
- Co się stało?
- A Kamil… Nie mam już do niego sił
Klara gestem pokazała gestem, abym do niej przyszła, po czym to zwerbalizowała
- Chodź tutaj do mnie
Bez większego wahania weszłam z powrotem do łóżka, wtulając się do jej nagiego ciała. Potrzebowałam w tym momencie tego bardzo. Położyłam się plecami do niej, a Klara mocno mnie objęła, całując po ramieniu. Czułam bliskość i wsparcie płynące z pocałunku w mój czubek głowy. Dłonie Klary dawały mi ukojenie i spokój swoimi pieszczotami, przy których mruczałam.
- Wiesz co Marta? Powinnaś powiedzieć Kamilowi, że masz kogoś
- No przecież mam. Mam Ciebie
Od pewnego czasu, z Klarą stanowiłyśmy parę. Nikomu o tym nie mówiłyśmy, bo nie było komu, ale chciałam podjąć próbę tej relacji, pomimo, że romansowałam wciąż z szefową, to przy Klarze czułam się do prawdy szczęśliwa.
- Powinnaś to powiedzieć, może się odczepi….
Zaczęłam myśleć nad tym wszystkim i przez dłuższą chwilę nic odpowiadałam, a Klara nie przestawała kojących pieszczot z moim ciałem, drugą ręką trzymała moją dłoń ze splecionymi palcami. Postanowiłam, że chyba czas na pewne decyzje nadszedł
- Kochanie, chyba czas aby powiedzieć o nas światu
- Jesteś gotowa?
- Myślę, że tak. Akurat jest okazja, impreza wigilijna w pracy, gdzie można zabrać ze sobą swoich partnerów i partnerki. Może masz ochotę się ze mną wybrać? Znajomych za dużo nie mamy, z rodzinami mamy kontakt jaki mamy, to można pokazać się w środowisku pracowniczym. Takie powolne i nieme pokazywanie światu bez dziecinnego oznajmiania na facebooku
- Pytasz poważnie?
- Tak, chcę abyś ze mną poszła
Klara przytuliła mnie jeszcze mocniej, a ja poczułam jak ogarniała mnie fala ciepła przepływająca od jej nagiego ciała. Nie musiałam nic mówić, jej uśmiech gdy się nachyliła mówił wszystko. To był ten moment, kiedy zrozumiałam, że to, co mamy, jest prawdziwe i warte pokazania światu.
- Pójdę z Tobą - powiedziała miękko, a jej głos był pełen czułości. - Ale wiesz, że to może być trudne?
Skinęłam głową, zdając sobie sprawę, że wyznanie prawdy w pracy może wywołać różne reakcje, zwłaszcza przed Martą, dla której to może być szok i tej reakcji się obawiałam najbardziej, ale wiedziałam, że Klara jest warta każdej niewygodnej rozmowy. Przede mną była decyzja, która mogła zmienić wiele, ale byłam na nią gotowa.
- Wiem, ale chcę, żebyś była częścią mojego życia, nie tylko w jego cieniach. Chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że to Ty jesteś tą osobą, która sprawia, że jestem szczęśliwa.
Klara uśmiechnęła się szeroko, a jej oczy błyszczały. Czułam, że to była właściwa decyzja. Wzięłam głęboki oddech, próbując uspokoić drżenie wewnętrzne. Przede mną było jeszcze wiele rozmów, ale wiedziałam, że z Klarą u boku mogłam stawić temu czoła
- Dobrze - powiedziała Klara, przytulając mnie jeszcze raz. - Razem damy radę
Wiedziałam, że ta Wigilia będzie nietypowa, ale już teraz czułam, że to będzie moment, który otworzy nowy rozdział w moim życiu….
Po naszej rozmowie zapadła cisza, ale nie była to cisza niezręczna. To było to szczególne milczenie, które oznaczało, że nie trzeba było już nic więcej mówić. Klara nadal mnie obejmowała, a jej ciepłe ciało przylegało do mojego, dając mi poczucie bezpieczeństwa. Czułam każdy jej oddech na swojej skórze, jakby każdy z nich uspokajał moje myśli.
Po chwili poczułam, jak delikatnie przesuwała dłonią po mojej talii, a jej dotyk wywołał we mnie przyjemne dreszcze. Jej palce sunęły powoli w górę, aż dotarły do mojego ramienia, gdzie zaczęła mnie znów całować najpierw delikatnie, potem coraz bardziej namiętnie. Zamknęłam oczy, pozwalając sobie na to, by całkowicie zanurzyć się w tej chwili. Każdy pocałunek, każdy dotyk sprawiał, że napięcie dnia stopniowo opuszczało moje ciało. Klara, widząc moją reakcję, delikatnie odwróciła mnie ku sobie. Nasze spojrzenia spotkały się, a ja dostrzegłam w jej oczach to samo pragnienie, które czułam w sobie. Jej dłoń delikatnie przesunęła się po moim policzku, a potem położyła ją na mojej szyi, przyciągając mnie bliżej. Nasze usta złączyły się w pełnym pasji pocałunku, który mówił więcej niż jakiekolwiek słowa. Czułam, jak nasze ciała reagują na siebie, jakbyśmy były jednością.
Jej dłonie wędrowały po moim ciele, badając każdy jego fragment, a ja oddawałam się jej całkowicie, pozwalając sobie na tę chwilę bliskości. Każdy dotyk był pełen czułości, ale także pasji, której obie potrzebowałyśmy. Byłam w jej ramionach, a cały świat na zewnątrz przestał istnieć. Wszystko, co miało znaczenie, było tutaj i teraz w tej intymnej chwili, którą dzieliłyśmy tylko my dwie. Klara powoli przesunęła się na mnie, a jej ciało idealnie dopasowało się do mojego. Czułam jej ciepło, jej oddech na mojej szyi, a każdy jej ruch wywoływał we mnie falę przyjemności. Nasze dłonie splotły się ponownie, a ja czułam, że to nie tylko nasze ciała były połączone, ale także nasze dusz.
Nasze ciała emanowały erotycznym napięciem. Zmysłowo i pełnią pożądania, zaczęłyśmy pieścić swoje kobiece krągłości, zbliżając się coraz bardziej do punktu skupienia rozkoszy. Nasze dłonie delikatnie masowały i pieszczotliwie dotykały nawzajem swoje wilgotne obszary, wywołując fale przyjemności i podniecenia. Wzajemny dotyk był pełen czułości i zmysłowości, a jęki przyjemności wydobywające się z naszych ust, dodając napięcia w powietrzu. Nasze ciała drżały z rozkoszy, gdy wszechobecna ekscytacja rozwijała się między nami, tworząc niesamowicie erotyczny spektakl. Każda pieszczota i delikatne dotknięcia budziły w nas coraz większe pragnienia i pożądanie, prowadząc nas obie w stronę namiętnej ekstazy. Nasze uniesienie zlewało się ze sobą, tworząc harmonię zmysłowości i namiętności. W tej intymnej i pełnej erotyzmu scenie, dwie przyjaciółki, które stały się partnerkami odkrywały nowe aspekty swojej seksualności, oddając się namiętności i pożądaniu w wzajemnych pieszczotach. Ich wspólne doznania były pełne zmysłowości, namiętności i erotycznej energii.
***
Świt tego dnia był wyjątkowo spokojny. Światło wpadające przez zasłony miało złotawy odcień, który miękko tańczył na pościeli. Leżałam jeszcze chwilę wtulona w Klarę, czując ciepło jej ciała i rytm jej oddechu na mojej szyi. Wiedziałyśmy, że przed nami ważny dzień, wieczorem wigilia firmowa, nasz coming out… ale przez moment mogłyśmy się jeszcze zatrzymać.
Klara przeciągnęła się leniwie, ziewając uroczo i muskając mnie ustami w ramię.
– Wiesz, że dzisiaj jesteś moim najpiękniejszym prezentem? – mruknęła cicho, patrząc mi w oczy.
– Ty moim też, ale obie wiemy, że dzisiaj trochę się odsłonimy przed światem.
– I dobrze. Czas najwyższy – uśmiechnęła się, lekko zadziornie, po czym wstała z łóżka, sięgając po szlafrok.
Ja w tym czasie wstałam i ruszyłam do kuchni zaparzyć nam kawę. Gdy wróciłam z dwiema filiżankami, Klara stała już przy toaletce, nakładając delikatny krem na twarz, z włosami spiętymi w niedbały koczek. W jej odbiciu widziałam siebie jeszcze rozczochraną, w cienkiej koszulce i bieliźnie i przez moment pomyślałam, że to dziwne, jak bardzo wszystko się zmieniło, a jednocześnie jak bardzo było to naturalne.
– To co, zaczynamy przygotowania? – zapytałam, podając jej filiżankę.
– Tak… chcę wyglądać dla Ciebie pięknie.
– Wyglądasz pięknie, chcę abyś czuła się naturalnie przede wszystkim – pochyliłam się nad nią i ucałowałam w czoło
Kilka godzin później, pokój zmienił się w domowe backstage. Na łóżku rozłożone ubrania, kosmetyki porozkładane na blacie, zapach perfum wypełniający przestrzeń.
Klara była pierwsza gotowa. Jej biały sweterek przylegał miękko do ciała, podkreślając delikatność ramion i kontrastując z szarymi, obcisłymi dżinsami, które podkreślały smukłość jej nóg oraz beżowe zamszowe kozaki. Usiadła na brzegu łóżka, zakładając nogę na nogę.
Ja sama wciągnęłam swoją obcisłą, czarną sukienkę powoli, czując, jak materiał obejmuje mnie ciasno, podkreślając każdy detal sylwetki. Pod spodem pończochy opinały nogi, a czarna koronkowa bielizna dawała mi pewność siebie, której dziś szczególnie potrzebowałam. Botki na szpilkach dodały mi kilku centymetrów i podkreśliły nogi. Spojrzałam w lustro.
– Wyglądasz zabójczo – usłyszałam za sobą Klarę, która zbliżyła się i objęła mnie w pasie, przytulając się lekko do moich pleców. – Gdybym była facetem, nie mogłabyś mnie odciągnąć.
Zaśmiałyśmy się, ale potem obie spojrzałyśmy sobie w oczy, już na poważnie. W tym spojrzeniu było wszystko: strach, ekscytacja, ale przede wszystkim miłość.
– Gotowa? – zapytałam.
– Tak, ale tylko dlatego, że idę z Tobą.
Jeszcze ostatnie poprawki makijażu, ostatni dotyk perfum, i mogłyśmy ruszyć. Czułam, że to będzie wieczór, którego długo nie zapomnimy.
Zamknęłyśmy drzwi za sobą, a klucz z cichym kliknięciem obrócił się w zamku. Na klatce schodowej było cicho, tylko echo naszych obcasów i kroków Klary w kozakach odbijało się od ścian. Spojrzałyśmy na siebie obie już gotowe, obie świadome, co nas czeka, ale też z tym dziwnym poczuciem ulgi, że robimy to razem.
Gdy wyszłyśmy na zewnątrz, zimne powietrze uderzyło w nasze rozgrzane twarze. Śnieg leżał cienką warstwą na chodniku, a niebo przybrało ten specyficzny odcień granatu, który zwiastuje wieczór, ale jeszcze nie całkiem ciemność. Latarnie już się świeciły, rzucając miękkie światło na zaszronione drzewa i witryny sklepowe, ozdobione w świąteczne girlandy.
Złapałyśmy się za ręce niemal naturalnie. Moja dłoń wsunęła się w jej ciepłą, drobną, ale pewną. Czułam w tej prostocie coś ogromnego. Nie szłyśmy już obok siebie jako dwie koleżanki. Byłyśmy parą i w końcu miałyśmy zamiar się z tym nie kryć.
Klara zerknęła na mnie z lekkim uśmiechem, a jej policzki zaczerwieniły się nie tylko z chłodu. Była rozkosznie zawstydzona, ale i dumna. Ta subtelny strój pasował do niej idealnie jej skromnej ale utrzymującej jej atrakcyjność kreacji , do wszystkiego.
– Gapisz się – rzuciła miękko, śmiejąc się.
– Bo mam na co – odpowiedziałam bez wahania. – I jeszcze nikt nie zatrzymał mnie na ulicy i nie powiedział, że zabrałam ze sobą anioła. Dziwne, nie?
Zachichotała, lekko szturchnęła mnie biodrem.
– Ty to masz teksty.
Przeszłyśmy obok piekarni, z której pachniało drożdżówkami i cynamonem. Dalej minęłyśmy park z oświetloną aleją. Wszystko wyglądało bajkowo – jakby ktoś na nowo wymalował świat na święta, ale to nie magia świątecznych ozdób robiła największe wrażenie. To było to uczucie. Ta dłoń w mojej dłoni. Ciepło, którego nie dało się zgubić nawet w zimowej aurze.
Przy sygnalizatorze Klara przystanęła i spojrzała mi w oczy.
– Marta? Nie wiem, jak ludzie zareagują na to, że masz dziewczynę. Może nikt się nie przejmie. Może będzie szeptanie, ale… nieważne. Ty jesteś ważna.
– My jesteśmy ważne i nie oddam Cię nikomu, wiesz? A co mnie obchodzi czy ktoś się będzie przejmować. Zabieram Cię ze sobą, bo nie chcę ukrywać naszej relacji przed kimkolwiek
Światło zmieniło się na zielone, ale przez chwilę stałyśmy jeszcze, przytulając się delikatnie. Dopiero potem przeszłyśmy przez ulicę. Szłyśmy dalej, ramię w ramię, nasze palce splecione mocno, jakbyśmy bały się, że rzeczywistość może nas rozdzielić, ale nie mogła, bo dziś, wreszcie, postanowiłyśmy iść przez nią razem otwarcie
– Gotowa? – spytała Klara z czułością.
– Gotowa – odpowiedziałam. Choć gdzieś głęboko nie byłam tego już tak pewna.
Razem weszłyśmy przez drzwi, do miejsca, gdzie miały zacząć się nie tylko świąteczne życzenia… ale też zupełnie nowy rozdział.
W środku było ciepło, pachniało cynamonem, piernikiem i grzanym winem, a wszystko tonęło w złocistym świetle. Przestrzeń urządzono z klasą bez przesady, ale z dbałością o każdy detal. Żadnej głośnej celebracji naszego wejścia, żadnych teatralnych powitań. Po prostu zanurzyłyśmy się w tłumie, jakbyśmy tu były od zawsze.
Rozmawiałyśmy ze znajomymi, wymieniałyśmy uśmiechy, życzenia. Kelnerzy krążyli z tacami przystawek delikatne tartinki, koreczki z kozim serem i figą, maleńkie paszteciki. Klara z entuzjazmem próbowała wszystkiego, ja za to piłam wodę, choć i tak serce miałam ściśnięte bardziej niż gorset pod tą sukienką.
Zobaczyłam ją niemal od razu. Marta…
Stała po drugiej stronie sali. Jej wzrok mnie odnalazł natychmiast, jakby wiedziała, że weszłam. Ubrana w skórzaną spódniczkę, wiązaną bluzkę z głębokim dekoltem i kozaki do kolan – wyglądała jak sen albo jak ostrze piękna, zimna, błyszcząca. Była z kimś w rozmowie, ale widziałam, jak zerka. Jak jej spojrzenie przemykało po mnie powoli, jak dłoń po jedwabiu. Ja też nie potrafiłam oderwać wzroku. Mierzyłyśmy się nim przez kilka sekretnych długich chwil. Niby rozmowy toczyły się normalnie, niby śmiechy i sztućce brzęczały jak zwykle, ale pomiędzy nami była ta cisza. Cicha gra napięcia, które nie zdążyło się nigdy rozładować.
Klara zauważyła, zawsze zauważała…
Nachyliła się lekko, tak, że jej długie rzęsy musnęły mi policzek.
– Patrzy na ciebie jakby... – urwała.
Spojrzałam jej w oczy.
– Jakby znała każdy centymetr mojej skóry? – dokończyłam cicho.
Zbladła trochę.
– Marta...?
Klara nie odzywała się za wiele i była wyraźnie skrępowana, również dostała lampkę wina, która wypiła duszkiem i poprosiła o kolejną. Starałam się przemówić Klarze, aby była bardziej wyluzowana, wciąż była małomówna i nie ciężko ją było ją wciągnąć w rozmowę. Zapytała nagle z delikatnym wyrzutem i zazdrością się w chwili, gdy moje i szefowej spojrzenia spotkały
- Czujesz coś dalej do niej?
Jej pytanie zaskoczyło mnie, ale w jej oczach widziałam autentyczne emocje, które musiały być wyjaśnione. Odetchnęłam głęboko, starając się znaleźć właściwe słowa.
- Klara, to, co łączy mnie z Martą, jest przeszłością. – wiedziałam, że kłamałam i dotarło do mnie w tej chwili, że zabranie Klary na wigilię to nie była tylko próba ujawnienia się światu, ale też podświadomej konfrontacji z szefową – Byłyśmy blisko, ale teraz to ty jesteś dla mnie najważniejsza. To, co czuję do ciebie, jest inne, głębsze. Marta i ja mamy wspólną historię, ale to ty jesteś teraz w moim sercu.
Marta spojrzała na mnie z uśmiechem, jakby potwierdzając moje słowa. Klara wzięła głęboki oddech i jej twarz złagodniała. Wydawało się, że powoli zaczyna rozumieć.
- Przepraszam, po prostu... - zaczęła Klara, ale przerwałam jej, delikatnie kładąc dłoń na jej ramieniu.
- Nie musisz przepraszać. To naturalne, że masz wątpliwości. Chcę, żebyś wiedziała, że jesteś dla mnie najważniejsza.
Klara uśmiechnęła się nieśmiało, a jej oczy zaczęły błyszczeć. Czułam, że atmosfera między nami zaczynała się rozluźniać, a w powietrzu unosiła się mieszanka miłości i zaufania. Zbliżyłam się do niej i delikatnie pocałowałam jej usta, chcąc pokazać, jak wiele dla mnie znaczy.
Marta, wyraźnie zaintrygowana nami, podeszła do nas i podała lampki wina. W jej pewnym i szelmowskim spojrzeniu krył się plan. Najpierw zaczęła wypytywać o mój związek z Klarą, a potem ogólnie i zapraszała do zabawy.
Patrzyłam na nią, czując, jak Klarze drży lekko dłoń w mojej.
– Marta – zwróciłam się do szefowej. – Poznaj Klarę. Moją partnerkę.
Szefowa spojrzała na nią z zaciekawieniem. Uśmiech, który uniósł jej usta, był trudny do rozszyfrowania. Nieśpieszny, jakby delektowała się tym momentem. Delikatny, ale z iskrą. Uroczy, ale z nutą wyzwania.
– Klaro – powiedziała powoli, niemal miękko. – Miło mi. Wreszcie poznaję osobę, dla której Marta straciła głowę.
To spojrzenie, którym ją obdarzyła… było jak aksamitna rękawiczka, pod którą czaiły się pazury. Drapieżna. Taka właśnie była i Klara to poczuła wiem, bo widziałam jak jej źrenice się rozszerzyły, jak spiął się mięsień na jej szyi. Ciało zareagowało szybciej niż myśli.
– Mam nadzieję, że traktuje cię lepiej niż traktowała siebie – dodała szefowa z subtelnym uśmiechem, który mógł znaczyć wszystko i nic.
– Najlepiej na świecie – odpowiedziała Klara odrobinę zbyt stanowczo. – I nie zamierzam się tym z nikim dzielić.
Marta uniosła brwi z uznaniem.
– Słusznie – skinęła głową. – To cenny skarb, ja… cieszę się, że jesteś szczęśliwa, Marta.
Jej słowa były szczere, wiem o tym, ale nie jej spojrzenie. W tym ostatnim było coś… głębszego. Iskra zazdrości. Tego szczególnego rodzaju, który nie chce odbierać, ale pragnie chociaż spróbować jeszcze raz. Wspomnienie ciała, które znało moje. Ust, które nie zapomniały smaku. I to, jak bardzo wciąż mnie chciała, wręcz iskrzyło między nami.
Rozmawiałyśmy chwilę jeszcze – uprzejmości, drobne żarty, jakbyśmy były tylko znajomymi z pracy. Ale czułam, jak każde zdanie niesie za sobą drugie dno. Jakby każda wymiana była subtelną walką o kontrolę.
Potem rozeszłyśmy się znowu po sali. Śmiech, muzyka, rozmowy. Klara przytulała się do mnie czule, jakby trochę próbowała zaznaczyć swój teren. A ja? Nie potrafiłam oderwać wzroku, gdy Marta rozmawiała z innymi nonszalancka, z kieliszkiem czerwonego wina, w otoczeniu ludzi, a jednak sama. Miała w sobie ten magnetyzm, który kiedyś ściągnął mnie w ogień.
Po jakimś czasie wróciła do nas, znów z tą miękką pewnością siebie.
– Dziewczyny – zaczęła, zerkając na nas obie. – To może zabrzmieć bezczelnie… ale co powiecie, żeby resztę wieczoru spędzić u mnie?
Zapadła cisza. Spojrzałam na Klarę. Widziała propozycję, zanim jeszcze padła. Jej oczy rozszerzyły się, usta rozchyliły lekko. Zaniemówiła. Szefowa wykorzystała to zgrabnie. Uśmiechnęła się z udawaną skromnością i wzruszyła ramionami.
– Skoro nie protestujecie… – powiedziała z tym samym łagodnym tonem, którym wydaje się rozkazy.
Spojrzałam na Klarę. Nie wiedziała, czy to żart, czy test, a może jedno i drugie. Złapałam ją za dłoń ciepłą, drobną, wciąż lekko drżącą.
Wiedziałam, że coś właśnie się zmienia.
Nie powiedziałyśmy nic więcej, jakby słowa mogły spłoszyć to delikatne, niebezpieczne napięcie, które zawisło między nami trzema. Muzyka dudniła gdzieś w tle, śmiechy gości mieszały się z brzękiem kieliszków, ale dla mnie świat nagle zwęził się do dłoni Klary w mojej i spojrzenia Marty, które nie opuszczało mnie ani na moment.
– Chodźmy po płaszcze – rzuciłam cicho do Klary, bardziej stwierdzając fakt niż pytając.
Skinęła głową. Nadal była trochę nieobecna, jakby myślami była już kilka kroków przed nami.
Szefowa uśmiechnęła się lekko, odwróciła na pięcie i ruszyła w stronę szatni. Ten uśmiech… znałam go aż za dobrze. Obiecywał rzeczy, których jeszcze nikt nie wypowiedział na głos.
Przy wieszakach zrobiło się ciaśniej. Kurtki, płaszcze, zapach perfum i chłodnego powietrza wpadającego przez uchylone drzwi. Pomogłam Klarze włożyć płaszcz, poprawiłam jej kołnierz trochę za długo trzymałam dłonie na jej ramionach, jakbym chciała ją uziemić w tym momencie.
– Wszystko okej? – zapytałam szeptem.
Spojrzała na mnie uważnie.
– Nie wiem, co nas czeka – przyznała szczerze. – Ale… ufam ci.
Te dwa słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek wcześniej.
Szefowa zarzuciła swój płaszcz na ramiona i zerknęła na nas spod oka.
– Lubię ten moment – powiedziała spokojnie. – Ten tuż przed. Kiedy jeszcze wszystko jest możliwe.
– A czasem lepiej nie wiedzieć – odpowiedziałam półżartem.
Jej spojrzenie zatrzymało się na mnie dłużej.
– Właśnie dlatego jest ciekawiej.
Wyszłyśmy na zewnątrz. Noc była chłodna, powietrze ostre, oczyszczające. Para unosiła się przy każdym oddechu. Stanęłyśmy blisko siebie, jakby instynktownie szukając ciepła. Klara wsunęła dłoń w moją kieszeń, splatając palce z moimi. Szefowa zapaliła papierosa, ale po chwili zgasiła go, jakby zmieniła zdanie.
– Zamówiłam taksówkę – rzuciła niedbale. – Będzie za moment.
Czekałyśmy w ciszy, która nie była pusta. Raczej gęsta od pytań, których żadna nie chciała jeszcze zadać. Spojrzenia wymieniały się między nami jak sekrety. Coś wisiało w powietrzu — obietnica albo ostrzeżenie. A może jedno i drugie.
Światła nadjeżdżającej taksówki przecięły ciemność i wtedy zrozumiałam, że ta noc dopiero się zaczyna.
Taksówka pachniała świeżością – jakby kierowca dopiero co skończył czyścić wnętrze. Miękkie światła miasta odbijały się od szyb, a ciche, jazzowe brzmienia sączyły się z radia, jakby podkręcając atmosferę.
Siedziałyśmy we trzy z tyłu. Ja pośrodku. Klara po mojej prawej, szefowa po lewej. Nasze uda lekko się stykały – nie było innej opcji w ciasnym wnętrzu, ale to dotyk, który miał w sobie coś więcej niż tylko przypadek. Szefowa nieco przesunęła kolano, jakby mimochodem, ale czułam ten ruch pewny, świadomy i zbyt powolny.
– Ładne miejsce wybraliśmy na wigilię – rzuciła szefowa, zerkając przez okno. – Klimatyczne. Choć muszę przyznać… towarzystwo jeszcze bardziej podnosi temperaturę.
Jej głos był niski, jedwabisty. Taki, który z pozoru nie mówi nic, ale zostawia dreszcz na karku.
Klara milczała. Trzymała moją dłoń, nieco mocniej niż zwykle. Czułam jej palce chłodne, spięte. Wiedziała. Czuła. Może nie do końca rozumiała, ale… kobieca intuicja nie zawodzi.
Szefowa odwróciła głowę w moją stronę. Była blisko. Bardzo blisko. Jej oddech muskał moje ucho, kiedy nachyliła się lekko, mówiąc tylko do mnie:
– Nie myślałam, że tak szybko się znów będziemy u mnie i w takim… składzie.
Uśmiechnęła się kątem ust na ten prowokacyjny tekst Marty. Nie patrzyła już przez okno, tylko prosto na mnie. Przeszywająco. Zmysłowo.
– Los ma swoje upodobania – odpowiedziałam, próbując zachować ton, który nie zdradzał, że serce zaczyna bić mi szybciej. – A może to po prostu Wigilia. Wszystko się może wydarzyć.
– Och, Marta… – mruknęła, a jej dłoń spoczęła na moim udzie. Przez gładki materiał pończochy, lekko, jakby od niechcenia. – Zawsze byłaś dobra w graniu słowami, ale dziś nie musisz nic mówić. Wystarczy, że jesteś.
Zamarłam na sekundę. Klara też to zauważyła. Odwróciła wzrok, niby przez szybę, ale nie dała rady długo wytrzymać. Zaraz spojrzała z powrotem, wyraźnie szukając potwierdzenia, że wszystko w porządku, albo może... że nie.
Zacisnęłam jej dłoń mocniej. Nasze palce się splatały, ale moja skóra piekła od tego drugiego dotyku. Udo, ciepło, obecność szefowej. Jej zapach – mieszanka perfum, skóry i czegoś... drapieżnego.
– Między nami wszystko w porządku – szepnęłam do Klary. – Ty jesteś wszystkim.
Szefowa uśmiechnęła się, jakby to usłyszała. Może słyszała, a może po prostu znała mnie zbyt dobrze, by nie domyślić się tonu moich słów.
– Nie musisz wybierać – powiedziała cicho Marta, już nie patrząc na żadną z nas. – Czasem można mieć więcej niż jedno… „wszystko”.
Spojrzałam na nią z boku. Jej twarz była spokojna, ale spojrzenie błyszczało. Wiedziałam, że rzuca rękawicę, ale nie Klarze, mnie…
Samochód zjeżdżał już w znajomą uliczkę. Światła miasta zostawały za nami. Ciemniejsze, spokojniejsze osiedle przed nami wyglądało jak zupełnie inny świat. Intymny, cichy, gotowy na to, co ma się wydarzyć.
Klara oddychała szybciej. Wyczuwałam to. Moje serce robiło to samo, a szefowa, jakby nigdy nic, przeciągnęła się lekko w fotelu, układając rękę za moimi plecami. Dotykając przy tym moich włosów. Znów niby przypadkiem.
Miałam wrażenie, że czas zwolnił. Wszystko było gęste od emocji.
– To tu – rzuciła w stronę kierowcy, a potem zerknęła na nas z półuśmiechem. – Gotowe?
Żadna nie odpowiedziała, ale nie trzeba było.
W mieszkaniu szefowej było jak zawsze ciepło, przytulnie, ale z nutą chłodnej elegancji. Drewno, szkło i miękkie światło tworzyły scenerię, która idealnie pasowała do niej, opanowanej, zmysłowej i pewnej siebie.
Zdjęłyśmy płaszcze, zostając w butach. Klara poprawiła sweterek, przeciągnęłam dłonią po biodrze, jakby sprawdzając, czy sukienka nadal dobrze leżała. Marta, wciąż w skórzanej spódniczce i dopasowanej bluzce, wyglądała jak uosobienie kontroli.
– Rozgośćcie się – powiedziała, wskazując ręką na szeroką kanapę w centrum salonu. Jej ton był uprzejmy, niemal przyjacielski, ale kryła się w nim nuta intymnego zaproszenia. Tej, która mówi: „wiem, co robimy… i wiem, dokąd to zmierza”.
Klara i ja usiadłyśmy. Klara blisko rogu, ja obok niej. Nasze uda delikatnie się stykały, ale Klara wyglądała na lekko spiętą. Oparła się o poduszkę, skrzyżowała nogi, wzrok zawiesiła na jednym punkcie. Czułam przyspieszony puls, który mówił, że coś w niej płonie niepokój i ekscytacja w jednym.
Spojrzałyśmy na siebie. Klara z lekkim wyrzutem, z pytaniem. Odpowiedziałam spojrzeniem, które przepraszało… i zarazem obiecywało więcej.
– Zaraz wracam – powiedziała Marta, po czym zniknęła na moment w kuchni. Po chwili wróciła z trzema lampkami i butelką różowego wina.
Szefowa już zdążyła usiąść naprzeciwko nas, na fotelu, z założoną nogą na nogę, nonszalancko, z pewną siebie aurą. Marta nalała wino i podała kieliszki. Zaczęła się rozmowa zwykła, spokojna. O pracy, o świętach, o prezentach, ale każde słowo miało drugie dno. Podteksty. Przypadkowe spojrzenia, które trwały sekundę za długo.
W pewnym momencie szefowa pochyliła się lekko do przodu.
– Klara, prawda? – zapytała, głosem miękkim jak jedwab. – Wiesz, że Marta promienieje przy tobie?
Klara lekko się uśmiechnęła, nieco zaskoczona.
– Dziękuję… Staram się, żeby była szczęśliwa.
Szefowa uniosła kieliszek.
– I jesteś w tym naprawdę dobra. To widać, ale... Marta ma w sobie coś, co nie znosi stagnacji. Potrzebuje emocji i głębi. Ty masz delikatność, ja… mam ogień.
Zesztywniałam, wiedziała, że to właśnie się zaczyna. Szefowa powoli przesuwała palcem po nóżce kieliszka, patrząc wprost na Klarę.
– Ale nie jestem tu po to, żeby ją odbierać – kontynuowała, wolno, spokojnie. – Jest wasza historia i wasz wybór. Ja po prostu... patrzę i widzę coś pięknego i chciałabym przez chwilę być jego częścią.
Klara spojrzała na mnie, jakby szukając wyjaśnienia. Odwzajemniłam spojrzenie i miała w oczach zamęt zmieszanie, ale i pragnienie. Wiedziałam, czego chce szefowa i wiedziałam, że nie mogę kłamać sama też tego chciałam, choć w innym, własnym tempie.
Szefowa zbliżyła się powoli, przysiadła na podłodze przed nami, a potem obok Klary po drugiej stronie, a dłonią delikatnie musnęła kolano Klary.
– Jesteś piękna, Klaro – powiedziała miękko. – I masz w sobie taką... niewinność, która przyciąga. Nie musisz się niczego bać. Nic nie stanie się bez twojej zgody.
Spojrzała wtedy na mnie. Zatrzymała wzrok. Szukała aprobaty, zgody. Przełknęłam ślinę, poczułam falę gorąca, która przetoczyła się przez moje ciało.
Przytaknęłam. Nie musiałam nic mówić. Szefowa odczytała to bezbłędnie, a Klara… Klara poczuła wszystko. Całą intensywność spojrzeń, czułość, pożądanie i to, że jest w centrum tej zmysłowej gry. Oddychała szybciej, nie spuszczając oczu z mnie.
Marta uniosła rękę i delikatnie przesunęła ją po jej ramieniu, a potem, już ciszej, niemal szeptem:
– Czasem… wszystko zaczyna się od zaufania. A potem tylko oddech i dotyk mówią za nas.
Patrzyłam na nią, na Klarę, jak jej policzki powoli różowiały, jak przygryzała wargę, jak jej oddech robił się płytszy, niepewny. Siedziała obok mnie, ale czułam, jak się odsuwała nie fizycznie, tylko gdzieś w sobie. Między fascynacją a wstydem. Między mną a nią... a nią, moją szefową, tą, którą znałam aż za dobrze, między Martami, między dwiema blondynkami, a ona ruda jak ogień, który próbowałyśmy wydobyć na nowo.
Nie powiedziałyśmy ani słowa, ale wszystko działo się w spojrzeniach. Klara patrzyła na mnie pytająco, a ja, mimo wiru w środku, przytaknęłam. Ledwie zauważalnym ruchem głowy. Pozwól się ponieść. Zaufaj mi.
Marta też to dostrzegła. Zbliżyła się bezszelestnie, prawie z gracją kota. Usiadła bliżej Klary, tak blisko, że ich uda niemal się stykały. Wyciągnęła dłoń i zaczęła powoli rozpinać guziczki jej sweterka, jeden po drugim. Nie szarpała, nie spieszyła się. Robiła to, jakby otwierała prezent – z wyczuciem, z ciekawością. Klara skinęła głową, a jej uśmiech stawał się coraz bardziej pewny. W powietrzu czuć było rosnące zaufanie i bliskość. Siedziałyśmy we trzy na kanapie, otaczając Klarę z obu stron. Patrzyłyśmy na nią z troską i czułością. Z Martą wymieniłyśmy porozumiewawcze spojrzenia, bez żadnego wcześniejszego planu, obie wiedziałyśmy, dokąd zmierzamy.
Marta delikatnie przekręciła głowę Klary i ich usta zetknęły się w subtelnym pocałunku. Atmosfera stała się gorąca, a we mnie podniecenie rosło, serce biło szybciej. Marta całowała Klarę w usta, a ja zaczęłam powoli podwijać jej koszulkę, odsłaniając biały koronkowy stanik. Uniosłam go, odsłaniając jej małe, ale pełne piersi. Klara stawała się coraz bardziej śmiała, rozpływając się w naszych pieszczotach. Nasze usta błądziły po szyi Klary, po obojczykach, czasem ocierały się o siebie nawzajem, jakby przypadkiem. A może właśnie nie?
Klara drżała, jej oddech przyspieszał z każdą sekundą. Patrzyła na mnie, tylko czasem na nią – jakby wciąż szukała zgody, potwierdzenia, że to, co się dzieje… jest właściwe.
– Jesteś piękna – wyszeptałam jej do ucha, muskając jego płatek ustami.
Marta zabierała się już do rozpinania jej dżinsów. Gdy je zdjęła, ja pomogłam Klarze pozbyć się reszty ubrania. Postanowiłam przejąć inicjatywę, odwróciłam Klarę do siebie, po czym zaczęłam ją namiętnie i czułe całować. Klara była wyraźnie rozpalona i pobudzona, od razu zaczęła pozbawiać mnie ubrań.
Nasze ciała zbliżyły się do siebie, a każdy dotyk był pełen delikatności i miłości. Uczucia, które nas łączyły, wypełniały pokój, tworząc atmosferę pełną ciepła i bliskości. Byłyśmy dla siebie w tej chwili wszystkim, a każdy pocałunek i każde muśnięcie dłoni było wyrazem naszej wzajemnej troski i pożądania. Spędziłyśmy ten wieczór, odkrywając na nowo nasze uczucia, pogłębiając więzi, które nas łączyły. Była to wyjątkowa chwila, która na zawsze pozostanie w naszych sercach jako symbol naszej bliskości.
W pewnym momencie, czując głęboką więź i zaufanie, delikatnie przyciągnęłam Klarę bliżej siebie. Nasze spojrzenia spotkały się, a w oczach Klary widziałam pełne zrozumienie i miłość. Ostrożnie, z pełną czułością, zbliżyłam się do niej, pokazując, jak wiele dla mnie znaczy. Klara odpowiedziała z takim samym uczuciem, a my kontynuowałyśmy nasze pieszczoty, dbając o to, by każda chwila była pełna delikatności i wzajemnego szacunku. Była to noc, w której zrozumiałyśmy, jak ważne jesteśmy dla siebie, i jak głęboka jest nasza więź.
Klara leżała między nami, a ja czułam jej ciepło niemal na każdej powierzchni swojej skóry. Była otulona naszym dotykiem, naszymi oddechami, naszym istnieniem. Jej ciało powoli się odprężało, jakby odpadały z niego kolejne warstwy niepewności. Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu miękki, jak poranne światło. Pochyliłam się nad nią z czułością, a nasze usta spotkały się w delikatnym pocałunku. Nieśpiesznym, bardziej jak gest niż pragnienie, jakby chciałam powiedzieć jej tym dotykiem: jesteś bezpieczna. W moich ramionach, między nami. Jej dłoń odnalazła moją skórę i powędrowała wzdłuż mojego uda powoli, ostrożnie, ale z tym rodzajem pewności, która rodzi się w zaufaniu. Ten moment nie miał w sobie nic z pospieszności, był jak zanurzenie się w ciepłej wodzie, kiedy już nie trzeba niczego udowadniać.
Z drugiej strony Klary była ona, nasza przewodniczka tej nocy, z uśmiechem pełnym spokoju i kobiecej siły. Pocałunki, którymi obsypywała ramię Klary, były niemal niezauważalne, a jednak jej obecność czuło się całą sobą. Jej dłoń, pełna dojrzałości i subtelności spoczywała na jej biodrze sunąc powoli niżej, pieściła Klarę z taką łagodnością, że sama miałam ciarki na karku. Każdy jej gest był świadomy kolisty, powolny, jakby rytmicznie zestrojony z oddechem Klary.
Oddechy splatały się ze sobą jak muzyka. Ciała w tym trójgłosie pulsowały wspólnym rytmem ciepło, oddech, drżenie. Klarze w oczach błyszczało rozedrganie, ale też coś więcej wdzięczność. Nie za przyjemność fizyczną, lecz za bliskość, za akceptację, za to, że nie była już sama ze swoimi emocjami.
Chłonęłam ten obraz, tę subtelną komunię ciał, ale i emocji. Nasze oddechy łączyły się w jeden rytm. W tej chwili nie było już zazdrości ani wątpliwości , była tylko bliskość, ciepło i kobiecość, w najpiękniejszym znaczeniu tego słowa.
Czułam, że Klara się otwierała, że nie bała się już patrzeć w nasze oczy, że nie kryła westchnień, nie wstrzymywała drżenia. Była sobą i przy mnie, i przy niej. Była między nami nie jak zagubiona dziewczyna, a jak kobieta, która postanowiła zaufać. Tego wieczoru nic nie było tylko fizyczne. Każdy dotyk był obietnicą, każda pieszczota znakiem, że chcemy więcej niż chwilowego uniesienia. Chciałyśmy dać jej przestrzeń. Czułość i wszystko, co z tego wynikało.
Szefowa powoli wycofała się z naszych objęć, by po chwili oprzeć się wygodnie o zagłówek kanapy. Jej gest nie był ucieczką, a zaproszeniem spojrzała na nas z tym samym spokojem, który tak często widziałam w jej oczach w chwilach, gdy potrafiła ujarzmić każdy chaos. Spojrzałam na Klarę i bez słów zrozumiałyśmy, co chcemy zrobić. Przesunęłyśmy się bliżej niej, nasze ciała otuliły ją z obu stron, a nasze usta, niczym ciepły deszcz, spływały pocałunkami po jej szyi, policzkach, ustach. Dotyk był zgodny, zsynchronizowany, jakbyśmy tańczyły w ciszy, wyczuwając rytm serca tej, której oddawałyśmy swoją uwagę. Moje dłonie odnalazły jej piersi, które unosiły się z każdym oddechem czułam pod opuszkami skóry delikatność, która zawsze mnie poruszała, choć znałam ją już tak dobrze. Czułam, jak reagowała z wyczuwalną, lecz opanowaną potrzebą. Jakby jej ciało znało ten język aż nazbyt dobrze, ale wciąż pragnęło każdego nowego słowa. Klara wtuliła się w Martę z drugiej strony, całując obojczyk, potem linię ramienia lekko, miękko, z wyczuciem kogoś, kto dopiero uczy się mapy nowego świata, ale już czuje jego piękno. Jej oddech był jak muśnięcie jedwabiu, a usta... jakby układały na skórze wiersz, którego jeszcze nie znałyśmy, ale który z każdą chwilą stawał się bardziej nasz.
Po chwili zamieniłyśmy się miejscami naturalnie, niemal intuicyjnie. To nie była strategia, nie było planu. Po prostu przepływ miękki, pełen wzajemnej zgody. Klara położyła dłonie tam, gdzie przed chwilą były moje, jakby chciała powtórzyć mój gest, ale na swój sposób, ze swoją wrażliwością, a ja teraz całowałam szyję szefowej, zatapiając się w zapachu jej skóry i ciepłe, znajome westchnienia. Ta chwila była nie tylko cielesna była opowieścią o wzajemnym zaufaniu, o kobiecej obecności, która potrafi dawać i przyjmować z jednakową czułością. Czułam się częścią czegoś większego niż tylko zmysłowe doświadczenie. Byłyśmy tam we trzy różne, ale splecione jedną emocją. Jednym pragnieniem nie samego pożądania, ale bliskości.
Gdy patrzyłam na Klarę, jak wtulała się w Martę tak, jak jeszcze niedawno wtulała się we mnie, poczułam coś, co trudno było nazwać. Zbliżałyśmy się do niej coraz śmielej, jakby prowadzone jedną melodią spokojną, czułą, nabrzmiałą od zmysłów. Klara i ja pochyliłyśmy się między jej udami, odnajdując miejsce, w którym skupiała się cała delikatność, pulsujące napięcie i potrzeba rozkoszy. Nasze języki dotykały jej ostrożnie, z oddaniem niczym modlitwa szeptana przez wargi. Pieszczoty przeplatały się z krótkimi pocałunkami, którymi obdarowywałyśmy siebie nawzajem, jakby dzieliłyśmy się tym doświadczeniem, próbując zapisać je wspólnie na ciele szefowej. Jej oddech nabierał głębi, a uśmiech rozkwitał na twarzy spokojny, błogi, jakby rozświetlony od środka. Czułam, że każdy nasz dotyk spotyka się z odpowiedzią, jak fala, która łagodnie wraca na brzeg, delikatnie, ale nieubłaganie.
Z czasem Klara przejęła prowadzenie z własną odwagą, z tą nowo odkrytą pewnością siebie, która tak pięknie w niej dojrzewała. Jej ruchy były uważne, pełne ciepła. Ja objęłam ją od tyłu, otuliłam i całowałam delikatnie kark, ramiona, ucho. Pozwalałam jej działać, będąc tuż przy niej wspierając dotykiem, szeptem, obecnością.
To była chwila głęboko kobieca tkana z harmonii i uważności, z czułości, w której nie było miejsca na pośpiech czy dominację. Byłyśmy zjednoczone w tej pieśni, w tym tańcu, w tej ciszy, która mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa.
Szefowa oddychała coraz ciężej, ale z zamkniętymi oczami, jakby odpływała gdzieś dalej, w przestrzeń zaufania i miękkości, a ja patrzyłam na Klarę, jak staje się częścią tej magii i wiedziałam, że nie jesteśmy już wyłącznie w trójkącie pragnień, ale w kręgu bliskości.
Z cichym westchnieniem zmieniłam pozycję, kierując się instynktem i pragnieniem głębszego dotyku. Ułożyłam się na plecach Klary, odwrotnie tak, by nasze ciała zazębiały się w odwróconym, ale naturalnym splocie. Czułam jej ciepło pod sobą, rytmiczne drżenie mięśni, delikatne napięcie skóry. Położyłam dłonie na jej biodrach i złożyłam pocałunek na krągłościach, które unosiły się pod moimi ustami miękkich, drżących, podatnych na każdy gest. Skupiłam się na niej całując i pieścić z uwagą, zmysłowo, z rosnącym zaangażowaniem kobiecość. Klara jęknęła cicho, a jej ciało zadrżało pod moim. W tej samej chwili poczułam dłoń przesuwającą się po moim wnętrzu ciepłą, pewną, znajomą. To szefowa... Jej palce zataczały okręgi, subtelnie, jakby malowały na mnie mapę czułości. Odnalazła moje centrum i poruszała się z tą samą miękkością, z jaką dotykała wcześniej Klary. Moje biodra zareagowały same łagodnym uniesieniem, ruchem, który wyprzedzał myśl.
Byłyśmy splecione trzy ciała, trzy rytmy, jedna melodia. Każda z nas dawała i przyjmowała, jakbyśmy mówiły do siebie jedynym językiem, który zna dotyk, oddech i napięcie skóry. Było w tym coś organicznego, pełnego harmonii bez żadnych słów, tylko odczuwanie. Czas przestał istnieć.
Drżące westchnienia mieszały się z dźwiękami pocałunków, ciepłem dłoni, które znały już drogę. Byłyśmy zamknięte w kręgu wzajemnego zaufania zanurzone w kobiecości i tym, co w niej najłagodniejsze i najodważniejsze zarazem. Ciała reagowały jak nastrojone instrumenty z każdym ruchem bardziej świadome, bardziej obecne. To była rozkosz współdzielona, tkana przez trzy kobiety w najczulszym z tańców.
Martę przeszył długi, cichy dreszcz, a potem nastała chwila ciszy tej najprawdziwszej, kiedy nikt nie musi mówić, bo wszystko zostało powiedziane przez dotyk. Jej ciało jeszcze unosiło się lekkim falowaniem, jakby wciąż płynęła na fali rozkoszy, która nie chciała opaść zbyt prędko. Uśmiechy pojawiały się same ciche, wdzięczne, pełne czułości. Byłyśmy razem, blisko.
Zamieniłyśmy się miejscami. Klara, rozpromieniona i zarumieniona, ułożyła się na oparciu łóżka. Jej uda rozchyliły się swobodnie, zapraszająco, ale w tym geście nie było nic wyzywającego. Była pięknie otwarta, ufna i pogodzona z każdą częścią siebie. Przesunęłam się z Martą bliżej niej jedna z jednej strony, druga z drugiej. Obie pochyliłyśmy się w stronę jej środka, kobiecości, która pulsowała ciepłem, drżąca od wcześniejszych doznań, gotowa, by znów poczuć więcej. Delikatnie, bez pośpiechu, złożyłam pocałunek tuż nad jej łonem, jakby chciałam złożyć hołd tej krainie czułości. Marta zrobiła to samo z drugiej strony, nasze twarze spotkały się w pół drogi, a Klara westchnęła głęboko nie tylko z rozkoszy, ale i z tego dziwnego szczęścia, które czasem przychodzi niespodziewanie, kiedy czuje się naprawdę kochaną.
Zaczęłyśmy pieścić ją językami z czułością i uwagą, każda z nas w swoim rytmie, ale doskonale się dopełniając. Co jakiś czas nasze usta mijały się w przelotnych pocałunkach, sklejone smakiem Klary, nasycone nią. Klara poruszała biodrami łagodnie, szukając większej bliskości, jakby chciała w nas zatonąć. Czułam, jak jej ciało odpowiadało z każdym naszym ruchem coraz bardziej, coraz pełniej. Jej dłoń sięgnęła do moich włosów, nie po to, by prowadzić, ale by być bliżej. Delikatność tej chwili była oszałamiająca, jakby cały świat przestał istnieć, a pozostała tylko ona… i my dwie, które pragnęłyśmy ją kochać, tak jak na to zasługiwała. Każda z nas miała swoją rolę raz prowadząc, raz podążając. Dotykałyśmy jej tak, jakby była muzyką niespieszną, głęboką, śpiewaną z pamięci, a ona drżała pod nami jak struna, gotowa do ostatniego akordu.
Marta skupiła się w pełni na Klarze z czułością, z uważnością, niemal z nabożną pieczołowitością. Jej dłonie i usta zdawały się mówić językiem, którego nie trzeba było tłumaczyć. Pochylona między udami mojej dziewczyny, otulała ją samym dotykiem, pieściła bez słów, prowadziła w głąb przyjemności, której granic nie chciała już znać. Tymczasem ja... nachyliłam się ku twarzy Klary. Była tak otwarta, tak przejęta doznaniem, że wystarczył jeden muśnięty pocałunek, by całkowicie się we mnie wtuliła jej usta drżące, spragnione, głodne mnie. Nasze oddechy splatały się jak szept z szeptem, gorące, niespokojne. Czułam, jak wpijała się we mnie coraz mocniej, jakby to, co działo się w jej wnętrzu, musiało znaleźć ujście także tu, w tej rozedrganej bliskości.
Jej ciało reagowało na każdy gest szefowej, biodra unosiły się lekko, skóra mieniła się jak zroszona rosą, a dłonie zaciskały się w pościeli, raz po raz. Drżała pięknie, bez wstydu, to było jak linia melodyczna, którą znałam na pamięć i której słuchałam z bijącym sercem. Znałam każdy takt tej pieśni.
Patrzyłam na nią z miłością z wystawioną na próbę, czując wdzięczność za to, że mogę dzielić z nią tę chwilę. Klara była w niej całkowicie oddana, otulona falą rozkoszy, która z każdą sekundą stawała się bardziej rozległa, bardziej intensywna, a ja, tuż przy niej, całowałam ją z czułością i dumą, bo była moja i była piękna. Klara wplotła dłonie w moje włosy, przyciągając mnie jeszcze bliżej do siebie, jakby pragnęła zjednoczyć nas całkowicie bez granic, bez słów. Jej usta stawały się coraz bardziej natarczywe, spragnione i głodne bliskości. Całowała mnie z taką intensywnością, że każdy pocałunek był jak wyznanie. Czułam, jak z jej warg wydobywają się ciche jęki najpierw nieśmiałe, a potem coraz głębsze, aż wszystko w niej zaczęło drżeć… i w jednej chwili świat stanął w miejscu.
Eksplozja. Kulminacja napięcia, które narastało przez całą wieczorną symfonię dotyku. Klara uniosła biodra w niemym geście, a potem opadła w ramiona spełnienia, z ustami na moich i dłońmi wciąż wplecionymi w moje włosy.
Przez moment trwałyśmy w ciszy, w tym wyjątkowym zawieszeniu, które przychodzi zaraz po. Oddechy powoli się uspokajały, światło nocnej lampki rozlewało się miękko po naszych ciałach, a powietrze było gęste od czułości. Nachyliłyśmy się ku sobie wszystkie trzy, jakby nasze serca szukały jeszcze ostatnich dotknięć, ostatnich gestów miłości tej nocy. Klara najpierw ucałowała szefową z wdzięcznością, delikatnie, z uśmiechem, który mówił wszystko, czego nie trzeba było mówić. Potem spojrzała na mnie i jej spojrzenie było ciepłe, przepełnione miłością. Pocałowała mnie z taką tkliwością, że wszystko we mnie miękło. To był pocałunek podziękowania… i wyznania. Za ten wieczór, za nas, za to, że jestem przy niej. Objęłam ją i przytuliłam mocno. W tej chwili nie istniało nic poza nami.
Ułożyłyśmy się z Klarą w lustrzanym splocie, delikatnie i naturalnie, jakby nasze ciała instynktownie wiedziały, czego pragną. Ja na górze, ona pod spodem i od razu poczułam na sobie jej ciepły oddech, jak powolne muśnięcie płomienia, który tylko czekał, by rozgorzeć. Nasze usta i języki spotykały się tam, gdzie pulsowała kobiecość, w tym najczulszym miejscu, które znałyśmy już dobrze, a które i tak wciąż potrafiło zaskakiwać. Klara drżała pod moim ciałem, a jej pieszczoty sprawiały, że każde moje westchnienie stawało się głębsze, bardziej potrzebujące. Napędzałyśmy się wzajemnie fala po fali, rytmicznie, z wyczuciem, jakbyśmy tańczyły w niewidzialnym nurcie, który prowadził nas ku sobie coraz głębiej.
Szefowa usiadła obok, lekko oparta o poduszki. Patrzyła na nas z tym charakterystycznym półuśmiechem, w którym była i zmysłowość, i czułość. Od czasu do czasu pochylała się nad moimi plecami, by musnąć pocałunkiem skórę raz na karku, raz na ramieniu. Czułam też jej dłonie delikatne, pewne na moich pośladkach, przesuwające się wolno, zmysłowo, jakby chciała być tuż przy nas, ale bez zakłócania rytmu, który same nadawałyśmy. W tej chwili byłyśmy jak zamknięty krąg pragnień, dotyku, uważności. Wszystko krążyło między nami: oddechy, gesty, dreszcze i ciche westchnienia.
To ona, nasza Szefowa przerwała rytuał ciszy i splotu, tylko po to, by poprowadzić nas ku nowej formie bliskości. Ułożyła się bokiem, między nami, z czułością i pewnością, jakby układała ostatni element układanki. Jej gest był miękki, wyważony, ale pełen znaczenia od razu zrozumiałyśmy, że oto tworzymy coś więcej niż tylko chwilę, trójkąt namiętności, który pulsował wspólnym rytmem. Moje palce odnalazły jej rozgrzane wnętrze, czułe i gotowe, a jej dłoń, drżąca, ale stanowcza, powędrowała ku Klarze. Klara z kolei, wtulona w nas z rozmarzonym uśmiechem, pochylała się nade mną, ofiarowując mi pieszczoty, które odbierałam z wdzięcznością i zachwytem. Powstał między nami krąg nieprzerwany, pulsujący i nasycony wzajemnym oddaniem.
Języki igrały na granicy szeptu i westchnienia, skóra reagowała jak powierzchnia jeziora falując, drgając, szeleszcząc niewidzialną nutą spełnienia. Każdy z nas prowadził i był prowadzony przez dotyk, oddech, spojrzenie. Napędzałyśmy się nawzajem, splatając swoje zmysły i pragnienia, jakbyśmy znały się od zawsze. Nasze ciała szeptały sobie nawzajem sekrety, których słowa nigdy nie oddadzą. Zbliżenie, które się rodziło, było wspólne. Jedno serce, trzy oddechy, nieskończona fala, aż po sam szczyt. Ruchy przyspieszały, rytm przybrał na sile, jak pędzący strumień, który w końcu przestaje się opierać nurtowi. W cichych okrzykach, w urwanych westchnieniach, w dreszczach biegnących po skórze przyszło spełnienie. Nie osobno, ale razem. Jedna po drugiej, lub wszystkie naraz, zlałyśmy się w tej chwili, której nie dało się zatrzymać ani opisać tylko przeżyć.
Świat spowolnił…
Otulone ciepłem i szeptami, położyłyśmy się razem, z Martą w centrum tak naturalnie, jakby to było jej miejsce od zawsze. Była naszą osią, punktem wspólnym, oddechem, który łączył dwa pozostałe. Klara wtuliła się z jednej strony, ja z drugiej, nasze dłonie szukały siebie nawzajem, nie tyle z pragnienia, co z potrzeby bliskości. Ciała jeszcze drżały, ale to już był inny rodzaj drżenia spokojny, czuły, rozświetlony. Opuszki palców ślizgały się leniwie po biodrach, po ramionach, po wewnętrznej stronie ud, jakbyśmy malowały wzory na jedwabiu. Pocałunki były miękkie, pełne wdzięczności i czułości nie natarczywe, ale szczere, rozkosznie niespieszne. Trwałyśmy tak splecione, nagie nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie, jakby nic więcej nie istniało. Tylko my. Trzy kobiety. Jedno ciepło. Jedno spojrzenie. Jedna chwila, która chciała trwać wiecznie.
Między oddechami, które powoli wracały do swojego rytmu, trwałyśmy jeszcze splecione ciepłe, nagie, miękkie w dotyku i spojrzeniach. Marta leżała pośrodku, a nasze dłonie błądziły leniwie po sobie, jakby ciało drugiej było najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Klara musnęła ramieniem ramię Marty i złożyła pocałunek tuż pod uchem, na granicy skóry i szeptu.
– Wiesz… – zaczęła cicho, uśmiechając się półgębkiem – nie sądziłam, że zmieszczę w sobie tyle czułości naraz.
– A ja nie sądziłam, że do końca wieczoru jeszcze będę w stanie się ruszyć – mruknęła Marta, przymykając oczy z rozkosznym grymasem. – A jednak.
Szefowa oparta teraz o poduszkę, z luźno opadającym na biodra kocem wyciągnęła rękę i pogładziła mój pośladek z taką swobodą, jakby od lat należał do niej. Pochyliła się i musnęła ustami kark Klary, która aż zadrżała, uśmiechając się w odpowiedzi.
– No i co ja teraz z wami zrobię? – szepnęła z teatralnym westchnieniem. – Mam dwie dziewczyny.
Zapadła chwila ciszy, ale nie ta ciężka, nie ta pełna napięcia. To była cisza z przymrużeniem oka, w której brzmiał śmiech, choć jeszcze nie wypowiedziany. Klara i ja spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo ponad ciałem szefowej jedno spojrzenie, pełne pytań, śmiechu, czułości i niepewności.
Nie odpowiedziałyśmy, jeszcze nie, bo żadna z nas nie wiedziała, czy to było tylko „teraz”, czy może coś więcej, ale obie czuły, że cokolwiek to było miało w sobie miękkość, którą chciało się zatrzymać.
– Jak to co? – mruknęłam, całując Klarę w czubek nosa. – Przecież sama nas rozpieszczałaś. Teraz musisz ponosić konsekwencje.
Marta parsknęła śmiechem i przeturlała się między nimi, jakby nagle miała znowu dwadzieścia lat. – Czyli będziecie mnie pieścić, karmić i całować, aż stracę orientację? – mruknęła z udawanym dramatyzmem.
– Mhm – odparła Klara, wtulając twarz w jej szyję. – Ale najpierw… jeszcze chwilkę tak. Nic więcej, tylko wasze ciepło.
Znów zapanowała cisza tym razem miękka jak puch. Tylko oddechy i powolne ruchy dłoni tu po plecach, tam po udzie, po linii żeber, a usta wciąż spragnione, lecz już nie z pożądania, lecz z potrzeby bliskości składały pocałunki tam, gdzie serce biło najgłośniej. Nie wiedziałyśmy, co będzie dalej, ale teraz w tej chwili miałyśmy wszystko, czego potrzebowałyśmy
Powoli opadało napięcie, jakby noc sama szeptała nam do ucha, że pora zwolnić. Leżałyśmy jeszcze przez chwilę splecione, pozwalając, by oddechy znalazły wspólny rytm. Moja dłoń spoczywała na plecach Klary, rysując nieświadomie drobne kręgi, ten gest znałam na pamięć, uspokajał mnie tak samo jak ją. Szefowa przysunęła się bliżej, oparła czoło o moje ramię, a jej palce odnalazły moje na prześcieradle.
– Dziwne, jak szybko człowiek potrafi się poczuć… u siebie – powiedziała cicho, bez swojej zwyczajowej ironii.
Klara uniosła na moment głowę i spojrzała na nas obie, miękko, bez lęku.
– Może to nie miejsce – szepnęła. – Może to ludzie.
Uśmiechnęłam się do niej i musnęłam jej skroń pocałunkiem. Potem odwróciłam się ku Marcie, a nasze spojrzenia spotkały się w krótkim, porozumiewawczym milczeniu. Nie było w nim obietnic. Była zgoda na to, co jest teraz.
Zbliżyłyśmy się jeszcze bardziej, jakby każda z nas szukała dla siebie najbezpieczniejszego kąta w tym splątaniu ramion i oddechów. Kilka czułych pocałunków lekkich, niemal sennych zamknęło ten wieczór klamrą spokoju. Ktoś cicho się zaśmiał, ktoś przeciągnął się leniwie, a potem cisza wróciła, już nie ciężka, tylko kojąca. Zasnęłyśmy tak, jak leżałyśmy blisko, w objęciach, z poczuciem, że choć jutro przyniesie pytania, ta chwila jest bezpieczna. I wystarczy.
Poranek nadszedł cicho, jakby nie chciał obudzić nikogo przedwcześnie. Światło sączyło się przez zasłony, malując delikatne linie na pościeli i ciałach wtulonych w siebie kobiet. Pierwsza poruszyła się Klara. Powoli, jakby wciąż nie do końca pewna, czy noc, którą właśnie przeżyły, była snem czy jawą. Wysunęła się spod ciepła moich ramion i uda oraz szefowej, wzięła jeden z rzuconych na fotel szlafroków i bezszelestnie wyszła do kuchni. Usiadła półnaga na chłodnym krześle, nogi podciągnięte pod siebie. Jej oczy błądziły gdzieś za oknem, zamyślone, ale nie przytłoczone. Było w niej coś kruchego, jakby wewnętrznie mierzyła się z czymś nowym, jeszcze niezdefiniowanym.
Kilka minut później poczułam ciepło po swojej stronie łóżka znikające. Otworzyłam oczy i przez moment patrzyłam na pustą przestrzeń. Potem usłyszałam cichy stukot filiżanki. Wstałam, zarzuciłam na siebie koszulę szefowej i ruszyłam w kierunku kuchni.
Klara siedziała, półnaga w rozpiętym szlafroku, jakby zupełnie nie przejmując się swoją nagością i to mnie uderzyło najbardziej. Wczoraj jeszcze nieśmiała, dzisiaj... piękna w swojej niepewności. Objęłam ją od tyłu, moje piersi przycisnęły się do jej pleców, a dłonie oplotły delikatnie jej talię. Pocałowałam ją w szyję, a ona odetchnęła głośniej.
– Hej – szepnęłam, muskając ustami skórę tuż za jej uchem.
– Hej – odpowiedziała cicho, nie odwracając wzroku od okna.
Nie mówiłam nic przez chwilę, po prostu wtulałam się w nią, chcąc, żeby wiedziała, że jestem, że nie uciekłam.
– Jak się czujesz? – zapytałam w końcu.
Jej palce poruszyły się na filiżance.
– Dobrze... Chociaż... wciąż to sobie układam w głowie.
– Jesteś zła? Na mnie?
Odwróciła się wtedy lekko, tylko tyle, żeby spojrzeć mi w oczy. W tych oczach nie było złości. Było coś głębszego, może zaskoczenie, może... zachwyt pomieszany z lękiem?
– Nie – powiedziała po chwili. – Nie jestem zła. Było... pięknie. Mocno. Inaczej, ale... myślałam, że będziemy tylko my dwie, a teraz... wszystko się zmieniło, prawda?
Pokiwałam głową wolno, nie chcąc niczego przyspieszać. Położyłam dłoń na jej udzie, gładząc je opuszkami, nie dla namiętności, a dla bliskości.
– Może nie wszystko się zmieniło – szepnęłam. – Ale coś się otworzyło. I... chcę być z tobą. Nadal. Nawet jeśli czasem będzie to bardziej skomplikowane, niż myślałyśmy.
Klara znów spojrzała przez okno, ale tym razem z uśmiechem, jakby odrobinę lżejsza.
– Ja też. Tylko... muszę się nauczyć oddychać w tym nowym świecie.
– To nauczymy się razem.
Zostałyśmy tak jeszcze przez chwilę naga, w objęciach nagiej, ciche, z filiżanką chłodniejącej kawy między dłońmi, które wczoraj niosły ekstazę.
Klara wciąż siedziała w tej samej pozycji, choć wyraźnie zmiękczona moją obecnością. Zsunęłam się na krzesło naprzeciwko, obejmując kubek ciepłej herbaty, którą wcześniej nalałam dla niej. Patrzyłyśmy na siebie przez moment nagie okryte tym co było pod ręką, ale nie tylko w fizycznym sensie. Obnażone z masek, bezpośrednie, rozbrajająco prawdziwe. Czułam, że teraz, w tym poranku po wszystkim, nadszedł czas na pytania, które wisiały między nami.
– Klara... – zaczęłam ostrożnie – myślałaś już, co dalej?
Unikała mojego wzroku przez chwilę, bawiąc się jednym ze swoich palców, a potem podniosła oczy. Były tam emocje, wiele emocji. Wzruszenie, strach i coś jeszcze – cicha fascynacja.
– Myślałam. Ale... nie wiem. Wczoraj było jak z innego świata. Ekscytujące, intymne, intensywne, ale to był też moment. Chwila. Coś, co... może miało się wydarzyć, ale niekoniecznie musi się powtarzać.
Pokiwałam głową.
– Rozumiem. Naprawdę. I nie chcę, żebyś czuła, że musisz coś wybrać albo się na coś zgadzać. Chcę wiedzieć, co czujesz. Czy wciąż jesteśmy tylko my dwie? Czy... chcesz, żeby Marta była z nami? Tak... na stałe?
Zamilkła na chwilę. Odłożyła filiżankę i położyła dłoń na mojej.
– Kocham cię – powiedziała cicho, z prostotą, która aż mnie ścięła. – To się nie zmienia, ale nie potrafię jeszcze odpowiedzieć sobie, kim dla mnie dokładnie jest ona. Wczoraj byłam jej ciekawa ze względu na Ciebie i może nadal jestem, bo widzę jaki ma magnetyzm w sobie na Ciebie, lecz... nie wiem, czy chcę dzielić cię na dłużej.
Wzięłam jej dłoń w swoje i ucałowałam wierzch.
– Ja też cię kocham, Klaro i nie musimy teraz decydować. Nie musi to być wszystko albo nic. Nie chcę, żebyś się bała, że ją wybieram. Bo to ty jesteś moim domem. To się nie zmienia, cokolwiek postanowimy.
Uśmiechnęła się przez łzy.
– A jeśli kiedyś... zatęsknimy za tamtą intensywnością? – Zawahałam się. – To wtedy wrócimy do rozmowy. Razem bez żadnych ukrytych gestów, niedomówień. Jeśli to ma być coś więcej niż my dwie, musi być uczciwe i... wspólne.
Klara skinęła głową i wstała, podchodząc do mnie. Przysiadła na moich kolanach, naga i ciepła. Przytuliła się, głowę opierając na moim ramieniu.
– Dobrze. Na razie... chcę tylko ciebie, ale dziękuję, że pytasz.
Pocałowałam ją w czoło.
– Zawsze będę pytać.
Siedziałyśmy tak przez chwilę, splątane, nagie, ale spokojne. Choć odpowiedzi nie były jeszcze ostateczne, ziarno szczerości zostało zasiane. I to wystarczyło na ten poranek. Oparłam delikatnie czoło o jej czoło, przymykając oczy. Moja dłoń instynktownie odnalazła jej twarz kciukiem musnęłam policzek, potem zsunęłam go powoli ku szyi, kreśląc po niej niewidzialne linie, jakby chciała zostawić tam ślad otuchy, czułości. Klara westchnęła cicho, nieco drżąco, ale nie odsunęła się. Czułam, że to dla niej ważne ten dotyk, ta bliskość.
– Nie jesteś sama z tymi myślami – szepnęłam, ledwie dosłyszalnie.
– Wiem – odpowiedziała równie cicho, otulając mnie ramionami.
I wtedy właśnie, jakby podkreślając nieprzewidywalność tej nowej rzeczywistości, rozległ się stukot bosych stóp na drewnianej podłodze. W drzwiach kuchni stanęła ona, Marta, moja szefowa. Z rozwianą podomką ledwo zakrywającą ciało, pończochami z delikatnym połyskiem i tym charakterystycznym, promiennym uśmiechem, który wyglądał jakby należał do kobiety po triumfie... albo po bardzo dobrej nocy.
– Dzień dobry, moje piękne – rzuciła z rozbrajającym spokojem, jakby wchodziła do własnej kuchni po zrobieniu porannej jogi.
Zamarłyśmy z Klarą w tym uścisku, choć żadna z nas się nie odsunęła. Moje czoło wciąż dotykało jej czoła, nasze ręce nadal się splatały, a w oczach pojawił się ten sam cień niepewności, która właśnie wkroczyła do kuchni uśmiechnięta i naga, choć ubrana w koronki i satynę. Klara spojrzała na mnie ukradkiem. Ja odwzajemniłam spojrzenie i od razu, instynktownie, przyciągnęłam ją do siebie mocniej. Chciałam, żeby wiedziała: to, co między nami, to więcej niż epizod. Szefowa zbliżyła się do blatu, nalała sobie kawy, zupełnie jakby czytała nasze emocje i uznała, że chwilę jeszcze nam da.
– Dobrze spałyście? – rzuciła przez ramię, zerkając ukradkiem. – Wyglądacie... przeuroczo razem.
Klara lekko się zarumieniła, ale uśmiechnęła się. Ja tylko westchnęłam i uniosłam brew, z udawaną dezaprobatą, choć kąciki moich ust zdradzały coś innego.
– Wyspane. Jesteśmy... w trakcie porannej herbaty i egzystencjalnych pytań – odparłam.
– A, więc to ja chyba wejdę z croissantem i miętą? – zażartowała, siadając niedbale przy stole, krzyżując nogi. – Obiecuję być cicho. Prawie.
W kuchni zapanowała mieszanka ciszy i niedopowiedzianych emocji, które pachniały kawą, herbatą i czymś więcej nieznanym, intensywnym i prawdziwym.
Szefowa, z filiżanką kawy w jednej dłoni, drugą nonszalancko poprawiła podomkę, choć ta i tak więcej odkrywała, niż zakrywała. Usiadła przy stole naprzeciwko nas, jakby wcale nie dzieliło nas coś, co zaledwie kilka godzin temu było tak... niecodzienne, a może właśnie dlatego bo już nie było między nami nic do ukrycia?
– Macie bardzo spokojne poranki – rzuciła z uśmiechem, kręcąc lekko łyżeczką w filiżance. – U mnie zwykle dzwoni telefon i ktoś chce „tylko na sekundkę” konsultację o szóstej trzydzieści pomimo weekendu.
– Może powinniśmy robić więcej takich nocy – odpowiedziałam z lekkim przekąsem, przytulając Klarę jeszcze mocniej. – Skutki są zdecydowanie mniej stresujące niż poranna neurochirurgia.
Klara parsknęła cicho, zerkając na szefową nieco onieśmielonym wzrokiem, ale już bez wcześniejszego skrępowania. Może to była ta różnica między „wtedy” a „teraz”. Po wszystkim coś się w niej zmieniło.
– Właściwie… – zaczęła niepewnie, przygryzając wargę – chciałam wam podziękować. Za… no, za wszystko. Wczoraj. To było… – urwała, jakby szukała właściwego słowa.
– Piękne? – zapytała szefowa miękko. – Prawdziwe?
Klara przytaknęła, a ja... spojrzałam na nią, jakby widząc ją pierwszy raz na nowo.
– I trochę jak sen – dodałam cicho. – Ale taki, którego nie chcesz zapomnieć.
Szefowa napiła się kawy i oparła łokieć o stół, przyglądając się nam przez moment.
– Wiesz, Klara – powiedziała – nieczęsto spotyka się kogoś, kto potrafi być tak wrażliwy, a jednocześnie tak… odważny. Nie bałaś się tego, co czułaś. Nie uciekłaś.
– Może... bałam się, ale nie uciekłam – poprawiła ją Klara. – To różnica.
– Ogromna – szepnęłam, wodząc dłonią po jej plecach. – I jesteśmy ci za to wdzięczne.
Przez chwilę było cicho. Nikt nie czuł potrzeby mówienia czegoś więcej. Było coś intymnego nawet w tej chwili ciszy ciepło porannego światła na kuchennym blacie, zapach herbaty i kawy, miękkość skóry, wspomnienia, które miały dopiero się ułożyć.
Szefowa zaśmiała się nagle cicho.
– Co za ironia… Nigdy nie myślałam, że najintymniejsze rozmowy z wami będą w pończochach i podomce.
– My chyba też nie – odpowiedziała Klara, uśmiechając się szeroko.
I tak siedziałyśmy. Trzy kobiety. Trochę pogubione, ale uważne. Trochę śmiałe, ale czułe. W jednej kuchni, po jednej nocy, która wszystko zmieniła… albo właśnie sprawiła, że nie musimy już niczego udawać.
– To co? – mrugnęła szefowa. – Śniadanie? Czy kolejna kawa, zanim wrócimy do świata?
– Może wszystko naraz? – zapytałam, a Klara tylko cicho się zaśmiała, opierając głowę o moje ramię.
– Śniadanie, … a może po wszystkim szybki prysznic? – zapytała szefowa z lekkim uśmiechem, patrząc na nas spod oka. – Zdecydowanie czeka nas pełen dzień. Czas na odrobinę relaksu przed rzeczywistością.
Klara spojrzała na mnie, jej oczy pełne spokoju, ale i jakiejś ukrytej ekscytacji, jakby już wiedziała, co się zaraz wydarzy.
– Dlaczego nie? – odpowiedziałam, czując, jak serce zaczyna bić szybciej. – Tak, to świetny pomysł.
Szefowa wstała z miejsca, unosząc filiżankę do ust, a jej wzrok był pełen sugestii, jakby już wiedziała, co za chwilę się stanie. Odłożyła filiżankę na stół i skinęła głową.
– Ciepła woda, przestronny prysznic… To będzie idealne do zakończenia poranka.
Spojrzałam na Klarę, która była już prawie gotowa, by ruszyć. Pomieszczenie stawało się cieplejsze, a napięcie w powietrzu coraz bardziej wyczuwalne.
– To będzie zabawa – szepnęłam w stronę Klary, a ona zaśmiała się, delikatnie przyciągając mnie do siebie, jakby żegnając ostatnie ślady skrępowania, które minęły po nocy pełnej emocji.
Po chwili wszystkie byłyśmy w drodze do łazienki, gdzie ciepła woda z prysznica oświetlała nasze twarze, a zapach żelu pod prysznic i pary tworzył atmosferę intymności i delikatności. Na moment wszystko się wyciszyło, ale te małe gesty, jak wzajemne dotknięcia i śmiech, wprowadzały atmosferę pełną zaufania.
Wszystko w swoim czasie.
Wszystkie przeszłyśmy do łazienki, a zapach ciepłej wody mieszał się z delikatną wonią żelu pod prysznic, tworząc atmosferę spokoju i bliskości. Klara była tuż obok mnie, jej dłoń lekko dotykała mojej, czując, jak woda delikatnie spływa po naszej skórze. Nie musiałam nic mówić, wszystko było w tych spojrzeniach, w cichych gestach, które mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa. Marta weszła za nami, jej krok pewny i zmysłowy. W jej oczach było coś, co sugerowało, że potrafi cieszyć się tą chwilą, wiedząc, jak ważna jest dla nas – dla mnie, dla Klary. Uśmiechnęła się szeroko, gdy dostrzegła, jak zaczynamy się poruszać w rytm tej małej, intymnej chwili. Czułam, jak nasze ciała zaczynają się zbliżać, ale wszystko w takiej subtelnej grze, pełnej czułości.
Klara dotknęła moich pleców, a ja poczułam jej ciepło, jej dłoń delikatnie muskała moją skórę. Później, kiedy nasze spojrzenia spotkały się, poczułam, jak napięcie opada, jakby cała noc i poranek stały się tłem dla tej prostszej, ale równie pięknej chwili. Szefowa patrzyła na nas, z lekkim uśmiechem na twarzy. Podchodząc bliżej, na moment stanęła obok mnie. Woda lśniła na jej skórze, a ja poczułam jej obecność jeszcze bardziej, kiedy jej dłoń dotknęła mojego ramienia. To był jeden z tych momentów, kiedy żadne słowa nie były potrzebne. Woda ciepła, ciała wilgotne, a ja wciągnęłam głęboko powietrze, czując jak bliskość wypełnia każdą przestrzeń. Potem, jakby z niespieszną pewnością, Klara i ja zaczęłyśmy wzajemnie myć nasze ciała. Każdy dotyk był pełen zmysłowej uwagi, jakby to była nie tylko chwila relaksu, ale też subtelna gra, gdzie każde muśnięcie miało swoją wagę. Zaczęłam gładzić jej plecy, czując jak woda spływa po naszej skórze, a każdy gest był tak pełen czułości, jakby czas miał dla nas zwolnić na zawsze.
Szefowa uśmiechnęła się, patrząc na nas, po czym podeszła, by dołączyć do tego rytuału. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, w jej oczach dostrzegłam tę samą harmonię, jaką odczuwaliśmy wewnątrz siebie. Potem nasze ręce zaczęły się delikatnie łączyć, a pocałunki były pełne ciepła, wody i tej wyjątkowej, subtelnej energii. Każdy z nas na chwilę zapomniał o wszystkim, zanurzeni w tej przestrzeni, w tej chwili. Był to czas pełen ciszy, jakby wszystko w tym momencie istniało tylko dla nas dla tej małej wspólnej chwili. Ciepła woda, pocałunki, dotyki, a w powietrzu tylko ta nieuchwytna energia, która tworzyła z nas jedność, pełną zmysłowości i delikatności.
Ciepły strumień wody spływał po naszych ciałach, jakby chciał obmyć noc pełną czułości i pożądania, a zarazem zachować jej smak na skórze. Klara była centrum wszystkiego jej oddech, jej spojrzenia, jej delikatne drżenia wyznaczały rytm tego poranka. Stała naprzeciwko mnie, a ja wplotłam dłonie w jej mokre włosy, by zanurzyć się w jej ustach. Całowałam ją długo, miękko, jakby ten pocałunek miał nas rozgrzać bardziej niż woda z baterii.
W tym czasie Marta wtulała się we mnie z tyłu, cicho, spokojnie, jej dłonie przesuwały się po talii Klary, po jej brzuchu, zbliżając się niżej z takim wyczuciem, jakby znała każdą nutę czułości. Klara jęknęła cicho między naszymi ustami, a potem odwróciła się ku niej by poczuć jej usta, by odwzajemnić bliskość. Ja zaś otoczyłam Klarę ramionami od tyłu, ujmując jej piersi, pieściłam je w rytmie jej westchnień, wciąż czując jej oddech, który odbijał się echem od wilgotnych ścian kabiny.
Przesunęłyśmy się na siedzisko, które dawało chwilę wytchnienia. Klara usiadła na moich udach, otulona nami jak skrzydłami. Zbliżyłam twarz do niej, a ona spojrzała na mnie tym spojrzeniem, które zawsze mnie łamało czystym, głębokim, prawdziwym. Marta pochyliła się ku nam, i w tej jednej chwili nasze usta spotkały się w potrójnym pocałunku ciepłym, wilgotnym, przepełnionym wspólnym oddechem, a potem nasze dłonie powędrowały do Klary. Czułam pod palcami napięcie jej skóry, to miękkie napięcie kobiecego ciała rozkochanego i bezbronnego w swojej otwartości. Każdy gest, każda pieszczota była jak pieśń delikatna, ale niepokojąca, głęboka, ale pełna światła. Tuliłyśmy ją we dwie, jakby świat na zewnątrz przestał istnieć, a może i tak się stało na moment, w którym były tylko nasze ciała, nasze serca i ta poranna cisza pod strugami wody.
Czułam pod palcami miękkość jej skóry ciepłą, wilgotną, napiętą od drżeń, które co chwilę przebiegały przez jej ciało. Klara była jak rozkwitający kwiat pod wodą, otulony naszymi dłońmi i oddechami. Jedną ręką pieściłam jej pierś, delikatnie, z wyczuciem, zatrzymując się na chwilę przy napiętym sutku, a drugą powoli, świadomie wsunęłam między jej uda, odnajdując to miejsce, gdzie wrażliwość spotykała się z pulsującym pragnieniem. Była tam gorąca, miękka i drżąca, jakby sama bliskość wystarczała, by wzniecić iskrę. Marta również nie pozostawała bierna jej dłonie błądziły po Klarze niespokojnie, jakby nie mogła się zdecydować, co bardziej ją przyciąga gładkość uda, krzywizna biodra, czy łuk piersi. Ich drogi krzyżowały się ze sobą i z moimi, ale nie przeszkadzały, tworzyły jakąś dziką harmonię, jakby nasze ciała znały się od zawsze, a poranek pod prysznicem był tylko naturalnym ciągiem dalszym tej intymnej opowieści. Klara oddychała szybko, z cichym jękiem otwierając usta, kiedy muskałam ją tam, gdzie była najbardziej bezbronna, a ja czułam, jak bardzo ją kocham, nie tylko w tym cielesnym, porannym uniesieniu, ale całym sobą, całym sercem. Tuliłam ją od tyłu i z każdą pieszczotą pragnęłam powiedzieć, że jest najpiękniejsza i może właśnie to mówiły moje palce, moje usta, moje westchnienia.
Usiadłam wygodnie w narożniku kabiny, opierając się o chłodne szkło. Klara wtuliła się we mnie z cichym westchnieniem, jej ciało przywarło do mojego plecami, a rozchylone uda oparły się o moje biodra. Czułam, jak biło jej serce, jak oddychała głęboko, cała drżała w tym oczekiwaniu, w tej bezbronnej gotowości. Marta przyklękła przed nią, jakby przed świątynią zmysłów, i z niezwykłą czułością pochyliła się do pocałunku, którego nie sposób było pomylić z żadnym innym. Klara zadrżała gwałtownie, a jej dłonie sięgnęły do moich ud, jakby szukała zakorzenienia. Objęłam jej piersi, ścisnęłam lekko, wyczuwając, jak każdy ich ruch odpowiadał na to, co działo się niżej. Całowałam ją w kark, w linię szyi, gdy tylko odchylała głowę, a kiedy odwracała się do mnie z ustami rozchylonymi zbliżałam swoje i pozwalałam, by łączyły się w pocałunku, pełnym napięcia, które wibrowało między naszymi ciałami.
Była piękna w tej bezbronności. Cała, pulsująca, rozkwitająca drżała od języka naszej kochanki i moich pieszczot. Każdy pocałunek, każdy dotyk był jak odpowiedź na westchnienie. Mając ją tak blisko, czułam, że jestem częścią czegoś rzadkiego, niemal świętego harmonii trzech ciał, które się nie gubią, tylko odnajdują, jedna w drugiej. Czułam, jak ciało Klary napinało się coraz mocniej, jak oddech urywał się w krótkich spazmach. Język Szefowej pracował rytmicznie, z wprawą i oddaniem, a Klara wtulona we mnie, odsłonięta i bezbronna wiła się zmysłowo, drżąc całą sobą. Jej biodra falowały, mięśnie napinały się jak struna, aż wreszcie przeszył ją dreszcz tak gwałtowny, że prawie mnie odepchnęła. Zacisnęła uda na twarzy naszej kochanki, a ja trzymając ją mocno starałam się dać jej oparcie, gdy z rozkoszy niemal unosiła się w powietrze. Jej jęki były jak pieśń nieposkromiona, dzika, a zarazem czysta w swojej prawdzie. Poezja namiętności ogarnęła nas we trzy niczym fala, której nie chciałyśmy zatrzymać. Przytuliłam ją mocniej, całując w czoło, potem w policzek, aż w końcu dotknęłam ust cichych, drżących jeszcze. Moje dłonie błądziły po jej ciele z delikatnością, jakby chciały ułaskawić napięcie, które jeszcze nie całkiem opadło. Czułość mieszała się z wdzięcznością, a ja szeptałam coś do niej bez słów samym dotykiem, głaskaniem, obecnością. Tylko my, tylko teraz.
Zamknęłyśmy się w potrójnym pocałunku, pełnym ciepła, wdzięczności i tego niewypowiedzianego porozumienia, które rodzi się tylko wtedy, gdy dusze i ciała mówią jednym językiem. Usta Klary dotykały moich z czułością i smakiem, by po chwili odnaleźć szefową, a ja pozwalałam sobie trwać pomiędzy nimi zanurzona w miękkim chaosie bliskości. Marta odsunęła się nieco i usiadła na siedzisku w kabinie, opierając się wygodnie, z rozchylonymi udami, jakby zapraszała nas obie do siebie, bez słów, tylko spojrzeniem. Klara zareagowała instynktownie z pasją, która nie znała zawahania, zanurkowała między jej uda i rozpoczęła swoją pieszczotę z takim oddaniem, jakby to był akt miłości, nie tylko fizycznego pragnienia. Było w tym coś pięknego. Klara znała ciało kobiety wiedziała, jak je prowadzić ku uniesieniu, i robiła to z czułością niemal nabożną. Przysunęłam się bliżej, siadając przy Szefowej z boku, wtuliłam się w nią całując obojczyk, potem szyję, piersi, które unosiły się z każdym oddechem coraz szybciej. Pozwalałam jej oddychać we mnie, reagować na to, co dawała jej Klara. Moje pocałunki były spokojniejsze, opiekuńcze, jakby chciały dać jej zgodę na pełne zatracenie. Czułam, jak ciało szefowej zaczynało się poruszać najpierw subtelnie, potem coraz intensywniej. Uniosła jedno kolano, a dłonią podtrzymała je pod ugięciem, otwierając się jeszcze bardziej, jeszcze odważniej. Drżała pod naporem języka Klary, której dłonie spoczywały na jej biodrach. Woda ze słuchawki spływała po jej piersiach, rozmywała napięcie w parujących kroplach, a wnętrze prysznica wypełniały jęki ciche, ale nie dające się pomylić z niczym innym.
Byłyśmy razem. Obserwowałam, jak przyjemność wspina się w niej na wyżyny i byłam przy niej. Całym sobą. Czułam, jak Marta coraz głębiej zanurzała się w tym wirze, który Klara z takim oddaniem i pasją rozpętała między jej udami. Jej ciało falowało pod moimi dłońmi jak liść poruszany wiatrem raz łagodnie, raz z nagłym szarpnięciem, jakby nie była już w stanie utrzymać się w granicach własnej skóry.
Objęłam ją od boku, tuląc do siebie z troską, osłaniając jakby przed samą intensywnością tej rozkoszy. Moje dłonie spoczęły na jej piersiach, które unosiły się w przyspieszonym rytmie. Gładziłam je z czułością, a potem usta moje odnalazły jej szyję, tak delikatną, tak napiętą, jakby każdy pocałunek miał wybrzmieć echem pod skórą. Marta oddychała już urywanym tchem. Słyszałam, jak jęk wyrywa się z jej gardła niekontrolowany, drżący, prawdziwy. Jej palce zacisnęły się na moim udzie, biodra uniosły, a potem przylgnęły do twarzy Klary, która trwała tam wierna i nieustępliwa, niczym modlitwa w ciele i wtedy przyszło to, dreszcz, który przeszył ją od środka, jak fala świetlistej ekstazy. Jej ciało zadrżało w moich ramionach, a usta otworzyły się w bezgłośnym westchnieniu. Czułam, jak traciła grunt, a ja byłam tam, by ją podtrzymać całując, kojąc, pozwalając jej rozpaść się na kawałki, tylko po to, by zaraz na nowo złożyć ją w spokoju i miłości.
Wciąż rozedrgane, zanurzone w ciepłej mgle prysznica i siebie nawzajem, pozwalałyśmy, by ciała mówiły dalej w gestach, w spojrzeniach, w szeptach przy skórze.
Oparłam się plecami o śliską ściankę kabiny, chłodną i twardą, przez co jeszcze intensywniej czułam na sobie ciepło jej ciała, kiedy szefowa przysunęła się bliżej. Jej wzrok był skupiony, pewny, a w dotyku pojawiła się czułość przemieszana z głodem, który znałam i za którym tęskniłam, nawet kiedy już był tak blisko. Jej dłoń spłynęła po moim biodrze, niżej, wędrując zmysłowym szlakiem między moimi udami. Westchnęłam cicho, gdy jej palce zatoczyły pierwsze powolne koła na napiętej skórze, jakby pisała na niej litery językiem, który rozumiało tylko moje ciało. Potem zanurzyła się we mnie z czułością, ale bez wahania, a usta znalazły się przy moich piersiach, całując je miękko, jakby odprawiała modlitwę w pieszczotach. Przesuwała się wyżej, aż do szyi, do moich ust, a każdy pocałunek smakował namiętnością, która rosła w nas od początku tej nocy.
Poczułam Klarę za mną, cicho, czule, jakby zjawiała się z innego wymiaru czułości. Objęła szefową od tyłu, a jej palce, lekko drżące z ekscytacji, zanurzyły się w niej głęboko, z precyzją, która zdradzała znajomość każdego drgnięcia, każdego jęku. Marta wygięła się lekko, porwana podwójną falą tą, którą rozdawała mnie, i tą, którą Klara obdarzała ją samą. Zamknięte w tym wspólnym kręgu, czas się zatrzymał, a każda z nas była ogniwem w łańcuchu, który pulsował życiem i namiętnością popychałyśmy się wzajemnie dalej. Ruchy dłoni, języków, spojrzenia pełne przyzwolenia. Oddechy mieszały się z parą prysznica. Wzajemność stała się ogniem. Czułam się rozpięta między ich ciałami i emocjami, jakbyśmy razem tańczyły w ciszy, która mówi więcej niż jakiekolwiek słowo.
Marta drżała w moich ramionach z każdym muśnięciem Klary, z każdą falą, która przetaczała się przez jej ciało, aż w końcu… widziałam to w jej spojrzeniu, słyszałam w urwanym oddechu jak coś w niej pękło, rozlewało się, rozświetlało. Zacisnęła dłoń na moim biodrze, jakby chciała się jeszcze przez moment zakotwiczyć w rzeczywistości zanim całkiem odpłynie. Klara przytrzymywała ją cicho, z troską. Otuliłyśmy ją ramionami i czułością.
Nie minęło wiele czasu, gdy ręce obie zaczęły mnie unosić dosłownie i w przenośni wciągając w nowy nurt wspólnego uniesienia. Poddałam się temu bez oporu, z wdzięcznością. Moje ciało powoli zostało przeciągnięte do pozycji stojącej, jeszcze odrobinę rozedrgane, ale już gotowe na nowy dotyk, nowe pieszczoty. Oparłam się o jedną ze ścian kabiny, a Klara natychmiast wtuliła się we mnie od tyłu – piersiami, brzuchem, policzkiem przy karku. Jej obecność była jak kojąca mgła, miękka i ciepła. Objęła mnie ciasno w talii, a potem wyżej jej dłonie zatrzymały się na moich piersiach, których czułość potęgowała napięcie. Pocałowała mnie w szyję delikatnie, niemal szeptem. Gdy odwróciłam twarz, nasze usta spotkały się w czułym, wilgotnym pocałunku, który był bardziej jak przysięga niż pragnienie. W tym czasie moja imienniczka, która klęknęła tuż przede mną, uniosła wzrok, a w jej spojrzeniu nie było nic prócz skupienia i pragnienia, by dawać. Dotyk jej języka był jak uderzenie gorąca w chłodnej wodzie nagły, miękki, a zarazem intensywny. Zadrżałam cała, moje biodra same odnalazły rytm. Jej usta kreśliły po mnie czułe kręgi, koliste zaklęcia, które odbierały mi tlen i zmysły. Reagowałam instynktownie wyginając się, drżąc, chwytając Klarę za ramię, za kark, za włosy szukając punktu zaczepienia w tej fali błogiej rozkoszy. Klara przytrzymywała mnie mocniej, wtulona jak cień. Jej ramiona obejmowały mnie ciasno, dłonie ugniatały piersi z czułością, która koiła, gdy język Marty szalał niżej. Usta Klary wędrowały po mojej szyi, szeptały pocałunkami, przerywane moimi jękami, aż w końcu… sama się w nich zatracałam, całując ją z głębi, zachłannie, jakby wszystko miało się od tego rozpłynąć.
Czułam, że zbliżałam się do granicy, której nie da się już zatrzymać. Nie potrafiłam już stać stabilnie. Fale rozkoszy przebiegały przez moje ciało jak ciepłe błyskawice, łamały mnie w środku, zabierały grunt spod stóp. Palce Marty, jej język, jej intensywność, to wszystko było jak burza, której nie sposób przeczekać. Byłam zupełnie otwarta, rozkołysana, bezbronna. Wtedy Klara, moja Klara… przyjęła mnie w ramiona tak, jakby zawsze miała tam być. Zsunęła się niżej i zrobiła z siebie miękkie siodełko, podtrzymując mnie udami i ramionami, przyjmując cały mój ciężar z czułością, która odbierała mi oddech jeszcze bardziej niż namiętność. Oplotła mnie ciasno w pasie, przytuliła piersiami do moich pleców i szeptała mi wprost do ucha.
— Kocham cię… — mówiła raz po raz, miękko, niemal drżąco, między kolejnymi pocałunkami, którymi obsypywała moją szyję, kark, ramię. — Jesteś moja. Kocham cię…
Jej słowa mieszały się z moim oddechem, coraz szybszym, coraz płytszym, aż prawie łkającym. Nie wiedziałam już, co bardziej mnie unosiło słowa Klary, jej ciepło, czy ten szaleńczy wir między moimi udami, który szefowa kreśliła bez opamiętania. Jej język był jak ogień i woda jednocześnie niestrudzony, niepohamowany, łagodny i wściekły. Zatapiała się we mnie, jakby znała każdy mój drgający nerw, każdy impuls, każdy pragnący zakamarek.
Chciałam się zatrzymać, ale nie potrafiłam. Klara mnie przytrzymywała, jak kotwicę w środku sztormu, ściskając mnie za piersi, głaszcząc po brzuchu, przytrzymując w pasie, gdy moje biodra zaczęły falować same z siebie, jakby gubiły rytm i zarazem go odnajdywały aż nadeszło — rozkosz jak eksplozja światła, jak wybuch w sercu. Całe moje ciało spięło się, zesztywniało w drżeniu, a potem rozpadło na tysiąc cząstek w ramionach Klary, w pieszczotach Marty, w czułości, która nie znała końca. Z jękiem zatonęłam, a Klara tuliła mnie mocniej, kołysząc lekko, jakby chciała utulić moje zmęczenie, mój bezwład, moje zgaszone napięcie. Całowała mnie w kark, w czubek głowy, trzymając mnie bezpiecznie, gdy moje ciało powoli wracało na ziemię.
— Mam cię, jestem tu… — szeptała, a ja, pomiędzy westchnieniem a uśmiechem, wiedziałam, że to prawda.
Jej twarz była wciąż blisko mojej, rozgrzana, rozpromieniona, z rozchylonymi ustami, które drżały od oddechu. Nie mogłam się powstrzymać moje usta sięgnęły jej ust łapczywie, zachłannie, jakby wciąż pragnęły poczuć ten sam smak, tę samą dzikość, ten sam pulsujący ogień, który doprowadził nas do granicy.
Marta jęknęła cicho w pocałunku i objęła mnie mocno, znów przywierając do mnie całą sobą. Jej dłoń była na mojej talii, jakby chciała się upewnić, że nie odlecę. Klara wciąż przytulona z tyłu zaczęła całować mnie po karku, a potem przeniosła się wyżej, do mojego policzka, ust, aż wplątała się w nasz pocałunek z szefową. Jej czułość była inna delikatniejsza, choć wcale nie mniej namiętna. Jej język tańczył między naszymi ustami, łagodnie, a zarazem pewnie. Czułam, jak świat wokół zaczynał się zlewać, tracić ostrość, wszystko, co istniało, było tu, w tym splocie warg, oddechów, spojrzeń. Całowałyśmy się naprzemiennie, raz ja z Klarą, raz z szefową, one ze sobą z ogniem, z głodem, z rozkosznym zawieszeniem między pragnieniem a sytością.
Płynnie zmieniłyśmy pozycję, nasze ciała przesunęły się, jakby znały choreografię, jakby jedna potrzeba wynikała z drugiej. Klara usiadła okrakiem na moim udzie, szukając moich ust, a Szefowa przylgnęła do mojego boku, łapiąc między palce mój policzek i przyciągając mnie do siebie. Ich usta spotykały się raz na mojej skórze, raz na sobie nawzajem, a potem znów ze mną. W kółko, bez końca. Ten pocałunkowy wir nie był już tylko fizycznością, był czułością w najczystszej postaci, jakbyśmy chciały każdą z nas naznaczyć sobą. Od nowa. Bez słów, bez podziałów, bez pytań.
W kabinie było ciepło, parno, intymnie. Strużki wody powoli przestawały padać, jakby same uznały, że nic więcej nie trzeba. Byłyśmy tylko my. Trzy kobiety, jeden oddech, jedno bicie serc przeplecione w pocałunkach jak w pieśni bez końca. Woda sączyła się jeszcze przez chwilę, łagodnym, prawie sennym strumieniem. Stałyśmy przytulone, spokojniejsze, jakby każda z nas chciała zostać w tej chwili odrobinę dłużej. Klara jako pierwsza się poruszyła, ujęła słuchawkę prysznica i bez słowa zaczęła delikatnie spłukiwać nasze ciała. Z czułością, wręcz nabożnie, jakbyśmy były czymś więcej niż tylko trzema kobietami niczym symbolem świętości.
Szefowa mruknęła z półuśmiechem:
– Zaczęło się od niewinnej rozmowy o Was…
Spojrzałam na nią przez ramię, a potem na Klarę, która właśnie myła mi kark.
– No cóż – odparłam z udawanym westchnieniem – nie spodziewałam się, że najgorętszy prezent będzie miał dwie pary rąk i własną agendę.
– Agenda była kolektywna – rzuciła Klara, całując mnie w łopatkę. – A prezent był interaktywny.
Zaśmiałyśmy się, cicho, miękko, jakby przez mgłę, którą zostawiła za sobą fala namiętności. Po kolei, powoli, umyłyśmy się nawzajem zresztą nie pierwszy raz, ale tym razem było inaczej. Uważniej, delikatniej, jakbyśmy chciały sobie powiedzieć, że niczego nie żałujemy.
Gdy wyszłyśmy spod prysznica, parne powietrze otuliło nas miękkością, a nasze ciała nagie, wilgotne, swobodne nie potrzebowały już żadnego wstydu. Klara wyciągnęła rękę po ręczniki, ale szefowa machnęła dłonią:
– Nie. Idziemy tak, nago, żeby ten dom też wiedział, co się tu wydarzyło.
– On wie – mruknęłam rozbawiona. – Ściany zapamiętały i podłoga.
Szefowa puściła do mnie oko, a Klara zakręciła oczami teatralnie, choć z uśmiechem. Przeszłyśmy przez salon w świetle lampek choinkowych, które nadal migotały, jakby nic się nie wydarzyło, a jednocześnie jakby wszystko się zmieniło.
W sypialni rzuciłyśmy się razem na łóżko, bez zbędnego układania się. Byłyśmy splątane ręce, nogi, policzki na ramionach, brzuchy przy plecach. Czułam ciepło ich skóry. Czułam miękkość pościeli, ciężar zmęczenia i lekkość szczęścia.
– Zimno mi trochę – szepnęła Klara i przytuliła się mocniej.
– W takim razie muszę cię przytulić mocniej – mruknęła szefowa i przesunęła się bliżej, obejmując nas obie jednym ramieniem.
Zamruczałam cicho z zadowoleniem.
– To… co teraz? – spytała Klara, cicho, z niepokojem w głosie.
– Teraz? – powtórzyła szefowa, gładząc mnie po biodrze. – Teraz drzemka, potem trzeba się ogarnąć. Jutro zastanowimy się, czy musimy panikować.
– A jeśli nie chcę panikować? – mruknęła Klara.
– To nie panikuj. – Ucałowałam ją w czoło. – Jesteśmy razem. I to się wydarzyło nie przez przypadek.
– I było… – zaczęła Klara, po czym uciekła wzrokiem.
– Było cudowne – dokończyłam za nią.
Szefowa spojrzała na mnie uważnie, a potem cicho powiedziała:
– Nie wiem, co będzie jutro, ale dziś… jestem wam wdzięczna. Za wszystko, za ciepło, za zaufanie, za to, że nie muszę grać żadnej roli.
Leżałyśmy jeszcze chwilę w milczeniu. Świat był daleko, a tu, pod kołdrą, był nasz azyl z oddechami zsynchronizowanymi i sercami bijącymi nieco spokojniej.
A potem Klara szepnęła:
– Jak wstanę, chyba zrobię nam kawę, ale najpierw… chcę się obudzić z wami.
Wtedy, zamiast odpowiedzieć, tylko przytuliłam ją mocniej i Martę też.
Wiedziałam, że czegoś takiego się nie planuje. Po prostu się pozwala, żeby się wydarzyło.
Leżałyśmy w ciszy. Ciepłe oddechy splatały się z zapachem mokrych włosów i rozgrzanych ciał, a pościel, choć pognieciona, była jak kokon szczelny, miękki, bezpieczny. Przez lekko uchylone okno słychać było skrzypienie śniegu gdzieś daleko, może pod butami przechodnia, może pod łapami bezpańskiego kota. Nie spałam, oczy miałam półprzymknięte, ale umysł czuwał nie z niepokoju, lecz z zadziwienia. Leżałam w środku dosłownie, Klara z jednej strony wtulona w nią z dziecięcą ufnością, a Marta z drugiej, cicho oddychająca, z dłonią wciąż opartą na jej talii. Było mi dobrze. Tak po prostu dobrze, ale gdzieś głęboko cicho otwierała się nowa przestrzeń. Nie tylko wspomnienie pocałunków czy dreszczy przyjemności. Coś więcej, coś, co nie mieściło się w jednej nocy. "Może to nie było chwilowe," przemknęło mnie przez myśl. "Może to… początek?"
Związek. Związek we trzy. Słowo samo w sobie brzmiało niecodziennie, jakby wyjęte z bajki albo manifestu, ale tu, w ciszy po rozkoszy, nie czuło się ani nierealne, ani abstrakcyjne. Czuło się… możliwe. Naturalne.
Spojrzałam na Klarę, której oddech był spokojny, a potem na szefową, która właśnie lekko poruszyła się we śnie i przysunęła jeszcze bliżej, jakby podświadomie czuła, że chce być bliżej.
„One się dopełniają,” pomyślałam. „A ja… chcę być częścią tego dopełniania.”
Nie była naiwna. Wiedziała, że to nie będzie proste. Były trzy kobiety, trzy temperamenty, trzy historie, ale może właśnie dlatego to miało sens, bo żadna z nich nie chciała się zamykać, bo wszystkie szukały przestrzeni.
Poczułam ciepło, które nie miało nic wspólnego z pożądaniem. Tylko z uczuciem, choć jeszcze nieokreślonym. Delikatnie przesunęłam dłoń po plecach Klary, a potem po biodrze szefowej. Każdy gest był jak obietnica nienazwana, ale prawdziwa. Wtedy, nie wiedząc, że nie śpię, Klara mruknęła przez sen:
– Nie chcę, żeby to był sen.
Uśmiechnęłam się cicho i odpowiedziała tylko w myślach:
„To może zbudujmy coś, co się nie kończy nad ranem”
Dodaj komentarz