Trzy pytania

Dzień 1. Miesiąc nieznany, środa. Rok 2017. Dom.
-Czy Ja naprawdę potrzebuję tego wykształcenia?  

Zadaję sobie to pytanie codziennie rano, zaraz po obudzeniu. Wypowiadam je w głowię, stojąc wtedy przed złudnym wyborem zostania w domu lub pójściem do szkoły. Ale wszyscy wiemy, że nie mam żadnego wyboru. Pytam się tak chyba po to, żeby pogłębić się w kłamstwie świadomości posiadania wpływu na pewne decyzje i sprawdzić, czy nadal żyję. Czy może tym razem wreszcie się nie obudziłem? Nareszcie jestem Tam?

Nie, jednak nie. Sięgam po telefon i sprawdzam godzinę. Jest zbyt rano. Wzdycham długo, powoli podnoszę się z łóżka. Schodzę na dół pokonując dokładnie 11 schodków. Idę do kuchni i patrzę na talerz z dwiema kanapkami, który zawsze leży w tym samym miejscu na stole. Ignoruję go, idę do toalety, wracając robię herbatę i ruszam z nią do salonu . Siadam na narożniku, powoli sączę czarny napój, nie śpieszę się. Myśli błądzą gdzieś daleko; są przeróżne. Nie potrafię zrozumieć niektórych rzeczy, jedną z nich jest dlaczego się urodziłem. Po co zostałem skazany na swoją marną wegetację. Dlaczego moment między narodzinami a śmiercią jest taki długi i męczący. Śmieję się w duchu zdając sobie sprawę, że winę za moje nieszczęścia zrzucam na wszystko dookoła, a nawet nie próbuję popatrzeć na siebie. Powoli dopijam herbatę. Nie śpieszę się. Potem wracam do siebie i ponownie kładę się na łóżku. I myślę długo, nie śpieszę się. Wzdycham ponownie, wstaję z łóżka i ubieram w losowe ciuchy.

Czy chcę żyć? Nie. Czy mam pasje, ambicje? Nie. Czy żałuję, że się urodziłem? Tak. To trzy pytania, które zadaję sobie codziennie już od dawna. Są wyznacznikiem mojego stanu psychicznego. Dawno przestałem wierzyć, że nadejdzie dzień, gdy odpowiedzi na nie się zmienią. Dzień w dzień takie same.  Sprawdzam ponownie godzinę, jest później, niż mi się wydawało. Lub to mój zaspany mózg pomylił się w obliczeniach czasu. Tak czy siak jeśli zaraz nie wyjdę, to spóźnię się na pierwszą lekcję.  Ale czemu miałbym się tym martwić? Nie potrafię znaleźć żadnych argumentów, wracam więc do kuchni i otwieram szafkę z lekami. Zaczynam w nich buszować, szukając moich witamin. Są, witamina B6, B12 i D1000 100mg. Zgarniam po jednej z każdego opakowania i wracam do salonu. Biorę ostrożnie pierwszą i przyglądam się jej badawczo; mała, perłowa ampułka. Ma na sobie miniaturową literkę S, pierwsza litera nazwy firmy, która ją wyprodukowała. Łykam bez popicia. Następna, trochę większa, już ceglasta, czyli pomarańczowoczerwona. Poza tym bez żadnych znaków szczególnych. Łykam. Ostatnia, grafitowo-popielata, widnieje na niej małym drukiem napis „Derovin”. Łykam. Nie mam najmniejszego pojęcia czemu, ale od zawsze staram się nazywać kolory tak, żeby ich nazwy dokładnie oddawały ich postrzeganie. Jakby było to kwestią życia i śmierci. Robiłem tak już w dzieciństwie. Sięgam pamięcią do pierwszej sytuacji, w której objawiły się moje tendencje kolorystyczne i wszystko dokładnie sobie przypominam. Lato, miałem może 8 lat, byłem z rodzicami na spacerze. Idąc, w pewnym momencie zauważyłem kwiatka rosnącego na poboczu. Zerwałem go i zabrałem ze sobą, później wróciłem z nim do domu. Cały czas zastanawiałem się nad jego kolorami. Zapytałem się o to rodziców, oni powiedzieli, że jest czerwono-żółty i tyle. Nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale to były dla mnie zbyt ubogie określenia. Nie miałem wtedy  Internetu, nie mogłem zatem szybko sprawdzić nazw kolorów, a i moje osobiste zasoby słownictwa były zbyt ubogie, żeby coś tu zdziałać. Trzymałem więc tego kwiatka w domu przez cały miesiąc, codziennie wieczorem myśląc, jakie to kolory. Pewnego dnia, gdy się obudziłem, kwiatek po prostu wyblakł i zwiędnął. Wtedy przestał mieć jakiekolwiek kolory, był martwy. Tamtego dnia pierwszy raz poczułem się gorzki smak prawdziwego smutku i rozczarowania.

Patrzę się tępo w czarny ekran telewizora, dostrzegam w nim swoje odbicie. „Wyglądam fatalnie, a czuję się jeszcze lepiej” myślę i gorzko się uśmiecham. Ponownie patrzę na godzinę, jestem już spóźniony. Idę do przedpokoju, zakładam buty, cienką kurtkę, chwytam za klucze i wychodzę. Zamykam dom, klucze jak zawsze zostawiam w komórce pod skrzynką z narzędziami mojego ojca i ruszam do szkoły. W połowie powolnej drogi zakładam słuchawki i puszczam muzykę. Spokojną, głęboką. Taką lubię najbardziej. Zawsze mierzę czas drogi w piosenkach, zazwyczaj są to dwie, czasami gdy słucham zaraz od wyjścia z domu cztery. Docieram na miejsce, przesłuchałem trzy piosenki. Zmieniam w szatni buty, sprawdzam plan lekcji na telefonie i udaję się na pierwsze piętro do sali od języka polskiego. Stoję przed nią minutę, biję się ze sobą, nie chcę tam wchodzić. W końcu decyduję się i  otwieram drzwi. Wszystkie spojrzenia kierują się na mnie. Przepraszam za spóźnienie i siadam w pierwszej ławce. Nie ma mojego najlepszego przyjaciela, siedzę więc sam. Polonistka po chwili patrzenia na mnie powraca do prowadzenia lekcji. Dziś mówi o „Dziadach”, naszej obecnej lekturze, której nawet na oczy nie widziałem. Wypakowuję się powoli i oglądam dokoła-wszyscy zajęci są szukaniem czegoś w książce. Zawieszam wzrok na Niej. Jest wyjątkowo niska, ma ciemnobrązowe włosy, choć czasami mam wrażenie, że w słońcu zmieniają kolor na ciemny blond. Jej twarz jest idealnie symetryczna, pozbawiona skaz, ma jedynie mały pieprzyk na lewym policzku. Gdy się uśmiecha, pokazują się jej dołeczki. Ma wąską talię, idealne biodra. Nie pije, nie pali, dobrze się uczy, nie ma takich problemów jak Ja. Ma w sobie ideał, ona jest ideałem. Już od trzech lat mi się podoba, ale pozostaje pasywny; nie potrafię z tym niczego zrobić. Niekiedy jestem przez to na siebie strasznie zły, ale potem dociera do mnie, że i tak nie mam u niej startu i wzdycham smętnie. Nazywa się Sara, zdaje się, że jako jedyna w szkole ma takie imię, w Polsce jest rzadko spotykane. Jej małe błękitne oczy szybko przemykają między wersami książki, czerwona usta trwają w bezruchu. Dalej ją obserwuję, jestem jak w transie, zatraciłem poczucie rzeczywistości, która tak bardzo mnie boli.
-Daniel!
Parę osób kieruje na mnie spojrzenia, w tym Ona. Odwracam się szybciej, niż można sobie wyobrazić, i patrzę na polonistkę, która obserwuje mnie swoim nieprzyjemnym wzrokiem.
-Przepraszam…- wybąkuję. Otwieram lekturę na losowej stronie i udaję, że wiem, co robię. Nadal myślę o Niej. Czasami mam wrażenie, że Sara ma w sobie więcej mnie, niż Ja sam.  
Lekcja mija szybko, idziemy pod salę od matematyki. Siadam na ławce, dookoła mnie stoi parę chłopaków i dziewczyn. Między nimi Ona. I odzywa się swoim wysokim, najbardziej dziewczęcym głosem jaki słyszałem:
-Hej, Daniel, wszystko dobrze?  
Marszczę czoło i podnoszę podkrążone oczy. „Wyglądam marnie” myślę sobie.
-Tak, po prostu jestem zmęczony.-uśmiecham się najszczerzej jak potrafię i znów wbijam wzrok w ziemię. Parę osób próbuje do mnie zagadać, ale nie mam siły prowadzić rozmowy, więc ich grzecznie zbywam. Wyprostowuję się tylko po to, by móc obserwować Sarę kątem oka. Patrzy na mnie, wydaje się być zmartwiona. Jaka ona jest kochana, empatyczna, czuła, miła. Nagle zachciewa mi się rozpłakać, znowu zrzucam na siebie winę za smutek innych. Wstaję i idę do toalety, oblewam twarz zimną wodą. Muszę się opanować, muszę się uspokoić.  Biorę parę głębokich oddechów, wycieram twarz jednorazowym ręcznikiem papierowym i wracam pod salę na swoje miejsce. Dzwoni dzwonek, matematyka mija szybko, za nią większość lekcji, zostaje ostatnia. Wszystkie przerwy spędzam w bibliotece i oddaję się przeróżnym lekturom. Kiedyś pasjonowały mnie opowieści fantasy, teraz przerzuciłem się na obyczajowe. Lubię czytać życiowe historie. Zazwyczaj jestem sam w bibliotece, nasza przemiła bibliotekarka nazywa mnie już po imieniu i zawsze pyta, jak się czuję. Czasami ucinamy sobie jakiś krótki dialog. Jest bardzo miła i przy niej nie muszę udawać, że się uśmiecham, bo naprawdę to robię. Przez chwilę zapominam o wszystkim. Mija ostatnia przerwa, nim się obejrzałem ostatnia lekcja też. Nie idę z resztą klasy do szatni, tylko wracam na najwyższe piętro do biblioteki. Nie śpieszy mi się do domu, zazwyczaj zostaję jeszcze godzinę po lekcjach w bibliotece i czytam. Wchodzę do mojego szkolnego azylu, kiwam głową do bibliotekarki i siadam w swoim ulubionym miejscu w kącie biblioteki. Wyciągam książkę z plecaka i oddaję się lekturze, zatapiam się w świat przedstawiony, odcinam się od mojego padołu łez. I nagle słyszę głos, który poznaję od razu, bez chwili namysłu. To Ona.
-Hej, znowu zostajesz tu po lekcjach?- pyta się miło i przesadnie cicho, próbując zachować standardy biblioteki. Kładzie plecak i siada przy mnie. Serce zaczyna mi bić chyba sto razy szybciej, krew pulsuje, adrenalina rośnie. Staram się opanować, nie dać po sobie niczego poznać. Ale co ona tu robi?
-Tak, zazwyczaj tak robię. Czytam sobie trochę.- odpowiadam spokojnie i pokazuję na książkę.  
-Zauważyłam, rzadko kiedy wracasz z nami do domu. Sory, że tak po prostu się do ciebie dosiadłam, ale martwimy się o ciebie, jako klasa.  
No pewnie, mogłem się tego domyślić. Klasa ją do mnie wysłała.
-Dlaczego?
-Ostatnio jesteś cały czas nie w humorze, rzadko kiedy z kimś rozmawiasz, z ostatnich sprawdzianów dostałeś jedynki. To trochę niepokojące. Nie chcę brzmieć jak jakiś szkolny psycholog, ale po prostu… zazwyczaj inaczej się zachowujesz.  
W jej cichym głosie słyszę nutę zmartwienia, definitywnie tam jest. To mnie cieszy, nawet bardzo.
-Mam po prostu gorsze dni, sam nie wiem dlaczego. Ale nie ma czym się martwić. Naprawdę.  
-No dobra, uznajmy, że ci wierzę. A nie chciałbyś może teraz ze mną wrócić do domu? Już wszyscy poszli, a wolałabym nie wracać sama…  
Proponuje mi wspólny spacer do domu. Ona. Sara. Dziewczyna moich marzeń, mój ideał, serce, które bije za moje, które podtrzymuje mnie przy życiu. Jestem w szoku, zapominam języka w gębie.
-Oczywiście jeśli nie chcesz, to nic. Nie będę ci przeszkadzała w czytaniu.- dodaje po braku odpowiedzi.
-Nie!- krzyczę stanowczo za głośno. Bibliotekarka podnosi wzrok znad laptopa i spogląda na mnie zdziwiona. Sara tak samo.- Znaczy… nie…- dodaję już ciszej- z chęcią się z Tobą przejdę. Poczytam sobie w domu.
-Świetnie, to chodźmy.- uśmiecha się i wstaje. Chwytam za plecak i podnoszę się z krzesła. Patrzę na nią zauroczony. Ma w sobie ideał, Ona jest ideałem. Wychodzimy z biblioteki i idziemy na najniższe piętro do szatni. Przebieramy się sprawnie i wychodzimy ze szkoły. Idziemy powoli, nie śpieszymy się. Spoglądam na nią kątem oka, wydaję się przy niej strasznie wysoki. Ciekawe, czy ona wydaje się dla siebie niższa. Cały czas podtrzymuje rozmowę i mówi o przeróżnych rzeczach. Ja tylko słucham, przytakuję i czasami odpowiadam na jakieś pytania. Czuję się bosko. Mam wrażenie, że moje istnienie ma sens. Czuję tak tylko będąc przy Niej, przy Sarze, przy moim ideale. Idziemy razem jeszcze pięć minut, w końcu zatrzymujemy się na rozdrożu, gdzie każdy musi skręcić w inną stronę.  
-Dzięki za spacer, było mi bardzo miło- mówię w pełni szczerze i uśmiecham się najcieplej jak potrafię.
- Mi też, dzięki, że mnie odprowadziłeś.  
Nie wiem, jak dalej się pożegnać i czekam na jej ruch. Wychodzi z inicjatywą i mnie przytula. Odwzajemniam jej ciepły uścisk. Czuję się wspaniale, chciałbym zatrzymać ten moment, żeby trwał. Niestety szybko się kończy.
-Nie bądź taki smutny, wolę cię uśmiechniętego.- rzuca na pożegnanie, uśmiecha się i idzie w swoją stronę. Stoję nie wiedząc, co zrobić. Odprowadzam ją wzrokiem, aż nie znika na końcu ulicy i skręca w prawo. Znowu zostaję sam, bez jej ciepła, uśmiechu, serca, empatii, uścisku. Bez Sary.

962 czyt.
100%61
Cytat

opublikował opowiadanie w kategorii dramat, użył 2123 słów i 12315 znaków

Komentarze (1)

 
  • agnes1709

    agnes1709 28 mar 2017

    Jednym słowem - zajebiste, do tego bardzo schludnie napisane, połknęłam w całości!!!
    Nie myślałeś, żeby zrobić z tego coś dłuższego? Bo myślę, że warto! Fajnie byłoby poczytać o facecie próbującym zawalczyć o kobietę. Takie historie maja w sobie coś... przynajmniej dla mnie!
    Pozdrawiam i dziękuję za MILUTKĄ lekturę a wierz mi,  niewiele opowiadań na lol-u naprawdę mi się podoba. Twoja jest idealna!!!