Wina

WinaFranciszek zamknął oczy. Wyciągnął do góry ramiona, jakby chciał zawisnąć na drabince gimnastycznej jak niegdyś na szkolnym wuefie. Odchylił głowę do tyłu. Pozwolił chłodnemu strumieniowi omywać twarz i ramiona. Uwielbiał takie chwile samotności pod więziennym prysznicem.

Nie usłyszał szczęku drzwi ani kłapania gumowych kapci. Że nie jest sam, zorientował się dopiero, gdy jeden z intruzów półgłosem zapytał:

— Gdzie on jest?

— Tutaj, w ostatnim natrysku. Myje się skurwysyn zamiast szorować, kurwa! — ochrypłym szeptem odpowiedział drugi.

Franciszek wyjrzał na przejście, spodziewając się nadgorliwego strażnika ale nie współwięźniów. Zobaczywszy znajomą twarz, przywodzącą mu na myśl ociosany tasakiem kartofel, poczuł pewną ulgę, ale nie mógł powstrzymać grymasu zdziwienia. Kartoflana twarz odpowiedziała jak krzywe zwierciadło, zaciskając wargi.

Za kartoflem stanął dryblas z nogami chudymi jak szczudła i szramą na wąskim czole. Przywitał Franciszka uśmieszkiem, z którego trudno odczytać jakąś myśl czy emocję. Zza jego pleców z kolei wyłonił się korpulentny osiłek o skórze czarnobiałej jak zebra, od zlewających się ze sobą tatuaży. Znany każdemu w zakładzie karnym, owiany sławą mistrza ciosu z główki, Osioł. W prawej dłoni niósł szczotkę do zamiatania podłogi.

— Panowie, o co chodzi? — zapytał Franciszek, naiwnie licząc, że uniknie kłopotów.

Kartofel i dryblas wymienili tylko znaczące spojrzenia, nie racząc udzielić odpowiedzi. Osioł okazał się bardziej rozmowny.

— A jak myślisz? — burknął.

— Ale panowie do mnie? — Franciszek nadal nie domyślał się przyczyny tego najścia. Przez kilka miesięcy nikomu nie nastąpił na odcisk, starannie unikał problemów.

— Kombinuj! — odpowiedział Osioł, szyderczo szczerząc zęby. — Kombinuj, cwelu!

— Ale, panowie, to jakieś nieporozumienie. Wszystko da się wyjaśnić. — Franciszka powoli ogarniała panika. Było jasne, że w razie bójki nikt nie przyjdzie mu na pomoc. A juz na pewno nie natychmiast. Nawet jeśli strażnik usłyszy wołanie o pomoc, nie zdąży zapobiec ciosom.

— Tak, tak. To za co kiblujesz, jebako? — zapytał Osiłek, śmiejąc się, jak ktoś, kto zna niewygodną prawdę.

— Za jazdę po pijaku — odpowiedział Franciszek jak zawsze, kiedy pytano o paragraf i wysokość wyroku.

— Za to się nie idzie do pierdla, jebako, cwelu. Takim jak ty dają wyrok w zawiasach.

— W zawieszeniu miałem już wyrok za długi.

— Pierdolisz. Trzymajcie go! — Zwracając się do kompanów, Osiłek zakończył fazę tłumaczenia sytuacji.

Pięć sekund później, być może nawet tylko cztery sekundy, Franciszek leżał na brzuchu, twarzą szorując terakotę. O kontroli nad położeniem rąk i nóg mógł zapomnieć. Oprawcy wiedzieli jak skutecznie unieruchomić ofiarę.

— Aa! — Do zapisania jedynego słowa, jakie urlopowany proboszcz zdołał jeszcze wykrzyknąć, zanim zemdlał, wystarczy znać tylko jedną, pierwszą literę alfabetu. Język ludzki w sytuacjach ekstremalnych z reguły operuje prostym słownictwem. Kij od szczotki znalazł się w miejscu przeznaczenia.

— I po co było kłamać, jebany cwelu? — Osioł, sepleniąc przez zaciśnięte zęby, zwrócił się do nieprzytomnego. Splunął i obrócił się na piętach, dając kompanom sygnał do wyjścia.

Najgorsze, co ich mogło spotkać, to to, że sąd nie uwzględni prośby o warunkowe skrócenia odbywania kary. Ewentualnie prokuratorski zarzut naruszenia nietykalności cielesnej, spowodowania uszczerbku zdrowia, czy czegoś w tym stylu. Pod warunkiem, że zmasakrowany delikwent przeżyje egzorcyzmy, ale, umówmy się, od lewatywy jeszcze nikt nie umarł. A wymierzenie sprawiedliwości pedofilowi to czyn szlachetny i honorowy. Wynonawszy zadanie, sędziowie mogli z podniesioną głową stanąć przed strażnikiem i zameldować wypadek w łazienkach.

***

— Niech będzie pochwalony! — pozdrowił ktoś podejrzanie radosnym tonem.

Franciszek, najwyraźniej już nie śpiący ale jeszcze nie obudzony, nie umiał przyporządkować głosu do żadnej znajomej osoby. Uśmiechnął się mimowolnie, ale nie otwierał powiek. Z lęku, z naturalnej ostrożności, może po prostu nie miał ochoty z nikim rozmawiać.

— Hh! — jęknął i poruszył biodrami.

Doświadczenie mówi, że to nie pomaga na swędzenie odbytu, ale mogłoby pomóc.

— Rozumiem. Jeszcze zdążymy pogadać. — Franciszek usłyszał jeszcze raz ten sam męski głos i usnął.

A raczej chciałby usnąć. Pogrążył się we wspomnieniach.

Znów był na sali rozpraw. Znowu słuchał pytań oskarżyciela i odpowiedzi nastolatki, i wierzył każdemu słowu:

— Czy pamiętasz, jak wyglądał ten pokój, na przykład jakie meble w nim stały?

— Tak, trochę. — Dziewczyna po raz nie wiadomo który lękliwie rozejrzała się po sali, po czym zaczęła wymieniać po kolei z najdrobniejszymi szczegółami — W oknach były brązowe zasłonki, takie z grubego materiału, jakby pluszowe, ciężkie, z wyhaftowanymi kwiatami. To chyba malwy były. Na wsi widziałam takie kwiaty u sąsiadów babci. Czerwone. Ale nie takie sztuczne czerwone jak w galeriach tło dla napisu SALE, czyli że jest wyprzedaż, tylko takie bardziej brudnoczerwone. Nie wiem, coś jak... jak te krzesła, co są na korytarzu. A może to nie były malwy, tylko jakieś róże. Ale te kwiaty miały otoczone płatki złotą nitką, żeby się odróżniały od tła. Bo te zasłony były z koloru podobne, no, takie bardziej brązowe, bym powiedziała. I na stole stały kwiaty. W wazonie...

Oczywiście, że znała wystrój gabinetu, wiedziała, gdzie stoi biurko, fotele i sofa, że na środku pokoju jest stół, okrągły, a na nim waza ze świeżymi kwiatami, przy nim cztery krzesła. Jakżeby miała nie wiedzieć? Była w tym pomieszczeniu wiele razy. Przychodziła porozmawiać o Biblii. Pytała, co znaczy ten czy inny werset. Szczerze interesowała się Bogiem, czego ani o ministrantach, ani członkach oazy nie można powiedzieć. Franciszek doskonale pamiętał jej imię: Maja, Majeczka. Dlaczego nagle odwróciła się od wiary i kościała? Tego ksiądz katecheta nie mógł zrozumieć.

— Maju, dziękuję. Muszę teraz zadać pytanie o to, co się wydarzyło w tym pokoju. Czy ksiądz poprosił, byś usiadła na sofie? — Prokurator w pamięci Franciszka powtórzył kolejną kwestię z rozprawy.

— Tak — odpowiedziała dziewczyna.

— Kiedy usiadłaś, co powiedział, co zrobił dalej?

— Powiedział, że ma dar, że jego ręce leczą.

— Czy ksiądz zaproponował ci jakieś leczenie?

— Nie, ale powiedział, że mi pokaże i że mnie zaszczepi, żebym nie zachorowała na grzech i żeby nie trzeba było leczyć.

— Czy o coś cię poprosił? Musiałaś coś zrobić, żeby mógł cię, jak mówisz, zaszczepić?

— Nie. Miałam tylko zamknąć oczy.

— I co się wydarzyło dalej?

— Ksiądz położył ręce na moich kolanach. Miał ciepłe ręce, dlatego nawet uwierzyłam, że naprawdę może leczyć.

— Czy możesz powiedzieć, co nastąpiło potem?

— No, ksiądz Franciszek zaczął mnie całować.

— Gdzie cię pocałował. W policzek, w usta?

— Tak potem też, chociaż nie chciałam, ale najpierw pocałował mnie tam... No, nad kolanem i... No, przez majtki...

Franciszek słuchał rozprawy z podcastu pamięci, jakby nie dotyczyła jego, lecz jakiejś obcej osoby. Słuchał i czuł jak wtedy: dziewczyna brzmi wiarygodnie, zwłaszcza że wiele szczegółów można łatwo sprawdzić i przekonać się, że rzeczywiście jest tak, jak ona mówi. Tylko wyjątkowo bezczelny głupiec bez krzty empatii mógłby zarzucić jej kłamstwo. Franciszek nie miał tyle odwagi.

— Czy oskarżony przyznaje się do popełnienia zarzucanych mu czynów? — zapytała sędzia.

Franciszek wzruszył ramionami.

— Mój klient nie przyznaje się do winy — odpowiedział za niego adwokat.

— Czy oskarżony chce w inny sposób odnieść się do treści zeznań świadka? Czy chce udzielić wyjaśnień dotyczących okoliczności zdarzeń opisanych przez świadka?

— Nie — odpowiedział Franciszek. — Nie wiem, co miałbym powiedzieć.

— Czy oskarżony potwierdza wersję zdarzeń przedstawionych przez świadka? — sędzia powtórzyła pytanie.

— Nie wiem — odpowiedział Franciszek bez przekonania. Spojrzał na dziewczynę, zauważył nerwowe drżenie dłoni i napięcie wymalowane na twarzy, i zmienił zdanie. — Tak, potwierdzam. — Przyznał się do wszystkiego.

Adwokat pochwalił, kiwając głową.

Aha, kiedy Franciszek się na dobre obudził, sąsiednie łóżko było puste.

***

Parę lat później spotkałem Maję. Nie pytaj, gdzie ani w jakich okolicznościach. Nie powiem. I nie ma to większego znaczenia. Maja nie była juz dzieckiem. Studiowała, miała chłopaka, pracowała, jak to się mówi, w zawodzie, korygowała teksty.

Spytałem, dlaczego kłamała przed sądem. Franciszek nie mógł przecież jej zgwałcić. Nie mógł, więc trudno uwierzyć, że spróbował. Tak właśnie powiedziałem, że nie mógł. Nie trzeba zawsze wszystkiego mówić wprost. Maja była na tyle dorosłą, żeby zrozumieć.

— Nie, nie zgwałcił — przyznała po krótkim namyśle. — Złapał mnie za kolano, lekko, może tylko oparł dłoń na kolanie, trudno mi teraz określic dokładnie, dawno to było, potrzymał chwilę i zabrał rękę. I zaraz przeprosił, jakby było za co. Powiedział, że nie chciał wprawiać mnie z zakłopotanie, że to niewinny odruch. Że często dotyka osobę, z którą rozmawia, kiedy ją lubi. Poklepie po ramieniu, obejmie, stuknie w kolano. To prawda, rzeczywiście był bardzo bezpośredni. Podobno nauczył się tej bezpośredniości w Ameryce. I za to go wszyscy lubili. Jak bym była chłopakiem i by mi położył rękę na udo, żadne z nas by nie zwróciło uwagi. Chyba. A tak: ja zdębiałam, bo, nie powiem, pomyślałam sobie... miałam trzynaście lat, wiadomo, co pomyślałam, on się zaczął tłumaczyć. Głupio wyszło.

— Ale pomyślałaś, że chciał cię zgwałcić? Dlatego zgłosiłaś go na policję? — spytałem, doczekawszy, aż Maja postawi przysłowiową kropkę na końcu wypowiedzi. Co podkreśliła, odstawiając na stół filiżankę.

Taki ma zwyczaj: kiedy zaczyna mówić, podnosi filiżankę. Kiedy kończy, odstawia ją z powrotem. Przez cały czas nie upiła chyba ani jednego łyka. Wypiła kawę, zimną już, dopiero gdy skończyliśmy rozmowę. To oczywiście zupełnie nieważny szczegół, ale zapisał mi się w pamięci. Pamięć ludzka jest dziwna. Nie dość że wybiórcza, to jeszcze czasami zapamiętujemy takie właśnie najmniej istotne rzeczy.

— Najpierw poszłam do szkolnej psycholog, nie na policję. I wcale nie myślałam, że mógłby mnie zgwałcić. Wszystko mogłabym pomyśleć o księdzu Franciszku, ale nie że by się do mnie dobierał na siłę! Nie, to nie tak. — Maja znowu odstawiła filiżankę, dając znać, że jeśli chcę, to mam okazję coś powiedzieć.

— Więc dlaczego go oskarżyłaś? — przypomniałem pytanie.

— Dlaczego o próbę zgwałcenia? A o co innego można by oskarżyć? — Maja odpowiedziała pytaniem, ale nie odsawiła filiżanki. — Wiesz? W sądzie zeznałam, że miał ciepłą rękę. Naprawdę miał ciepłe dłonie. Zawsze. Ale jak mnie wtedy dotknął, jak poczułam to ciepło na kolanie... To był gorący dotyk. Nigdy wcześniej nikt mnie tak nie dotykał. Żaden facet, żaden chłopak. To było dla mnie zupełnie nowe. Może to dziwne, że taka smarkula tak reaguje na księdza, ale ksiądz czy nie ksiądz, ksiądz Franciszek nie był żadnym bezpłciowym duchem tylko mężczyzną. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Nie mogłam o tym nie pomysleć. To znaczy, nie o gwałcie, ta myśl przyszła trochę później, ale o seksie.

Nie nagrywałem nic na dyktafon ukryty w kieszeni. Odtwarzam teraz z pamięci, więc siłą rzeczy mogę, wręcz muszę coś przeinaczyć. Maja na pewno użyła trochę innych słów, trochę inaczej je połączyła w troche inne zdania, ale, możesz mi wierzyć, staram się. Nie zmyślam. Nie kłamię. Myślę, że dość dobrze odtwarzam, co usłyszałem.

— Pomyślałaś, że mógłby cie uwieść? Ciebie albo inną dziewczynę? Dlatego go oskarżyłaś? — spytałem.

Maja się roześmiała, usłyszawszy tę hipotezę.

— Nie, o tym nie pomyślałam. I na pewno nie miała bym mu za złe, gdyby kogoś uwiódł. Albo gdyby jakaś kobieta uwiodła jego. Nawet małolata. Ale masz rację. Nie chodziło o mnie, tylko o koleżankę. — Maja odstawiła filiżankę i spojrzała mi w oczy, przenikliwie, jak chciała przez oczy dostać się do duszy. Doszliśmy do momentu, kiedy w końcu miała paść odpowiedź. Miałem dać znać, że jestem gotowy ją usłyszeć.

— Powiesz mi?

— Powiem. Może ci się to wydać głupie, możesz mnie nazwać wariatką albo naiwną idealistką, rozwydrzoną małolatą, jakkolwiek, ale niczego już dziś zmienię. Co się stało, się nie odstanie. — Maja uśmiechnęła się szeroko po tym, nie pierwszym podczas tej rozmowy i nie najkrótszym, wstępie. — Poszło o to, że ksiądz Franciszek powiedział, na katechezie w szkole przy całej klasie to powiedział, że kiedy rodzice się rozwodzą, dziecko nie wyrośnie na dobrego człowieka. Że grzech rodziców tak jakby spłynie na dziecko, że nikt go nie wychowa, jak należy, nie wychowa na dobrego człowieka. Domyślasz się na pewno, o co chodzi. To takie typowe, z dzisiejszej perspektywy mogę to powiedzieć, typowe straszenie i umoralnianie, żeby się nie rozwodzić. Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela, bo jak nie, to wpierdol od Wschechmogącego. Dobra, dziś możemy się z tego pośmiać, jesteśmy dorośli, ale wtedy? Jak masz te swoje trzynaście lat, to bierzesz na gadki na serio! Słuchaj, moja koleżanka z ławki, przyjaciółka nawet swego rodzaju, żyła w, nazwijmy to tak: niestandardowej rodzinie. Po angielsku to się nazywa patchwork family. Wtedy oczywiście nie znałyśmy ani angielskiego, ani tym bardziej takich niekatolickich pojęć. Inaczej mówiąc, żyła w grzechu. A tych, co żyją w grzechu pan Bóg nie lubi, prawda? Za grzechy rodziców i dziadków, i prapradziadków karze do dziesiątego pokolenia, prawda? A jeśli dobry pan Bóg kogoś nie lubi, to znaczy, że to jest zły człowiek. A złego człowieka tez ludzie mogą nie lubić. Wiesz, jak ona przeżyła tę gadkę o rozwodnikach?! Nie możesz wiedzieć! Potwornie. — Maja zrobiła pauzę, lecz nie odstawiła filiżanki. Szukała w myślach właściwego słowa. W końcu dodała ostatnie zdania. Pamiętam je dosłownie. Nie zapomnę do końca życia. — Stygmatyzacja, Marku. Ksiądz, chodzące dobro, drugi po papieżu, na lekcji religii, przy dwudziestu niezbyt rozgarniętych rówieśnikach, stygmatyzował Patrycję. Dziewczyna się załamała. To po tym uznałam, że dla takiego świętego księdza nie ma miejsca w szkole i postanowiłam go usunąć. Żeby nikogo więcej nie skrzywdził głupim, stygmatyzującym, nienawistnym słowem! — Zakończywszy wykrzyknikiem, Maja zdecydowanym ruchem odstawiła filiżankę.

— Powiedziałaś, że dzisiaj nie możesz nic zmienić — odpowiedziałem, przełknąwszy ślinę oraz monolog Mai. — Otóż nie. Możesz coś zmienić. Nie wiem tylko, czy byś chciała... Jakbyś złożyła zeznanie, że wtedy skłamałaś...

— Słucham?! — przerwała mi w pół słowa.

Wyjaśniłem więc, że gdyby zeznała, że Franciszek wcale nie próbował jej zgwałcić, nie nadużył podstępnie autorytetu księdza i pedagoga, nie doprowadził do czynności ani nie zwabił, żaden sąd by jej nic nie zrobił. Była niepełnoletnią, za nic nie odpowiada. Za to Franciszek mógłby wystąpić o rewizję procesu. Zostałby uniewinniony. Odzyskałby honor.

— Nie. — odpowiedziała Maja. — Nie zrobię tego.

— Dlaczego?

— Nie ma mowy! Przyznał się, to znaczy, że miał powody. Nie wiem jakie i mnie to nie obchodzi, ale coś go musiało ugryźć w sumienie. Poza tym to nic nie da. Nie chcę, żeby wracał do szkoły. Nie chcę, żeby dostał odszkodowanie, żeby go kościół wystawił na świecznik jako umęczonego męczennika. Nie, nie ma mowy!

— Nie musisz, ale może się jeszcze zastanowisz? — spytałem.

Szczerze mówiąc, nie chciało mi się wierzyć, że ktoś, i nie byle kto tylko piękna i mądra kobieta, może odmówić pomocy komuś, kogo ewidentnie skrzywdziła. Jakbyś mnie spytał w tamtej chwili, co myślę o Mai, powiedziałbym na sto dwadzieścia procent, że baba nie ma za grosz empatii, że bezinteresownie nienawidzi.

— Nie — odpowiedziała jeszcze raz, zdecydowanie i krótko. Zupełnie bez emocji. Chłodno, bez nawet śladowych oznak nienawiści.

— Aż tak go nienawidzisz? — spytałem.

— Nie — zaśmiała się. — Wcale go nie nienawidzę. Nie mam powodu, Marku. Wobec mnie był zawsze bardzo dobry. Czy nienawidzę? Nie. Teraz jest mi obojętny. Ale wtedy — zaśmiała się jeszcze raz — wtedy to ja się w nim podkochiwałam. Był dla mnie wzorem mądrości, dobroci, zachowania i ideałem mężczyzny. Marku, nie patrz tak na mnie, on na to więzienie sobie zasłużył!

Nie mogłem przyznać jej racji. Podaliśmy sobie dłonie na pożegnanie. Nie był to jednak gorący dotyk, jeśli pozwolisz, że użyję jednej z fraz Mai. Nie powiedziałem jej, że Franciszek czekał w samochodzie zaparkowanym przed kawiarnią. Że był ciekawy prawdy. Nigdy więcej jej nie spotkałem.

Aha, jeśli myślisz, czytelniku, że z tej historii coś wynika, najpewniej się mylisz. Nikomu z bohaterów mądrości nie przybyło. Wybacz autorowi.  

***

PS Tytuł ("Schuld") pożyczony, bez zgody autora, od F. von Schirach.

MrHyde

opublikował opowiadanie w kategorii obyczajowe i kryminalne, użył 3068 słów i 17923 znaków, zaktualizował 4 mar o 16:41. Tagi: #ksiądz #gwałt #niepełnoletnia #pomówienie #sąd

2 komentarze

 
  • Somebody

    Śmieszna sprawa - historie bez morału wywołują najwięcej refleksji  

  • MrHyde

    @Somebody Niech sobie czytelnik pomoralizuje sam, a autor poodpoczywa. "Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj"

  • Indragor

    Nie pierwszy, nie ostatni taki przypadek, można by przytoczyć więcej, w różnych konfiguracjach, ale to niczego nie zmieni. Jak w tym opowiadaniu.

  • MrHyde

    @Indragor oczywiście. Ludzie kłamią: ci, co zrobili, twierdzą, że nie zrobili; ci, co nie zrobili, potwierdzają, że zrobili. Czasami nie kłamią, tylko wyrażają nieprawdziwe wspomnienia... Ludzie są dziwni.