Arystokrata rozdz.15

Arystokrata rozdz.15Marta, zaskoczona gwałtownie się zatrzymała. Na wejściu z holu do salonu klęczał Drugi. Nie powinien przebywać w jej domu.
- Co tu robi ten niewolnik? - spytała spokojnie, choć wewnątrz wszystko w niej wrzało. Ledwo panowała nad sobą. Roztrzęsiona nie była w stanie uspokoić się po burzliwej rozmowie z zarządcami na plantacji.
- Pani, nie wydałaś jasnych dyspozycji co do niewolnika, więc straż przyprowadziła go  z powrotem tutaj… Nie mieliśmy rozkazu… - Alan wyczuł jej podły nastrój i pospiesznie próbował wyjaśnić sytuację drżącym głosem, nie odrywając wzroku od podłogi. - Jeśli to błąd odeślę go natychmiast do rezydencji… - Pani… Nie wiedziałem… Przyjąłem Drugiego, bo…
- Dość! – Przerwała nieudolne tłumaczenia niewolnego. Ten ustawiczny strach w głosie osobistego drażnił Martę. Wciąż się bał. Służył już kilka miesięcy i chyba mógł się przyzwyczaić, że kobieta nie odreagowuje złego nastroju na służbie… Jeszcze nie. Chociaż, jeśli wszystko dalej będzie się toczyć jak w tej chwili, to cholera wie. Rozmowa, o ile można było nazwać tę zażartą awanturę rozmową, wyprowadziła ją z równowagi do takiego stopnia, że momentami z trudem panowała nad sobą, aby nie wybuchnąć gniewem. Nie mogła jednak dopuścić do zaognienia sytuacji, na wzgląd ewentualnego buntu zarządców, na który w żadnym wypadku nie była przygotowana, a którego skutki mogły doprowadzić do częściowego paraliżu funkcjonowania kopalni. Dziesięciu mężczyzn od lat przyzwyczajonych do własnych rządów na plantacji, nagle musiało podporządkować się kobiecie, którą uważali za dyletanta, za osobę bez pojęcia o czym mówi i czego od nich żąda. W dużej mierze musiała przyznać im rację; oprócz zasad działania mechanizmu wydobywczego, nie posiadała wiedzy o realiach w jakich funkcjonował przemysł wydobywczy cennych kamieni w Radrays Valley. Z wrogiego pokrzykiwania wywnioskowała jedynie, że do tej pory nikt nie wymagał, od zajmujących strategiczne dla firmy stanowiska ludzi szczegółowych sprawozdań, lub czegokolwiek, co mogłoby sprawować szerszą kontrolę nad podejmowanymi przez nich decyzjami. Nie żądano niczego prócz zysków. Kadra, składająca się z cywilnych dyrektorów i podległych im nadzorców, obawiając się zmian, czyniła wiele, aby zniechęcić Martę do proponowanych przez nią reform, uświadamiając jednocześnie, że nie podporządkują się nikomu, kto nie ma pojęcia o plantacjach, a przede wszystkim o trudnym i ciężkim życiu w kopalniach. Oczywiście, żaden z tych butnych mężczyzn nie był na tyle odważny, aby powiedzieć to nowej szefowej wprost, więc słuchała ich pokrętnych wymówek i ogarniało ją przerażenie. Występowało duże zagrożenie dla Radrays Valley nie tylko z zewnątrz, ale także od wewnątrz. Dyrektorzy nie utożsamiali się z całym holdingiem, a jedynie z sektorem wydobywczym i byli lojalni jedynie względem własnych interesów. Kilku starszych stażem zarządzających nawet nie podjęło próby, zapanowania nad własną arogancją i ostro protestując, podburzali innych do nieposłuszeństwa, powołując się na nominacje, które otrzymali od jej brata, i absolutnie nie przyjmując do wiadomości argumentów Marty o przejęciu rządów w firmie. Obserwowała tych zuchwałych ludzi, pewnych swojej ugruntowanej pozycji i domyślała się, jak dużą rozwagą i zręcznością będzie musiała się wykazać, aby odebrać tym butnym ludziom przywileje, które sami sobie nadali. Do dziś nie przejmowali się jej niewielkimi interwencjami podczas krótkich wizyt; w najmniejszym stopniu nie burzyły poukładanego według ich własnych zasad porządku, ani nie uważali Marty Rays za zagrożenie prywatnych nielegalnych zysków. Wreszcie kiedy stwierdziła, że argumenty przedstawione grupie zarządców, poza tylko kilkoma dyrektorami, kompletnie do nich nie trafiają, przedsięwzięła zdecydowane kroki, aby zdyscyplinować kadry i pokazać, że nie boi się zawoalowanych gróźb i żałosnych prób szantażu. Pozbawiła stanowiska trzech z najbardziej aroganckich mężczyzn. Na szczęście były to osoby zrządzające administracją i liczyła, że ich wpływy nie będą skutkowały na bezpośrednią pracę kopalni, ale za to podjęta przez nią szybka i stanowcza decyzja zadziała jak zimny prysznic na resztę. Tak się stało i jak przypuszczała, to niespodziewane zarządzenie niemalże wywołało bunt. Dopiero wkroczenie do sali uzbrojonej obstawy, którą zaproponował Harry, słusznie przewidując kłopoty, stłumiły nieco bojowe zapędy rozzuchwalonych namiestników. Marta po ogłoszeniu swoich rozporządzeń, będącymi początkiem modyfikacji jakie miała zamiar wprowadzić, wyszła w towarzystwie oficerów, pozostawiając zdezorientowanych zarządców. Zdawała sobie sprawę, że sposób rozbijania skostniałego systemu w tak gwałtowny i bez jasno zakreślonego planu, nie należał do udanych, ale niedawne wydarzenia zmusiły ją do działania. Ubolewała, że nazbyt emocjonalnie podeszła do sprawy, co źle rokowało na przyszłe działania i ewentualną współpracę z pozostałą kadrą, ale najzwyczajniej w świecie nie zapanowała nad nerwami. Brak jakiejkolwiek kontroli, niesubordynacja i samowolka prowadziły do niewiarygodnego rozprężenia, i naruszenia podstaw całego interesu. Nie potrafiła też wyjaśnić sobie postępowania Roberta. Taki brak zainteresowania czymś, co stanowiło sens istnienia rodziny od kilku pokoleń, był całkowicie nie do przyjęcia. Marta nad własną firmą czuwała bezustannie, nie dopuszczając do najmniejszych niedociągnięć i jakiegokolwiek rozprężenia, mogącego mieć niekorzystny wpływ na działalność lub wizerunek korporacji. A tutaj? Czy naprawdę Robertowi już na niczym nie zależało? Dlaczego? Skąd brał się w nim taki marazm?  
Po powrocie do rodzinnego gniazda i rozpatrzeniu się w sytuacji, w pierwszej chwili nie myślała zajmować się bałaganem stworzonym przez brata i realizować swój projekt, który ją tu przywiódł. Jednak im bardziej docierało do Marty, jak wiele złego dzieje się w rezydencji i na plantacji, jak pozostawiony ze wszystkimi problemami Martin, pomimo dokładanych wszelkich starań, nie jest w stanie nad wszystkim zapanować, jej wrodzone poczucie dbania o interesy rodzinnej firmy i dobra domu Rays, przeważyło…  
- Co z nim zrobić, Pani? - Alan nieśmiało zagadnął, wyrywając ją z ponurych rozważań. Odwróciła się od okna w które bezwiednie spoglądała i obróciła w stronę osobistego. Obserwując pochyloną sylwetkę Alana, nie wiedziała co powiedzieć. Całkowicie zapomniała o niewolniku, przyczynie dzisiejszego zamieszania. W rezydencji będąc oburzoną i rozgniewaną, nie znajdowała potrzeby, aby Drugi powrócił do jej domu. Spełniła niezrozumiałą prośbę Martina; Robert wyjechał; niewolnik był bezpieczny, a Marta do niczego nie potrzebowała osobistego brata… Tak uważała, będąc na miejscu w suterenie, lecz widząc teraz przed sobą uległego Drugiego, nie była już pewna swej decyzji. W tej chwili nie rozumiała sama siebie… jasnowłosy niewolnik intrygował ją od momentu, kiedy tylko go ujrzała. Teraz, uczciwie musiała przyznać się przed sobą, że nie chciała go odsyłać… lecz nie mogła też bez końca zatrzymywać.
- No… No, całkiem niezły… ten dla przyjemności… - wzdrygnęła się, kiedy usłyszała głos tuż za plecami.
Paul! Zapomniała o mężczyźnie, o przybyciu którego poinformował ją Alan zaraz na wejściu.
- Nie jest dla przyjemności. – Ze zdziwieniem usłyszała w swoim głosie nutkę żalu. Przez króciutką chwilę jeszcze przyglądała się klęczącemu niewolnemu i obróciła się na pięcie, aby stanąć twarzą w twarz z rozbawionym brunetem. – Paul! - Mężczyzna złapał ją wpół i uniósł. Przytuliła się do niego, wdychając zapach dobrych perfum. Zakręcił się z nią dookoła, wyraźnie rozbawiony. W jego ramionach jak dawniej poczuła spokój i bezpieczeństwo… i zdała sobie sprawę, jak bardzo brakowało w jej życiu bliskiej osoby.  
- Co tu robisz? - szepnęła mu do ucha, a gdy ścisnął ją mocniej w pasie, delikatnie zacisnęła zęby na koniuszku płatka.
- Stęskniłem się za tobą - mruknął zmysłowo. Dłoń Paula powędrowała wzdłuż pleców i chwyciła kobietę za kark. Zesztywniała w jednym momencie, oddech natychmiast przyspieszył i wróciły wspomnienia z czasów, kiedy byli razem… Wbrew sobie odsunęła go. Pragnęła i odpychała. Nie chciała krzywdzić człowieka, który tak wiele dla niej znaczył i narażał.
- Nie powinieneś tu być. Wiesz, że Kanter może cię śledzić – odezwała się z udawanym wyrzutem. W duszy cieszyła się z obecności przyjaciela; przy nim na chwilę mogła zapomnieć o dzisiejszym dniu… poprzednich i tych przyszłych… Mężczyzna nie zrażony przytrzymywał jej dłoń i nie urażony uśmiechał się.
- Jestem tu z jego polecenia… - przyciągnął Martę do siebie i zatopił twarz we włosach kobiety. - Jaśmin… Jaśminowa pani… Co ty ze mną wyprawiasz…? Nie jestem w stanie bez ciebie żyć, nie potrafię już śnić… Nie ma mnie… nie istnieję… - w głosie Paula dostrzegła ledwo wyczuwalne napięcie.
Przyciskał kobietę do siebie mocno… coraz mocniej, zaczynało jej brakować tchu. Nie było to jednak niemiłe. Potrzebowała tego, potrzebowała uczucia, takiego silnego aż do bólu.
- Puść mnie, szalony, udusisz mnie…  
- Masz rację, jestem szaleńcem, wariuję zawsze gdy cię widzę i szaleję kiedy cię nie ma… - westchnął głęboko, ustami muskając jej szyję. Czuła jego przyspieszony ciepły oddech na skórze. Zmysły budziły się, reagowały wbrew rozsądkowi; nie powinna dopuścić do zbliżenia… Było, minęło i nie może powrócić. Marta miała tego świadomość i Paul również, choć do końca nie zaakceptował.
- Dosyć… - szepnęła słabym głosem, znów go odpychając, tym razem bardziej zdecydowanie. – Czego chce przewodniczący Kanter ode mnie? - Nie kryła zgryźliwości. Nawet nie chciała ukryć niechęci do człowieka z którym była zmuszona prowadzić interesy.  
Paul, niechętnie ale nieznacznie odsunął się od kobiety.
- Marta, coś się stało? – spytał, przyglądając się jej uważnie. - Wyglądasz na zmęczoną.
Spojrzała wyzywająco w ciemne oczy Paula. Chciała coś powiedzieć, jednak odwróciła wzrok w drugą stronę. Nie w jej stylu było żalenie się i obnoszenie z kłopotami, własne problemy rozwiązywała zawsze sama.
- Przesadzasz! – starała się zignorować pytanie. - Zdaje ci się… - jednak w najmniejszym stopniu nie zabrzmiało wiarygodnie. Mężczyzna uśmiechnął się znacząco, nie uwierzył. Znał ją zbyt dobrze, aby pozwolić zbyć się półsłówkami. Nie dałby wiary, nawet, gdyby postarała się dużo bardziej. - Nie sądź po pozorach, może się starzeję… - po pełnym politowania grymasie twarzy, poznała, że odbiła piłeczkę na maleńką chwilę. Nie miała siły rozmawiać z nim o czymś, co wałkowali tygodniami tuż przed jej powrotem do Radrays Valley. Nie miała prawa obarczać go swoimi rozterkami i wątpliwościami, a przede wszystkim nie chciała pokazać, jak bardzo obawia się samej siebie… Tak, przerażała ją własna desperacja w dążeniu do celu i to, ile traciła po drodze. Udawała przed sobą, że wszystko jest w porządku; że sprawy toczą się właściwym torem… Tak! Tak właśnie było! Rozczulała się nad sobą zupełnie niepotrzebnie, nie wolno mieszać uczuć i interesów. Nigdy! Musi się pozbierać i odsunąć chwilową słabość, której nikt nie ma prawa nawet się domyślać. Tylko że przed Paulem nie mogła się skryć. Zbyt dobrze ją znał. Zawsze wiedział, kiedy potrzebowała wsparcia, ciepłego gestu, czy choćby wspólnego milczenia. Nie opuszczał jej, gdy krzyczała i odpychała od siebie; gdy była wściekła i rozżalona; gdy broniła się przed pomocą zaciekle i z właściwym sobie uporem; stał obok, gdy zdobywała świat i gdy traciła grunt pod stopami. Był przyjacielem od dawna, od zawsze, od czasu kiedy postanowiła iść własną drogą, na której pojawił się pewnego wieczoru. Paul nigdy nie zapomniał, co zrobiła dla niego Marta, a ona nigdy mu tego nie wypomniała.  
- Akurat, przecież widzę. - Przyglądał jej się z troską i z coraz większym przejęciem. - Wiesz, że przede mną nic nie ukryjesz… Ty, jesteś jak nie ty.
- Nie przesadzasz? Za kogo do cholery się uważasz? Za jakiegoś anioła stróża, za dobrego wujaszka, a może za jakiegoś pieprzonego psychologa! Jeśli tak, to spóźniłeś się, jesteś dziś drugi w kolejności. – Niepotrzebnie, podniosła głos. Świadczyło tylko o tym, jak słabo panuje nad emocjami.
- Kochanie, uspokój się i powiedz, co się stało. Masz kłopoty? Coś z firmą? – Niezniechęcony drążył temat, chcąc poznać przyczynę takiego rozdrażnienia.
Pokręciła głową zniecierpliwiona, potrzebowała spokoju, aby ochłonąć. Potrzebowała czasu na przemyślenia i wyciągnięcie wniosków z wydarzeń dzisiejszego przedpołudnia. Była dużą dziewczynką i nie oczekiwała opieki, a już na pewno nie miała ochoty na analizowanie swojego stanu psychicznego, nawet z Paulem.
- Nie jestem twoim kochaniem – warknęła i natychmiast się przeraziła własnych słów. Wbrew sobie raniła oddanego jej mężczyznę. - Paul, ja i ty to już historia, dlaczego nie możesz tego przyjąć do wiadomości? – Starała się złagodzić to co wypowiedziała wcześniej, ale zadała mu kolejny cios…Boże! Od kiedy stała się taką wyrachowaną i pozbawioną skrupułów? Od kiedy potrafiła tak kaleczyć? Dostrzegła, jak stężały mięśnie twarzy bruneta, a wzrok stał się chłodny. Odwróciła się na chwilę, aby ukryć zmieszanie; spojrzenie prześlizgnęło się po zgiętej w pół postaci niewolnika. Nagle przeleciało jej przez myśl, że tak naprawdę, to osobisty Roberta jest główną przyczyną jej złego humoru i po części kłopotów. Wszystko przez ostatnie dni kręciło się wokół Drugiego.
- Dziękuję, że przypomniałaś mi, czym dla ciebie jestem. – Ton głosu, był równie zimny, jak spojrzenie. - To było niepotrzebne. Znam swoje miejsce w tym pieprzonym szeregu twoich marionetek…
- Dlaczego nie możesz zrozumieć, że nie chcę o tym rozmawiać? - przerwała mu podnosząc głos, aby zagłuszyć krzyczące skrupuły i choć po części się usprawiedliwić. – Nie dziś, nie teraz… - Była bliska rozpłakania się, tak bardzo pragnęła jego bliskości i tak wiele czyniła, aby go od siebie odepchnąć, bo przecież za nic na świecie nie mogła pokazać, że coś ją przerosło… Przerosło… Tylko co? Czego tak naprawdę się obawiała? Siebie? Uczuć? Przeszłości? A może tego, że ktoś poda jej rękę, a później odbierze? Że okaże się jak bardzo pragnie nie być już samotną? Ta cholerna duma!
- Kogo chcesz oszukać? - parsknął gniewnie, nie ukrywając nuty rozżalenia w głosie. - Myślisz, że jestem ślepy? Widzę, jaka jesteś rozbita, rozkojarzona. Ty, jak nie ty! – Mężczyzna, przyciągnął Martę do siebie. – Wytłumacz mi co się dzieje?  
Podniosła głowę i spojrzała w utkwione w sobie baczne spojrzenie. W oczach pełnych napięcia malowało się natarczywe oczekiwanie. Odepchnęła go. Usiłowała uniknąć rozmowy o czymś, czego do końca nie pojmowała, a on nie ułatwiał. Odwróciła się i skierowała w kierunku kuchni. Słyszała, jak podąża za nią, spodziewała się, że tak uczyni, że jej nie odpuści i podświadomie tego oczekiwała.
- Wyjdź - syknęła do Alana. Niewolnik, natychmiast porzucił wykonywaną czynność i pośpiesznie wyszedł. Oparła się o blat wyspy na środku pomieszczenia i ślizgała wzrokiem po sprzętach, aby tylko uniknąć spojrzenia wpatrzonego w nią wyczekująco mężczyzny.
- Może i nie chcesz, ale i tak mi powiesz. – Dobitność faktu, że miał rację, zirytował Martę. – Im szybciej to uczynisz, tym szybciej będzie po sprawie i będziemy mogli przejść do tego, po co tu jestem.
- Jesteś bardzo pewny siebie… - zakpiła. - Wydaje ci się, że tak dobrze mnie znasz?
- Znam. - Podszedł do niej i objął w pasie. – Nikt tak dobrze cię nie zna, jak ja.  
Zanurzył twarz w jej włosach. Ciepły oddech na szyi wywołał dreszcz, a wilgotne usta wzmogły doznanie. Spięła się, chcąc zaprotestować, ale po chwili poddała przyjemnemu dotykowi. Jej ciało znało te pieszczoty i pragnęło ich.
- Rozkazuję ci przestać… - wyszeptała cicho, z nadzieją, że nie dostosuje się do żądania, za to z wyraźną przyjemnością przylgnęła do mężczyzny. - Natychmiast…
- Oczywiście… - zamruczał, a jego pieszczoty stały się jeszcze bardziej natarczywe.  
Zaplotła dłonie na karku Paula, chłonąc zapach ulubionych męskich perfum pomieszanych z zapachem skóry podnieconego mężczyzny. To wystarczyło, aby na dobre rozbudzić pożądanie. Zmysły zaczęły reagować każdym najmniejszym zakończeniem nerwów, przejmując nad nią kontrolę. - Pamiętasz, że nie jestem twoim niewolnikiem? - Drżący z podniecenia głos chłopaka, działał na Martę niezwykle stymulująco.
- Naprawdę? - Z trudem zaczerpnęła powietrza, gdy dłonie Paula znalazły się pod jej bluzką, mocno napierając na guziki.
- Tak! Chyba tak… - wyszeptał pomiędzy pocałunkami. Usta mężczyzny powoli, ale konsekwentnie zmierzały po dekolcie w kierunku piersi, nad których uwolnieniem z koronkowego stanika pracowały niecierpliwe palce. Odchyliła się, aby ułatwić im dostęp, sama jednak nie miała zamiaru pozostać bierną. Sprawnie poradziła sobie z rozporkiem, wyciągnęła koszulę. Jedną dłonią powoli i systematycznie rozpinała, druga w tym czasie pieczołowicie błądziła po umięśnionym torsie z każdym rozpiętym guzikiem coraz wyżej.
- Jesteś pewny? – wydusiła z siebie z trudem, gdyż usta mężczyzny dotarły wreszcie do jej piersi. Zalała ją fala gorąca, sprawiająca że ugięły się pod nią nogi.
- Tak… nie wiem… możliwe… - Mężczyzna pożądliwie ssał raz jedną, raz drugą brodawkę.  
- Jesteś niezdecydowany… - Kolejny guzik odsłonił już większość jego klatki piersiowej. Z cichym westchnieniem przytuliła policzek do rozgrzanej skóry… zatracała się w swoich żądzach i pragnieniu spełnienia.  
- Zdaje ci się… – jęknął, gdy zbyt mocno wpiła się zębami w okolice sutka. Zareagował natychmiast, ujął wargami całą brodawkę jej piersi i ścisnął. Odrzuciła głowę do tyłu z głośnym westchnieniem i zastygła na moment w tej pozycji. – Jak najbardziej jestem zdecydowany…
Kąsając i przesuwając dłonie, to w dół to w górę po jej rozpalonym ciele, słyszała coraz głośniejsze jęki Paula, a urywany oddech doprowadzał ją do szaleństwa.
- Ale na co? – wychrypiała, wpijając się w jego usta i jednocześnie zanurzając palce w gęste, krótkie ciemne włosy. Chłonęli nawzajem swoje urywane spazmy podniecenia, pozwalając, aby języki toczyły ze sobą jakąś niezrozumiałą bitwę. Krew pulsowała Marcie w żyłach, pożądanie pomiędzy nogami domagało się zaspokojenia, była na skraju wytrzymałości. Oderwała się w końcu od jego ust, aby nabrać powietrza.
- Na ciebie… - jednym szarpnięciem, rozerwał na niej bluzkę. Małe perłowe kuleczki rozsypały się po podłodze, a piersi lekko zabujały pod wpływem szarpnięcia. Ujął ją za ramiona i delikatnie odsunął od siebie, wpatrując chciwie w dwie nieduże półkule. Odpinając, drżącymi palcami ostatni guziczek przy jego koszuli, zdążyła jeszcze dostrzec w oczach Paula obłęd, kiedy przez ułamek sekundy podziwiał je uwolnione i drżące, a po chwili bez większego wysiłku uniósł ją i posadził na brzegu blatu. Niecierpliwie i zachłannie wodził językiem wrażliwą skórę wewnętrznej strony ud, w wyniku czego instynktownie wygięła się do tyłu.
- To niebezpieczne… - wyszeptała z wysiłkiem, z największym trudem panując nad drżeniem głosu. Głód spełnienia był nie do wytrzymania, szczególnie, że poczuła na swoim łonie dotyk jego męskości, gdy w pewnym momencie rozsunął jej nogi i uniósł się nad nią, lubieżnie ocierając - bardzo niebezpieczne…
- O czym mówisz… kochanie… - wypowiedzenie tych kilku słów, przychodziło mężczyźnie z takim samym trudem, jak Marcie, której dotyk jego palców drażniących łechtaczkę poprzez koronkową bieliznę, zapierał dech w piersi.
- O tym, co ty tu robisz… - jej słowa były tak samo chaotyczne jak myśli w tym momencie.
Mężczyzna nabrał powietrza do płuc i sapnął: - Jestem… pożądam… pragnę…  
- Paul, zrób to! - wychrypiała pomiędzy coraz krótszymi oddechami. - Natychmiast! – Rozerwał koronkowe stringi. Doznanie zalało ją falą gorąca, wychodziła mu biodrami naprzeciw, aby tylko jak najszybciej uspokoił nieznośne mrowienie i bezlitosne pożądanie.
- Czego chcesz? Co mam zrobić? – Lśniący, pulsujący penis muskał łechtaczkę, wycofując się natychmiast, gdy tylko próbowała napierać.
- Ty… rozkazuję ci… - zsunęła koszulę z ramion mężczyzny i otarła się o nagi tors, ponownie zaplatając dłonie na jego karku i wbijając umyślnie paznokcie w skórę.
- Ustaliliśmy coś… - syknął z niespodziewanego bólu i urwał wpół zdania. Ugryzła go mocno w małżowinę uszną i naparła wargami sromowymi na czubek żołędzi, która wślizgnęła się delikatnie do środka, wywołując dreszcz rozkoszy i jęk wściekłości, kiedy ujmując kobietę za pośladki, z niemałym trudem hamując swój popęd, wycofał członek. - Nie jestem niewolnikiem… Nie możesz mi rozkazywać…
Marta zesztywniała, na samą myśl tego chwilowego muśnięcia i tej ciepłej śliskości. Nie była już w stanie nic zrobić, oprócz tego, co od niej wymagał. Od początku wiedziała, że tak się to skończy, że tak na niego zareaguje…
- Naprawdę? - objęła jego biodra nogami, z całych sił naciskając na prącie, aby nie mógł się odsunąć. – Wszystko mogę…Weź mnie…
- Marta! - jęknął boleśnie i przeciągle wciągnął powietrze, z trudem panując nad sobą. – Nie jestem…
- Tylko tak ci się zdaje… - nie miała siły na słowne potyczki w tej chwili. Teraz pragnęła zaspokojenia żądz… za wszelką cenę! - Nie jesteś… Zrób to!
- Co? – Czubek żołędzi znów zbliżył się do jej rozgrzanej, lepkiej kobiecości, wzmagając przypływ pożądania drżącej kobiety. – Powiedz to…
- Zerżnij mnie… - utkwiła w Paulu drapieżne spojrzenie złotych oczu, których blask niebezpiecznie ciemniał z każdą chwilą. – Wejdź we mnie… Już, natychmiast…  
Mężczyzna znów w ostatniej chwili cofnął biodra, gdy naparła na boleśnie wyprężony członek i sapnął: - Powiedz to, Marto, powiedz…
- Proszę… - prawie krzyknęła resztką sił. – Proszę…proszę… – mamrotała, gdy wreszcie brunet tracąc kontrolę nad sobą, z całą siłą naparł na nią. Wciągała go w siebie zachłannie, z dziką satysfakcją, głęboko, egoistycznie oddając się zwierzęcemu nienasyceniu i aby jak najszybciej ugasić pragnienie, targające zmysłami. – Mocno… mocniej… szybciej… proszę…
Poddawała się silnym, sprężystym pchnięciom, nie zważając na ból, który powodowały uderzenia, gdy dobijał do końca członkiem. Gwałtowną perswazją wypychała ku górze biodra, gdy zamierał w niej na chwilę, starając się przedłużyć wspólną rozkosz. W momencie, kiedy Marta w paroksyzmie nadchodzącego szczytowania paznokciami przeorała mokre od potu ramiona i plecy mężczyzny, zanim wpiła się wargami w jego usta, Paul stęknął głucho i wymamrotał:
- Boże… Marta, jak ja cię kocham… - Tych słów już nie usłyszała, bowiem członek silnym dźgnięciem spowodował, że pozwoliła, porwać się brutalnemu spełnieniu, które doprowadziło również do fizycznego odprężenia.
Zastygli wtuleni w siebie, chłonąc nawzajem swoje oddechy i ciepło bijące od jeszcze rozpalonych, drżących ciał. Pierwsza doszła do siebie Marta, z brodą opartą ciągle na mocnym ramieniu, lekko mglistym i błogim wzrokiem rozejrzała się po pomieszczeniu. Odetchnęła głęboko, z wdzięcznością pocałowała go w szyję i wyszeptała:  
- Co ty ze mną wyprawiasz? – spytała, próbując skoncentrować się na lekko zdumionej twarzy kochanka.
- Ja? Mógłbym spytać cię o to samo.
Uśmiechnęła się lekko i zerknęła na swoją bluzkę, którą nie sposób było już zapiąć.
- Kolejna – mruknęła. Chcąc doprowadzić się do porządku, stwierdziła, ze nie będzie to proste zadanie. Poprawiła zsunięte pończochy i obciągnęła krótką spódnicę, nie zawracając sobie głowy, porzuconymi gdzieś przez Paula stringami. Przyjemne odprężenie i rozleniwienie nie pozwalało się skupić nad tak nieistotnym drobiazgiem.
- Wiesz, jak mi ciebie brakuje… - oświadczył nagle, pozornie skupiony na zapinaniu paska od spodni.
Marta zerknęła na niego spod oka, ręka mocująca się z haftką stanika, zamarła na chwilę.
- Paul, nie wracaj do tego, co już nie istnieje – nietrudno było w jej głosie wyczytać senną ale ostrzegawczą irytację.
Oparł się dłońmi o jej uda i nie pozwolił zejść z blatu.
- Nie potrafię bez ciebie żyć, nie chcę – mówił patrząc głęboko w jej oczy – to co się teraz ze mną dzieje jest jak jakiś koszmarny sen. - Znała to spojrzenie, próbujące wywrzeć na niej presję, chciał wzbudzić w niej poczucie winy, albo co gorsze litość. - Jest nam dobrze ze sobą, dlaczego nie możemy wrócić do tego, co było?
Zakryła wreszcie piersi, odepchnęła go i zeskoczyła, kierując w stronę rzędu kuchennych mebli.
- Dość! Nas nie ma! – Sięgnęła po szklankę i nalała do niej wody z dzbanka. Potrzebowała chwili, by ochłonąć. Napiła się i czując za swoimi plecami obecność mężczyzny, odwróciła. – Już nie ma…
- Jak to nie ma? – Mężczyzna gwałtownie zaoponował i podniósł głos. – Jesteśmy skazani na siebie czy to ci się podoba czy nie! Nie wiem jak ty ale ja nie potrafię wymazać tych lat od tak sobie.
Zignorowała ton jakim wypowiedział te słowa i łagodnie, choć stanowczo powiedziała: - Paul, jesteś dla mnie bardzo ważny, jesteś moim jedynym przyjacielem… nie psuj tego.
Złociste oczy kobiety skupiły się na nim, obserwując, jak mężczyzna walczy ze sobą. Przejechał, dłonią po głowie i zmierzył Martę wymownym wzrokiem, otworzył usta aby coś powiedzieć, lecz w ostatniej chwili zrezygnował. Na twarzy chłopaka pojawiła się jakaś nieokreślona zaciętość a w głosie pojawiła się nuta kontestacji: - Masz rację… - wyjął z jej ręki szklankę i wypił duszkiem całą zawartość – to tylko seks. Przyjaźń i seks!
- Paul, zrozum mnie proszę… - Mogła go zwieść. Mogła mu dać nadzieję. Widziała w jego oczach, jak bardzo pragnie usłyszeć kłamstwo; pragnął ułudy, którą mógłby się karmić i żyć marzeniami… Nie potrafiła! Nie chciała oszukiwać, nie chciała spełnić jego niemej prośby, wyczytanej w oczach mężczyzny. – To jest trudne, to…  
Powstrzymał ją wymownym gestem dłoni i unikając czujnego spojrzenia Marty, odstawił puste naczynie. Włożył koszulę w spodnie, poprawił sprzączkę paska i skierował się w stronę jadalni, mówiąc pozornie spokojnym głosem: - Przewodniczący Kanter prosi o spotkanie z tobą na najbliższej sesji rady Trybunału. Przyjechałem ustalić dogodny dla ciebie termin.

violet

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka, użyła 4916 słów i 27911 znaków, zaktualizowała 21 paź 2019.

6 komentarzy

 
  • edi

    no i co dalej? Jestes  ale cie nie ma  .Czekam na dalszy ciag  napisz  cos  albo albo powiedz  Zegnam  :nerw:

  • violet

    @edi hej, nie żeganm się, jeszcze.

  • agnes1709

    @violet Ech...

    :sciana:

  • Ewa

    Przeczytałam  trzy dni temu i zastanawiałam się jak skomentować tę cześć po tak długiej przerwie. Powiem krótko - Marta kobieta z krwi i kości. Z pietyzmem w tej części oddałaś wszelkie napięcia i emocje z tym związane.Ta część pozornie spokojna, a jednak z niespodziankami i jak zwykle napisana w świetnym stylu. Cierpliwie (z niecierpliwością ;)) poczekam na c.d.

  • violet

    @Ewa staram się oddawać emocje postaci jak najlepiej umiem i przyznam się, że trudno jest wcielać się w każdą z nich. Tym przyjemniej jest dla mnie, że doceniasz moją pracę.
    Bardzo dziękuję za komentarz i cierpliwość :)

  • nefer

    Teraz dopiero przeczytałem na spokojnie, powracając też do poprzedniego odcinka. Poznajemy tu nową postać, z przeszłości Marty. Wbrew jej deklaracjom, nadal chyba nie do końca obojętną. Stanowi to pewne zawirowanie w fabule, ktora nie układa się w przewidywany i może nawet oczekiwany wzór  ;)  Ale tym lepiej... Emocji, jak zwykle nie brakuje. Drugi potraktowany jak przedmiot, już nawet zapomniany w natłoku wydarzeń, gdzieś tam klęczy i czeka na swój los, podczas gdy Marta rozładowywuje stres w ramionach dawnego kochanka... Okrutna jesteś dla Drugiego, Autorko...  :blackeye:

  • violet

    @nefer ja , okrutna?! Ależ skąd! ;)

  • aKubek

    Widzę tu duuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuużą zmianę... ale całkiem całkiem;)

  • violet

    @aKubek Jaką masz na myśli zmianę?

  • aKubek

    @violet  zmianę u Marty

  • agnes1709

    Zebyś widziala moje gały po zapoznaniu się z powiadomieniem:eek: Coś się zmieniło, aczkolwiek BARDZO mi się podobało. Teraz pozostało tylko czekać ROK na kolejną część (o ile takowa sie pojawi). Buzka:kiss:

  • violet

    @agnes1709 A widzisz! Zaskoczyłam Cię! Tak znienacka ;)

  • agnes1709

    @violet Czy mam czekac na 16-stkę, czy też nie???

  • violet

    @agnes1709 pisze się :)

  • agnes1709

    @violet :bravo::bravo::bravo:

  • violet

    @agnes1709 nie szalej  :lol2:

  • agnes1709

    @violet Nie pochlebiaj sobie, poszaleję, jak przeczytam:P::P::P:

  • violet

    @agnes1709 właśnie o tym mówię, poklepiesz jak przeczytasz :lol2:

  • nefer

    Pani Rezydencji... Nareszcie, gdy już straciliśmy nadzieję...  :jupi: