Cafe 157 i 7/8 cz. 1

Lojalnie ostrzegam przed czytaniem.

Żadna sowa, kruk ani inne latające stworzenie nie zapukało do mojego okna, nie sfrunęło z komina ani nic z tych rzeczy. Żadnych magicznych sztuczek nie było. I nawet nie on zapraszał, tylko ja, sama, osobiście, wprosiłam się na spotkanie. W końcu wypadało poznać człowieka, który od blisko dwóch lat wysłuchiwał moich narzekań, pozwalał się wypłakać w mankiet (co prawda wirtualny, ale zawsze), a na dodatek pozwalał się unosić pierwotnemu głodowi uległości na mniej więcej stałym poziomie. Tak czy inaczej umówiliśmy się w publicznym miejscu, znaczy się kawiarni w Złotych Tarasach. Te zidentyfikować w miarę potrafiłam, chociaż moja znajomość Warszawy do wybitnych nie należy. Krzywy budynek, architekt jak nic był pod wpływem, a budowlańcom pewnie też było bliżej budki z piwem niż na plac, ale przynajmniej z daleka widać. Kiedy wysiadłam z tramwaju (a co!) wiedziałam już, że na mnie czeka. Biała koszula i stolik naprzeciwko baru. Tym jak go zidentyfikować zamierzałam się martwić później, bo najpierw czekała mnie przeprawa do Złotych Tarasów. Słowo „przeprawa” to zdecydowanie za mało. Zawsze, ale to zawsze gubię się w podziemnym przejściu koło Dworca Centralnego. Nie ma opcji, żeby spokojnie przeszła na drugą stronę nie zaliczając kilku wyjść na górę, aby zobaczyć, gdzie miejsce docelowe się znajduje. Kiedyś byłam nawet w takiej desperacji, że chodziło mi po głowie przebiegnięcie przez jezdnię. Śmiejcie się, śmiejcie miastowi, ale nikt normalny pod ziemią nie chodzi poza górnikami oczywiście. Człowiekiem jestem a nie kretem, to prawo mam stracić orientację w tunelach. Tym razem udało mi się dziwnym trafem dobrze wybierać odnogi i bez większych problemów (jednego małego wyjścia na zewnątrz nie będę przecież liczyć) udało mi się dotrzeć do miejsce przeznaczenia. Złote Tarasy otworzyły przede mną swoje podwoje. Weszłam do tego przybytku ludzkich westchnień. Sobota, samo południe. Ludź na ludziu i ludziem poganiał. Bardziej publicznego miejsca już chyba nie było. Teraz tylko przyszło mi znaleźć ową kawiarnię. Na poziomie pierwszym ją ulokowali. Na mapie w legendzie oznaczyli numerem 157. Przez kilkadziesiąt sekund próbowałam ją zlokalizować, ale nie udało się, jakby pod ziemię się zapadła. Pomyślałam, że nieważne i tak znajdę. No, bo która kobieta zna się na mapach. I poszłam przed siebie. Oczywiście ciąg restauracyjno-kawiarniany był dokładnie w drugą stronę. Ale co tam. Spacerek po zatłoczonych sklepowych alejkach jest przecież marzeniem każdej kobiety. Tu wyprzedaż 70%, tam nowa kolekcja, żyć nie umierać. W końcu dotarłam tam, gdzie jedzeniem pachniało. Idę, idę i ciągle nic. Znaczy się restauracje są, kawiarnie są, ale tej konkretnej nie ma. Spociłam się lekko, do końca doszłam i zawracam. Na ekranie komórki wyświetliła mi się wiadomość: „mignęłaś”. Znaczy się na dobrej drodze jestem. Po chwili zaćmienie mi przeszło i zobaczyłam kawiarnię. Była, nawet masa ludzi siedziała, ale niespecjalnie im się przyglądałam. Bo człowiek w białej koszuli właśnie wstał i machał do mnie. Ciarki przeszły mnie po plecach i jakby zimno mi się zrobiło. Nieważne. Kilka kroków i stanęłam przed nim. Uśmiechał się nawet sympatycznie. Podałam mu dłoń, bo sobie pomyślałam, że w ramiona jednak nie padnę, jakby nie patrzeć dominujący. Zamówił dla mnie kawę i sobie spokojnie ją piliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim, chociaż nie, o tyłku Maryni jednak nie i o kwarkach też nie. Ale za to śmiałam się, że historia ze znikającą kawiarnią przypomina scenę z Harrego Pottera. I po co ja się śmiałam, po kiego mnie podkusiło? W pewnym momencie, kiedy poczułam się bezpiecznie i spokojnie uznałam, że jak na dominującego jest całkiem w porządku, wstał i popatrzył na mnie.  
- Chodź – stwierdził głosem, który sprawił, że wszystkie włoski na rękach stanęły mi na sztorc. Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana.
- Weź swoje rzeczy i idziemy – powtórzył.
Czy tylko ja tak reaguję, czy to jakaś wspólna cecha uległych? W każdym razie podniosłam się z ławy, zgarnęłam kurtkę i plecak i stanęłam koło niego. Wziął mnie za rękę i zamiast iść w kierunku wyjścia, pociągnął w drugą stronę. I teraz będzie wyjaśnienie dlaczego zaczęłam od sowy i jakkolwiek absurdalnie nie zabrzmi to stało się, weszliśmy w ścianę. Nie widziałam, żeby coś naciskał, czy cokolwiek innego robił. Wystarczył moment i byliśmy po drugiej stronie. Oczywiście w jakimś piekielnym tunelu, na szczęście światło zapiło się momentalnie.  
- Co jest? - zapytałam z niedowierzaniem.
- No cóż obiecałem ci przecież supełki – zaśmiał się.
- Ale jak?
- Magia, moja droga, magia.
- Przestań chrzanić, takie rzeczy się nie zdarzają. To tylko jakaś sztuczka, dogadałeś się z właścicielami i jesteśmy na zapleczu.
- Nieładnie tak brzydko mówić. Znasz wiele pięknych słów…
Żeby go pogięło i przez 20 sekund nie mógł się wyprostować. Człowiek zdenerwowany i zdezorientowany, a tu dominujący mu kłody pod nogi rzuca.  
- W związku z tym, że tu się łatwo zgubić, a przecież tego byśmy absolutnie nie chcieli, muszę cię jakoś do siebie przywiązać.
Wyjął obrożę, zapiął na mojej szyi.
- Idziemy. Pamiętaj, żeby się trzymać blisko, najbezpieczniej tu nie jest.
Jakby na potwierdzenie jego słów z głębi korytarza dobiegł dźwięk ni to wycia, ni błagania.  
- Chodź zobaczysz swój ukochany Pałac od dołu – powiedział i pociągnął za obrożę.

3 709 czyt.
100%133
Przeklenstwo

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyczne, użyła 1008 słów i 5732 znaków.

3 komentarze

 
  • Pani123

    Pani123 · 7 wrz 21:34

    Będzie ciąg dalszy?

  • Morfina

    Morfina · 25 sie 22:04

    Bardzo smaczne. Czekam z niecierpliwością na wszystkie Twoje opowiadania.

  • AnonimS

    AnonimS · 20 sierpnia

    Ciekawy początek. Zestaw na tak. Pozdrawiam