku. Twardy i pulsujący z milionem przekrwionych żyłek na wierzchu. Chwyciłam w dłoń i mocno ścisnęłam wykonując posuwiste ruchy. Ślinił się jak małolat. Włożyłam delikatnie w rozgrzane usta wpychając go do końca i zaczęłam obciągać wykonując coraz szybsze ruchy jednocześnie liżąc językiem jego glans penis nabrzmiały i pękający z podniety. Drażniąc językiem napletek doprowadziłam do orgazmu wylewającego się strumieniem spermy zalewającej gardło.

Jęczał z rozkoszy całując sterczące sutki twardych piersi które czekały na więcej.Zabawę ciałem gotowym na zdradę. Marząc o zatopieniu penisa w otchłani mojego wnętrza. Gorącego i otwartego na jego igraszki...

Chodź już. Weź mnie od tyłu – powiedziałam.

Nie czekając długo włożył kutasa między rozwartą waginę i drażniąc ją dotykiem, bawiąc się nią, wepchnął go do końca ocierając się o ścianki pochwy już tak wilgotnej że każde wepchnięcie do środka było tylko przyjemnością. Palcem dotykał łechtaczkę masując ją powoli i delikatnie by była świadkiem rozkoszy i zniewolenia które nadejdzie za chwilę.. Trzymając mnie za biodra posuwał z determinacją wiedząc że jestem jego i moje ciało musi być posłuszne wypinając się coraz bardziej w odgłosach cichego jęku zadowolenia i rozkoszy. Tak mnie rżnął coraz bardziej sztywniejącym penisem na myśl że posuwa dziewczynę jakiegoś Andrzeja, że zdradza żonę którą kiedyś kochał...

Posuwał szybko czując ciepło i ogień namiętności miejsca między udami. Spragnionego dużego i twardego cielska wsuwającego się bezlitośnie do środka. Rżnącego mnie w odgłosie jęku i radości.  

Chwycił mnie za piersi falujące bezwładnie przy każdym wepchnięciu. Były twarde ze sterczącymi sutkami. Jakby czekały na pieszczotę. Rżnął mnie napawając się każdą chwilą kiedy był w środku. Miał mnie dla siebie. Dla swojego męskiego ego. Samca alfa który musi zerżnąć dziewczynę, której spuści się na rozgrzane ciało dogadzając sobie i swojemu penisowi.  
Dochodziłam obłędnie w zatraceniu i krzyku celebrując orgazm kiedy On w ostatnie chwili wyskoczył spuszczając się na moje plecy. Strumieniem gorącej spermy ściskając piersi i sterczące sutki w zachwycie dopełnionego aktu. Zaliczał mnie po raz kolejny. Zwalił spragnionej seksu dziewczynę której ciągle było mało, która wystawiała krocze pełne wyzwań i niezaspokojonej żądzy.

Położyłam się obok przytulając głowę do jego ramienia. Spokojna i zmęczona. So darling, darling
Stand by me – pomyślałam sobie...

Zadumałam się przez chwilę o Andrzeju który dostał zaproszenie tutaj wiele miesięcy temu i nie wiem co zrobię jak nie daj Boże dostanie wizę. Z rozmów telefonicznych wiem że ma paszport i za chwilę wystartuje do Ambasady po nią – przepustkę do wolnego świata i do mnie...do mojej cipki która już nie należy do niego...Cholera to już tyle miesięcy...Boże pomóż... Nie czyń mi krzywdy...

Telefon. z Polski. Jest wiza. Przyjeżdża do N.Y. 13 sierpnia. Po ośmiu miesiącach. Radosny że zobaczy w końcu mnie. Ukochaną Ewę. Jego dziewczynę...Sen się spełnił...ale nie mój...
c.d.n.

zdradzonyNY86

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka, użył 1645 słów i 9237 znaków, zaktualizował 18 lis 2017.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto