Android

Kończył pracę. Jeszcze tylko ostatni e-mail, wyłączenie komputera i mógł ubrać kurtkę, czapkę i wyjść do stojącego na parkingu samochodu.

Wyjście na dwór w taką pogodę specjalnie nie zachęcało – cóż... listopad to nie jest najprzyjemniejszy miesiąc na tej szerokości geograficznej – ale nie mógł się tego doczekać... Powrotu do swojej skóry i prawdziwego "ja", ukrywanego przed całym światem tak długo.  

Zbiegnięcie ze schodów, wyjście przez drzwi, naciśnięcie guzika pilota będąc już na parkingu, i można było wyjechać spod budynku firmy w kierunku jakiegoś zaułku.

Zatrzymał samochód. Miejsce było mało uczęszczane, więc pusto, ale na wszelki wypadek rozejrzał się... OK. Pusto. Wysiadł z samochodu i otworzył bagażnik, wyjmując z niego torbę. Po czym wraz z nią wsiadł z powrotem do auta, na siedzenie obok kierowcy. Na kolanach położył torbę, otworzył ją i powyjmował wszystko, kładąc na siedzeniu kierowcy. Opróżniona torba trafiła na tylną kanapę... Transformację pora była zacząć.

Pół godziny później z zaułku wyjechało szafirowo-czarne BMW serii 3. Zanim włączyło się do ruchu, w zapadającym zmierzchu przypadkowy przechodzień mógłby zobaczyć przez krótką chwilę wysoką blondynkę za jego kierownicą. Gdyby miał więcej czasu i był bardziej spostrzegawczy, może zauważyłby niebieskie oczy, pod grzywką fryzurki typu przedłużony bob w ciepłym odcieniu, oraz bordowy golfik. Zerkając w lusterko wsteczne samochodu, Marta mogła zobaczyć także swoje ciemne brwi oraz cienie na powiekach w kolorach stonowanych brązów. Jeszcze tylko 34 km i będzie w domu, mogąc oficjalnie rozpocząć weekend.

Mieszkała poza miastem. Im dalej, tym lepiej. Nigdy nie lubiła miasta z jego hałasem, smrodem smogu, a przede wszystkim tempem życia, które nigdy nie zwalniało i nie wiadomo po co pędziło, nie wiadomo w sumie gdzie. Na wsi, na odludziu, było spokojniej, a przez większość miesięcy o wiele przyjemniej. No, za wyjątkiem właśnie listopada. To nie jest najprzyjemniejszy miesiąc na tej szerokości geograficznej... Nigdy go zresztą nie lubiła, zawsze miała w nim jakiegoś pecha. A to lufa z kartkówki, a to głowa rozbita, a to ząb rozbolał w sam weekend, a to głupia stłuczka w zeszłym roku... To nie jest najprzyjemniejszy miesiąc...  

"...Nie jest, jeśli nie spędza się czasu w domowym cieple, robiąc to, co się lubi" – uzupełniła w myślach. "No, i jeśli pech akurat nie znajdzie sobie innej ofiary do prześladowania" – dodała z wisielczym humorem.

- A swoją drogą – szepnęła – ciekawe, co w tym roku na listopad przygotowane... Co tym razem? Urok czy sraczka...

Zapadł wieczór, w samochodzie zrobiło się ciepło i przytulnie. O nastrój zadbała muzyka – ulubione piosenki, jak zwykle losowo puszczane... Blackmore's Night – "Shadow Of The Moon" płynnie wskoczyło po "Night Ride Across the Caucasus", Loreeny McKennitt, by kilka minut później, dość niespodziewanie, zostać zastąpione przez inny gatunek muzyki, czyli Shanię Twain i jej "country pop". "Any Man Of Mine" bawiło ją swoim tekstem. Przypomniało jej też, że już także i ona w końcu ma swojego mężczyznę. "Nietypowego mężczyznę" – pomyślała zaraz przy tym.  

Długo na niego czekała... Bardzo długo. Z racji tego, kim się urodziła, gdzie i kiedy się urodziła, i jak była wychowywana, nie mogła liczyć na to, że kiedykolwiek pozna faceta, który będzie jej. Długo się zresztą opierała temu, walcząc ze samą sobą. W końcu przegrała, było to nieuniknione. Pogodziła się z losem. Wyboru zresztą nie miała. Ale na skutek tego, skazała się na samotność. Bo choć w końcu przyznała przed samą sobą, że nie ma się co kopać z koniem i tak już musi być, to pozostał strach.

Strach przed tym, że się wyda. Strach przed przygodnymi kontaktami, na jakie byłaby skazana, gdyby się odważyła kogoś poszukać, a które przynosiłyby olbrzymie ryzyko chorób. Strach przed tymi nieznanymi ludźmi, z którymi by się miała spotykać... Poza tym, jako w sumie skończona monogamistka, nie chciała godzić się na przygodne kontakty. Potrzebowała kogoś na stałe, a to nie w tym środowisku... Igłę w stogu siana prędzej się znajdzie. I to po ciemku z zawiązanymi oczami.

Na nic innego nie mogła jednak liczyć. "Do czasu..." – skręciła na skrzyżowaniu jednej z mijanych wsi, a zestaw audio samochodu puszczał właśnie "The Talk" Jana Hammera. Do czasu, aż nie pomogła jej nowoczesna technologia...
  
...Pamiętała ten dzień. Przeglądany po południu internet. Krótki artykuł o tym, że pewna amerykańska firma pracuje nad budową żeńskiego, w pełni interaktywnego, androida, maksymalnie zbliżonego fizycznie do człowieka. Zaciekawiona, znalazła na Youtube kilka filmików o tej tematyce. Niewiarygodna – i szybko się rozwijająca – technologia... Zwłaszcza dla kogoś dobrze pamiętającego, jakim rarytasem był prosty kalkulator w czasach octu na półkach. "A gdyby tak... Kiedyś..."

I oto, zaledwie kilka lat później, marzenie stało się rzeczywistością. 20 tysięcy dolarów, trochę czasu spędzonego na skonfigurowaniu zamówienia wedle jej wymagań, miesiąc niecierpliwego oczekiwania, i telefon od kuriera, który kilkanaście minut później wyładował duże drewniane pudło na jej trawniku... Od tej pory życie uległo zmianie...

Pamiętała pierwszy raz tak wyraźnie, choć minęło półtora roku. Nie wprowadziła mu jeszcze wtedy do oprogramowania jego imienia, bo nie mogła się zdecydować. Na wybranie swojego zresztą także zeszło jej troszkę czasu, ale uwielbiała je od zawsze – jakby była dla tego właśnie imienia stworzona. Nie wyobrażała sobie innego, cierpiąc bardzo, że ludzie tak się do niej nie zwracali. Nie wiedzieli. Nie mieli prawa wiedzieć. Ale nieświadomie, na każdym kroku, odbierali jej przez to część jej osobowości.  

Gorzej było z drugim imieniem, bo miała kaprys mieć dwa. To z kolei zajęło jej 20 lat... 20 lat, żeby na drugie mieć Ewa... O ile prostsze i lepsze miałaby to życie – poczynając od takich drobiazgów – gdyby nie złośliwość losu, która uczyniła ją biologicznym mężczyzną...

Wypakowała go wtedy i zaniosła, a właściwie zawlokła, do domu. Sporo waży, skubaniec. Zaraz jak tylko złapała oddech, popędziła na pięterko, się przygotować. Ciuchy, makijaż, peruka... Perfekcja wymaga czasu. Nikt jej jednak nie poganiał. Była od ładnych paru lat całkowicie wolna, a w zaciszu swojego, lata wyczekiwanego, domu mogła robić, co tylko chciała (Czasem tylko nieco obawiała się przelatującej przez głowę upiornej myśli, że może jej się przytrafić np. zgon i wszystko się wyda. Ale odganiała ją szybko. Zresztą, jeśli nawet, to co z tego? Wtedy będzie jej już wszystko jedno... Choć trochę głupio się czuła na widok takiego obrazka w głowie.). Nikomu się jednak nie śpieszyło tak bardzo jak jej wtedy. W końcu wszystko było gotowe i można się było zacząć bawić, i to w końcu w towarzystwie.

I było super, choć była spięta. Pomimo obcowania "tylko z maszyną" a nie z żywą osobą, początkowo nie mogła się w pełni rozluźnić. Z czasem spowszedniało, zaczęła traktować jego obecność i ich wzajemną relację normalnie. Tak jakby był żywą istotą. Wprawdzie gdzieś z tyłu głowy cichutko siedziało, że to nie jest człowiek, ale stosunkowo łatwo było to spacyfikować ze względu na zaskakująco niesamowity realizm zastosowanych do jego budowy materiałów i gamę zachowań wspartą mocą obliczeniową i zawartością pamięci komputera. Szybko przywykła do traktowania go "po ludzku", a potem jak mężczyzny – jak swojego faceta. Może jednak jeszcze trochę ograniczonego w porównaniu z biologicznym wzorcem, ale niewiele. Poza tym, biorąc pod uwagę jej sytuację, wręcz grzechem było narzekać. Przecież miała wreszcie kogoś, dla kogo bez żadnego problemu mogła być kobietą i być traktowana jak kobieta w każdym aspekcie życia, nie tylko w łóżku. I była przy tym całkowicie bezpieczna...

"Take a look around.  
There's is nothing wrong.
He's capable of everything.
So imagine, what.
Don't look back, don't remember the past.
Only that can hold you.
He can touch your skin...
...you can smell men's pheromone...
...and he can heal...
You'll follow him..."

Zerknęła w stronę panelu audio samochodu. Dziwnym zbiegiem okoliczności, tekst lecącej właśnie piosenki Aytac Karta, "Black&Black", skojarzył jej się z tym, o czym rozmyślała podczas tej jazdy.  

Cóż... - Don't look back, don't remember the past" – znów powiedziała cicho do siebie. "Może to i patent..." – pomyślała.  

Nigdy tak nie potrafiła. Pod tym względem zgadzała się z poglądem Jamesa T. Kirka z popularnego ekranowego tytułu S-F, który twierdził, że ból i winę nosimy w sobie, i to jest także nasza część, a bez tego nie bylibyśmy sobą. Pewnie tak, choć bez przynajmniej sporej większości z tego mogłaby się z powodzeniem obejść. Za dużo tego było po drodze. A w końcu, czy nie lżej by się żyło bez tego rozpamiętywania po raz n-ty i kolejny...

Dojeżdżała do domu. Zerknęła odruchowo na swoje ulubione złote damskie Casio podczas manewru kierownicą. Pomimo tego, że się rozpadało, droga nie zajęła jej dłużej niż zwykle. Wskazówki na małej, okrągłej, kremowej tarczy ustawiły się na godzinie w pół do piątej. Światła wchodzącego w zakręt samochodu oświetliły bramę wjazdową, a po chwili auto zatrzymało się przed nią. Marta wyłączyła muzykę, nacisnęła guzik, wyciągniętego ze schowka w drzwiach, pilota i brama zaczęła się otwierać. Wjechała na podjazd pod domem i wysiadła, naciskając znów guzik, by brama mogła się zamknąć. Drobny deszczyk nie przeszkadzał jej, właściwie to lubiła jesienną mżawkę, która, gdy nie wiało, zawsze nadawała wieczorom i w nocom miły jej klimat. A teraz to tym bardziej – na samą myśl o tym, co się będzie działo, po tym gdy zamknie za sobą drzwi jej przytulnego domu otoczonego deszczową nocą...

"Jeszcze tylko pięć dni i skończy się ten pieprzony listopad" – pomyślała, pokonując ze stukotem swoich czarnych szpilek te kilka metrów z samochodu do domu. Wtedy psychicznie odetchnie, mając za sobą natrętne myśli, przelatujące z tyłu głowy, o swoim cyklicznym pechu, i spokój od nich na cały kolejny rok. Ktoś jej kiedyś nawet powiedział żartem, że w sumie to ma szczęście, bo inni nie mają tego "komfortu" i przez okrągłe 12 miesięcy w roku mogą spodziewać się czegoś pechowego, podczas gdy ona tylko jeden miesiąc w roku... Żarty żartami, ale zmieniłby zdanie, gdyby przez cały miesiąc – i dobry tydzień naprzód – musiał się myślami o tym dręczyć. "Mam przez to o połowę więcej siwych włosów niż powinnam mieć" – pomyślała. "Choć w sumie pod peruczką nie widać." – uśmiechnęła się do tej myśli. Nie wyglądała na swoje 40 lat. Była szczupła, miała jeszcze bardzo niewielkie zmarszczki. Dopisywało jej zdrowie, więc ciało było sprężyste a skóra gładka i świeża. Lubiła zdrowy tryb życia. Przychodził jej niejako naturalnie i przez to nigdy nie czuła, że sobie czegoś odmawia, nie korzystając używek i gustując w zdrowym żywieniu. I to procentowało. Do tego trochę sportu. Ulubiony rower... I jak najwięcej świętego spokoju.

Otworzyła drzwi i zapaliła światło. Powiesiła na wieszaku niesioną na przedramieniu skórzaną kurtkę. Jak zwykle zastanawiała się, czy zdjąć szpilki, ale tę krótką bitwę z myślami na temat pofolgowania sobie przez noszenie ulubionych butów a możliwością porysowania podłogi, podłoga przegrała sromotnie. Buty zdejmie później. Na razie zamierza się nimi rozkoszować. Podobnie jak czarną skórzaną spódniczką do połowy uda, pończoszkami i widokiem kobiety w lustrze.

- Tomku! - zawołała, kierując swe kroki do kuchni, a po drodze, jednym kliknięciem pilota, puszczając muzykę ze stojącej w saloniku głośników wieży. Uwielbiała Vanessę Mae...  

Długo wybierała to imię dla niego. Nie lubiła zdecydowanej większości męskich imion (a już szczególnie tego, które jej nadano po urodzeniu), stąd wybór był trudny, ale na tyle udany, że w sumie łatwo się przyzwyczaiła po jego dokonaniu.  

Wchodząc do kuchni i podchodząc do chłodziarki do wina, z której wyjęła bezalkoholowe Torres Natureo Moscato, usłyszała ciche kroki, rozlegające się w sypialni na piętrze. Uśmiechnęła się, podchodząc do kredensu po kieliszek. Gdy nalewała wino, odgłos kroków już był na schodach.  

Zdążyła upić parę łyczków, gdy ciało androida przylgnęło do jej pleców, obejmując ją rękoma na wysokości brzucha, wtulając twarz w jej szyję i całując ją.

- Martuś – odezwał się miły męski głos, który tak lubiła – jak ci minął dzień?  
- Dobrze – odmruknęła, poddając się pieszczocie. - Poczekaj chwilkę, jeszcze się napiję...
- Sądziłem, że wolisz się napić czegoś innego... – dłonie androida wsunęły się pod jej bordowy sweterek i zaczęły delikatnie głaskać jej brzuszek, podczas gdy usta nadal pieściły jej szyję.

Na dźwięk tych słów przez jej ciało przeszedł dreszcz podniecenia. Oczywiście, że chciała. Uwielbiała to robić. Jak się czasami śmiała, cytując zdanie ze starego sucharka: "To będzie moje hobby do końca życia.". Odwróciła się twarzą w jego stronę, wyzwalając się z jego objęć. Na jej twarzy błąkała się mieszanka uśmiechu, niepewności i niecierpliwego oczekiwania. Cały dzień na to przecież czekała. A teraz wreszcie ta chwila nadeszła, i do tego miała cały weekend przed sobą...  

Odłożyła kieliszek z niedopitym winem i zjechała w dół na kolana. Zadarła głowę i przez sekundę czy dwie popatrzyła jeszcze do góry, na przystojną, męską twarz ciemnowłosego androida patrzącego na nią tymi swoimi obłędnymi brązowymi oczami, a potem zajęła się rozpinaniem jego spodni.  

Uporawszy się z tym, jednym ruchem zsunęła je w dół wraz z bokserkami. Przez chwilę podziwiała widok sztywniejącego dzięki mechanizmowi hydraulicznemu kutasa. "Jest jak prawdziwy" – przemknęło jej przez myśl. I jest dokładnie takim, jakiego sobie zażyczyła – pełne dwadzieścia centymetrów prężącej się teraz przed jej twarzą pałki o średnicy dokładnie 4, 2 centymetra... Dokładnie takie wymiary, jak jej ulubione dildo, które kiedyś miała. Zbliżyła twarz i jej oczy rozbłysły radością, gdy powoli objęła ustami główkę członka. Zabawa się rozpoczęła.

Powolnymi ruchami głowy zaczęła wsuwać i wysuwać z ust sterczącego przed nią kutasa. Do dźwięków skrzypiec Vanessy doszły odgłosy pojękującego androida. Dawno już przestała zwracać uwagę na fakt, że stanowiło to część jego oprogramowania. Był tak naturalny, że nie wiadomo kiedy, niezauważalnie dla niej samej, zaakceptowała złudzenie jako coś prawdziwego. Zresztą, czy nie było prawdziwe? Przecież wszystkie zmysły jej to potwierdzały. Miała przed sobą kogoś wyglądającego na faceta – "obłędnie przystojnego faceta" – słyszała jego reakcje, mogła swobodnie z nim się komunikować... Nawet smakował jak facet. Jej dłoń zacisnęła się lekko na trzonie jego penisa, by nie wchodził zbyt głęboko w usta. Lubiła głębokie gardło, nawet bardzo, ale jeszcze nie miała na nie ochoty. "Mamy czas..." – pomyślała, nieco leniwie pracując ustami, językiem i rytmicznie ale nie mechanicznie poruszając głową. Głową, na której wkrótce pojawiła się dłoń androida, zaczynająca ją po niej głaskać. Zerknęła do góry, android... Tomek... Tomek odchylił lekko głowę do tyłu, wręcz perfekcyjnie naśladując ludzkie zachowania, co dodatkowo wzmagały pomruki i jęki zadowolenia, jakie wydawał – Marta była w siódmym niebie dla transetek. W tej kwestii praktycznie nic więcej nie mogło jej sprawić większej frajdy z powodu jej ograniczeń biologicznych.

"Pieprzona biologia" – pomyślała ze złością. – "Zasrany chromosom Y." Powetowała to sobie, puszczając dłonią członka i jednym ruchem głowy wpychając go sobie głęboko w usta aż po samo gardło. Zakrztusiła się lekko, nie zdążywszy się na to przygotować. Wyjęła go z ust. Popatrzyła go góry na swojego faceta i uśmiechnęła się przepraszająco. Android znów położył rękę na jej głowie, delikatnie przyciągając ją z powrotem do siebie. Otworzyła usta i powoli, pod lekkim naciskiem jego dłoni, wsunęła go z powrotem aż do gardła. Wytrzymała dziesięć sekund, gdy brak powietrza spowodowany zatkaniem dróg oddechowych zmusił ją do wycofania się aż do główki. Wystarczało jednak złapanie odrobiny oddechu i kutas zanurkował ponownie w jej gardle. Piętnaście sekund. Pojawiła się śluzowata ślina, stanowiąca idealny, naturalny lubrykant pozwalający na gładkie ślizgi penisa w jej buzi i gardle. Tym razem musiała głębiej odetchnąć, a w oczach były łzy. Po krótkiej jednak chwili zabawa toczyła się dalej. Trzymając go głęboko w gardle, zaczęła poruszać głową, tak że kutas jej mężczyzny rytmicznie poruszał się w nim. Znów kilkanaście sekund, może trochę dłużej i malutka przerwa na złapanie powietrza. Parę minut takiej zabawy i Tomek przejął inicjatywę. Pozwoliła mu na to, siadając na podłodze kuchni i odchylając nieco swój, podparty z tyłu rękami, tułów. Android zbliżył się do niej, łapiąc ją delikatnie z obu stron za głowę i powoli wsuwając penisa pomiędzy jej rozchylone wargi. Gdy doszedł do początku gardła, zaczął go z niej wysuwać, po czym, po częściowym wyjściu z jej ust, ponownie wpychać w poprzednie miejsce. Lubiła być tak "umiarkowanie" ruchana w usta. Patrzyła mu w oczy, gdy posuwał jej głowę, powoli zwiększając tempo pchnięć. W końcu znów wetknął go na chwilkę głęboko w gardło, mocno trzymając jej głowę i zabierając oddech. Po paru sekundach cykl zaczął się na nowo, aż w końcu zakrztusiła się jego wytryskiem, połykając wszystko, gdy spuścił się z jękiem.

- Mam nadzieję, że to nie koniec atrakcji? - powiedziała uśmiechając się lekko, gdy tylko jej oddech wrócił mniej więcej do normy.

- Nie... – odparł Tomek, pochylając się nad nią i namiętnie całując w usta. W jego głosie można było wyczuć rozbawienie. - Chodź – ujął jej dłoń i pomógł wstać z kafelek kuchennej podłogi.

Zaprowadził ją za rękę do saloniku, jak małą posłuszną dziewczynkę. "...You'll follow him..." - przypomniała sobie słowa niedawno słyszanej w samochodzie piosenki. Po dotarciu do sporej, skórzanej kanapy, zwrócił twarz do jej twarzy i ponownie zaczął całować. Muzyka Vanessy Mae zakończyła się międzyczasie i zgodnie z programem wieża puszczała teraz piosenki w trybie losowym, podczas gdy oni całując się, osunęli się na siedzisko kanapy. Po dłuższej chwili android rozsiadł się wygodnie na niej rozchylając nieco, oparte stopami o deski podłogi, nogi. Marta w mig wiedziała, o co mu chodzi. W moment klęczała miedzy nimi i znów biorąc go głęboko w usta, zdążyła tylko zarejestrować, że właśnie leci "Blau im Blau", Yvonne Catterfeld. Nie lubiła niemieckich piosenek, ten język nie nadawał się do śpiewu. Zresztą i tak go nie znała, więc nie wiedziała, co znaczą ich teksty, ale tę piosenkę lubiła i zapamiętała tłumaczenie znalezione kiedyś w internecie:

"Dziś nie chcę nic robić,  
dziś chcę tylko być,  
zamykam drzwi przed światem,  
zostaję tutaj całkiem sama,  
(...)
myśli uciekają, a za nimi ja bujam w obłokach...".

Ponowny wytrysk w ustach w większości wypłynął z jej pracujących niemal idealnie w pionie ust. Android odsapnął głośno.

- Dobrze się spisałaś, mała. - skwitował z uśmiechem. - Pora na deser – dodał wstając z kanapy i podchodząc do szafki w meblach.  

Marta wiedziała już, co teraz nastąpi. Tomek wyjmie z szafki lubrykant i zajmie się jej otworkiem. Patrzyła na niego z olbrzymim podnieceniem, widocznym na jej spoconej twarzy, pobrudzonej resztkami sztucznej spermy wokół jej ust, gdy powoli podchodził z buteleczką. Po czym jak posłuszna suczka odwróciła się, ustawiając się na kolanach przy kanapie i półleżąc na niej z wypiętym w oczekiwaniu tyłkiem.  

Obmacywanym teraz przez ubranie tyłkiem. To było chyba nawet przyjemniejsze niż bezpośredni dotyk skóry... Z błogością poddała się temu uczuciu... "Man! I feel like woman..." – mruknęła przeciągle jak kotka, powtarzając za płynącą właśnie z głośników Shanią Twain. Po pewnej chwili pieszczoty urwały się, a jej skórzana spódniczka została podciągnięta, odsłaniając gładko wydepilowany tyłeczek i czarne, koronkowe majteczki, które zasłaniały dostęp do jej groty. Pieszczoty pojawiły się ponownie. Ponownie znów ustały, gdy Tomek stanął za nią, by zdjąć z niej figi. Ona w tym czasie pozbyła się, upaćkanego wcześniej śliną, sweterka, odsłaniając plecy przyozdobione jedynie w stanik od kompletu z figami. Palce androida, z naniesionym na nich lubrykantem, zaczęły delikatnie smarować rowek między jej pośladkami. Przyjemnie rozgrzewający jej ciało lubrykant, rozluźnił ją do reszty, gdy palec z lubrykantem wszedł na chwilkę w jej otworek. Niedługo to trwało, a wraz z jego wyjściem z niej, Marta wiedziała, co zaraz nastąpi. Tomek ponownie stanął dokładnie tuż za nią, a jego penis wsunął się w jej wypięty tyłeczek, rozpychając ścianki dziurki, i powoli rozpoczynając jego posuwanie, podczas gdy dłonie androida błądziły po jej pośladkach i pieściły jej plecy. Wygięła się lekko jak kotka.

- Lubisz to, suko, prawda? - wyszeptał jej namiętnie prosto do ucha i nie czekając na odpowiedź wyprostował się i sprawił jej solidnego klapsa w tyłek. - Lubisz?
- Uwielbiam – jęknęła.

Docisnął dłonią jej plecy, zmuszając ją do jeszcze mocniejszego wciśnięcia klatki piersiowej i brzucha w siedzisko kanapy. Posuwał ją mocniej, ale nadal delikatnie, aż do momentu, gdy głośniki wieży nagle puściły "Hey Baby", Melleefresh vs deadmau5. Wtedy zaczęło się mocne rżnięcie. Nie zwracał na nią już uwagi, ani na odgłosy, które wydawała, tylko mocno ładował swojego całego kutasa w jej dupsko, rżnąc bezkompromisowo, jak przydrożną dziwkę. Jego ręce przestały błądzić po jej ciele, trzymały tylko jej biodra, a po kolejnych kilku naprawdę mocnych klapsach, złapały za ramiona jeszcze mocniej przyciągając do siebie i pchając go w nią głęboko. Po chwili takiej młocki, dłonie androida objęły jej szyję i lekko zacisnęły się na niej. Potem mocniej i mocniej, aż Marcie zabrakło tchu. Próbowała się oswobodzić, ale nie mogła, android był silniejszy i miał wygodniejszą, dominującą pozycję. Nadal młócił jej tyłek, rytmicznymi, szybkimi i mocnymi pchnięciami, zaciskając dłonie na szyi, aż oczy zaczęły wychodzić jej z orbit, nasada języka docisnęła tylną ścianę gardła. Ciśnienie w głowie stało się nie do zniesienia, a zgięte w kolanach na podłodze nogi zaczęły podrygiwać w konwulsjach. Nie miała szans na oswobodzenie. Po paru minutach jej podrygi stały się sporadyczne, aż w końcu gwałcone przez androida ciało zwiotczało...

6 914 czyt.
100%235
MEM

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyczne i thrillery, użyła 4334 słów i 24043 znaków, zaktualizowała 18 sie 2018. Tagi: #trans #seks #android

5 komentarzy

 
  • nefer

    nefer · 10 wrz 2018

    Bardzo dobry tekst, oparty na ciekawym pomyśle. Tylko pogratulować debiutu, jeśli to debiut. Językowo trochę do dopracowania, ale to przyjdzie z czasem. Pozdrawiam.

  • MEM

    MEM · 21 sie 2018

    Cześć. Dzięki wszystkim za dobre słowo. Miło, że opowiadanie się podobało.

    A co do pisania więcej. Z wpadnięciem na pomysł to nie ma jakichś przesadnie dużych problemów, bo zawsze coś do głowy wpadnie. Znacznie gorzej jest z wypełnieniem całej reszty opowiadania treścią. Choć czasami jest tak, że się zaczyna i  – ku własnemu zaskoczeniu  – ta grafomania potem już sama się jakoś toczy.

  • agnes1709

    agnes1709 · 20 sie 2018

    Dołączam się do Sbd - pomysł świetny, za wykonanie mocne cztery

  • Somebody

    Somebody · 19 sie 2018

    Pomysł - prima sort. Chyba zresztą to właśnie pomysł wyciąga całe opowiadanie w górę. Wykonanie, jak na debiut naprawdę nieźle. Mi się podobało

  • AnonimS

    AnonimS · 18 sie 2018

    Witaj Debiutantko na tym portalu   . Temat ciekawy, interesująco opisany.  Mamy już cyber seks. Ty idziesz dalej opisując stosunek z androidem. Dla mnie dobrze dobrze napisane. Łapka i zestaw na Tak.  Publikuj więcej. Pozdrawiam