Arystokrata rozdział 14

Arystokrata rozdział 14Uderzenie, wygiął się na tyle, w jakim stopniu pozwalały wykręcone przez jej osobistego ręce. Ponowne uderzenie, nie wytrzymał i krzyknął, nie zdążył zacisnąć zębów po gwałtownym wciągnięciu powietrza, kolejny cios i dotarł do niego zadowolony, drżący z podniecenia głos kobiety:
- Będziesz skamlał o litość, zegniesz karku, wierz mi....
Znów uderzenie, z jego pleców powoli robiła się miazga, zdrętwiały mu ramiona, a ból świdrował mózg, był wszechobecny. Najgorszy jednak był pulsujący ból jąder, po tym, jak go po nich skopała. Nie wiedział, za co dostaje, nic nie zrobił, wprowadzili go nagiego i skutego, dostał od razu na samym wejściu. Nie miał najmniejszej szansy, żeby się przynajmniej osłonić przed brutalnym mężczyzną, który okazał się osobistym rudowłosej kobiety, o obronie nie było nawet co marzyć.
Walczył z tym cholernym bólem i wstydem, z tym szyderczym ocenianiem go, dotykaniem każdego miejsca na jego ciele, a przede wszystkim upodlającą bezsilnością. Do tej pory nigdy nie służył nikomu poza Robertem i nikt poza nim go tak nie traktował. Na swojego właściciela już tak nie reagował, przyzwyczaił się, jeśli w ogóle można było się przywyknąć do takiego traktowania i nigdy w życiu nie przypuszczał, jakie zboczone fantazje przyjdzie mu zaspakajać. Przez dwa miesiące praktycznie nie wychodził z jego sypialni i zapomniał, że nosi się ubrania. Nie były mu potrzebne, jedyne co potrzebował to refleks, w spełnianiu jego zachcianek. Wiele rzeczy, które z nim robił, były tylko dlatego, żeby go specjalnie poniżyć, pokazać, że należy do niego, tak jego ciało, jak i dusza. Klęczał przed nim po kilka godzin, tylko po to, żeby mu natychmiast obciągnąć, gdy tylko mu się zachciało, ewentualnie gdy sobie o nim przypomniał. Musiał być też pod ręką, by zafundować mu bicie, za to, że nie wytrzymał w jednej pozycji, po którym momentami nie wiedział, jak się nazywa i żeby w końcu zakończyć ostrą jazdą w jego ustach. Nieważne też było, że akurat w tym czasie w pokoju ktoś był. Robert potrafił rozmawiać z którymś ze strażników i rżnąć go, nie tracąc przy tym rytmu pieprzenia i wątku rozmowy. Dopiero po jakimś czasie, jak ochłonął z pierwszego szoku, gdy przyzwyczaił się, że dostaje za nic, tylko dla zwykłego zabicia nudy, dla przyjemności swego pana, dostrzegł, że w tym okrucieństwie jest metoda. Robert, najzwyczajniej w świecie go tresował. Zaczął dostrzegać różnicę w jego spojrzeniu, w ruchach jego ciała, w sposobie mówienia. Na początku, ciężko mu było powstrzymać się przed spojrzeniem mu w oczy, gdy ten zwracał się do niego. Za każdym razem kosztowało go to potężne uderzenie w twarz, po którym przeważnie lądował na ziemi, a wtedy dostawał jeszcze kopnięcie w żebra. Uczył się więc utrzymywać za wszelką cenę na nogach, bo wtedy kończyło się tylko na jednym uderzeniu. Nie było to łatwe, bo do niedawna ich relacje były zupełnie inne, nie było pana i niewolnika, nie musiał uważać na nagle cichnący, senny głos, który teraz przeważnie zwiastował bicie, systematyczne i mocne, do momentu, gdy sam się zmęczył lub mu się po prostu znudziło. Przedtem zwężenie i przymrużenie złocistych oczu nie oznaczało, że ma ściągać spodnie i nadstawić tyłek, by jego pan mógł sobie ulżyć, albo właśnie uznał, że trzeba mu przypomnieć, kim się stał, a raczej kogo z niego zrobił. Z czasem było łatwiej, chociaż nie mniej boleśnie, bo od samego początku wiedział, o co chodzi Robertowi, chciał usłyszeć jego błaganie, błaganie o litość, miał się poniżyć, a w zamian za to może przetrwałby ten kontrakt w miarę spokojnie i w całkiem innych relacjach. Odmówił poddania. Nie to przecież było przedmiotem zakładu, nie potrafił zrobić z siebie szmaty. Nie ukorzy się, nie będzie błagał, nie straci szacunku do samego siebie, choć wielokrotnie był bliski tego, był bliski załamania. Tak jak wtedy, gdy zmuszono go do klęknięcia, a następnie przykuto za kostki i nadgarstki do podłogi. Kiedy obchodziła go dookoła, uderzała trzcinką, śmiała się. Pękały ledwie zasklepione rany na plecach od nowych uderzeń, a nadgarstki poobcierane do żywego od szarpania pulsowały. Słyszał rozbawiony głos, gdy kazała niewolnikowi wejść w niego i pokazać mu jak być mężczyzną, jak wygląda męskość. Nie dał rady, potrzeby tej kobiety przerastały jego możliwości, tortury i strach przed nimi paraliżowały go, jego ciało odmawiało posłuszeństwa. Zanim się tu znalazł, miał niewielkie doświadczenie seksualne i nie tak ono wyglądało. Zaciskał zęby, żeby stłumić jęk i wyrównać oddech, osobisty próbował go najpierw rozluźnić i wejść w niego powoli, ale zobaczyła to.
- Chcesz być na jego miejscu? – warknęła, podniecona i żądna okrutnych wrażeń.
Nie chciał być. Pchnięcie było jedno, brutalne, silne i do końca. Wygiął się w pałąk, bezwiednie próbował uciec z tyłkiem przed rozdzierającym bólem, ale mężczyzna złapał go jedną ręką za ramię, a drugą nacisnął na kręgi lędźwiowe. Uklękła przed nim i zmusiła do zadarcia głowy. Całowała go, przygryzała wargę, chłonęła jego tłumiony skowyt, wszystko w rytm rżnięcia jego tyłka. Widział, jak w jej oczach kłębi się pożądanie wykorzystania go i upodlenia, to było to, co ją podniecało, delektowała się jego cierpieniem, rozkoszowała strachem i smakowała jego wstyd.
- Widzisz, jak to się robi? - była podniecona, rozpalona samym widokiem – Do tego służy kutas...
Jej twarz emanowała okrutną pożądliwością, czuł zapach jej podniecenia, nakręcała się wprost proporcjonalnie do zadawanego mu bólu, jej osobisty wiedział co robi, znał swoją panią i czego potrzebuje. Gdy już się przyzwyczaił do rozrywającego go w środku członka, odpięli go. Silne ręce rzuciły na stojące obok łoże, wylądował na brzuchu, pociągnięty za nogę, zjechał na brzeg, by niewolnik wygodniej mógł się znowu w niego wedrzeć. Zaskomlał cicho, jeszcze wtedy nie potrafił odpływać, jeszcze nie umiał uciec w psychiczną głębię, która pozwalała przetrwać to wszystko.
- Wiesz już, o co chodzi? - Szczytowanie w nim jej osobistego pobudziło ją jeszcze bardziej, jej głos stał się chrapliwy, a oddech krótki, urywany - Teraz zrobię z ciebie mężczyznę, wreszcie będzie z tego niezłego kawałka mięsa jakiś pożytek...
Bardzo sprawnie i szybko wstrzyknęła mu w nabrzmiałą żyłę coś. Pierwszy raz zetknął się z efronem, krew zagotowała mu się w żyłach, podniecenie rosło bardzo szybko, nie miał żadnego wpływu na to, co się z nim dzieje, był gotowy rzucić się na wszystko, na nią, na jej osobistego, na co tylko, aby się wyładować, żeby tylko mógł się spuścić. Ciało drżało w niekontrolowany sposób, każdy dotyk sprawiał ból, a pożądanie ciągle rosło, nie wiedział, ile to szaleństwo trwało, znów przykuty do łóżka, ujeżdżany i oszalały, był pobudzony do granic ostateczności, a na robiła wszystko, by nie dopuścić do wytrysku. Sama po wielokrotnym orgazmie, zmęczona, zaspokojona, rozpustnie obserwowała, jak próbuje bezskutecznie walczyć z czymś, czego nie rozumiał, bo nie rozumiał jeszcze wtedy, dlaczego ten drugi mężczyzna doprowadza go na skraj szaleństwa i pozostawia. Dlaczego ona na to patrzyła i nie chciała, żeby doszedł, żeby wytrysnął, żeby nie mógł. Czas ciągnął się w nieskończoność, bawiła się nim jeden dzień i jedną noc, jeden dzień i jedna noc czegoś, co zabiło w nim wszystko, czym był przedtem.
- Dlaczego tak się dzieje, Drugi? Dlaczego oni mi to robią? - głos Lana, wyrwał go ze wspomnień, z jego początków tutaj jako osobistego niewolnika, niewolnika dla przyjemności, niewolnika człowieka, którego dobrze znał od zawsze, który podobno był kiedyś jego przyjacielem, może nie najlepszym, ale przyjacielem.
Popatrzył w jego intensywnie niebieskie oczy i nie wiedział, co mu odpowiedzieć. Zastanawiał się już od tysiąca sześciuset siedemdziesięciu dni, dlaczego to robią i ciągle nie znał odpowiedzi i wątpił, żeby kiedykolwiek znalazł odpowiedź na to, co siedzi w ludziach. Jakie demony sprawiają, że są tacy, a nie inni, co kryje się w psychice człowieka, który osiąga spełnienie tylko wtedy, gdy sprawia ból drugiemu człowiekowi, bezsilnemu, bezradnemu, całkowicie zniewolonemu i uzależnionemu.
- To władza i nuda – rzucił, zastanawiając się nad tym, co powiedział, czy dawniej wpadłby na to, czy w ogóle pomyślałby o tym – czasami kompleksy i brak jakichkolwiek skrupułów.
Młodziutki chłopak skrzywił się wymownie i z trudnym do określenia błyskiem w oczach spytał gniewnie:
- Dlatego, że mają pieniądze i władzę, to mają prawo robić ze mnie jakiegoś pieprzonego niewolnika do wszystkiego? Nie urodziłem się niewolnikiem, nie jestem nim i nigdy nie będę! – ostatnie słowa prawie wykrzyczał.
Przechodził fazę buntu. Każdy niewolny, może prawie każdy miał ten moment, gdy otrząsał się z pierwszego szoku i próbował przeciwstawić temu, co go spotykało. Zaczynała docierać do niego straszna prawda, że nie jest już panem siebie, tylko rzeczą, dobytkiem, podczłowiekiem, nic od niego nie zależy i nie ma żadnych praw. Różnie reagowali na to, jedni próbowali uciekać, co było zupełnie nie realne, inni stawiali się tak jak on, a kończyło się to fizycznym i psychicznym złamaniem w bardzo okrutny sposób. Zawsze była też jeszcze grupa, która szybko oceniała sytuację i z różnym skutkiem próbowała, w zależności od charakteru, przetrwać w tych strukturach w miarę znośnych warunkach, które zapewniało pogodzenie się z losem i wdrożenie w tryby tej skomplikowanej machiny, stając się funkcyjnymi, strażnikami i zwykłą służbą, której się nie zauważało, a bez której nie funkcjonował praktycznie żaden dom.
- Prędzej się zabiję... - dodał ciszej i niepewnie.
- Próbowałeś już- wskazał oczami na opatrzony przegub na ręku chłopaka – i co z tego wyszło?
Od Harry'go wiedział, że starał się przegryźć sobie żyły. Tylko że to nie jest takie proste, jak się wydaje. Samo uszkodzenie żył nie daje efektu, krew początkowo wypływa szybko, ale po chwili zaczyna krzepnąć, a szarpana rana taka jak w jego przypadku natychmiast zaczyna się zasklepiać. Trzeba mieć dużo samozaparcia i niski próg odczuwania bólu, który i tak nie daje gwarancji na to, że jest się w stanie ciągle jątrzyć ranę, na tyle, aby krew mogła dalej wypływać. No i jeszcze jest obroża. Mało kto na początku zdaje sobie sprawę, do czego służy, bo to nie jest tylko symbol statusu społecznego, to jest tak naprawdę komputer, który monitoruje wszystko, co się dzieje z niewolnikiem. Od stanu zdrowia, jakichkolwiek anomalii, typu podniesienie ciepłoty ciała lub tak jak w wypadku Lana, gwałtowny spadek ciśnienia, po najzwyklejsze w świecie ograniczenie możliwości poruszania się po danym obszarze. Każda obroża zaprogramowana jest na pewną przestrzeń, po której może poruszać się jej posiadacz, ma zakodowane trzy strefy, na które reaguje czujnik. Pierwsza jest ostrzegawcza, daje delikatny sygnał bardzo słabych impulsów elektrycznych jej posiadaczowi, że zbliża się do granicy terenu, po którym może się poruszać, drugi sygnał jest trochę mocniejszy i oznacza, że wszedł w granicę lub tuż za i musi natychmiast wrócić, ale już wtedy włączają się alarmy w dyżurkach i dyspozytorniach. Wszyscy strażnicy dostają sygnał alertu i rozpoczynają poszukiwania, które nie są jakieś skomplikowane w związku z wbudowanym w obrożę lokalizatorem, a przynoszą bardzo niemiłe reperkusje dla desperata. Bardzo rzadko, ale zdarza się, że ktoś przekroczy obie zony i wydostanie się na zewnątrz, poza terytorium należące do właściciela niewolnika i wtedy uruchamiany zostaje automatycznie alarm oraz lokalizator dalekiego zasięgu z informacją o zbiegu do wszystkich posiadaczy urządzeń elektronicznych znajdujących się w okolicy. Bardzo często w poszukiwania włączają się również sąsiedzi, dla których jest to niezła rozrywka, a złapanie zbiega jest tylko czystą formalnością i kwestią czasu, choć czasami pozwalając takiemu nieszczęśnikowi kontynuować ucieczkę i dając nadzieje, rozpoczynają dobrą zabawę trwającą nie raz kilka dni.
- Chciałem – potwierdził, uciekając ze wzrokiem – bo nie chcę tak żyć, nie chcę, całe życie ma takie być?
- Może niecałe – powiedział cicho, próbując uspokoić go trochę – Jesteś ładny, młody i niegłupi, może ci się udać...
- Co może mi się udać?! - krzyknął i poderwał się z podłogi. Stanął przed nim i patrzył na niego z góry – Jeśli myślisz, że podoba mi się dawać dupy jakimś starym zbokom, albo obsługiwać jakieś popieprzone baby, to się grubo mylisz, za nic na świecie. Tak czy siak, skończę ze sobą...
Położył głowę na kolanach i westchnął, w sumie miał rację, co to za życie. Sam wiele razy chciał zrobić to samo, ale wtedy konsekwencje złamania warunków kontraktu byłyby straszne.
- Uważasz, że dasz radę? Jesteś na tyle silny?
Na pierwszy rzut oka widząc jaką szkołę dostał i to, co z nim robili teraz, był pełen wątpliwości, że będzie miał odwagę zrobić to jeszcze raz. Pomijał już specjalny monitoring, którym został objęty, bo nie był sobie jakimś zwykłym niewolnikiem. Był najnowszą zabawką samego szefa i tylko on mógł zadecydować co zrobić z niepokornym sługą, a dopóki go nie ma i nie podejmie decyzji, wszyscy muszą dbać o to, aby do jego powrotu nic więcej nie przydarzyło się jego osobistemu.
- Nie wiem... teraz już nie wiem – przyznał szczerze, siadając znowu koło niego – No powiedz Drugi, co ja mam teraz zrobić, co ja mogę zrobić, ja tak nie chcę... - zacisnął pięści i wpatrywał się w podłogę – nie chcę...
- To nie zawsze tak wygląda – szkoda mu się go zrobiło, był z niego jeszcze taki dzieciak- trafiłeś do piekła na dzień dobry, twoim przekleństwem jest twoja uroda i wiek... albo atutem...
Teraz on się podniósł, chciał rozprostować nogi, a poza tym ciągle jeszcze czuł żebra, zrobił parę kroków po jego niewielkiej, skromnie urządzonej celi. Można było tu dostać klaustrofobii, cztery ściany, w tym jedna z drzwiami i brak choćby najmniejszego okna, doceniał teraz swoją, chociaż i tak najwięcej przebywał w apartamentach Roberta, a teraz miał, przynajmniej przez jakiś jeszcze czas, pokój u Marty.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - Lan czujnie go obserwował – Mogę się stąd wydostać?
- Jeśli pytasz, czy możesz nie być niewolnikiem, odpowiedź jest jedna, nie – błysk nadziei znikł szybciej, niż się pojawił – ale możesz wyjść z tego domu.
Jasnowłosy znów rzucił mu pytające spojrzenie, znów pojawiła się w nich nadzieja, której musiał go szybko pozbawić. Byłoby wielkim skurwysyństwem z jego strony pozwolić mu łudzić się czymś, co nie istniało, a czego on tak jak zresztą wszyscy inni pragnęli. Mógł mu tylko pomóc ewentualnie przystosować się i nauczyć z tym wszystkim żyć.
- Jak mogę stąd wyjść? Kiedy? Czy...
- Nie rozpędzaj się, pomału – powstrzymał go ruchem dłoni – To nie jest tak, jak myślisz, nikt nie strzeli palcami i stąd sobie pójdziesz, to nie jest takie proste, ale jednak realne.
- No więc co mam zrobić?
Odsunął się od niego i przyjrzał dokładnie, młodziutki, delikatny, wręcz drobny, ale proporcjonalnie zbudowany, o interesującej urodzie i szlachetnych rysach typowego chłopaka z północy, który jeśli zostanie mu to dane za chwilę stanie się przystojnym, młodym mężczyzną. Szkoda go było, z samej rozmowy już wnioskował, że nie jest przeciętnym dzieciakiem, czuło się w nim jakąś moc, chęć walki, jego spostrzeżenia, umiejętność wyciągania wniosków, a nawet sama chęć popełnienia samobójstwa wbrew pozorom świadczyła o inteligencji i wrażliwości. Nie godził się z tym, co wokół niego się działo i nie wiedział jak sobie z tym poradzić, co nie było dziwne, bo z kilkuletniej już obserwacji zauważył, że najszybciej, najłatwiej dawały sobie radę jednostki prymitywne, o niskiej świadomości, przeważnie już na tyle zdemoralizowane, że przejmowanie nawyków i wchodzenie w rolę swych oprawców nie nastręczało im najmniejszych problemów.
- Wiesz, dlaczego jesteś u Roberta? - spytał wprost, nie spuszczając z niego wzroku.
Chłopak wzruszył ramionami, ale wyraźnie było widać, że jest zainteresowany tym, co mówił.
- Bo lubi rżnąć facetów? - w jego słowach można było wyczuć złośliwe rozgoryczenie- Bo nie lubi kobiet, ma z tym jakiś problem?
- W pewnym sensie masz rację – uśmiechnął się pod nosem, na tak proste określenie Raysa, ale nie o tym chciał z nim mówić, nie o orientacji seksualnej swego pana, bo akurat ona była ciężka do określenia. Robert był specyficzny, kochał kobiety, szczególnie jedną. Wiedział to. Wielokrotnie słyszał to z jego ust, gdy po pijanemu wyrzucał z siebie wszystkie żale. Nie mógł z nią być, a ciągle był jej wierny, nawet po latach i za to karał mężczyzn, za to na nich się mścił, na nim się mścił i jedynym jego problemem, było chyba tylko to, że nie dostał tego, czego chciał.
- Myślisz, że taki człowiek jak Rays może mieć problem? Z czymkolwiek?
- Nie wiem, ale uważasz, że to wszystko tutaj jest normalne? Tu jest jakiś popieprzony, inny świat – chłopak zrobił nieokreślony ruch ręką, mający chyba oznaczać miejsce, w którym się znajdują – stado jakichś ludzi, którzy nazywają się arystokratami i chcą być panami świata.
W pewnym sensie dobrze myślał, tylko nie znał jeszcze tego świata, w którym się znalazł. Żyjąc na dzielnicach, o podziale imperium tylko słyszał i wiedział, że istnieje arystokracja, że są polowania na niewolników w tej części zwanej dzielnicami, w których kiedyś toczyły się wojny gangów, było przeludnienie i podobno panował chaos. Przynajmniej tak było kiedyś. Tylko nieliczni z wysoko postawionych w rządzie i ci, co byli na dzielnicach wiedzieli, że były obszary, gdzie ludzie żyli normalnie i nieliczne zamieszki, które się pojawiały, wcale nie uprawniały do interwencji wojska, ale było to skrzętnie przemilczane, a wręcz ukrywane ze względu na niewolnicze interesy kilku arystokratycznych rodzin. Tyle to już wiedział, kiedy miał normalny dostęp do informacji, bo teraz docierały do niego tylko strzępki wiadomości przy okazji towarzyszenia Robertowi w różnych sytuacjach, podczas których Rays nie krył się przed nim z niczym. Stąd też wiedział, że zamieszki były też prowokowane, a większość stanów zapalnych na dzielnicach była sztucznie podsycana i kontrolowana. Biznes niewolniczy musiał się kręcić.  
- To jest inny świat i niestety, ale arystokracja rządzi tym światem, i to nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo – powiedział cicho, zdając sobie teraz sprawę, że tak niewielu rządziło tak wieloma – tak było od zawsze i długo pewnie jeszcze tak zostanie.
- Pierdolę to, pierdolę ich, nie chcę tu być, niech mnie wykończą jak najszybciej, albo sam ze sobą skończę – chłopak nie chciał przyjąć pewnych oczywistych rzeczy do świadomości.
- Póki co, to pierdoli cię Robert – przypomniał mu, odnosząc wrażenie, że Lan za chwilę wpadnie w histerię – uspokój się i posłuchaj mnie trochę. Pytałem, dlaczego jesteś u szefa, odpowiedź jest jedna, bo jesteś ładny, młody i zadziorny, on takich lubi i będzie cię trzymał, dopóki cię nie zatłucze, albo mu się nie znudzisz, albo nie znajdzie sobie fajniejszego od ciebie, albo cokolwiek.
Chłopak chciał mu przerwać, próbując się z czymś nie zgodzić, ale nie pozwolił mu na to, stukając go mocno palcem w ramię i podnosząc głos.
- Słuchaj mnie teraz, bo oprócz ciebie samego, jestem twoją jedyną i niewielką szansą na przetrwanie tutaj. Chyba że nie chcesz, to wtedy proszę bardzo, możesz się do woli użalać nad sobą, nad swoim biednym tyłkiem i niesprawiedliwym losem, ale nie do mnie, bo ja to wszystko wiem i już dawno nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia.
Mina i ton głosu, jakim mówił do niego, spowodowały, że trochę się uspokoił i przytomniej spojrzał na niego.
- Przepraszam – powiedział po chwili, jakby uginając się pod jego ciężkim spojrzeniem – przepraszam, ale nie radzę sobie, nie wiem co robić i … tęsknię do domu... do matki, ona nawet nie wie, gdzie jestem...
- Wiem – usiadł znów obok chłopca i widząc, jak zeszło z niego powietrze, objął ramieniem. Ten po małej chwili wahania przytulił się do niego jak małe dziecko – Może i lepiej dla niej, że nie wie, co się dzieje z jej synem.
Przez małą chwilę nie mówili nic, każdy z nich zapewne myślał o tym samym tylko zupełnie inaczej.
- Nie radzisz sobie i to jest zrozumiałe, chyba nikt nie jest w stanie ogarnąć czegoś takiego. Szczególnie taki dzieciak jak ty, dlatego tu przyszedłem i choć niewiele mogę ci pomóc, to postaram przynajmniej pokazać jak się tu obracać – westchnął głęboko- przede wszystkim, zapomnij o tym, co było, nie ma i nie będzie już poprzedniego życia, chyba że chcesz żyć wspomnieniami, ale one wtedy cię zadręczą, bo nie będziesz już w tamtym i nie będziesz ciągle w tym życiu. Nie wytrzymasz tego psychicznie.
Czuł pod ramieniem jego drobne, ciepłe ciało co jakiś czas wstrząsane jakimś dreszczem. Trudno było powiedzieć czy był to tłumiony szloch, czy dreszcz z powodu panującego w celi chłodu. Wydawało mu się jednak, że próbuje zapanować nad płaczem.
- Wiesz, jak to brzmi? - spytał poważnie, patrząc gdzieś przed siebie – Chcesz, żebym się poddał i robił to, co oni chcą?
- Tak – odparł krótko i szybko dodał- to brutalne, ale tu nic innego cię nie czeka i przyzwyczaj się do takiego życia, bo nie masz innego wyjścia.
- A ty? Tak zrobiłeś? Poddałeś się ? Robisz wszystko, czego od ciebie chcą?
Zignorował szczeniacką zaczepkę w jego głosie i to jak się nagle spiął. Zupełnie nie panował nad emocjami. Przez moment zastanawiał się nad pytaniem, które mu zadał, a to było dobre pytanie. Był ciekaw, dlaczego mu zadał? Czy był to przypadek, czy zdążył się o nim już czegoś dowiedzieć i ile? Różnie tu mówiono, nikt ze służby nie wiedział, kim był, ale wszyscy wiedzieli, że coś jest na rzeczy pomiędzy nim i Robertem. Nie było chyba nikogo, kto by się nad tym nie zastanawiał. Znając podejście Raysa do niewolników, sposób w jaki go traktował, wyraźnie odbiegał od normy.
- Nie wiem, w jakim stopniu udało mi się zachować własną tożsamość, ale wiem jedno i pogodziłem się z tym, że nie ma dla mnie przyszłości i jest mi z tym łatwiej – zawahał się przez moment – jest łatwiej... nie mieć jutra, nie mieć... nic...
Nie chciało mu się wierzyć, że to powiedział. Właśnie w tym momencie zdał sobie sprawę, że tak naprawdę się poddał. Wygrywając zakład z Robertem, przegrał sam ze sobą, ale to i tak nie miało już znaczenia, grunt, że były z tego wymierne korzyści.
- Nie patrz na mnie, ja jestem skończony – odwrócił na chwilę twarz i popatrzył bezmyślnie na szarą ścianę – ale ty masz szansę...
Kurwa, o jakiej mówił mu szansie? To wszystko było jednym wielkim bagnem, różnica była tylko taka, że albo będzie pływał na powierzchni tego śmierdzącego błota, albo pójdzie na dno.
Jeszcze raz spojrzał we wbite w siebie niebieskie oczy małolata i nabrał głęboko do płuc powietrza.
- Robert nie znosi uległych niewolników. Kocha za to tych, co walczą i tak jak ty starają się ciągle być sobą do końca. Będzie cię rżnął i tłukł dotąd, dopóki nie złamie cię całkowicie, będzie robił z tobą wszystko, co tylko mu chora wyobraźnia podsunie i dopóki nie zeszmaci cię tak, że sam nie będziesz już wiedział kim jesteś, czy już zwykłym śmieciem, czy jeszcze tylko małym strzępkiem czegoś, co jeszcze niedawno nazywało się człowiekiem. Nie odpuści – mówił, powoli cedząc słowa – a wtedy będzie już za późno. Nic już z ciebie nie zostanie. Wypalony wewnętrznie wrak, który jedynie będzie nadawał się na plantację. Tam zaopiekują się tobą funkcyjni, bo dla nich będziesz tylko trochę zużytym świeżym odpadkiem i dopiero będziesz miał przerąbane, a jeśli jakimś cudem oni cię nie wykończą, to wykończy cię robota ponad siły, bo nie masz prawa już nigdy przekroczyć granic tego majątku.
Mówiąc to, widział, jak chłopak blednie i z przerażeniem słucha jego słów. Do tej pory uważał, że to, co mu się przytrafiło, to była najgorsza rzecz, jaka mogła się stać, a tak naprawdę był to tylko wierzchołek góry lodowej jego życiowego pecha.
- To dobrze, niech mnie wykończą... - wtrącił buńczucznie, choć bez większego przekonania i drżącym głosem.
- Wykończą, wykończą, o to nie musisz się martwić – przysunął twarz do jego twarzy- ale zanim to się stanie, będziesz każdego cholernego, długiego dnia modlił się, żeby każde kolejne uderzenie było tym, które zakończy twój marny żywot, ale niestety uwierz mi, zadbają o to, żeby za szybko tak się nie stało.
Uświadamiał mu brutalną prawdę i żałował, że musi to robić. To było jak ogłaszanie wyroku skazującego na niewinnym. Nie był jeszcze na tyle zobojętniały, żeby to zrobić, nie angażując się emocjonalnie. Po kilku latach pobytu tutaj na innych zasadach niż pozostali niewolnicy, wiedział i widział wszystko trochę inaczej. Nie przechodził szkolenia i nie wniknął w życie tej dosyć dużej społeczności niewolnych, w związku z czym nie do końca był pewny, czy robi dobrze, czy źle tłumacząc mu to w ten sposób. Robert wyobcował go w tym środowisku celowo, wiedział, że grupa ludzi w takiej samej sytuacji daje sobie wsparcie nawzajem, nie chciał do tego dopuścić. Wszystkie kontakty z innymi niewolnikami były ograniczone do minimum, także te ze strażnikami i funkcyjnymi. Stworzony dystans pomiędzy nim a resztą pogłębiał się w miarę upływu czasu coraz bardziej, a to sprawiało, że spoglądał na niewolnictwo z trochę innej perspektywy. Obaj mieli świadomość, że przynależność do innego stanu naturalnego, będzie go już zawsze odróżniała i na pewno nie pomagała. Rozumiał to oprócz ich dwóch jeszcze tylko Martin, w niewielkim stopniu wspierając go i w miarę możliwości chroniąc przed Raysem, gdy ten ewidentnie już przesadzał. Inna sprawa, że robił to głównie ze względu na dawne czasy i po trosze jakby z poczucia winy.
Zgodził się na rozmowę z tym dzieciakiem na wyraźną prośbę Harry'go, na którego pod nieobecność Martina spadły wszystkie obowiązki, oraz odpowiedzialność, której konsekwencje mogły być bardzo przykre w razie jakiejś wpadki. Takiej jak na przykład samobójstwo nowego hardego niewolnika szefa. Ocenił, że skoro przetrwał z Robertem tyle lat, to będzie umiał przygotować młodego do służenia, lepiej niż kto inny, a na pewno bez użycia przemocy. Nie wiedział tylko, ile trudności sprawi mu uświadamianie go o rzeczach, które dla niego samego były jeszcze ciągle bolesne i z którymi mimo wszystko nie do końca się pogodził. Ciągle czuł się oszukany przez Raysa, wykorzystany i wcale nie chodziło o fizyczne wykorzystanie, nawet nie o gwałt psychiczny, nie chodziło o niego samego, tylko o to, do czego go wykorzystał i przeciw komu.
- Jedynym twoim wyjściem jest teraz poddanie się Raysowi, całkowite i bezwarunkowe, bardzo szybko mu się znudzisz, wiem to - akurat to wiedział bardzo dobrze, zbyt dużo widział, co działo się w sypialni jego pana – i musi się to stać, zanim szef oficjalnie zrobi z ciebie swojego osobistego niewolnika. Wtedy nie wyjdziesz stąd nigdy, gdy podpadniesz, trafisz na plantację, co tam będzie, już wiesz. Możesz jeszcze skończyć jako niewolnik dla przyjemności, pod warunkiem, że przejdziesz szkolenie i wtedy jesteś najzwyczajniejszą dziwką dla różnej maści dewiantów, których będziesz musiał zaspakajać z uśmiechem na twarzy, sprawiać, żeby odchodzili zadowoleni, bo po kilku skargach na ciebie, najzwyczajniej w świecie pozbawią cię twojego atrybutu męskości, a wtedy jesteś największą szmatą, z którą dosłownie, każdy będzie mógł zrobić, co tylko przyjdzie mu do głowy.
- Mam robić wszystko, co on chce z uśmiechem na twarzy i może jeszcze mu za to dziękować? - Jego słowa zrobiły na nim wrażenie, choć czupurna natura nie poddawała się i buntowała. To wszystko było dla niego nie do ogarnięcia. Nie rozumiał jeszcze, co jest w stanie zrobić człowiek, systematycznie doprowadzany biciem, torturami i seksualnym wykorzystaniem na skraj szaleństwa. Po części już tego doświadczył, ale jeszcze miał siły na bunt, na próbę przeciwstawiania się temu wszechobecnemu złu.
- Właśnie tak- uśmiechnął się smutno- teraz i tak robisz dokładnie to, o czym ci mówię. No, może jeszcze nie dziękujesz, ale znając Roberta, za chwilę będziesz.
Rumieniec, który wypłynął na twarz chłopaka, był aż zanadto wymowny. Jeszcze nie przyzwyczaił się do tego, że seks tutaj jest pierwszym imieniem większości niewolników przebywających w tym budynku i rozmowa o nim jest mniej egzotyczna, niż rozmowa o pogodzie, której niektórzy przez kilka miesięcy nie widzą.
- A jeśli tak zrobię... to co?
- To wtedy może będzie jakiś pożytek z twojej urody i tych niewielu lat, bo gdy Rays się tobą znudzi, duża szansa, że zobaczy w tobie towar, za który można wyrwać sporo kasy i puści cię w drugi obieg- zawiesił głos i złapał go za podbródek, podnosząc do góry- a tu jest ta nadzieja dla ciebie. Nie wszędzie jest tak jak tu, a właściwie mało gdzie i trzeba mieć wyjątkowego pecha, aby trafić na taki drugi dom jak ten i takiego psychopatycznego właściciela jak Robert.
Puścił go i zaczął się znów przechadzać po małym pomieszczeniu. Czuł, że Lan nie spuszcza z niego oczu i miał nadzieję, że to jego wychowawcze produkowanie się bierze na poważnie.
- Co roku jest aukcja niewolników, taka szczególna. To spore wydarzenie dla tego domu, na niej są sprzedawani niewolnicy, dwadzieścia jeden specjalnie wybranych perełek. Inteligentni, wykształceni o niepospolitej urodzie, po wszechstronnym przeszkoleniu stają się wizytówką handlową Raysów, wyznacznikiem cen na wszystkie inne aukcje w sezonie... i tu jest dla ciebie szansa. Szansa na wydostanie się z tego gówna.
Widok konsternacji na twarzy młodego rozczulił go, mógł pogubić się trochę w tym wszystkim, przyszłość nie wyglądała zachęcająco. Ciągle nie chciał przyjąć do wiadomości, w jakim znalazł się beznadziejnym położeniu i że nie ma szansy na powrót stać się wolnym człowiekiem, ale przy odrobinie szczęścia jest szansa na w miarę znośny byt.
- Mówiłem ci już, że nie masz, żadnych szans na powrót do tamtego życia, a ta aukcja jest przepustką do lepszego życia w tym świecie, którego stałeś się własnością w momencie, gdy wszczepiono ci chipa. Podczas tego bazaru ludzkiej próżności, arystokraci płacą za takich jak ty niebotyczne pieniądze i jeśli tam trafisz, to wygrałeś los na swojej niewolniczej loterii...
- I co mi z tego? Ciągle jestem niewolnikiem...
- Jesteś czymś więcej, tacy niewolnicy stają się kimś ważnym, niezastąpionym dla właściciela, dla rodziny, osiągają jakąś pozycję w tym domu... W teorii rzeczywiście jesteś nikim, ale w praktyce możesz stać się na nowo człowiekiem, bo ktoś, kto zapłaci za coś fortunę, nie niszczy tego, życie niewolnika jest kruche, utrzymanie kosztuje, a mało który z tych posiadaczy lubi wyrzucać pieniądze do... doła...
- A Robert Rays? Jakoś nie ma z tym problemu - wtrącił, z jakąś smutną niezamierzoną ironią.
- Cholera!- Podniósł na niego głos, zaczynał go trochę denerwować- Myśl trochę sam! Jak się tu znalazłeś? Niewielu jest takich skurwysynów jak Robert, a jeśli są, to nie kupują czegoś za takie pieniądze, żeby sobie poruchać, wypruć flaki i wyrzucić na śmietnik ! A poza tym on cię nie kupił, jak i wszystkich innych, nie kosztowałeś go prawie nic, poza wysiłkiem wyjazdu na dzielnicę, ruszenia tyłka na ulicę i niewielkiej inwestycji finansowej, która może mu się zwrócić, gdy ty – wskazał na niego palcem- trochę pomyślisz nad tym, co powiedziałem, a Rays w przypływie trzeźwości postanowi wystawić cię na aukcję wielkiej dwudziestki jedynki, bo zobaczy, że bardziej będzie mu się opłacało jednak sprzedać, niż zakatować taką zwykłą cipę. Za ciebie jednego zwróci mu się koszt dużej części imprezy, a ty przy niewielkim szczęściu trafisz jako osobisty do jakiejś arystokratycznej damulki, którą przelecisz raz na jakiś czas, powozisz jej limuzyną od jednej do drugiej, takiej samej, znudzonej wielbicielki jakiś małych piesków, plotek i zakupów. Staniesz się obiektem przechwalania twoimi atutami i bóg jeden wie jeszcze czym, a jedynym twoim zmartwieniem będzie dobrze wyglądać, być niezastąpionym, sprawiać, żeby była zadowolona i żeby żyła jak najdłużej- zawiesił na moment głos- trochę gorzej będzie, jak trafisz na faceta, zasada działania dokładnie ta sama, ale można się do tego przyzwyczaić...
W to już mu trochę nie wierzył, wyczytał to z mimowolnego grymasu, który pojawił się na jego twarzy, na tyle wymownego, że zrezygnował już z powiedzenia czegokolwiek w tym temacie. Zresztą i tak nie byłoby już okazji, bo z wielkim hukiem do środka wtoczył się funkcyjny strażnik.
Oparł się o futrynę, z której o mało nie wyleciały z impetem otwierane przed chwilą drzwi.
- Koniec szczebiotania gołąbeczki – zakpił z perfidnie wredną miną.
Wyraźnie było widać, że jest napity, a poczuć można było, gdy tylko otworzył usta. Nie zdziwił się też, gdy Lan sunąc tyłkiem po podłodze, uciekł w kąt celi, starając się, gdyby, to tylko było możliwe przeniknąć na drugą stronę ściany. Najwyraźniej miał już do czynienia z pierwszym szkoleniowcem niewolników domu Rays.
- Czas skończyć z teorią, trzeba przejść do praktyki – kiwnął palcem w stronę chłopaka, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że ma iść za nim.
- Co chcesz z nim zrobić? - spytał, stając pomiędzy nim, a Lanem. Zacięty wyraz twarzy tego człowieka nie pozostawiał najmniejszych złudzeń do tego, co zamierza zrobić z młodym.
- No, no, Drugi! – wycedził przez zęby – Widzę, że okrzepłeś już trochę po ostatnim laniu.
- Nic ci do tego, tak samo, jak nic ci do tego niewolnika. On należy do Roberta- zablefował, mając nikłą nadzieję, że odpuści sobie dzieciaka, ale ten tylko roześmiał się paskudnie.
- Kto jak kto, ale ty powinieneś chyba przecież wiedzieć najlepiej, że jeszcze nie jest jego osobistym i mam prawo dysponować nim w ramach szkolenia... szczególnie po tym, co zrobił...
- Jesteś pijany – nie spuszczał z niego wzroku, czuł też, że przegina. Był tylko zwykłym niewolnikiem, którego chronił status osobistego szefa, ale nie mógł jawnie stawiać się funkcyjnym strażnikom, jakimikolwiek skurwielami by byli.
- Zejdź mi z drogi, Drugi... póki mam jeszcze trochę cierpliwości do ciebie – mężczyzna zacisnął dłoń w pięść i splunął na podłogę – zabierz się stąd, idź i zajmij się tym, co potrafisz robić najlepiej, czyli lizaniem dupy komu trzeba i nie wciskaj nosa w sprawy, które w najmniejszym stopniu ciebie nie dotyczą.
Wiedział, że nie ma szans na obronę Lana, był na straconej pozycji pod każdym względem, ale też cholernie szkoda mu było tego biednego dzieciaka, trzęsącego się ze strachu pod tą cholerną ścianą, w którą chciał się wtopić za wszelką cenę.
- Jak Rays się dowie a dowie się na pewno, co robiłeś z niewolnikiem, który ma być jego osobistym i jest jego nową przytulanką, to będzie mocno niepocieszony, wręcz powiem wkurwiony i wierz mi, staje się wtedy mocno nie przyjemny, a jak sam zauważyłeś, nikt lepiej ode mnie tego nie wie. Dobrze ci radzę, zastanów się, czy warto?
Obserwował, jak trawi tę zawoalowaną groźbę i widział, jak się spina, jak zaciska powolutku dłonie w pięści, wysuwa stopę do przodu, żeby przerzucić ciężar ciała z jednej na drugą, leciutko pochylając się do przodu i przyjmuje dogodną pozycję, aby uderzyć. Robił to wszystko bardzo subtelnie, choć jakoś tak nienaturalnie wolno. Chciał go zaskoczyć, tylko że on dzięki Robertowi potrafił odczytywać takie sygnały bezbłędnie...
- Nie próbuj nawet... – ostrzegł, próbując zyskać trochę czasu na wycofanie się, bo to, co zobaczył w jego oczach, nie raz widział w oczach Roberta. On był nie tylko pijany, był też naćpany...

Schodząc po schodach do biura, zauważyła wychodzącą z gabinetu brata, Suzann. Stukot jej obcasów zwrócił na nią uwagę blondynki.
- O, Marta! O tej porze? W tym ponurym miejscu? - wydawało jej się, że kpiąc, maskuje zmieszanie. Chyba znalazła się tu nie w porę, łapiąc ją na jakimś małym szwindelku.
- A ty czego szukasz tutaj? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, choć wcale nie interesowało ją, czego mogła chcieć z gabinetu Roberta.
Zatrzymując się na przedostatnim schodku, była dużo wyższa od i tak niższej szwagierki, więc patrzyła na nią z góry.
- Tęsknię za moim ukochanym mężem i przyszłam przynajmniej posiedzieć w jego samotni – bezczelny uśmiech na jej ustach był prymitywną próbą sprowokowania jej.
- Rozumiem, że nasyciłaś się pustym wnętrzem.
- O, tak. Tak bardzo, że muszę teraz ugasić żądze podniecenia, które rozpaliło samo wspomnienie mojego ukochanego.
Miała ochotę zetrzeć z jej twarzy ten przyklejony sztuczny uśmiech, ale się powstrzymała.
- Więc nie przeszkadzaj sobie i nie żałuj tej jedynej przyjemności... w życiu– mówiąc to, zeszła i omijając kobietę, skierowała w stronę swojego gabinetu. Musiała znaleźć jakieś dokumenty dla rady i nie miała ani czasu, ani chęci na kontynuowanie tej jałowej dyskusji.
- Tak właśnie zrobię, ale ty też jakbyś czasami skorzystała ze swojej rady, to może mogłabyś być całkiem miłą osobą, wiesz Martuniu...
Zatrzymała się w pół kroku i policzyła do pięciu. Miała już się odwrócić do niej, ale oddalające się pospiesznie w głąb korytarza kroki i tak naprawdę brak celnej riposty powstrzymał ją przed czymś, czego mogłaby żałować.
Wzięła głębszy oddech na uspokojenie i przewróciła oczami. Ta niewiele starsza od niej kobieta działała jej na nerwy od samego początku, gdy tylko weszła do tego domu jako żona Roberta. Od razu pojawiły się między nimi jakieś spięcia, które szybko przerodziły w jawną niechęć. Wielokrotnie zastanawiała się dlaczego? Może była zazdrosna o jej relacje z Robertem? O to, że poświęca siostrze więcej uwagi niż jej, swojej żonie? Tylko przecież jeszcze przed ślubem wiedziała, na czym ma polegać ich małżeństwo. Czyżby liczyła, że dotrze jakoś do Roberta? Pewne było, że kochała i szalała za swoim mężem, przynajmniej na początku, może cały czas liczyła, że jednak uda jej się stworzyć z nim związek, który będzie inny niż zwykły kontrakt biznesowy, a którym było ich małżeństwo? Nie ma nic gorszego niż zawiedziona kobieta.
Ona sama może tylko instynktownie broniła się przed nią? Nie znała innego sposobu, jak zaatakować pierwszej i dlatego, nawet pomimo długiej nieobecności w życiu brata i Suzann w ich relacjach nic się zmieniło, bo żadna ze stron nie chciała odpuścić, utwierdzając się w swoich odczuciach i przekonaniach.
Usiadła w fotelu, bezmyślnie patrząc w ekran monitora podglądu. Wszystko było takie trudne, z nikim nie potrafiła zbudować dobrych relacji. Była taka silna, taka mocna i taka samotna. Ten chłodny spokój, umiejętność zachowania zimnej krwi w trudnych sytuacjach oraz dokonywanie wyborów, zgodnie z głosem rozsądku, czynił ją oziębłą i wyrachowaną. Trzymała ludzi na dystans, z obawy jakiegoś zakodowanego strachu przed wykorzystaniem, ewentualnie przed jakimś większym emocjonalnym zaangażowaniem. Natomiast większość ludzi traktowała ją z rezerwą, uznając za niedostępną i wyniosłą...
Odchyliła się gwałtownie, aż zatrzeszczało skórzane oparcie. Było jej źle samej ze sobą i nawet wiedziała dlaczego, potrafiła się zdefiniować, więc czemu nie umiała sobie pomóc...
Nagle coś przykuło jej uwagę na monitorze.
- O, kurwa!


Nie wiedział co robić. Patrzył na wypięty w jego stronę, nagi tyłek Lana i przypomniał sobie, o czym tak niedawno rozmawiali. Miał mu teraz to zrobić, miał go zgwałcić?
- Dalej Drugi! No już, dałem ci wybór – Ron nienaturalnie błyszczącymi oczami, ślizgał się to po nim, to po Lanie- albo ty to zrobisz i niech będzie wtedy po twojemu, albo zrobię to ja i będzie po mojemu, ale wiesz, że z jego dupy wtedy niewiele zostanie.
Kurwa, zdawał sobie sprawę, że ten pojebany czub był w stanie zrobić wszystko i jeszcze więcej. Gdy patrzył po twarzach innych strażników, nad podnieceniem, brało górę jednak nieme przerażenie. Dla nikogo już nie było tajemnicą, że facet najzwyczajniej w świecie chyba po prostu zwariował i łamał wszystkie procedury, dotyczące nietykalności niewolników osobistych.
- Odpuść Ron, po co ci kłopoty, zabaw się z innym, zostaw Drugiego i tego szczeniaka w spokoju- jeden ze stojących w wejściu funkcyjnych próbował przemówić mu do rozsądku, słusznie przewidując, że on i dwaj pozostali będą na równi z ich zwierzchnikiem odpowiadać za to, co tu się teraz działo – nie są tego warci.
- Stul pysk – warknął do niego- wiem, co robię.
- Posłuchaj go Ron – zaczął, mając nadzieję, że jednak coś do niego dotrze – Będziesz miał wielkie kłopoty...
Nieduży, krępy mężczyzna, błyskawicznie znalazł się obok niego i przekrzywiając śmiesznie twarz raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby w ten sposób chciał mu się lepiej przyjrzeć, powiedział głosem, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości:
- Albo bierzesz się do roboty, albo stań sobie z boczku i poprzyglądaj... treningowi dupy.
Musiał się przełamać, musiał wybrać mniejsze zło, wbrew sobie. I miał nadzieję, że ten rozdygotany i cichutko jęczący po niedawnej chłoście chłopak zrozumie i wybaczy mu.
Położył dłoń na jego rozpalonych plecach i poczuł dreszcz, który przeszedł po jego obolałym ciele. Boże, był taki kruchy i delikatny, patrząc na wąskie biodra i zgrabne pośladki, myślał o tym, co ma zrobić. Jeszcze nigdy nie pieprzył żadnego faceta, to jego ruchali na wszystkie możliwe sposoby i zawsze, choć zdążył się przez wszystkie lata z tym oswoić, było to upokarzające doświadczenie. Teraz miał to zrobić temu dzieciakowi, który mu zaufał i który jeszcze kilka chwil wcześniej wtulał się w niego, szukając w nim choćby najmniejszego poczucia bezpieczeństwa. Zerknął jeszcze raz na Rona, który zadowolony z siebie i swojego szatańskiego pomysłu, przyglądał mu się, wykonując przy tym frykcyjne ruchy biodrami.
- Bierz się za niego i nie każ mu tyle czekać, już nie jeden fiut go walił, więc nie miej skrupułów- powiedział rozbawionym głosem i rozejrzał się po kumplach, u których jednak ciekawość brała górę nad rozsądkiem- nie przejmuj się, nic stąd nie wyjdzie poza nasze grono, możesz być pewny, twój pan nie dowie się, że jebałeś jego... jak to nazwałeś- pluszaka, nie takie rzeczy się tu działy...
Skurwiel tak sobie to obmyślił, zabawi się jego kosztem i na dodatek będzie kryty, uważając, że będzie miał w nim wspólnika. Przejechał ręką wzdłuż pleców chłopaka, delikatnie masując zastygłe w bolesnym napięciu mięśnie. Skoro może zrobić to po swojemu, to postara się zrobić to jak najdelikatniej, miał świadomość, że po nim będą inni, ale przynajmniej młody będzie już na to przygotowany. Gdy jedną ręką głaskał jego dopiero zarysowujące się mięśnie, drugą sięgał do rozporka. Najgorsze jednak było to, że nie czuł żadnego podniecenia i będzie musiał jeszcze doprowadzić się do wzwodu. Patrzył na rozpiętego przed sobą Lana i czuł do siebie w tym momencie takie samo obrzydzenie, jak wtedy gdy zdradziło go własne ciało. Kilkukrotnie udało się Robertowi podczas rżnięcia doprowadzić go do orgazmu. Wbrew sobie, dał skurwielowi niebywałą satysfakcję, za co się nienawidził i brzydził samego siebie.
- Potrzebujesz pomocy? – zakpił, przyglądając się jego powolnym ruchom.
Wiedział, o co chodzi, nie mógł przeciągać tego w nieskończoność, bo się w końcu wkurwi, a nie mógł pozwolić, by mu władował w żyłę afrodyzjak. Stałby się wtedy dokładnie tym, przed kim chciał ochronić dzieciaka.
- W co się bawicie chłopcy?
Jak na komendę obaj spojrzeli równocześnie na wchodzącą Suzann. No, jeszcze tylko jej tu brakowało, coś miał wrażenie, że zabawa rozkręci się na dobre.
- O, pani Rays! - Ron wyraźnie był zadowolony z tej nieoczekiwanej wizyty.
Blondynka rozejrzała się szybko, bystrym wzrokiem otaksowała jego i przykutego do kozła Lana i z podziwem w głosie zwróciła się do niego:
- Drugi, ty to jesteś jak wino, im starszy tym lepszy- spuszczając ulegle przed nią wzrok, zdążył jeszcze uchwycić, że rozbawienie na twarzy, z którym się tu pojawiła, powoli gaśnie i był tym trochę zaskoczony, bo nie należała do tych, które nie lubią tego typu zabaw i raczej spodziewał się po niej zupełnie innej reakcji- a seks bez ciebie to, jak whisky bez lodu i porsche bez kierownicy, a to, co teraz widzę, przeraża mnie...- otarła się o niego swoim zwyczajem i jedną ręką złapała za pośladek, a drugą włożyła pod koszulę szybko i bezbłędnie trafiając na sutka...- chyba nie zmieniłeś orientacji, prawda?  
Nie miał pojęcia, czy oczekuje od niego odpowiedzi, czy nie, była jakaś inna nie zwykle, słyszał to po jej głosie, była jakaś rozkojarzona, jakby nad czymś myślała.  
Nagle odwróciła się gwałtownie w kierunku Rona.
- O co tu chodzi? - syknęła złowieszczo- Co tu robi Drugi?
- Właśnie przeprowadzam szkolenie – odpowiedział niezbity z tropu, pewny swego funkcyjny – Uczę ich karności i posłuszeństwa...
- Szkolisz Drugiego? - przerwała mu stanowczo – Zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz?
Nie widział, co się działo pomiędzy nimi, ale wyczuwał wyraźne napięcie, a cisza, która zapanowała na chwilę, aż bolała. Podniósł wzrok, by zobaczyć, co się dzieje. Ron zachowaniem kobiety był tak samo zdziwiony, jak on sam. Ostatnia rzecz, jaka przyszłaby mu do głowy, to ta, że mogłaby stanąć w obronie niewolnika, a jego w szczególności.
- Rozkazuję ci natychmiast zakończyć ten cyrk! – powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu i stanęła w wyzywającej pozie naprzeciw rozsierdzonego mężczyzny. Pełen obaw przyglądał się już teraz rozwojowi sytuacji, Suzann chyba nic nie rozumiała i nie zdawała sobie sprawy z tego, w jakim stanie jest mężczyzna.
- Nikt nie będzie mi tu rozkazywał, co mam zakończyć – podszedł niebezpiecznie blisko do Suzann – a ty mała szmato tym bardziej.
Zaskoczona kobieta w pierwszej chwili nie wiedziała, co ma zrobić i powiedzieć. Jego nagła zmiana nastroju i słowa, które padły z jego ust zaskoczyły wszystkich, tak jak i to, jak szybko ona odzyskała rezon.
- Jak śmiesz?! - syknęła i zamachnęła się na niego, ale był szybszy i złapał ją za nadgarstek.
- Wiesz, co zaraz z tobą zrobię... pani Rays... - ściskał jej rękę tak mocno, że aż uginały się pod nią nogi, a z gardła wydobył się stłumiony skowyt. W tej samej chwili miał już rzucić się jej na pomoc, bo chociaż z całego serca nienawidził Suzann Rays, jego obowiązkiem było chronienie każdego członka rodziny, nawet za cenę życia, gdy zatrzymały go słowa:
- Nic jej nie zrobisz! Puść ją!
Stanął jak wryty, gdy usłyszał ten niebezpiecznie senny głos. Zahipnotyzowany aroganckim spojrzeniem, przymrużonych złotych oczu, nie widział, jak Ron odpycha od siebie Suzann, która tracąc równowagę upadła na podłogę uderzając głową w twardą posadzkę i jak rozjuszony rusza w kierunku Marty. Usłyszał tylko słowa:
- Jeszcze jedna dziwka Raysów, której trzeba pokazać gdzie jest jej miejsce!
Widział za to, jak płynnym, spokojnym, ale zdecydowanym ruchem sięga po broń, najbliżej stojącego, struchlałego strażnika i ciągle z tym samym obojętnym wyrazem twarzy mierzy do szarżującego na nią mężczyzny, który w ostatniej chwili widząc wycelowaną w siebie broń, skonsternowany próbował wyhamować.
Był pewien, że ostatnie co zobaczył, to zimny, złocisty blask oczu, który jemu był tak dobrze znany.

Oderwała wzrok od krwi, która tworzyła coraz większą plamę wokół głowy człowieka, który jeszcze przed chwilą chciał pokazywać, gdzie jest jej miejsce. Spojrzała na leżącą Suzann, była na wpół przytomna. Jedno spojrzenie na strażnika wystarczyło, aby ocknął się z jakiegoś paraliżu, który zawładnął wszystkimi obecnymi i zajął się leżącą. Powoli nie odzywając się słowem przenosiła wzrok po kolejnych osobach, by w końcu zatrzymać go na Drugim. Nie spuścił przed nią oczu, był tak zaskoczony tym co się stało, że chyba się zapomniał, bo raczej nie mogła to być tak jawna niesubordynacja, nie u osobistego Roberta.  
- Co chcesz zobaczyć? - to nie było pytanie, ale uwaga, którą wypowiedziała, z trudem siląc się na spokój w głosie. To, co zobaczyła wyprowadziło ją z równowagi w najwyższym stopniu.
Niewolnik natychmiast spuścił wzrok i głowę.  
- Pozycja! - warknęła, celowo przeciągając sylaby. Reakcja Drugiego była natychmiastowa, błyskawicznie padł na kolana przyjmując pozycję uległego.
- Pani, trzeba wezwać lekarza, pani Rays...
- Więc na co czekasz? - odwróciła się powoli w stronę strażnika- Nie znasz procedur?
Była wściekła. Wściekła i rozgoryczona, tym co tu się działo. Nikt nad niczym nie panował, rządził kto chciał i czym chciał. Odrzuciła w kąt broń, którą cały czas trzymała i pochyliła się nad ciałem mężczyzny, oderwała od munduru identyfikator i przeszła nad nim. Strażnik którego pistolet był własnością chciał po niego pójść, ale zatrzymała go dłonią. Mijając klęczącego Drugiego, skierowała się w kierunku biurka i stojącego na nim komputera. Szybko wpisała numer widniejący na plakietce, system zażądał kodu, czyli był niewolnym, zaklęła cicho pod nosem.  
Do pomieszczenia energicznie weszli strażnicy i dyżurny lekarz.
- Co tu się stało? - spytał, zerkając raz na nią, raz na martwego mężczyznę z autentycznym zaskoczeniem.
Patrzyła na niego, tłumiąc w sobie chęć wyładowania się na nim. Była tak zła, że aż ją nosiło, jedno nieostrożne słowo mogło wywołać wybuch.
- Miał dziś zły dzień – wyjaśniła chłodno i ignorując go, zwróciła się do nowo przybyłych funkcyjnych, wskazując na nagiego niewolnika- zdejmijcie go wreszcie z tego czegoś i zabierzcie to ścierwo z podłogi.
- Suzann... - mężczyzna dopiero teraz dostrzegł kobietę, której pomagał podnieść się strażnik - nie rusz jej! Niech siedzi, niech się nie podnosi!- szybko skierował się w jej kierunku.
Siadając na brzegu biurka próbowała się uspokoić. Strażnicy rozkuli chłopaka, słabo trzymał się o własnych siłach, więc przywlekli go przed nią i zmusili do klęknięcia tuż obok Drugiego.
Sprawnie też uwinęli się z martwym funkcyjnym. Łapiąc za nogi i ręce wyciągnęli z pomieszczenia. Została po nim jedynie rozmazana ciemna plama, zwężająca się ku drzwiom. Rozejrzała się dookoła, dwóch strażników ciągle stało pod drzwiami z mocno głupimi minami, czekając na jakikolwiek znak z jej strony. Umyślnie nie spuszczała z nich wzroku, wiedząc, że jej milczenie i oskarżycielski wzrok działa na nich niezwykle stresująco. Ich nerwowe zaciskanie dłoni i przestępowanie z nogi na nogę było komiczne. Niejednokrotnie widziała jacy potrafią być brutalni, bezwzględni w stosunku do bezbronnych i nie wyćwiczonych jak oni niewolników, a teraz gdy sami mieli kłopoty i istniało zagrożenie dotkliwą karą, ich tchórzostwo było tak żałosne, że aż śmieszne.
- Oddajecie identyfikatory i broń w dyżurce – przymrużyła oczy dla efektu i cedziła słowa przez zaciśnięte zęby, myśląc nad tym, co z nimi zrobić - przekazać dyżurnemu oficerowi, że za pół godziny, wszyscy oficerowie którzy dziś są na służbie, z wami włącznie, meldują się u mnie w gabinecie.
Większość funkcyjnych spoza domu będzie miała problemy z dotarciem, ale była tak zła, że miała w nosie to, jak załatwią sobie zastępstwa na ten czas i w jaki sposób dotrą z plantacji do rezydencji w tak krótkim czasie. Jednego była pewna, ktoś za ten dzisiejszy incydent odpowie i zapłaci.
Obaj mężczyźni zasalutowali i pospiesznie skierowali do drzwi, wpadając na siebie. Chcieli jak najszybciej zniknąć jej z oczu. Pokręciła głową zniesmaczona ich zachowaniem, jeśli tak wyglądała służba strażników i funkcyjnych, to przerażenie ją ogarniało na samą myśl o ewentualnym buncie i gotowości do akcji tych niekompetentnych ludzi.
- Nic jej nie będzie – mężczyzna zamykając swoją torbę lekarską, podszedł do niej- jest trochę oszołomiona, uderzyła się w głowę upadając i na moment straciła świadomość.
- To dobrze- odparła patrząc jak bratowa, lekko słaniając się odchodzi w towarzystwie jednego ze strażników, którzy przybyli z lekarzem- mimo wszystko będzie lepiej, żeby jej się nic nie było, w końcu też jest członkiem rodziny.
Lekarz pokiwał głową ze zrozumieniem, nieporozumienia pomiędzy nimi i ogólna niechęć do Suzann w rodzinie, była powszechnie znana.
- Oczywiście na wszelki wypadek zrobimy badania, ale obstawiam, że poza guzem nie ma żadnych innych poważnych obrażeń... - jego wzrok padł na młodego niewolnika -... z nim za to, chyba nie jest najlepiej.  
Podszedł do trzęsącego się, mającego problemy z utrzymaniem pozycji młodszego z niewolnych. Spokojnie i cicho coś do niego mówiąc, rozpoczął badanie. Zdziwiła ją trochę delikatność z jaką postępował, bo na ogół zwyczaje tu panujące były zgoła trochę inne, a to wyglądało, jak oswajanie dzikiego zwierzątka. Od razu też było widać, że wie co robi i że nie jest to ich pierwsze spotkanie. Z ciekawością obserwowała, jak z uwagą bada i ogląda obrażenia na ciele chłopca, który histerycznie reagował na najmniejszy dotyk, nie przestając się kulić i trząść, jednocześnie przysuwając jak najbliżej Drugiego. Wyraźnie było widać, że szuka u niego obrony, co trochę było nie zrozumiałe po tym, czego była świadkiem. Spojrzała na Drugiego, który zastygł w cholernie niewygodnej pozycji uległego, złożony w pół, z rękoma na plecach i głową niemalże na podłodze. Takiej pozycji od swoich osobistych wymagał tylko i wyłącznie Robert. Ten niewolnik ją zastanawiał. Był inny niż wszyscy których znała i którzy tu służyli. Jego zachowanie w każdym calu odbiegało od norm i standardów, jedynie to co niedawno się tu wydarzyło zupełnie do niego nie pasowało. Powinna wyciągnąć z tego konsekwencje i ukarać go. Gwałty wśród niewolników były karane bardzo surowo, a przynajmniej powinny być, bezwzględnie i natychmiast, a jedyną przewidzianą sankcją w takiej sytuacji była kastracja. Zaklęła w duchu. Pomijając fakt, że był osobistym jej brata, nie miała ochoty na egzekwowanie tej kary. Niewolnik w ten sposób ukarany, poza okrutnym okaleczeniem spadał na najniższą pozycję w niewolniczej hierarchii. Nie chciała tego. Nie chciała, by stał się jednym z wielu nieszczęśników, którzy wykorzystywani ponad siły dogorywali na plantacji w koszmarnych warunkach. Nie on.  
Dlatego była też taka wściekła. Zawiodła się na nim, pomyliła się co do niego.
I co miała teraz zrobić? Dlaczego jednak miała takie skrupuły?  
To wszystko nie trzymało się kupy! Dlatego była zła? Czyżby intuicja ją zawiodła.  
Przez ten krótki czas, który spędził w jej domu, zdążyła zaobserwować, że jest wartościowym niewolnikiem. Szybko dostrzegła jego ogładę. Jego sposób wyrażania się i bycia, który prezentował całym sobą, który wyraźnie odróżniał go na tle innych niewolników, a nawet ludzi z jej sfery, wolnych i wykształconych. Sposób zachowania bardzo naturalny i swobodny, był niemożliwy do zaprezentowania przez niewolnego nawet po szkoleniu. Drugi nie przechodził szkolenia, także sposób w jaki traktował go Robert, nie sprzyjał osiągnięciu tak wysokiej kultury osobistej jaką przedstawiał, nawet okrutne traktowanie i systematyczne wyniszczanie psychiczne nie pozbawiło go jej. Takt i delikatność w obejściu, zarówno z ludźmi jak i ze zwierzętami sugerował, że nie jest skłonny do agresywnych zachowań, że jego psychika pomimo ciągłego stresu nadal mieści się w granicach normalnego funkcjonowania. Potrafiła oceniać charakter osób, którymi się otaczała i bezbłędnie odkryć fałsz, oraz obłudę. Lata doświadczeń i ciągłego uprzedzania ruchów swoich wrogów, spowodowało, że mało kto mógł ją zaskoczyć, nawet gdyby miała to być tylko gra. O coś takiego go nie podejrzewała, bo w jego położeniu nic by nie wniosła i nic nie zmieniła. Robert traktował niewolników bardzo instrumentalnie, byli dla niego martwymi przedmiotami, nie zwracał uwagi na charakter, predyspozycje, wykorzystywał, a po zużyciu najzwyczajniej pozbywał się jak rzeczy. Nic by nie ugrał.
Więc, jak to jest z nim? Kim on do cholery jest ?!
- Nie jest źle, wyliże się- słowa niewysokiego mężczyzny w okularach i z wyraźnie zarysowującym się brzuszkiem, wyrwały ją z rozmyślań. Postawił swoją torbę lekarską na biurku i spytał z lekkim podziwem w głosie.  
- To, ty Pani, tak potraktowałaś Rona?
- Tak- odparła krótko i po chwili dodała- jakiś problem w związku z tym?
Odwróciła powoli wzrok w jego stronę, zdając sobie sprawę z tego, że nie jest on przyjazny. Jakoś nie mogła wysilić się na sympatyczniejszy odruch, a właściwie, to nawet jej się nie chciało.  
- Panno Rays, jestem tylko zwykłym pracownikiem, nie musisz mi się tłumaczyć ze swoich czynów i decyzji- wyczuł jej nieprzychylny ton- ale jestem też lekarzem i gdybyś chciała porozmawiać o tym, co tu się stało, to nie będzie najmniejszego problemu.
Uśmiechnęła się z przekąsem, jeśli myślał, że potrzebna jej terapia, to się mylił, nie miała żadnych skrupułów strzelając do tego bydlaka. Zbyt wiele razy widziała, co wyprawiał i raz go już ostrzegła, że metody które stosuje, bardzo jej się nie podobają. Nakazała mu zmienić podejście do szkolenia, bo jest zbyt ostre, zbyt brutalne i kompletnie nie dające oczekiwanych rezultatów. Jak widać, nic sobie z tego nie robił. Za wszystko trzeba płacić.
- Novak, dziękuję za troskę, ale świetnie panuję nad sobą, chociaż już panowanie nad tym pierdolnikiem, wychodzi mi dużo gorzej
- Oczywiście... - powiedział z prawdziwą troską na twarzy, chyba go nie przekonała-...jednak zbyt długo już tu jestem, żeby nie wiedzieć, że takie coś może odbić się na psychice, nie każdy jest odporny na takie rzeczy, a szczególnie ktoś bardziej wrażliwy.
Rozbawił ją tym i jednocześnie rozjuszył. Dlaczego wszyscy uważali ją za jakąś słodką idiotkę, która sobie z niewiele czym może poradzić, a już na pewno nie sama ze sobą. Starał się być tak bardzo delikatny, że nie chciał nazwać "tych rzeczy” po imieniu. Właśnie przez taką ocenę swojej osoby musiała udowadniać, że nie można sobie z nią pogrywać i że nie pozwoli na żadne rozprężenie, mogące narazić firmę na jakiekolwiek straty, a ich nazwisko na utratę poważania.
- O jakich rzeczach mówisz?- stała się niemile zaczepna - Spokojnie, jeśli o mnie chodzi dam sobie radę, nie załamię się z powodu jakiegoś psychopaty, któremu pomyliły się statusy w tym domu. Uwierz mi, żeby wyeliminować jakiegoś zwyrodnialca nie potrzebuję konsultacji psychologicznych.
Wyglądał na zmieszanego, chyba nie potrzebnie rzuciła się do niczemu winnego człowieka, który prawdopodobnie tylko się o nią martwił.
- Długo tu pracujesz?- spytała poważnie i dużo łagodniej, patrząc w jego szare oczy, schowane za grubymi szkłami.
- Jakieś sześć lat – wyjaśnił, nie do końca rozumiejąc sens tego pytania- ale praktykę mam kilkakrotnie dłuższą.
- To chyba znasz mojego brata, prawda?- bez jednego mrugnięcia uporczywie patrzyła na niego, wiedząc, że wymusza na nim uległość.
- Myślę, że bardzo dobrze- odpowiedział z lekkim drżeniem głosu- ale nie rozumiem do czego...
- Znasz czy nie?- spytała twardo.
- Wystarczająco... a nawet bardzo dobrze– odpowiedź padła bardzo szybko i zerwał z nią również kontakt wzrokowy, a to oznaczało, że nie musiała już mu wiele tłumaczyć.
- No właśnie, a jestem jego siostrą... i nie wracaj już do tego tematu.
Posłała mu wiele znaczący uśmiech. Spojrzał na swoje buty, głośno przełknął ślinę i wsadził ręce do kieszeni marynarki, opierając się biodrem o biurko. Miała wrażenie, że przez moment nie wiedział, co ze sobą zrobić, ale po krótkiej chwili odezwał się pierwszy. W jego głosie nie było już tej początkowej poufałości i pewności siebie. Umiała ustawić sobie ludzi, nie znosiła oficjalności w kontaktach z personelem, ale granice powinny być zachowane. Jeśli miała zapanować nad tym molochem, musiała zapewnić sobie posłuszeństwo i szacunek, poprzez pewną konsekwencję swych poczynań i zachowanie dystansu w stosunku do podwładnych. Dawno wypracowała sobie wzorce działań, które tutaj niekoniecznie działały i miała jakieś niejasne przeczucie, że wiele rzeczy będzie działało na zasadzie akcji i reakcji, odpowiednich w danym przypadku. Zdawała sobie też sprawę, że potrzebuje sprzymierzeńców, na przykład takich jak on. Szybko chwytał, o co jej chodzi i potrafił dostosować się, zachowując zimną krew, a przede wszystkim panował nad emocjami. Ceniła takich ludzi i potrzebowała ich.  
- Zastrzeliłaś Pani, ulubionego szkoleniowca Roberta- w tym co mówił, wyczuwała jakąś ostrożną satysfakcję, ale również badanie jej nastroju- nie będzie zadowolony, chociaż wielu odetchnie z ulgą, bo tak naprawdę to była z niego szuja jakich mało.
- Wystarczy, Marta- spojrzała przez chwilę na niego przeciągle, z twarzą nie wyrażającą najmniejszej odczuć- Nie musimy być tacy oficjalni. Co do tego człowieka, trochę mnie nie interesuje, czy mojemu bratu to się spodoba czy nie. Dopóki ja kieruję firmą, będę podejmowała decyzje takie, jakie uznam za stosowne i najlepsze dla funkcjonowania domu.
Wzrok ciągle wędrował w kierunku Drugiego, jakoś nie mogła nad tym zapanować.  
- Jak sobie życzysz- bardzo naturalnie przyjął jej zaproszenie do skrócenia dystansu pomiędzy nimi- To on uderzył Suzann?
- Tak, uderzył. Przewróciła się i całe szczęście, że tylko tak się to skończyło- wyjaśniła, wracając do niedawnych zdarzeń - Jak on śmiał podnieść rękę na kogoś z rodziny? W głowie mi się nie mieści, co tu się dzieje, do czego doprowadził mój brat, to całe rozprężenie, które tu panuje...- przyglądała się klęczącemu mężczyźnie i czuła jakieś dziwne, niejasne zainteresowanie nim.  
Przyciągał jej uwagę i absorbował myśli. Właściwie, to nawet fascynował, odkąd przebywał w jej domu, wszystko było jakieś inne. Trochę tego nie rozumiała, bo obecność niewolników w domu, zarówna tych osobistych, jak i dla przyjemności, była czymś normalnym i zwyczajnym, w przypadku Drugiego coś było inaczej. Miała jakieś dziwne przeczucie, że zna go od dawna, świadomość jego obecności dawała jej poczucie spokoju i jakiejś niezrozumiałej ulgi. Dlatego ta sytuacja z gwałtem na osobistym Roberta wyprowadziła ją z równowagi. Normalnie przeszłaby nad tym incydentem bez większego problemu, karząc winnych i prawdopodobnie wychodząc z tego budynku, zapomniałaby o całej sprawie. Jednak udział w tym wszystkim jasnowłosego osobistego jej brata, rozdrażnił ją do tego stopnia, że nie mogła się opanować, co dyżurny lekarz odbierał jako stres po zastrzeleniu niesubordynowanego funkcyjnego. Kiedy minęła pierwsza furia, po tym co zrobił Ron, dopadło ją rozgoryczenie, że zawiódł ją ten niewolnik. Miała ochotę jednocześnie go rozszarpać i chronić, podświadomie nie chciała wierzyć, w to co widziała...
- Myślałem, że chodzi tylko o niewolników, a ona się tylko potknęła, czy coś...- przerwał jej myśli, zmuszając do ponownego skupienia się na nim.
- Naszła tu jakąś orgietkę, którą sobie panowie wspólnie urządzili – wyjaśniała, starając się zapanować nad sprzecznymi emocjami, które nią targały- zapewne chciała to przerwać, co trochę mnie dziwi, bo to akurat nie w jej stylu, ale faktem jest, że próbowała interweniować.
- Dla mnie nie jest żadną nowiną, takie zachowanie szkoleniowców - lekarz westchnął głęboko- po pseudo szkoleniach Rona, zawsze jest dużo pracy, a już szczególnie gdy nie ma nad nimi kontroli. Dobierają sobie tylko niewolników z dalszej służby, takich najmniej rzucających się w oczy i rozpoczynają treningi- ostatnie słowo powiedział z przekąsem, po chwili jeszcze dodał- Czasami zabawiają się wspólnie z Robertem, a wtedy to już... szkoda gadać.
Jego mina mówiła na tyle dużo, żeby w najbliższym czasie przyjrzeć się sprawie z bliska. Jeszcze wiele musiała się dowiedzieć o tym miejscu i nauczyć. Od zawsze było wiadomo, że niewolnicy lekkiego życia nie mieli, ale dopóki nie było dużych strat, nikt nie przywiązywał większej wagi do stosowanej wobec nich brutalnej przemocy. Nigdy jednak nie miała do czynienia z funkcjonowaniem całego biznesu niewolniczego od takich podstaw i właśnie sobie uzmysłowiła, że będzie musiała się w to zagłębić.  
- Czy chcesz powiedzieć, że takie sytuacje jak ta, są na porządku dziennym?- lekarz skinął głową, chciał jeszcze coś dodać, ale nie dała mu dojść do głosu – Normalnym jest, że niewolnik z funkcyjnym szkoleniowcem pastwią się nad innym niewolnikiem? Że niewolnik gwałci niewolnika...
- Niestety, stało się to już normą. Fakt, że jest na takie praktyki przyzwolenie z góry, a skoro nikt na to nie zwraca uwagi, to dlaczego nie? Szczególnie, że tu jest tyle gromadzonej frustracji, złej energii i kumulacja patogennego czynnika, że gdzieś i na kimś to musi być wyładowane... - nagle przerwał, w niemym zdziwieniu otworzył usta, jakby dopiero teraz dotarło do niego, co powiedziała - Drugi miałby zgwałcić tego chłopaka?!
To pytanie było czysto retoryczne, z wyrazu twarzy widziała, że jej słowa były dla niego absurdalne.
- Niemożliwe... nie wierzę, każdy, tylko nie Drugi.
- Wiem, co widziałam- syknęła, nie podobał jej się ton, którym to powiedział i nie znosiła, gdy ktoś poddawał w wątpliwość jej słowa.
- Nigdy w to nie uwierzę- wyprostował się, jakby całym sobą chciał zaprotestować przeciw tym oskarżeniom- Znam Drugiego, on nie jest z tych...
Z wyraźnym sceptycyzmem i on zaczął się przyglądać niewolnikowi, z niedowierzania kręcąc głową.
- To niemożliwe... a poza tym wszyscy wiedzą, że karą za coś takiego jest wytrzebienie - wyczuła w jego głosie pewne drżenie – jesteś pewna, że chciał to zrobić? Drugi?
Skinęła głową na potwierdzenie. Wzrok znów jej uciekł ku klęczącemu niewolnikowi. Ciągle był nieruchomy i niewzruszony jak skała, a przecież rozmowa dotyczyła bezpośrednio jego. Zsypane jasne włosy mieszały się z brudnym betonem posadzki, a plecy leciutko, prawie niezauważalnie unosiły w rytm oddechów. Miała ochotę podejść i dotknąć go. Chciała też, żeby to co widziała nie było prawdą, bo o ile ona nie musiała go karać, to Robert zrobi to na pewno.  
- Czy to przypadkiem nie był pomysł Rona?- mężczyzna potarł policzek - Ten człowiek był zdolny do wszystkiego, miałem wielu niewolników u siebie na oddziale po jego szkoleniach. Wielu zmarnowanych ludzi, którzy w bardzo wielu przypadkach nie przetrzymali jego tortur i znam jeszcze wielu takich, którzy ze strachu robili rzeczy, o których mało kto ma pojęcie, że istnieją, że można to zrobić...
- No właśnie... - przerwała mu dość ostro- …no właśnie. Ze strachu można zrobić wszystko, gdyby go nie powstrzymała Suzann, zrobiłby to... może myślał, że nikt się nie dowie? Kto wie, co... ale czy to coś zmienia?
- Ale nie zrobił tego- tym razem, to on wciął jej się w zdanie- a jeśli do czegoś nie doszło, to tego nie ma.
- Kodeks mówi inaczej, usiłowanie, jest traktowane jako fakt dokonany...  
- Ale Drugi nie chciał... naprawdę nie chciał!  
Oboje jednocześnie odwrócili się w stronę młodziutkiego chłopaka, który nie pytany zwrócił się do nich, przerywając rozmowę i na dodatek patrząc jej w twarz. Było to z jego strony bardzo nierozważne, o czym przekonał się, gdy zainterweniował strażnik. Bolesne uderzenie w potylicę sprawiło, że natychmiast spuścił głowę. Nie dał sobie jednak zamknąć ust.
- On naprawdę nie chciał, to jest mój...- uderzenie pałką spowodowało, ze poleciał do przodu i tylko w porę wyciągnięte przed siebie ręce, spowodowały, że nie upadł na twarz-... to jest mój przyjaciel! On go zmusił...- wykrzyczał szybko, chcąc uprzedzić kolejny tym razem już silniejszy cios, który odebrał mu oddech, powodując mimowolne stęknięcie. Uparcie jednak, praktycznie na bezdechu, rzucił jeszcze... - on pomógł mi...
- Zostaw go- powstrzymała strażnika, który sądząc po branym zamachu szykował się do kolejnego, ostatecznego uderzenia, które miało go przywołać do porządku.  
Sięgnęła z biurka krótki pejcz zakończony metalową kulką i podeszła do drżącego niewolnika, którego strażnik z niemałym trudem ciągnąc za włosy przywrócił do odpowiedniej pozycji. Podniosła mu twarz skórzaną rękojeścią, tym razem nie podniósł już wzroku.
- Znasz zasady? Wiesz, że niewolnik nie pytany, nie ma prawa się odezwać? Że nie ma prawa głośniej oddychać w obecności swego pana? Wiesz o tym?
- Wiem, Pani- odpowiedział szczękając zębami.  
Przyjrzała mu się dokładniej. Jego nagie, ładne, nie do końca jeszcze rozwinięte ciało, nosiło już wiele śladów, stosowanej na nim brutalnej przemocy.
- Więc dlaczego to robisz? Wiesz, że możesz być ukarany?- obserwowała, jak przez udręczoną twarz przebiegają bolesne skurcze.
- Jest mi już wszystko jedno, róbcie ze mną co chcecie, ale jego zostawcie w spokoju, on tego nie chciał, nie pozwolę mu zrobić krzywdy...
Rozbawiło ja to stwierdzenie, wykrzyczane w jakimś histerycznym geście desperacji. Novak też uśmiechnął się, choć był to raczej smutny uśmiech.
- Powiadasz, że nie pozwolisz?- podniosła mu brodę jeszcze wyżej- A co zrobisz, żeby ochronić tego... jak go nazwałeś... przyjaciela?
Przez maleńką chwilkę zapanowała napięta cisza. Ten niepokorny niewolnik był odważny, trochę zaimponował jej, bo pomimo strachu który w nim niewątpliwie szalał, miał odwagę stanąć w obronie Drugiego. Świadomie lub nie, nie zważał na to, jak drogo może go ten akt poświęcenia kosztować.
- No, słucham...- przyłożyła pejcz do jego policzka- Jak wiele jesteś w stanie zrobić, aby go ochronić?
- Wszystko, Pani.  
- Wielkie słowa, szkoda tylko że bez pokrycia- musiała przyznać, że takiej stanowczości w głosie, tego bezsilnego niewolnego, będącego w dosyć trudnej sytuacji, którą zresztą sam sprowokował, nie spodziewałaby się.
No, no, jej brat umiał dobierać sobie osobistych, każdy z nich miał charakter, nie byli to przypadkowi ludzie. W beznadziejnej sytuacji ciągle i uparcie starali się zachować człowieczeństwo, starali się za wszelką cenę być sobą. Nie mogła tego nie uszanować.
- Zabierzcie go stąd – rozkazała- zanim, będę miała ochotę sprawdzić jego gotowość do poświęcania się.
Tak naprawdę, to nie chciała patrzeć na tą upokarzającą bezradność, nie chciała dopuścić do tego, żeby zrobił coś, na co musiałaby zareagować, a było spore prawdopodobieństwo, że ten doprowadzony prawie do obłędu chłopiec, był w stanie zrobić coś głupiego.  
- Ale... - próbował jeszcze coś powiedzieć, lecz tym razem mocny chwyt za obrożę, spowodował przyduszenie i skutecznie uniemożliwił mu wypowiedzenie jakichkolwiek słów. Także słabiutki opór, nie zrobił najmniejszego wrażenia na rosłym i silnym strażniku, gdy ten bez większego wysiłku wywlekał go z pomieszczenia.
- Zabierz go do mojego gabinetu- rzucił, za wychodzącymi doktor Novak- opatrzę mu rany po chłoście, źle wyglądają.
Gdy wyszli, zwróciła się do mężczyzny.
- I co o tym myślisz?- spytała, mając na myśli głupie choć odważne wystąpienie dzieciaka, lecz doktor Novak, jak widać miał myśli zaprzątnięte zupełnie kimś innym.
- Myślę, że miałem rację- odpowiedział jej jakimś zmęczonym głosem- Drugi nie zrobiłby czegoś takiego.
Uderzyła pejczem w wysoką ponad kolano cholewkę buta, potem jeszcze raz, chciała żeby się nie mylił. Przeszła kilka kroków po tej ponurej sali tortur.  
- Obyś miał rację- zerknęła na zegarek, zaraz będzie musiała stawić czoło i udowodnić pewnej grupie ludzi, że jest w stanie zapanować nad wszystkim, głównie nad nimi, wprowadzić nowe porządki i przede wszystkim je utrzymać- Bardzo jesteś pewny tego niewolnika, uważasz, że można w niego wierzyć? Czy w ogóle można wierzyć niewolnikowi?
- Dlaczego nie?- odpowiedział jej pytaniem na pytanie- Wbrew temu, co uważa większość posiadaczy i nie tylko, to istoty czujące i myślące, bardzo wielu ma nawet uczucia- w tym co powiedział była zgryźliwość, niekoniecznie wymierzona akurat w nią, ale była, dla zaakcentowania tego co myślał i do zaznaczenia jego stosunku do niewolnictwa.  
- Myślisz o zasadzie, że niewolnik jest zawsze dobry, a pan zawsze zły?- odcięła się.
- Dlaczego tak mówisz? Spytałaś to odpowiedziałem- mocno zareagował na jej słowa, ale po chwili dodał spokojniej i z szacunkiem- Marto, ja wiem, że z twojego punktu widzenia wygląda to inaczej, ale uwierz mi, że nie zawsze jest tak, jak to widać na pierwszy rzut oka.    
- Tu jest takie miejsce, w którym piekło czasami ma niebiańskie oblicze, ale to ciągle okrutny świat stworzony przez ludzkie wady, namiętności i tak jak ludzie ma różne oblicza.    Przeważnie fałszywe, ale bardzo dużą sztuką jest dostrzec tu człowieczeństwo i prawdę, która tu mimo wszystko istnieje i której można zaufać, której nie trzeba się bać.
Zastanowiła się nad jego dziwnymi słowami, w których na pewno był jakiś sens. Mając od dłuższego czasu do czynienia z ludźmi pokroju człowieka, którego bez najmniejszych wyrzutów sumienia właśnie pozbawiła życia, przestała dostrzegać, że są tu jeszcze normalni ludzie. Ludzie z ludzkimi odruchami, z odrobiną empatii i trzeźwym spojrzeniem na rzeczywistość.
- Doktorze Novak- podeszła do niego bardzo blisko i delikatnie wierzchem dłoni pogładziła go po ramieniu- cieszę się, że porozmawialiśmy sobie i możesz być pewien, że nie będzie to nasza ostatnia rozmowa. Teraz niestety mam jeszcze kilka spraw do załatwienia i chciałabym zostać sama.
- Oczywiście, nie zabieram już cennego czasu- ciężko i jakby z ociąganiem sięgnął po swoją torbę- mam nadzieję, że tak się stanie, a tym razem, że choć trochę byłem pomocny.
Skinął głową w geście pożegnania i niespiesznie ruszył w kierunku drzwi. Dopiero teraz zauważyła, że lekko utyka. Gdy zamknęły się za nim drzwi, rozejrzała się po pustej, cichej sali i skierowała w stronę niewolnika. Stanęła tuż przed nim, bacznie mu się przyglądając. Myślała o tym, co teraz dzieje się w jego duszy. Nie widział jej, ale był świadomy jej obecności i tego, że jego los zależy od niej, od tego jaką podejmie decyzję, a mimo to pozostawał niewzruszony. Był tak mocny psychicznie, czy już tak otępiały i zobojętniały?  
Pochyliła się, by dotknąć jego pleców, były napięte i twarde jak skała, gdy przejechała dłonią po łopatkach, w dół do zaciśniętych na nadgarstkach zimnych, sinych dłoni, przeszedł przez niego dreszcz. Przypomniała sobie o jego pękniętych żebrach, ta pozycja musiała być w tym momencie dla niego prawdziwą torturą i ogromnym wysiłkiem. Włożyła dłoń w jego jasne, gęste włosy, były niespodziewanie miękkie, miłe w dotyku, zjechała palcami po karku i szyi, by zatrzymać się na policzku, głowę miał tuż nad podłogą, czuła na dłoni chłód bijący od surowego betonu. Pod długimi paznokciami zachrzęścił kilkudniowy zarost, delikatnie opuszkami palców podniosła mu podbródek, by spojrzeć na jego pobladłą twarz, nie patrzył na nią, unikał jej wzroku. Pod wpływem delikatnej choć stanowczej sugestii wyprostował się z wyraźną ulgą, pozostając jednak na kolanach.
Gdy cofnęła gwałtownie dłoń, jego głowa nieznacznie opadła, pozbawiona oparcia jej palców.  
Obeszła go dookoła i znów stanęła na wprost niego. Ta jego apatyczność zaczynała być denerwująca. Czyżby naprawdę był już taki wypalony, że nie obchodziło go co się z nim stanie?
- Co tu robiłeś? Dlaczego wyszedłeś z mojego domu?- spytała niskim, szorstkim głosem.
Wydało jej się, że drgnął nieznacznie, jakby obudził się z letargu.
- Sprowadził mnie tu zastępca nadzorcy- odpowiedział jak zwykle krótko i zwięźle- Wybacz, Pani.
Westchnęła głęboko, nie dostał zakazu wychodzenia poza teren jej domu, nie widziała potrzeby ograniczania mu tej niewielkiej wolności poruszania się, po i tak mocno ograniczonym obszarze.
- Co mam ci wybaczyć? To, że zostałeś wezwany do rezydencji, czy to co chciałeś zrobić?
Ledwie zauważalny ruch dłoni na plecach, pokazał jej, że zareagował na jej pytanie. A więc jednak miał jakieś emocje. Dała mu czas na odpowiedź, której jednak raczej nie mogła się spodziewać. Obróciła się na pięcie i przeszła kilka kroków, w pustym pomieszczeniu słychać było tylko stukot jej wysokich obcasów, odbijający się od szarych ponurych ścian. Ta sala tortur mogła doprowadzić do obłędu samym widokiem. Wyizolowana akustycznie, ze specjalnym stołem na środku, ze zwisającymi z sufitu i ścian łańcuchami i różnej grubości linkami, wyglądała mało zachęcająco. Masa skórzanych biczów, pejczy, wibratorów i jakiś instrumentów podobnych do lekarskich, które w większości widziała pierwszy raz na oczy, wywoływała niemiły dreszcz,  
- Słucham – wzięła w rękę palcat, na skórzanej rączce była mała złota płytka z wygrawerowanymi inicjałami, R. R. Uśmiechnęła się, jej brat był bardzo skrupulatny w tych sprawach- Za co chcesz mnie przeprosić?
Obejrzała kilka innych skórzanych akcesoriów, było na nich dokładnie to samo, nagle przeleciało jej przez myśl, żeby sprawdzić czy na dildach, których tu było pełno w najróżniejszych rozmiarach, też widniały jego inicjały. To byłoby to już, co najmniej śmieszne.  
Pukanie do drzwi, zaskoczyło ją. Po chwili domyśliła się, że Robert tutaj tego wymagał, bo nie zawsze życzył sobie tutaj gości podczas tych ekscytujących zajęć.
- Wejść!
- Pani- uzbrojony strażnik ze służby zewnętrznej zasalutował jej- wszyscy już się zebrali i oczekują w pani gabinecie.
Odruchowo spojrzała na duży cyfrowy zegar wiszący na ścianie. Było pięć minut przed wyznaczonym czasem. Postarali się. Bardzo dobrze, to oznaczało, że liczą się z nią. Musiała sprawdzić kto ma dziś dyżur na dyspozytorni. Pojawienie się uzbrojonego wojskowego, było doskonałym posunięciem, ktoś profesjonalnie zaczął podchodzić do sprawy bezpieczeństwa. Czyli był tu jeszcze ktoś, kto myślał.
- Niech czekają – rozkazała, miała zamiar dokończyć rozmowę z Drugim, a poza tym chciała też pokazać zebranym dowódcom swoją dominację na terenie, który zapewne już dawno temu uznali za swoje prywatne latyfundia- Przekaż im moje słowa i wróć tu.
Gdy tylko zamknęły się za strażnikiem drzwi, zwróciła się do niewolnika.
- Nie słyszę odpowiedzi- szorstko uniosła mu podbródek i przytrzymała.
- Wybacz mi Pani, za kłopot który ci sprawiłem- wyszeptał słabym zachrypniętym głosem, fakt, że wysoko uniesiona głowa nie pomagała w wyraźnym mówieniu.
- A więc uważasz, że sprawiłeś mi kłopot i tylko tyle?- umyślnie przeciągała słowa, starając się jednocześnie zachować spokój w głosie.
Nabrał powietrza do płuc i patrząc gdzieś w bok odpowiedział.
- Za wszystko, co zrobiłem nie po twojej myśli, Pani, świadomie lub nie- poprawił się.
- Proszę, proszę, jaki ostrożny- zacisnęła mocniej palce na jego twarzy- skąd wiesz, co jest po mojej myśli, a co nie?
- Nie wiem, Pani.
- Boisz się?- spytała obrysowując kciukiem linię ust, dotykanie go, sprawiało jej przyjemność.
- Tak, Pani.
- Zrobiłeś coś złego?- spytała, przenosząc pieszczotę w okolice ucha.
- Nie, Pani.
Oczekiwała takiej odpowiedzi, wiedziała, że będzie się bronił, to było naturalne.
- Więc czego się boisz?- spytała z fałszywą łagodnością.
- Ciebie, Pani.
Zabrała dłoń i odsunęła się krok do tyłu. Trochę ją zaskoczył.
- Mnie? Boisz się, że cię ukarzę?
- Nie, Pani. Nie boję się kary.
- Boisz się mnie ale nie boisz się kary, czy to nie jest paradoks?
Spuścił niżej głowę, jasne włosy zsypały mu się na twarz, odniosła wrażenie, że chce się za nimi schować.  
- To tylko pozorna sprzeczność, Pani- odpowiedział spokojnie.
- Dlaczego tak uważasz?- spytała. Zbyt szybko, nie powinna pokazywać po sobie emocji.
- Pani... wybacz...- nie chciał mówić, nie chciał powiedzieć jej czegoś, co mogło świadczyć o nim. Czuła to, wyczuwała to w jego głosie, widziała po nagle napiętym ciele i ukrytej za włosami twarzy. Chciała wyciągnąć od niego przyznanie się do winy, a dotknęła zupełnie czegoś innego.
- Dlaczego, Drugi?- powtórzyła pytanie, cicho ale stanowczo- Dlaczego?
Milczał jeszcze przez chwilę i gdy już była pewna, że nie odpowie, usłyszała:
- Boję się, Pani, że nie wybaczysz mi czegoś, na co nie mam wpływu, czegoś, co jest silniejsze ode mnie, czego pragnę równie mocno, jak tego nie chcę i co ma nade mną władzę, której nie mogę się przeciwstawić, nawet pod groźbą najsurowszej kary.  
Zadrżała. Takie słowa w ustach niewolnika? Zabrzmiały dziwnie. Ich sens można było odebrać różnie. Powiedział tak wiele, właściwie nie wyjaśniając niczego. Nie miała pojęcia czy była to z jego strony prowokacja, czy jednak tylko próba wytłumaczenia się. I ten ton, którym je wypowiedział, cichy i spokojny, a jednocześnie było w tym tyle desperackiej pasji. Mówiąc prawie szeptem, krzyczał. Nie doceniała go.
- Jak widzę ten strach przede mną- stuknęła go batem w ramię- nie powstrzymał cię przed zrobieniem czegoś tak niskiego, zupełnie nie pasującego do tego, co chcesz mi przekazać.  
- To nie tak, Pani, to...- w ostatniej chwili zrezygnował z powiedzenia czegoś, jakby nagle coś sobie uświadomił. Może ten mroczy cień w jej głosie nad którym nie zapanowała powstrzymał go, może przeraził się swojej śmiałości?
- No, to jak? Co chciałeś przez to osiągnąć? Chciałeś się wyładować? Ulżyć sobie? Coś udowodnić?- wbrew sobie bagatelizowała to co mówił i dała mu to odczuć. Nie wiedzieć czemu ale karała go, za swoje rozterki i niezdecydowanie, za swoje ewentualne rozczarowanie.
- Pani, nie mam swojej woli, nie ma nic co mogłoby mnie tłumaczyć lub bronić. Twoja wola, Pani, jest moim życiem.
Na dłuższą chwilę zapanowała cisza. Uświadomiła sobie całą prawdę, teraz rozumiała co miał na myśli, co chciał jej powiedzieć i nie mogła tego tak zostawić. Nie byłaby sobą.  
- Powiedz mi Drugi, ile lat ma ten niewolnik, który był z tobą?- spytała, celowo chciała sprowokować go i sprawdzić, jak zareaguje. Chciała zadać mu ból, by coś sobie udowodnić.
W powietrzu zawisła nie wypowiedziana groźba. Dostrzegł to. Usłyszała jak ze świstem wciągnął powietrze i przełknął ślinę. Widziała też, jak kurczy się w sobie, jak opuszcza ramiona i jeszcze niżej spuszcza głowę, w geście rezygnacji.  
- Szesnaście, Pani.
Zbliżyła się do niego, uchwyciła mocno za włosy z tyłu głowy i naprowadziła jego twarz ku sobie, zesztywniał w jednym momencie.
- Spójrz na mnie- rozkazała- Patrz na mnie, Drugi!
Powoli i niechętnie podniósł na nią wzrok, w jego oczach dostrzegła potworne zmęczenie. Był wyczerpany. Kontrolował swoje ciało, panował nad głosem, ale oczy nie kłamały, nie był aż tak mocny, jakim chciał być.
- Zadam ci trzy pytania- powiedziała oschle- i zastanów się dobrze, zanim mi na nie odpowiesz.
Nie spuszczała z niego oczu, zapadał się w sobie, pod wpływem jej spojrzenia.
- Czy jesteś jego przyjacielem?- zadała pierwsze pytanie.
- Lan chyba mnie za niego uważa- odpowiedział po krótkiej chwili zastanowienia.
Ostrożnie dobierał słowa, nie chciał popełnić błędu, zdawał sobie sprawę, że od tego co powie będzie zależał jego los.
- Chciałeś tego?- padło drugie pytanie i otrzymała natychmiastową odpowiedź.
- Nie.
- Patrz na mnie- syknęła, prawie przebijając mu paznokciami skórę na twarzy, gdy chciał uciec ze spojrzeniem, domyślał się do czego zmierza- Ostatnie pytanie. Zrobiłbyś to?
Jego oczy nagle nabrały intensywnie niebieskiego koloru i jakiegoś chłodu, który zaczął ją przenikać. Przez małą chwilę, która wydawała się wiecznością, czuła, jak walczy ze sobą, by w końcu odpowiedzieć kompletnie wyzutym z emocji głosem:
- Tak, Pani. Zrobiłbym to.
Odsunęła się od niego. Usłyszała wszystko, co chciała wiedzieć. Nie zostało już nic więcej do powiedzenia.


Kręciło jej się w głowie. Popatrzyła na alkohol w szklance i nawet nie wiedziała co pije. Najważniejsze, że było mocne. Przed sobą miała ogromny telewizor, w którym przed chwilą nawet zobaczyła swojego ojca, pieprzyć starego durnia, między nogami zaś miała niewolnika, który lizał jej cipkę. Po prostu fantastycznie! Ani z jednego ani z drugiego nie miała przyjemności. Ojciec ją sprzedał, najzwyczajniej w świecie sprzedał za wątpliwą przynależność do arystokracji, dzięki której tylko przez moment miał jakieś profity, a później wykorzystywał ją do szpiegowania własnego męża. W momencie kiedy rządy w firmie przejęła Marta i nie miała już dostępu do tego, co działo się w biznesie Raysów, wypiął się na nią. Jedyne co jeszcze robił to tylko wypłacał niewielką pensyjkę, która wraz z pieniędzmi od Roberta, dawała jej jakieś dochody. Całe szczęście, że nie musiała sama utrzymywać siebie i swoich osobistych. Ta suka odcięła ją prawie od wszystkiego, od kont męża, z których korzystała do woli, na co on w ogóle nie zwracał uwagi, ale również i to, co było najgorsze, od niewolników. Co jej przeszkadzało? Jej mąż przymykał na to oczy, nie stałoby się nic wielkiego, gdyby i ona to zrobiła. Teraz nie mogła już sprzedawać swoim przyjaciółkom, co lepszych sztuk, ratując w ten sposób swoje wiecznie puste konto. Organizując swoje małe aukcyjki, była w centrum zainteresowania, była rozchwytywana towarzysko i każdy się z nią liczył. Fakt, że wielu oddała za darmo, ale czego nie robi się dla reklamy. Odkąd dostała szlaban na niewolników dla przyjemności z rezydencji, nie mogła też robić swoich sławnych orgietek, więc nie miała już i przyjaciółek, bo czym miała im zaimponować. W tym brutalnym świecie, żeby istnieć, trzeba było się czymś wyróżniać, bo samo to, że była żoną Roberta Raysa było za mało. Nawet Wiktoria odsunęła się od niej, po tym jak wystraszył ją Robert. Głupia dziwka! Jakby nie wiedziała, ze z jej mężem się nie pogrywa. Wszystko rozumiała, że poniosły ją nerwy, że znowu Marta utarła jej nosa, ale nie robi się takich rzeczy z Raysem... o, przepraszam, z Raysami, nie wiadomo które z nich było gorsze. Była teraz przez nią nieszczęśliwa. To przez nią nie potrafiła już normalnie czerpać przyjemności z seksu.  
Zachlipała żałośnie i przechyliła resztę ze szklaneczki. Wzdrygnęła się, obrzydliwy smak miała ta wódka, zerknęła na niewolnika, starał się jak mógł. W tym co robił był równie żałosny, jak ona sama. Oboje wiedzieli, że nic z tego nie będzie, z tą jednak różnicą, że on nie mógł przestać dopóki ona o tym nie zadecyduje.
Boże, jaki ten świat był pojebany... dlaczego, ponoć jej taka fantastyczna przyjaciółka, nie odbiera od niej telefonów... dlaczego jej unika... przecież nic nie zrobiła...
Złapała niewolnika za czarne włosy i mocniej przycisnęła mu głowę do swego łona.  
- Może byś się trochę postarał gnojku- syknęła- chyba że chcesz oberwać..
Podniosła szklankę do góry za siebie, gdzieś tu obok powinien stać jej drugi osobisty. Był, nalał do szklanki kolejną porcję.
- Pani, może już starczy na dziś, wypiłaś już bardzo dużo- zwrócił się do niej, gdy próbował podtrzymać szklaneczkę, która jakoś się przechylała w jej dłoni
- Won! Nic ci do tego ile wypiłam- mruknęła, czarnowłosy trafił językiem w czuły punkt, zalała ją fala gorąca- Rob... mocniej... nie przestawaj... jeszcze, jeszcze...
Przez moment było jej tak dobrze, tak błogo, ale podniecenie minęło równie szybko, jak się pojawiło.  
- Do niczego się nie nadajesz! Chyba że na plantację... albo nie, nadajesz się do obciągania starych zwiotczałych fiutów jakiś zboków i tak właśnie skończysz!
Odepchnęła go od siebie i próbowała kopać, ale on był szybszy, a ona zbyt pijana, żeby trafić go tak jak chciała, w krocze. Odskoczył szybko od łóżka, co uratowało go przed trafieniem szklanką, na jego nagi tors poleciała tylko strużka zimnego płynu.
- Ty psi synu... do nogi!- na czworaka próbowała przejść po olbrzymim łożu w jego stronę- wiesz, co zaraz z ciebie zrobię...
No, nie. To było ponad jej siły, zaplątała się najpierw w prześcieradło, a potem na drodze stanęły jej poduszki. Rozpłakała się, usiadła jak mała dziewczynka w kucki i płakała. Wszystko było przeciwko niej, z niczym sobie nie radziła, a przecież chciała być taka idealna... jak Marta, jak Robert, nawet... kurwa nie była Raysem, nie była i nigdy nie będzie... Łzy leciały jej po policzkach, za co to wszystko ją spotyka, za co?! Chciała przecież tylko kochać Roberta, kochała go wtedy i kocha go teraz. Nawet niewolnika ma do niego podobnego, długo takiego szukała, rzygać jej się chce od tych wszystkich blondynów! Naprawdę chce jej się wymiotować, ale nie, da radę... Tylko od czego? Od wódki czy od uderzenia? Już zapomniała, że ten skurwiel ją uderzył. Jak śmiał?! Dlatego, że dała mu się przelecieć parę razy? Uśmiechnęła się przez łzy na wspomnienie jego wielkiego kutasa. Miał czym się pochwalić, w życiu takiego nie widziała i żaden taki, ani wcześniej ani później, jej nie rżnął, a przecież wielu zaliczyła. Był, szkoda... Ale Marta stanęła w jej obronie, coś niesamowitego, tego po niej się nie spodziewała. Głupia cipa, nawet nie wie, jak jej imponuje, odkąd ją poznała, chciała być taka jak ona. Taka chłodna, opanowana... kurwa żeby ją choć trochę szanowali tak, jak szanują tę cholerną pannę Rays! Ona też była panią Rays, tylko jak to do niej mówiono, to ona słyszała, ty gorszy sorcie rodziny.
Schowała twarz w dłonie i rozryczała się na dobre. Kim ona tu jest, no kim? Jest niewolnikiem tej popierdolonej rodziny i nikim więcej. Gdy zaczęła się zanosić, poczuła jak ktoś ją obejmuje. Nikt jej nie kochał, nikt jej nie chciał, nikomu nie była potrzebna.
No tak, to Sato ją przytulał i próbował pocieszyć, jak zwykle, tylko ona nie chciała niewolnika, chciała Roberta! Ten skurwiel nigdy jej nawet nie dotknął, nigdy nawet nie spojrzał na nią jak na kobietę, a ona go przecież tak kocha, poszłaby za nim w ogień, zrobiłaby dla niego wszystko, dosłownie wszystko. Za najmniejszy cieplejszy odruch szłaby za nim na kolanach...  
- Skurwysyn, skurwysyn, skurwysyn!- krzyczała, rzucając się w ramionach mężczyzny- Puść mnie! Zostaw! Nie chce mi się żyć... Daj mi się napić- zachlipała.  
Gdy podał jej nową szklaneczkę, siorbnęła troszkę i spokojniejszym głosem powiedziała.
- Wiesz jak to jest, być taki bezpańskim psem, na którym nikomu nie zależy, nikt go nie kocha i nie chce? Wiesz?
- Doskonale, Pani- odpowiedział ze smutnym grymasem na twarzy- mnie na tobie zależy.
Popatrzyła na niego pustym wzrokiem, westchnęła i przytuliła się do niego.
- Pierdolisz tak, że aż słuchać się nie chce, zależy ci na mnie? Nikomu na mnie nie zależy, a wam najmniej- pokazała na niewolnika do przyjemności stojącego przed łożem.
- Nie, mówię prawdę- próbował ją przekonać ale nie słuchała go już.
Znów nachodziło ją rozczulenie nad własną osobą, nikt, po prostu nikt jej nie potrzebował, wszystkim była obojętna. Co on sobie myślał, że jest głupia? Nie jest i nie potrzebuje współczucia.  
- Sato, przykuj go do słupków- rozkazała, chwiejnie schodząc na podłogę- zabawimy się...
Nie chciała ale inaczej już nie potrafiła, Wiktoria ją tego nauczyła, pokazała jej inną miłość i zostawiła ją.
- Przyjaciółka!- prychnęła sama do siebie. Jak chciała dostać się na aukcję, to była niemalże codziennie, zapraszała ją do klubu, a teraz? Teraz jej nie ma... To nic, sama sobie da radę, nikogo nie potrzebuje, nikogo!
Popatrzyła na rozpiętego niewolnika, teraz mu pokaże. Napiła się. Pokaże teraz Robertowi kim jest, będzie go torturować, aż będzie błagał ją o litość, ale nie będzie miała dla niego żadnej litości. Żadnej!  
- Pani, może położysz się już, późno jest.
- Won- warknęła i odepchnęła go. Zachwiała się, gdyby jej nie złapał pewnie przewróciłaby się.
Sięgnęła po bat i podeszła do niewolnika, otarła się o jego nagie ciało, miał taki zgrabny tyłek i niezłego fiuta. Umiała sobie wybierać osobistych do przyjemności, ten trochę był pokiereszowany, ale był jej ulubionym. Wpiła się w jego usta, podgryzała wargi, starał się nie dać sobie zrobić krzywdy ale nie mógł nic zrobić.
- Nie podoba ci się?- zamruczała- nie podoba ci się twoja pani?
Uderzyła go przez plecy, wygiął się, na skórze pojawiła się czerwona pręga. Nie było to mocne uderzenie, nie miała siły, nie mogła wziąć większego rozmachu, bo utrzymanie równowagi, do najprostszych czynności w tym momencie nie należało. Do drugiego już się przyłożyła trochę bardziej. Rzucił się po uderzeniu w uda i stęknął cichutko. To już nieźle, był wytrzymały na ból, więc jeszcze dawała radę... a może oszukiwał? Teraz wzięła spory zamach. Zaczynała się podniecać, serce lekko przyspieszyło, czuła to przyjemne mrowienie, sieknęła go przez pośladek, zwinął się w powietrzu, musiała końcówką sięgnąć kutasa. Robiło się coraz przyjemniej. Szkoda, że nie ma tu Wiktorii, ona potrafiła spowodować, że lała po nogach. Wtedy, gdy ujeżdżały Drugiego... ech, to dopiero była jazda. Jej ponoć przyjaciółka, obudziła w niej demony. Aby się zaspokoić potrzebowała czegoś więcej, znów uderzyła, kolejna pręga wykwitła na plecach bruneta, tym razem przecięła skórę, kilka kropli krwi pokazało się na skórze. Jej oddech stawał się coraz krótszy i urywany. Dobrze, bardzo dobrze, dzisiaj jakoś łatwiej idzie, ostatnio osiągała orgazm tylko w akompaniamencie czyjegoś skowytu, powodowanego bólem.  
Długo nie zapomni wyrazu oczu Drugiego, kiedy Wiki upokarzała tego pięknego mężczyznę. Wtedy, sponiewierany i zmaltretowany wył, po prostu wył. W jego oczach było szaleństwo i rozpacz, nieme błaganie o koniec tortur, ale to był dopiero początek. To był początek przyjemności, to był początek tego co przynosiło im tę przyjemność, której nie potrafiły zaznać w żaden inny sposób...
Zamachnęła się jeszcze raz ale nie miała już siły, odrzuciła więc ze złością bat i obejrzała się w kierunku Satiego.  
- Co tak patrzysz, postaw go, chcę żeby mnie pieprzył. - Czuła, że podniecenie zaczyna się ulatniać, potrzebowała mocniejszych bodźców. Gdy niewolnik obciągał Robowi, sięgnęła do stolika po strzykawkę i maleńką fiolkę. Zaraz zrobi sobie dobrze, zaraz... tylko musi coś znaleźć. Jest! Wciągnęła igłą całą zawartość. Gdzie jest ta wódka? Obejrzała się gwałtownie za siebie i... zatoczyła się na wielkie łóżko.
- Kurwa- zaklęła, chyba naprawdę robiła się pijana. Obróciła się na bok, by zobaczyć jak jeden niewolnik, obciągał drugiemu przykutemu do słupków jej łoża. Kazała mu? Chyba tak...
Chciała się unieść, ale jakoś jej nie wyszło, kątem oka zerknęła na leżącą obok strzykawkę, no tak miała podać efron... tylko któremu? Boże, upiła się kompletnie, niedobrze jej było. Sato oderwał się na chwilę od krocza Roba i patrzył na nią. No, chyba nie widział jej w tym stanie pierwszy raz? Co on sobie myśli, że co? Że jak się wstawiła to można nie wykonywać rozkazów.
- Sukinsynu, co miałeś robić?!- jakimś cudem udało jej się podnieść i nawet nie miała problemu z utrzymaniem równowagi.
Znowu przyssał się do kutasa Roba, ale jakoś dzisiaj się nie starał. Nie mogła pozwolić na takie coś, jeszcze tylko tego by brakowało, żeby niewolnicy jeździli jej po głowie.  
Wykręciła mu jedną rękę do tyłu a po chwili drugą, spięła szerokie skórzane kajdanki na nadgarstkach i zapięła do zwisającej z sufitu linki. Miała ich obu teraz unieruchomionych. Sato odsunął się od Roba, bo wysoko uniesione ręce i wykręcone ramiona wymuszały na nim coraz głębszą klęczącą pozycję.  
Ale zaraz, obaj wiszą, to kto będzie ją rżnął? Nie, dzisiejszy dzień był straszny... to upokorzenie... może nie powinna się była mieszać, mało to razy zabawiała się z nimi... Tylko Drugi, no właśnie przypomniała sobie, że był tam Drugi i gwałcił osobistego Roberta... nie, chyba miał dopiero zamiar... o, kurwa, ale była już pijana... W sumie to co miała nie być, prawie nic dziś nie jadła. W ogóle ostatnio coś z nią jest nie tak, nie ma apetytu, nie może spać, ale to na pewno nerwy. Potrzebowała Wiktorii, bardzo jej potrzebowała, a ona ma ją gdzieś. Czuła, że za chwilę znów się popłacze, była taka samotna, miała tylko tych niewolników, nawet własna rodzina o niej zapomniała, a ci tutaj nie byli jej rodziną. Oni kochali tylko siebie, jedno za drugie życie by oddało. Boże, jak ona im tego zazdrościła... Wyrwał jej się z gardła szloch, dlaczego tak jest, dlaczego jeden ma wszystko, a inny nic? Właściwie jakby popełniła samobójstwo, to nikt by nawet się nie przejął... No nie, może by się przejęli, bo źle by to wyglądało w kronikach towarzyskich i mógłby ucierpieć wizerunek firmy. Roześmiała się przez łzy, oczami wyobraźni widziała te nagłówki nekrologów, że po długiej i ciężkiej chorobie, ha, ha chyba alkoholowej i z powodu chronicznego braku orgazmów, zmarła ukochana żona Roberta Raysa. Tylko szkoda, że nie dopiszą, że druga żona, bo pierwsza to blondynka z fiutem między nogami i że jej drugie imię to Drugi. Oraz nieodżałowana bratowa, nieoceniona w kompromitowaniu idealnego wizerunku Marty Rays, amen! A, jeszcze od ojca, spoczywaj córeczko w spokoju i tak na niewiele się przydałaś.
Nic tylko popłakać sobie na własnym pogrzebie, tak naprawdę to już nie żyje od dawna, bo co to za życie... pieprzenie, wypad na miasto, jakieś małe rżnięcie, wóda i wielkie rżnięcie i zero przyjemności. Robienie dobrej miny, udawanie szczęśliwej i zadowolonej z siebie przed kretynkami takimi samymi jak ona, odszczekiwanie się Marcie i graniu na nerwach Robertowi, któremu i tak właściwie wszystko wisi. Przynajmniej dobrze, że rezydencja jest ogromna to może jeszcze w międzyczasie uprawiać jogging, po korytarzach, pomiędzy śliniącymi się i sapiącymi z podniecenia gośćmi czy klientami, a właściwie wszelkiej maści zbokami.  
Sięgnęła po butelkę i pociągnęła mały łyczek, ups... jakiś odruch wymiotny się pojawił, chyba już dość, ale co tam, jeszcze zerżnie Roba, albo Sato, a może ich dwóch... może nie, lepiej będzie jak oni zerżną ją. Jeszcze jak uda im się doprowadzić ją do szczytowania, no po prostu idylla i sielanka i w ogóle... Poderwała się, ze strzykawką w ręku, jak pierdolnie któremuś w żyłę, to do rana będzie miał zajęcie... kurwa, co za życie, nawet niewolnikowi nie chce stanąć do niej, to dziwić się, że Robert ją olewa... ale ona go zna, on nie będzie nigdy szczęśliwy z kobietą słabą, taką jak ona, on musi mieć taką, co będzie silniejsza od niego, która go zdominuje, która pokona go, jego własną bronią...ona jest nikim, nikim, nikim...
Szlochając poszukała żyły w zgięciu łokcia wiszącego niewolnika, chlipnęła raz i drugi... przynajmniej sobie trochę poużywa, tyle jej zostało i tyle jeszcze może...Nawet całkiem sprawnie udało się wbić za trzecim razem igłę, czego się tak szamocze? Wielkie halo, że nie trafiła, będzie się rzucał jeszcze. No i poszło...
- Pani! To za duża dawka, zabijesz go! Pani!  
O co mu chodzi, o jaką dawkę... ale zakręciło jej się w głowie, o kurwa... źle z nią, chyba ten ostatni łyk, był tym jednym za dużo. Świat wirował wokół niej, w sumie to nawet śmieszne było to uczucie... może upicie się na śmierć nie byłoby takie głupie?  
- Pani, rozkuj mnie, słyszysz!
Czego on od niej chciał, teraz jak tak bardzo chciało jej się spać... przecież sam jej kazał iść już spać...
- Pani! Proszę rozkuj mnie, trzeba mu podać antytoksynę, Pani!
Spiła się, bez dwóch zdań, zawsze umiała się do tego przyznać i teraz tak pięknie przewróciła się na plecy... no to koniec imprezy, idzie spać... niech dadzą jej święty spokój, jest zmęczona...  
Czego on chce? To Sato, czy Rob? Jutro się z nimi zabawi, teraz to już...
- Pani, rozkuj mnie! Słyszysz?! Nie odpływaj!- ciemnowłosy niewolnik szarpał się bezsilnie. Kajdanki uniemożliwiały mu jakikolwiek ruch.
- Pani, nie rób tego, nie odpływaj, proszę! Suzann, ty głupia dziwko, zabijasz go!
Westchnęła. Sen jest taki przyjemny, było jej teraz tak dobrze. Spać, spać, spać...

violet

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka, użyła 18793 słów i 104510 znaków, zaktualizowała 11 lis 2019.

26 komentarzy

 
  • agnes1709

    "Prawdopodobnie nie będzie już tutaj publikowany, może wstawię jeszcze tylko jedną część, 15-tą" - baju, baju, będziesz w raju:lol2:
    Nudzę się:sciana:

  • violet

    @agnes1709  ha :lol2:

  • Anthony

    Kiedy doda Pani opowiadanie?

  • violet

    @Anthony Prawdopodobnie nie będzie już tutaj publikowany, może wstawię jeszcze tylko jedną część, 15-tą. Arystokrata jest i będzie publikowany na Najlepsza Erotyka.

  • agness

    Tego już za wiele! kiedy wstawisz część! to jest niebywałe! Składam oficjalny protest!

  • Ewa

    No i proszę, nawet nie wstawiając od dłuższego czasu kolejnej części, poruszasz Kobieto ludzkie serca i emocje...oraz moją twarz w uśmiech :). Powiem tylko festina lente i pozdrawiam ciepło.

  • violet

    @Ewa Witam Cię ponownie i bardzo się cieszę :)  Myślę, że jak nic się nie wydarzy, to kolejna część już niedługo. Pozdrawiam serdecznie.

  • kriswp

    Witam  
    Jak tam idzie pisanie?Już doczekać się  nie mogę :)

  • drugi

    Dziewczyny dajcie Violet spokojnie pisać. Nie wolno naciskać na autora bo wpłynie to na jakość tekstu. Spadać baby zaspokajać swe rzadze gdzie indziej! Violet pisz spokojnie, my czekamy cierpliwie :drool:

  • ollesia

    @drugi sam spadaj fałszywy niewolniku!!!!! :whip:

  • agness

    @drugi A ty co tu robisz? chcesz baty? :whip:  objawil się niewolnik :)

  • agness

    Kiedy 15 część?miała być na święta, obudź się dziewczyno! :nerw:

  • ollesia

    Chciałabym dowiedzieć się co u mojego ulubionego niewolnika  :rotfl: Violet kiedy następna część? :mad:

  • agness

    @ollesia Violet go zatłukła i teraz boi się wstawić kolejną część :P  :lol2:

  • ollesia

    @agness ona tego nie zrobi bo wtedy ja ją zamorduje :spanki: !!!!!!!!

  • agness

    @ollesia z Violką nic nie wiadomo :lol2:  jest zdolna do wszystkiego :devil:

  • agnes1709

    Postać Marty jakoś najbardziej przypadła mi do gustu, nie wiem tylko, czemu? Zimna i ciepła zarazem, to jest to, i dlatego trochę mi jej tam za mało:(  
    Nie będę się powtarzać, bo wiesz, co sądzę o opowiadaniu, tylko jedno - przecinki Ci trochę rozrabiają:)

  • violet

    @agnes1709 Marty będzie coraz więcej, a przecinki, jak zawsze, to takie niesforne robaczki :lol2:

  • agnes1709

    @violet Jak więcej, to bardzo się cieszę. A kiedy ślub z Drugim? Hehe...

  • violet

    @agnes1709 He,he co Ci chodzi po głowie?! widzisz szanse na ślub z niewolnikiem? :woot:

  • agnes1709

    @violet HEhe, to był żart, ale cos jest na rzeczy, i nie tylko ja tak myślę.

  • violet

    @agnes1709 Coś musi być he, he, Marta wie co dobre ;)

  • agnes1709

    @violet Biorę się za Laurę, 3-m kciuki!

  • violet

    @agnes1709 Bardzo dobrze, czekam :bravo:

  • Kriswp

    Opowiadanie jak zwykle genialne można powiedzieć że uzależnienia czekam na kolejne z niecierpliwością.Może by tak mały  prezencik na Mikołaja :)

  • violet

    @Kriswp   Prezent na gwiazdkę?  ;) Dzięki za komentarz :)

  • Ewa

    Gratuluję talentu. Przeczytałam jednym tchem i wygląda na to, że to będzie moja druga ulubiona powieść. Niebanalnie skonstruowana fabuła, niełatwa, zmierzająca do jakiegoś celu, ale tajemniczo, mroczno, okrutnie, przez którą usiłują się przebić zachowane pokłady człowieczeństwa i ludzkiego, normalnego odruchu. Dominuje psychologia ludzkich zachowań, jakże różnych. Poruszyło to mój najgłębszy nerw, tak że pokazały się ciary ;)  :). Pisz spokojniutko dalej, bo warto poczekać. Pozdrawiam :)

  • violet

    @Ewa Bardzo dziękuję za odwiedziny i tak pochlebny komentarz.  :)

  • Ewa

    @violet Komentarz szczery. Poza tym tutaj można nauczyć się cierpliwego czekania ;)  :) .

  • violet

    @Ewa Cieszę się wiec podwójnie, bo pisząc taki tekst, chce się wiedzieć jak czytelnicy go odbierają, zdaję sobie sprawę z tego, że jest kontrowersyjny.  Trochę mi się schodzi, ze względu na inne zobowiązania, więc dziękuję za wyrozumiałość. :)

  • jerzyk

    Uff,  z coraz  większą przyjemnością czytam( nie jeden raz) kolejną część Arystokraty. Na wstępie wytknę, większą ilość literówek i  niedopracowanie ( pośpiech? sądząc po częstotliwości publikacji, chyba nie). Ludzkie scharakteryzowanie Suzann, jako czystej patologii, niemalże doskonałe. Zdaje się, że z nic nie znaczącej osoby, stanie się jedną z ważniejszych postaci. Marta i Drugi, coraz bardziej zaciekawiają, w bólach się rodzi to ich uczucie i kibicuję im z całego serca. Trochę ludzkich uczuć w tym świecie nie zaszkodzi. Życzę weny i pozdrawiam serdecznie.

  • violet

    @jerzyk Wielkie dzięki za komentarz. O jakim uczuciu mówisz, pomiędzy Panią i niewolnikiem? ;)

  • jerzyk

    @violet Jak to o jakim? Wszystko wskazuje na jedno. :)

  • KamiKam

    @jerzyk Nie bądż taki pewny, tutaj wszystko jest niby jasne, ale tylko niby :rotfl:

  • agnes1709

    @jerzyk Też tak odebrałam, ale z Violet to zero pewności:)

  • KamiKam

    Dużo sie dzieje, ale trochę łagdoniejesz. Nie ma już dosadnych scen i początek jakiś słabszy, pod koniec dużo lepiej. Nie ma spójności i błędów więcej. Nie spieprz tego opka, bo dobre jest.

  • violet

    @KamiKam obiecuję, ze się poprawię. Dziękuję za komentarz. :)

  • nefer

    @KamiKam Ależ dzieje się tu o wiele więcej niż poprzednio, tylko na innym poziomie.Moim zdaniem znacznie ciekawszym niż epatowanie czystym brutalizmem. Pozdrawiam i tak trzymać. Oczywiście, literówki zawsze można poprawić.  :)

  • KamiKam

    @nefer Violet poraza mocno swoim pisaniem i tu jest moc tej powieści, nie chcialbym by zamienila go w łzawy melodramat, bo takich to jest od liku. Trzeba ją jakos motywować, nie? :P  Chodzę po róznych stronach i za cholerę nie ma drugiego takiego, lepiej żeby sie nie zmieniło. :D

  • nefer

    @KamiKam To, że Autorka daje swoim bohaterom ludzkie uczucia, które gdzieś tam tkwią w głębi i może się obudzą, nie oznacza, że przekształca swoją opowieść w melodramat. Właśnie te uczucia są przyprawą dającą niepowtarzalny smak całemu utworowi.

  • KamiKam

    @nefer I tego się trzymajmy, bo jak nie będe niepocieszony :devil: a tak między nami nadmiar przypraw szczególnie tych pospolitych moze zaszkodzic potrawie. ;)

  • nefer

    @KamiKam Pospolite to te uczucia na pewno nie są, trzeba bardzo głęboko ich szukać. Sami bohaterowie mają z tym duże problemy. Ale bez tej przyprawy powstałoby coś w rodzaju "literatury obozowej". Szczypta soli może nie zaszkodzi.  :blackeye:

  • agness

    @nefer a panowie na kulinaria widzę zeszli, no to smacznego :rotfl:

  • KamiKam

    @nefer Masz rację, trochę się powygłupiałem, ale doskonale rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Marta i Drugi, są skazani na siebie i tu nie ma wątpliwości.  Violet nie kryje się z tym i cholernie jetem ciekawy mnie a wręcz fascynuje jak do tego dojdzie. A już najbardziej co na to wszystko Robert. chyba bedzie dym :whip:

  • nefer

    @KamiKam To na pewno. I ja także czekam z ciekawością.

  • Lenka

    Mieszane uczucia we mnie szaleją  :rolleyes: Z jednej strony brutalność prawie nie do zniesienia a z drugiej potrzeba własnego masochizmu. Nie wiem jak to robisz ale nienawidzę cię i ubóstwiam. Nie rozumiem samej siebie jak to się stało że czytam coś co mnie przeraża i momentami odrzuca. Podpisuje się pod ostatnim zdaniem Radadu.

  • violet

    @Lenka Twoje mieszane uczucia są dla mnie największym komplementem. Dziękuję :)

  • Ratka

    Za to, że przerwałaś w takim momencie, skazuje Cię Violetto na kare chłosty :whip:  Rewelacja!!!! Kiedy kolejna część?

  • violet

    @Ratka Błagam o wybaczenie :rotfl:  Dzięki za komentarz. :)

  • Lolek3

    Witam pani Violu :)
    Szybciutenko przeczytalem opowiadanko no i trzeba przyznac ze nawet nawet ciekawe. Licze i czekam na wiecej :)
    Pozdrawiam

  • Lolek3

    PS.
    Mam nadziejie ze w realnym swiecie nie utozsamiasz sie z Marta :) Strach byloby cie spotkac :)    Jedynie Nefer bylby zadowolony, on lubi takie klimaty (dziewczyny) hehe. <zart>

  • violet

    @Lolek3 A czy Marta jest taka bardzo zła? ;)

  • violet

    @Lolek3 Dziękuję bardzo za komentarz :)

  • Lolek3

    @violet Oczywiscie, kreci ja niewolnictwo, traktuje ludzi rzeczowo, jej idealy sa najwazniejsze, uwielbia wladze i sadze ze dla dobra swojego interesu (pod pretekstem dobra rodzinnego) jest w stanie znaczaco ograniczyc brata.

  • violet

    @Lolek3 taki świat, albo ty ugryziesz pierwszy, albo cie zjedzą. Niewolnictwo tam jest tak powszednie i naturalne, jak hodowanie zwierząt  gospodarskich. Mam nadzieję, że z czasem chociaż troszeczkę zmienisz o niej zdanie ;)  Zapewniam też pana, że nie jestem pierwowzorem bohaterki.... chociaż może kto wie  :)

  • Lolek2

    @violet @violet czy zmienie zdanie to zalezy juz tylko od autorki tekstu. No i jeszcze czemy najwiekszy potwor tej powiesci ma na imie Robert....  innych imion nie bylo? XD

  • violet

    @Lolek2 czyżbyś tak miał na imię, drogi Lolku? :woot:

  • Lolek2

    @violet :)

  • violet

    @Lolek2 no cóż, Robert ma bardzo dużo fanek ( to tak dla pocieszenia) ;)

  • Lolek2

    @violet no coz, bedac takim Robertem, nie nazekalbym na przygode z taka wiktoria. :) Dobze ze to strona dla doroslych :)

  • violet

    @Lolek2 bardzo dobrze :)

  • nefer

    @Lolek3 Hej. Witaj w świecie supermocnych fantazji Violet. Skoro już wywołałeś mnie do tablicy, to przyznam, że Pani Marta Rays ma wiele cech Królowej.   :blackeye: Jakże można Jej nie podziwiać? A Robert, to moim zdaniem, zdecydowane, mocne imię, kojarzące się z wikingami i wojownikami (np. książę Normandii Robert Diabeł  :devil: ). Nie masz się czego wstydzić, a Robert Rays ma tu mnóstwo wielbicielek, jak słusznie zauważyła Pani Domu.  Moim faworytem, oczywiście, nie jest.

  • Lolek2

    @nefer  Neferze ociagasz sie ze swoim opowiadaniem to musialem poszperac i poszukac cos kolejnego do przeczytania :) i tera zas musze szukac kolejnego "erotyka" bo violet dlugo odpoczywa xD

  • nefer

    @Lolek2 To zajrzyj na NE. A moje to bardziej przygodowka historyczno-fantastyczna z elementami erotyki.

  • jerzyk

    @Lolek3 Nie zgodzę się Tobą, nie jest zła, jest człowiekiem pośród bestii.  Każdy dba o swoje interesy, ona nie gubi przy tym ludzkiej twarzy. Dlaczego to robi, pewnie przekonamy się w późniejszym czasie, kiedy  Violet uzna za stosowne nam to wyjaśnić. Pozdrawiam.

  • radadu

    Bardzo spójny ten świat się robi i nadal  wciąga jak bagno. Jest ból, cierpienie i zło, ale udaje ci się z tego wydobyć jakieś przewrotne piękno... a może chodzi o te resztki dobra w ludziach, resztki prawości, honoru... sama nie wiem. Końcówka napisana rewelacyjnie, aż zaczynam współczuć biednej, głupiej Suzann, mimo iż właśnie zabija niewolnika... Pisz sobie powolutku, jak chcesz, ale nie przerywaj, bo robisz kawał dobrej literackiej roboty.

  • violet

    @radadu Miło Cię znów widzieć w moich skromnych progach  :)  Bardzo dziękuję  za miły komentarz. :)

  • on

    tylko się nie rozpłyń w ślinie pochlebców...no dobra JESTEŚ niestety...

  • violet

    @on Dziękuję bardzo.

  • ollesia

    Przeczytałam i chcę więcej :sad: Pięknie w tym odcinku. Suzann to sucz, chyba gorsza od Roberta biedni ci niewolnicy.  nie będę orginalna- kiedy nastepna część :devil:

  • violet

    @ollesia Dziękuję, będzie, będzie :)

  • agness

    Co mam Ci pisać? Dozajebiste, cudne - to banały. Stworzyłaś coś tak unikatowgo, że tylko klękajcie narody. Nie będę tu sie rozpływać w pochwałach, niech inni to zrobią. Jak będziesz mogła daj na priva. ;)

  • violet

    @agness Dzięki za komentarz ;)

  • KAROLAS

    Kiedy kolejna część?

  • violet

    @KAROLAS Postaram się jak najszybciej.

  • TeodorMaj

    Nie lubię się powtarzać, ale muszę to napisać: świetny rozdział. Według mnie jeden z najlepszych. Ogromna dawka emocji. Świetnie poprowadzona akcja. I jak zawsze końcówka, która pozostawia niepewność (jak mogłaś tak skończyć!? To już zakrawa o znęcanie się nad czytelnikiem!) Podsumowując, genialne! Gratuluję :)

  • violet

    @TeodorMaj Dzięki za komentarz.  Jakie mocne słowa ;)  Będę się starała, jak najszybciej dodać.

  • zidann

    Nie wiem co napisać. Przerażasz tym opowiadaniem Jest tak brutalne, ze aż momentami strach czytać, wywolujesz mieszane uczucia i ryjesz mózg. To jest jak jakaś sekta, zajrzysz tutaj raz i już  nie jesteś w stanie się stad wyrwać. Gratki i juz pytam kiedy następna część?

  • violet

    @zidann Bardzo dziękuję za komentarz.

  • zazula

    Rewelacyjna część! Emocje ściekają po stronach jak krew po niewolniczych plecach. Zgadzam się z neferem że pieruńsko mocne, przerażające i piękne. Scena Marty z Drugim super, ten facet, można się w nim zakochać i pewnie jaki on jest to dopiero wyjdzie. Myślę że nie raz łzę uronimy. Violet dzieki :)

  • nefer

    Daje się zauważyć pewną zmianę tonacji, pojawienie się nowych elementów... Jestem pod wrażeniem. Mocne, potworne, piękne i przrażające, zarazem. Prawdziwie wybuchowa mieszanka... Gratulacje.

  • violet

    @nefer Dziękuję, Panie Kobiet Dwóch Krajów ;)

  • nefer

    @violet Teraz Ty dajesz się poznać jako Królowa Rezydencji... I pomyśleć, że ktoś marzy tam o dorównaniu Marcie... Po prostu różnica klas i poziomów.

  • czarnyrafal

    Uf. Normalnie nie wiem co pisać. Ten "świat" jest tak poranny ze przechodzi wszystkie wyobrażenia ale - ale tak wciagajacy ze czyta się o nim z wypiekami na twarzy i  z niecierpliwoscia czeka na dalszy ciąg. Wielka w tym zasługą Autorki. Potrafiła stworzyć coś , przed czym nie da się przejść obojętnie.I :kiss:  <3

  • violet

    @czarnyrafal Dziękuję bardzo, za komentarz od Ciebie... dla mnie szczególny ;)