Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Trzy Rogi Trójkąta

Trzy Rogi TrójkątaMinął miesiąc od świąt, a ja wciąż nie potrafiłam do końca objąć tego, co się wydarzyło i tego, co się działo nadal dzień po dniu, weekend po weekendzie, szept po pocałunku. Wślizgnęłyśmy się w tę trójkątną rzeczywistość bez mapy, bez drogowskazów, a jednak z czymś przypominającym wewnętrzną pewność. Jakbyśmy od zawsze miały iść tą drogą, tylko dotąd jeszcze się nie spotkały.

Z Klarą wciąż mieszkałyśmy razem, nasze codzienności były splecione jak warkocz. Śniadania w piżamach, zakupy, kanapy, śmiechy, czasem ciche dni, ale zawsze „my” i wtedy przychodził weekend, a wraz z nim ona, szefowa, Marta i wszystko się zmieniało. Związek? Romans? Coś pomiędzy – coś więcej.

Spotykałyśmy się w różnych konfiguracjach. Czasem we trzy, czasem tylko ja i Klara, czasem tylko ona i ja, a czasem... tylko Klara i Marta. Te ostatnie spotkania Klara opowiadała mi potem z wypiekami na twarzy i tym błyskiem w oku, którego nie da się udawać. Mówiła o dotyku, o zapachu, o spojrzeniach, jakby dzieliła się ze mną czymś cennym, nie po to, by wzbudzić zazdrość, ale by zaprosić mnie jeszcze głębiej w tę opowieść. Naszą opowieść. Namiętność między nami nie słabła, przeciwnie, z tygodnia na tydzień przybierała nowe formy. Czasem byłyśmy we trzy, splątane jak kwiaty w dzikim bukiecie, a czasem tylko dwie z nas i wtedy trzecia... no cóż. Bywało, że przyłapywała. Pojawiała się w progu sypialni lub wracała wcześniej niż się spodziewałyśmy.
„Tak beze mnie?” – padało z ust z figlarnym oburzeniem, a potem śmiech i dołączenie, albo teatralne przewrócenie oczami i mruknięcie „No dobrze, dokończcie już…”, zanim zamknęły się drzwi.

Bywało też odwrotnie, że ta trzecia, przyłapana, nie przerywała, tylko siadała gdzieś obok, z lampką wina lub podciągniętymi kolanami, i patrzyła. Po prostu patrzyła, a w jej spojrzeniu było coś więcej niż pożądanie, była czułość, podziw, wzruszenie.

To była relacja, jakiej się nie spodziewałam. Nietypowa, chaotyczna, pełna sprzeczności, a jednak... klarowała się. Oswajałyśmy się z nią. Jakbyśmy same tworzyły język, którym miałyśmy się od teraz porozumiewać pełen półsłówek, dotyków, ust, które znają kształt siebie nawzajem. Nie brakowało nam śmiechu, czasem gorącego i sprośnego, kiedy któraś rzuciła żart w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Czasem cichego, bezgłośnego, kiedy nasze spojrzenia się spotykały i wiedziały więcej, niż słowa mogłyby opowiedzieć, ale była też powaga, bo za każdą przyjemnością czaiło się pytanie, choć często niedopowiedziane. Czy to może trwać?
Nie wiedziałam, ale wiedziałam, że chciałam, by trwało, b było w tym wszystkim więcej niż ciała. Były uczucia. Pragnienia, zazdrości, które nie parzyły, tylko uczyły rozmowy oraz czułość, która nie należała do jednej, ale dzieliła się jak płomień od jednej świecy do drugiej.
Nie wiem, czy świat na to gotowy, ale my… może właśnie zaczynałyśmy być.

Weekend u niej miał w sobie coś rytualnego. Przekroczenie progu jej domu niosło z sobą inny rytm ciszy, zwolnionych gestów i cieni światła sączącego się przez firanki. Byłyśmy tam tylko dla siebie. Jakby reszta świata na chwilę traciła dostęp do naszych ciał, słów, spojrzeń.

Tamtego poranka szefowa już była pod prysznicem. Słyszałam szum wody i odległe echo jej ruchów, jakby za szklaną kurtyną toczył się oddzielny, wodny sen.
Zostałyśmy z Klarą w łóżku. Obie w cienkich koszulkach na ramiączkach i figach, z włosami potarganymi snem i ciepłem pościeli. Leżałyśmy bokiem, twarz w twarz, pod półprzezroczystą kołdrą. Jej oczy jeszcze przymknięte, ale usta już szukały. Jej dłoń była pierwsza, gładka, pewna, błądząca po moim biodrze, potem po udzie, aż wślizgnęła się między materiał a kobiecość. Westchnęłam, cicho, bardziej dla niej niż z potrzeby, a potem odwzajemniłam najpierw tylko opuszkami, z czułością budząc w niej poranek. Nasze ruchy były powolne, niemal leniwe, jakbyśmy wiedziały, że mamy przed sobą nieskończoność. Czułam ciepło jej uda między moimi nogami, jakby świat nagle zawęził się do tego dotyku, tej pieszczoty, która niczego nie żądała, była jak modlitwa. Oddychałyśmy w tym samym rytmie, spoglądając sobie w oczy z tym dziecięcym zawierzeniem, którego nie da się udawać. Moje biodra unosiły się delikatnie, szukając jej dłoni, a jej palce sunęły jak strużki ciepła, miękkimi, kolistymi ruchami z czułością, która odbierała oddech.

Gdzieś w tle prysznic ustał. Cisza zapadła jak kurtyna. Klara wtuliła się mocniej, jej dłoń przyspieszyła. Moje usta odnalazły jej szyję, a potem obojczyk całowałam je jak coś świętego. W tej chwili byłyśmy tylko my, dwa ciała, dwa serca, dwie kobiety, które znały siebie już zbyt dobrze, by się spieszyć.

Wtedy, cicho, bez zapowiedzi, drzwi się uchyliły. W progu stanęła ona, w białej bluzeczce, z kroplami wody na ramionach, z mokrymi włosami opadającymi na kark. Nie odezwała się. Po prostu patrzyła.
Uśmiechnęłam się do niej przez ramię. Klara spojrzała tylko kątem oka i szepnęła z rozbawieniem:
– Beze mnie? Tak po prostu?
Roześmiałyśmy się cicho, ale nie przestałyśmy. Szefowa podeszła powoli, jakby wkraczała do snu, który jeszcze nie całkiem się rozproszył. Nie wypowiedziała ani słowa, zanim do nas nie dołączyła.

Zanim zdążyłyśmy zaprosić ją gestem czy słowem, szefowa tylko uśmiechnęła się tajemniczo i… zamiast dołączyć, usiadła w fotelu naprzeciwko łóżka. Miała na sobie tę samą, cienką koszulkę na ramiączkach co my, śnieżnobiałą, prześwitującą miejscami od wilgoci włosów, które spływały na jej dekolt i ramiona jak jedwabne nitki. Do tego figi z delikatnej dzianiny, które podkreślały opaloną skórę i długie nogi założone jedna na drugą, nonszalancko. Milczała, tylko patrzyła z tą swoją spokojną intensywnością, która potrafiła więcej niż słowa. Jej spojrzenie było uważne, choć odrobinę rozbawione. Jakbyśmy były jej ulubionym spektaklem i z pewnością byłyśmy.

Spojrzałam na Klarę, która już wracała do moich ust, z tym swoim lekko sennym, ale zadziornym uśmiechem. Przesunęła dłonią po moim brzuchu, niżej, aż zatrzymała się tam, gdzie skóra najczulsza. Odpowiedziałam bez słów, rozchylając uda i zarzucając jedno na jej biodro.
– Ona patrzy – szepnęłam jej do ucha z uśmiechem, którego nie umiałam powstrzymać.
– Wiem – odszepnęła Klara, muskając koniuszkiem języka mój płatek ucha. – Podoba się jej.
Obie spojrzałyśmy na nią. Siedziała tak spokojnie, ale napięcie w jej sylwetce zdradzało, że nie tylko obserwuje. Była częścią tej chwili, choć jeszcze nie dotykiem, tylko wzrokiem, obecnością, ciszą. Pieszczoty stawały się powolniejsze, jakbyśmy chciały je rozciągnąć, wydłużyć czas, nie dla siebie, ale… dla niej. Czułam się jednocześnie adorowana i podglądana i było w tym coś elektryzującego. Kiedy Klara przesunęła palcami między moimi udami, czule, miękko, z tym swoim wyczuciem, nie mogłam się nie poruszyć. Ciało odpowiedziało, a spojrzenie szefowej wydawało się ciemnieć. Przesunęła dłonią po swoim udzie, niemal niezauważalnie. Zrobiło mi się od tego gorąco.
– Patrzy, ale się nie rusza – mruknęłam, ocierając się biodrami o dłoń Klary.
– Może czeka, aż ją zaprosimy.
– A może chce, żebyśmy się trochę popisały.
Zachichotałyśmy cicho, ale nie przestawałyśmy. Usta Klary zsunęły się na moją szyję, ramiona, potem na dekolt, odsłaniając jedno ramiączko koszulki. Odpowiedziałam pocałunkiem, bardziej zachłannym, niż planowałam. Czułam, jak to wszystko wzbierało, napięcie, podniecenie, czułość, ta dziwna, nienazwana więź, jaka zaczynała nas łączyć we trójkę i  ten moment kiedy ktoś patrzy, ale jest też częścią wszystkiego, był jak preludium do czegoś większego. Czegoś, co nadchodziło.
Marta nadal siedziała. Spokojna, lekko przechylona w bok, z dłońmi splecionymi na udzie. Patrzyła i wiedziałam, że niedługo wstanie.

Klara zsunęła ze mnie koszulkę z taką delikatnością, jakby zrywała z niej sen, jakby chciała jednocześnie mnie rozebrać i ochronić przed chłodem poranka. Jej usta objęły moje piersi, a język pieścił je z zaskakującą intensywnością, pełen głodu i czułości. Moje ciało odpowiadało natychmiast prądy przyjemności rozchodziły się we mnie jak fala, a ja... patrzyłam w stronę Marty. Siedziała na fotelu, w tej samej lekkiej koszulce i figach, jakby była częścią naszego poranka od zawsze. Jej spojrzenie paliło mnie równie mocno jak usta Klary. Przygryzała wargę, palce przy ustach, niby niepewne, a jednak tak bardzo świadome. Drugą dłonią dotykała swoich piersi, zatapiając się w jakimś własnym rytmie. Czułam, jak jej podniecenie narastało z każdą sekundą, a świadomość, że patrzy, jeszcze bardziej potęgowała moje doznania.

Nie trwało to długo,  wiedziałam, że nie wytrzyma zbyt długo poza nami. Gdy wstała i podeszła do łóżka, poczułam dreszcz jeszcze zanim mnie dotknęła. Najpierw objęła Klarę od tyłu, wsunęła dłonie pod jej koszulkę i uniosła ją w górę. Palce rozlały się po jej piersiach z niemal zachłanną czułością, a materiał powędrował w kąt. Ruchy miała pewne, głodne, ale pełne jakiegoś miękkiego podziwu.  Potem, już bez słowa, sama zdjęła swoją koszulkę, a bielizna zsunęła się po biodrach jak miękka mgła. Gdy zrzuciła z siebie ubranie i wpełzła do nas na łóżko, zrobiła to z gracją, jakby od początku była częścią naszej skóry, naszego oddechu, naszej gry.
Złączyłyśmy się w pocałunkach, Klara, Marta i ja całując się nawzajem, w kręgu namiętności, w którym nie było początku ani końca. Nasze ciała splatały się wśród miękkości pościeli, języki spotykały się i mieszały, usta poszukiwały siebie nawzajem. Smakowałyśmy się, wymieniałyśmy pragnieniem, oddechem, ciepłem. Wszystko wirujące, miękkie, płynne… bez słów. Tylko języki, dłonie, usta i to dziwne, rozdzierające uczucie, że tego pragnęłam od dawna, nawet jeśli nie wiedziałam, jak to nazwać. Pocałunki krążyły między nami trzema bez początku i bez końca przekazywane z jednej do drugiej, jakby pragnienie mogło być ogniem, który roznieca się dotykiem i spojrzeniem.

Nigdy wcześniej nie widziałam Klary tak rozpalonej. Była między nami, lekko odchylona do tyłu, z głową opartą o moje ramię, kiedy razem z nią, z szefową oddawałyśmy się tej zmysłowej grze. Jej pierś unosiła się od oddechu, drżała pod pocałunkami, a ja czułam niemal fizycznie, jak rozlewa się w niej fala ciepła. Pochyliłam się nad jej piersią, tuż obok ust szefowej, i nasze języki niemal się spotykały na skórze Klary. Obie pieściłyśmy ją z tą samą pasją, z tym samym skupieniem, jakbyśmy chciały przekazać jej całą swoją czułość przez jeden jedyny dotyk. Czułam, jak poddawała się temu bez reszty, jak drżała, jak wstrzymuje oddech, jak jej ciało bezgłośnie prosiło o więcej, a jednocześnie była w tym pewna miękkość, oddech między nami, który mówił więcej niż słowa.

Marta, klęcząc po drugiej stronie, spojrzała na mnie przez ramię Klary, nasze spojrzenia splotły się na chwilę w czymś dzikim, niewypowiedzianym. Potem znów obie pochłonęłyśmy się Klarą. Każda po swojej stronie, jakbyśmy wspólnie składały hołd jej ciału, jej wrażliwości. Reakcje Klary były jak muzyka, urywane westchnienia, ciche jęki, drżenie bioder. Każdy jej dźwięk był dla mnie potwierdzeniem, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie powinnyśmy być. W tej chwili, we trzy. Zanurzone w czymś, co dawno przestało być tylko pragnieniem.

Czułam się otulona. Nie tylko ich ciałami, ale czymś znacznie głębszym, miękkim światłem poranka, ich spojrzeniami, czułością ich gestów. Kiedy Marta spojrzała mi w oczy i zaczęła powoli zsuwać ze mnie figi, zrobiła to z taką gracją, jakby rozpinała delikatny sekret. Jej ruchy były pewne, a wzrok  skupiony, niemal głodny, a zarazem uważny, jakby rozumiała, że oddaję się jej bez słów. Zanurzyła się we mnie jak w dobrze znanej melodii. Nie było w tym nic gwałtownego, tylko spokój przepełniony pasją, cierpliwe zanurzenie się w moim wnętrzu, jakby smakowała każdą cząstkę mojej kobiecości z uwielbieniem. Moje ciało unosiło się pod nią z każdym kolejnym drgnięciem, a ja czułam, jak wszystko we mnie zaczyna drżeć, mięknąć, otwierać się.

Klara była tuż obok wtulona, bliska, moja. Jej usta, ciepłe i delikatne, pieściły moje piersi z opiekuńczą łagodnością. Czułam jej dłoń wędrującą od mojego brzucha ku piersiom, jakby chciała dotknąć mnie wszędzie, nie tylko fizycznie, ale emocjonalnie, zakotwiczyć mnie w tej chwili. Była moim szeptem między westchnieniami, była oddechem przy moim uchu, czułym dotykiem, który przypominał mi, że jestem kochana. Zamknęłam oczy, zanurzając się w tym, co działo się ze mną. Szefowa skupiona, pasjonująca, bez reszty oddana temu, by mnie rozpalić. Klara delikatna, czuła, bliska jak nigdy. Były jak dwa różne żywioły, które spotkały się we mnie, a ja... byłam ich wspólnym ogniskiem.

Czułam, jak cały świat kurczył się do ciepła ich ciał, ich dotyku, ich obecności. Wszystko poza nimi przestało istnieć. Myśli się rozmywały, granice topniały. Kiedy Marta powoli zmieniła rytm, wycofała usta, by oddać się innej formie czułości, moje ciało zadrżało. Jej palce wtuliły się we mnie z uważnością, która była jak taniec z moim wnętrzem. Odczytywała mnie bez słów, rytmicznie, z rosnącą pasją, lecz bez pośpiechu. Każdy ruch był odpowiedzią na mnie, na mój oddech, napięcie mięśni, westchnienia, które wymykały się spomiędzy moich warg. Leżałam z nogami uniesionymi wysoko, Klara delikatnie je podtrzymywała, jakby była opiekunką mojej przyjemności. Jej ramiona otulały mnie, a jej usta wędrowały po mojej twarzy, piersiach, szyi, pełne czułości. Była blisko, tak blisko… jak anioł trzymający mnie w objęciach, gdy zsuwałam się w rozkosz. Moja dłoń odnalazła drogę po moim brzuchu, piersi, szyi… Błądziła, jakby pragnęła dotknąć własnych emocji, zarejestrować każdą falę przyjemności. W tym wszystkim było coś głęboko poetyckiego, jakby moje ciało pisało wiersz bez słów, w pełnym zachwycie nad sobą i nimi.

Czułam, jak narastało we mnie napięcie falujące, rozlewające się, nie do zatrzymania. Pod szczyt mojej świadomości wypływało ciepło, które ogarniało mnie od środka. Marta wyczuła to natychmiast, przytrzymując mnie z większą pewnością, prowadząc mnie tam, gdzie nie istniały już pytania, tylko czyste odczucie, a Klara, tuląc mnie mocno, szeptała cicho słowa, których nie potrafiłam dosłyszeć, ale wiedziałam, że były pełne miłości. Wtedy… wszystko eksplodowało. Nie głośno, nie dramatycznie. Raczej jak rozkwit głęboki, intensywny, cichy, jakby świat na chwilę zamarł, dając mi miejsce na to, by po prostu być. W ich ramionach, w tej chwili, w pełni.

Nasze ciała, splątane i czułe, poruszały się w rytmie, którego żadna z nas nie próbowała już zrozumieć, po prostu płynęłyśmy w nim, oddychałyśmy nim. Klara, z półprzymkniętymi oczami, uśmiechnięta i rozkołysana, wierciła się lekko pod naszymi dłońmi i ustami, aż w końcu porwana chwilą ułożyła się na czworakach. Jej ciało napięło się i wypięło z gracją, która odebrała mi oddech. Wsunęłam się za nią, powoli, z czułością. Dłonią pogładziłam jej uda, biodra, aż dotarłam tam, gdzie kobiecość staje się najdelikatniejsza. Zanurzyłam twarz w jej zapachu, w jej ciepłe pragnienie. Język prowadził mnie jakby sam, instynktownie, ale z miłością, nie było w tym nic mechanicznego, tylko czyste oddanie. Każdy mój ruch był próbą powiedzenia jej, jak bardzo ją kocham. Jak piękna była dla mnie.

Szefowa przysiadła z boku, wtulona w Klarę, całując jej plecy, ramiona, pośladki z namaszczeniem, jakby chciała napisać pocałunkami własny wiersz na jej skórze. Czasem podnosiła głowę i nachylała się nade mną, szukając moich ust, całowałyśmy się wtedy głęboko, zmysłowo, nad jej ciałem, dzieląc się sobą, oddając wszystko w tej trójdzielnej harmonii. Klara jęknęła cicho, poruszając się pod nami, poddając się temu, co wspólnie jej dawałyśmy. Drżała subtelnie, jej skóra błyszczała w porannym półmroku, a każdy jej oddech był jak odpowiedź wdzięczna, rozkochana, rozedrgana. Trwałyśmy w tym jak w pieśni, która nie potrzebowała słów. Wzajemnie dla siebie uważne, obecne, połączone bardziej niż kiedykolwiek. Klara poruszyła się niespiesznie, jakby jej ciało samo szukało najpełniejszego ukojenia. Obróciła się na bok, a potem na plecy, przeciągając się leniwie, z drżącym westchnieniem. Szefowa, z nieopisaną łagodnością, wtuliła się w nią od tyłu, jak łyżeczka ramieniem objęła ją pod piersiami, drugą dłonią pogładziła biodro, zostając z nią w tej bliskości. Patrzyłam na nie przez chwilę z zachwytem, zanim znów się pochyliłam.

Delikatnie zastąpiłam język palcami, zanurzyłam je w niej z ostrożną czułością, czując pod opuszkami jak jej ciało tętniło. Była ciepła, rozgrzana, rozkołysana jak łodyga w słońcu. Odpowiadała mi bez słów, tylko dźwiękami, gestami, drżeniem. Jej jęki były muzyką, której chciało się słuchać w nieskończoność, a falujący ruch bioder poezją pisaną szeptem zmysłów. Marta uniosła jej nogę, z czułością wsuwając dłoń pod udo i obejmując ją jak coś najcenniejszego. Ułożyła ją wysoko, dzięki czemu Klara rozchyliła się jeszcze bardziej, jak rozkwitły kwiat. Wtulona w nią, całowała jej usta, szeptała coś, czego nie dosłyszałam, a potem powędrowała niżej po szyi, po piersiach, po brzuchu. Obie były pięknem w ruchu. A ja… mogłam tylko odpowiadać miłością. Czułam Klarę całą sobą, pod palcami, w spojrzeniu, w jej głosie. Była nasza, była sobą, była czysta, naga z emocji i zbliżała się do tego momentu jak fala do brzegu, coraz wyżej, z coraz większą siłą. Chciałam ją tam zaprowadzić z czułością, z uważnością, z miłością.

Z każdym ruchem moje palce przyspieszały, nieznacznie, lecz zdecydowanie, jakby ciało Klary mówiło mi, czego pragnie, a ja słuchałam uważnie, całym sobą. Jej biodra kołysały się w odpowiedzi, drżały w napięciu, które rosło z każdą chwilą, pulsowało tuż pod skórą. Była jak rozżarzone szkło, giętkie i kruche zarazem, gotowe przyjąć ostateczny kształt w dłoniach, które znały jej linie.

Marta, wtulona w nią od tyłu, dołączyła swoje ciepłe, pewne palce, które z wprawą odnalazły czuły punkt i zatoczyły po nim miękki krąg. Dotykały ją w rytmie, który wyczuły we mnie, jakbyśmy stały się jednym organizmem, jedną symfonią dłoni, wilgoci, oddechu i miłości. Pracowałyśmy razem, bez słów, w pełnym porozumieniu. Klara była coraz bliżej, czułam to w każdym jej drżeniu, w każdym jęku, który wibrował między nami. W jednej chwili uniosła biodra i wpiła się ustami w szefową, a potem jakby nagle zgasł dzień i zapłonęły wszystkie gwiazdy naraz. Jej ciało eksplodowało spazmem, jej oddech urwał się, ciało wygięło jak łuk, a potem opadło miękko, rozluźnione, drżące z ulgi.

Trwałyśmy przy niej, ja z dłonią wciąż zanurzoną w jej wnętrzu, druga z czołem przy jej piersi, szepcząca coś, co było tylko oddechem. Szefowa objęła ją mocniej, jakby chciała ochronić przed całym światem. Klara była naszym pięknem. W tej chwili, w tej ekstazie, w tej nagiej, czystej prawdzie, była światłem. Klara oddychała głęboko, jej klatka piersiowa unosiła się powoli, jakby jeszcze przez chwilę próbowała odnaleźć właściwy rytm. Leżała na boku, z zamkniętymi oczami, rozluźniona i krucha w tej ciszy po wszystkim, jakby sama rozkosz wciąż jeszcze trwała, choć już cichsza, ukryta pod skórą.

Marta leżała tuż obok, wtulona w nią z łagodnością, którą znałam z jej spojrzeń, pocałunki, które składała na ramieniu Klary, były jak ciepły deszcz po burzy. Spokojne, czułe, niewymuszone. Patrzyłam na nie przez chwilę, z głową opartą o dłoń, próbując zapisać ten widok gdzieś głęboko w sobie.

W końcu Klara uniosła powieki, spojrzała na mnie z czymś, co przypominało błogość i wdzięczność zarazem. Uśmiechnęła się miękko, a potem powoli podniosła się na łokciu i pochyliła, by musnąć moje usta pocałunkiem. Nie był namiętny, był jak dziękuję, jak dotyk duszy.

Szefowa wtuliła się mocniej w jej plecy, objęła ją pod piersiami i przycisnęła do siebie jak coś najcenniejszego. Całowała ją w kark, delikatnie, powoli, jakby chciała nasycić się tym momentem. Zamykała oczy przy każdym pocałunku, a jej dłoń błądziła po boku Klary, zatrzymując się czasem na biodrze, czasem na żebrach, jakby potwierdzała, że ona tam jest realna, ciepła, ich.

Patrzyłam na nie z czułośćią, z lekkim drżeniem w sercu, bo wiedziałam, że właśnie wydarzyło się coś więcej niż zmysłowość. Coś prawdziwego. Coś, czego nie da się wypowiedzieć inaczej niż szeptem, dotykiem, obecnością.
Marta położyła się na plecach, przeciągając leniwie, z oddechem jeszcze niespokojnym, lecz już miękko kojącej ciszy. Jej spojrzenie półprzymknięte, błyszczące, nie pozostawiało wątpliwości. Była gotowa, otwarta. Wiedziałyśmy z Klarą, że nie mogłyśmy przejść obojętnie obok tej potrzeby. Zbliżyłyśmy się do niej z łagodnością, z szacunkiem dla jej ciała, silnego, dojrzałego, kobiecego. Klara uklękła między jej nogami i rozchyliła je powoli, z niemal nabożną ostrożnością. Pochyliła się, by najpierw otulić pocałunkami jej uda najpierw jedno, potem drugie, krążąc w niespiesznym tańcu, pełnym droczenia i skupienia. Jej język tylko muskał, igrał, jakby czekał na znak. A szefowa... oddychała coraz głębiej, palcami splatając prześcieradło. Ja wtuliłam się w jej bok, a potem pochyliłam, by znaleźć jej usta gorące, chętne, smakujące jak wino po zachodzie słońca. Całowałam ją namiętnie, zanurzając się w tym pocałunku, jednocześnie głaszcząc dłonią jej bok, a potem piersi tak, jak już znałam, jak lubiła, jak odpowiadała miękkim jękiem i delikatnym napięciem bioder.

Pomiędzy nami krążyło coś więcej niż pożądanie, to było wzajemne oddanie, otulenie czułością i uważnością. Klara coraz śmielej zanurzała się w najbardziej ukryte rejony kobiecości naszej wspólnej kochanki, a ja będąc tak blisko czułam, jak ciało Marty drżało. Każdy nasz gest był częścią symfonii, splecione oddechy, ciepło skóry, czułość, która nie miała już granic.

Czułość Klary stawała się coraz odważniejsza do miękkich, pełnych uczucia ruchów języka dołączyła teraz palce. Zanurzyła je we wnętrzu Marty z uważnością, jakby czytała w jej ciele zapomnianą poezję. Jej dłoń pracowała w harmonii z oddechem szefowej, ciepłym, urywanym, pełnym napięcia. Nie przestawałam jej całować. Zatapiałam się w piersiach, które tak dobrze znałam, całowałam je miękko, czasem przygryzając delikatnie napięte sutki, a potem zsuwałam się do szyi, do miejsca tuż za uchem, gdzie każda nuta dotyku drgała jak dźwięk na strunie. Nasze ciała były zsynchronizowane w jedną opowieść, historię pragnienia i bliskości.

Marta wiła się pod naszym dotykiem. Jej biodra unosiły się i opadały w rytmie, który wyznaczała Klara, uważny, czuły, precyzyjny. Jej westchnienia stawały się coraz głębsze, aż cichy szept rozkoszy przemienił się w wyraźne jęki nieskrywane, czyste, jak echo szczerości. Czułam pod palcami, jak jej ciało napinało się i miękło w tej samej chwili, jak fala, która zbierała się z daleka i spieniona uderzała o brzeg. Całowałam ją jeszcze intensywniej, podążając za tym, co nieuchronnie nadchodziło, za eksplozją, którą znałam, której oczekiwałam, której pragnęłam dla niej całym sercem.

Kiedy to przyszło, kiedy świat w niej się zatrzymał, zadrżał i rozsypał w dziesiątki drżących oddechów,  tuliłyśmy ją obie, ja i Klara, jakbyśmy chciały ochronić ten moment przed czasem. Gdy jej ciało zaczęło opadać po fali rozkoszy, patrzyłam na nią z czułym uniesieniem, jakby cały świat właśnie wypuścił powietrze razem z jej jękiem. Klara oddychała głęboko, potrzebowała chwili, by wrócić do siebie. Szefowa leżała tuż obok niej i całowała ją w ramię, z miękkością, której się po niej nie spodziewałam, choć już powinnam była. Byłam nad nimi, pochylona, zapatrzona, nie mogąc oderwać wzroku od obrazu tej bliskości. W końcu Klara podniosła się lekko i odnalazła moje usta. Jej pocałunek był delikatny, czuły, pełen wdzięczności. Poczułam, że dziękuje mi nie tylko za dotyk, ale za to, że jestem z nią, z nami.
Marta wtuliła się w Klarę od tyłu, jakby nie chciała zostawić nawet centymetra przestrzeni między ich ciałami. Całowała ją w szyję, z uczuciem tak wyraźnym, że aż zazdrośnie zadrżałam, ale zaraz potem odwróciła głowę i spojrzała na mnie. Uśmiechnęła się w ten swój sposób lekko kpiący, a jednak serdeczny i przyciągnęła mnie do siebie. Jej pocałunek był intensywny, soczysty. Zawsze potrafiła przypomnieć mi, od kogo to wszystko się zaczęło. To właśnie ona, szefowa była początkiem. Uwiodła mnie nie tylko dotykiem, ale pewnością siebie, której wtedy tak bardzo mi brakowało. Była kobietą, która nie prosiła, ona brała i choć wtedy myślałam, że to tylko przygoda, szybko odkryłam, że coś we mnie się przestawiło, że nie chodziło tylko o pociąg fizyczny, ale o coś głębszego i to właśnie to coś zaprowadziło mnie do Klary. A Klara… ona stała się czymś więcej niż kochanką. Była domem.

Leżałyśmy teraz wszystkie splecione, zmęczone, rozgrzane, szczęśliwe. Całowałyśmy się nawzajem, miękko, raz ja z Klarą, raz Klara z nią, a czasem wszystkie razem, splątane w pocałunkach i śmiechu. Któraś coś szepnęła półżartem, któraś zareagowała szczypnięciem. Przesiąknięte zmysłowością, a jednocześnie rozbawione i spokojne, jakbyśmy właśnie odpłynęły do świata, w którym nikt nas nie ocenia.

Marta, choć była zdobywczynią, nie była zimna. W niej była też opiekuńczość. Wiedziała, jak kierować, ale też jak dawać i dlatego jej dotyk tak nas zmieniał. Łączyła nas, spajała, jakby była mostem między mną i Klarą, chociaż teraz… już trudno było powiedzieć, gdzie która z nas się kończy, a gdzie zaczyna.
Zamknęłam oczy. Byłam jej. Byłam Klary. Byłam sobą.

Leżałyśmy splecione, jakbyśmy już dawno przestały być trzema osobami, a stały się jednym organizmem, spokojnym, rozgrzanym i sennym. Szefowa była w środku, wtulona plecami w moje piersi, a przed nią, twarzą w twarz, Klara. Jej dłoń spoczywała na biodrze Klary, moje oplatały ją delikatnie, jakby była najcenniejszym eksponatem w prywatnym muzeum rozkoszy.
– Czy to ja teraz jestem w kanapce…? – mruknęła Marta z uśmiechem. – Bo nie mam nic przeciwko.
– Raczej królewskim nadzieniem – odparła Klara, całując ją w brodę.
– Królewskim, ale już trochę zmęczonym – mruknęła z czułością Marta, rozciągając się lekko i mrucząc jak kot.
– Miałaś prawo się zmęczyć. Zgarnęłaś obie nagrody wieczoru – dodałam, muskając ustami jej kark.
– Dwie Marty i Klara? – rzuciła z udawaną skromnością. – Jak ja się w ogóle na to załapałam?
– Przez przypadek i przez tę swoją spódniczkę w pracy. – Klara spojrzała na mnie porozumiewawczo, a ja tylko skinęłam głową.
– I przez tę całą charyzmę… – westchnęłam. – Gdybyś była tylko apodyktyczna i piękna, pewnie bym się oparła.
– A tak? – zapytała z szelmowskim uśmiechem.
– A tak mam ochotę zbudować ci pomnik z pończoch i pocałunków.
Klara wybuchła śmiechem, chowając twarz w szyi szefowej.
– Dziewczyny… wy wiecie, że ja teraz już nigdy nie będę w stanie zwolnić Marty? – zapytała z udawaną powagą.
– To dobrze – szepnęłam – bo ja teraz każdą niedzielę chcę spędzać z wami w takim właśnie grafiku.
– Z rotacją – dodała Klara z błyskiem w oku. – Raz ty w środku, raz ja… raz ona.
– Tak, szefowo – zaśmiałam się cicho. – Zatwierdzasz taki układ?
Marta nie odpowiedziała od razu. Obróciła się lekko, by spojrzeć na mnie znad ramienia, a potem pocałowała mnie z miękką, głęboką czułością.
– Zatwierdzam, ale tylko jeśli uwzględnimy też śniadania do łóżka.
– Ugotuję ci wszystko. Nawet uczucia – odpowiedziałam, nie wiedząc, skąd mi się to wzięło, ale Klara tylko skinęła głową. Szefowa uśmiechnęła się cicho.

Potem znów zamilkłyśmy, zatopione w miękkich oddechach, przerywanych drobnymi muśnięciami palców, ust, spojrzeń. Trwałyśmy. Tak po prostu. Jakby nic poza tym łóżkiem, tą nocą i tą bliskością już się nie liczyło.

Poranek zastał nas wtulone w siebie, bez pośpiechu, bez planów, bez konieczności powrotu do czegokolwiek. Świat za oknem jeszcze spał pod cienką warstwą porannego światła, a my trzy splecione ciała, trzy zadowolone dusze, trwałyśmy, jakby noc nie zakończyła się wcale, a tylko łagodnie przeszła w nowy dzień.

Szefowa leżała pomiędzy nami, z głową wtuloną w poduszkę, na której wciąż pachniała namiętność. Klara przeciągnęła się z cichym westchnieniem, muskając ramieniem moje udo. Uśmiechnęłam się bez słów, bez potrzeby wyjaśniania czegokolwiek. Wszystko było zrozumiałe.

Spędziłyśmy resztę dnia razem w łóżku. Nie z obowiązku, nie z lenistwa, ale z tej najprostszej potrzeby trwania blisko. Przeplatały się rozmowy z milczeniem, śmiech z czułością, drobne pocałunki z drzemkami. To było jakby nie czas nami zarządzał, a my czasem rozciągając go między palcami jak ciepłą wełnę. Nie chodziło już o namiętność, choć jej cienie wciąż czaiły się w spojrzeniach i muśnięciach, ale o coś więcej. O miękką tkankę nowej bliskości. O ślad dłoni, która nie musiała już szukać, tylko odpoczywała na biodrze ukochanej osoby. O to, jak ciało szefowej wtulało się w nas z tą samą siłą, z jaką potrafiła zarządzać światem, ale teraz złożyło broń. Stała się ciepłem, nie strategią.

Dzień przemknął jak sen. Świat za oknem zmieniał barwy, słońce wspinało się i opadało, a my pozwoliłyśmy mu płynąć, jakbyśmy wszystkie trzy były zawieszone w prywatnym czasie utkanym z delikatności, czułości i czegoś, co czułam coraz wyraźniej… miłości.

Czasami, gdy Klara wtulała się we mnie w półśnie, a szefowa, moja imienniczka muskała czule moją skórę opuszkami palców, zadawałam sobie pytanie, jak to wszystko się wydarzyło. Jakim cudem to właśnie ja stałam się częścią tej osobliwej, a zarazem pięknej więzi. Byłam przecież tą ostrożną, z dystansem, a jednak… teraz nie potrafiłam sobie wyobrazić poranka bez ich oddechu wplecionego w moje sny. Trwałyśmy w tym od miesiąca we trzy, w jednej historii. Czasem wciąż wydawała mi się zbyt piękna, by mogła być prawdziwa. Nie było planu. Była tylko chwila intensywna, nasycona pragnieniem i czułością, która przekształciła się w kolejne, aż niepostrzeżenie stałyśmy się "my". Niezwykłe "my", splecione nie tylko ciałami, ale i myślami, gestami, ciszą, w której rozumiałyśmy się bez słów…

1 komentarz

 
  • Użytkownik Telemach77

    Wspaniałe.

    Wczoraj 10:59