Trzy pytania, cz.5

Dzień 5. Miesiąc nieznany (muszę się w końcu kogoś zapytać), niedziela. Rok 2017. Dalej szpital.

Wojna powinna być neutralna dla muzyki. Często, gdy jedna z armii przejmuje prowadzenie, rozbrzmiewa muzyka wesoła, opiewana w glorii. My, widzowie, mamy wtedy cieszyć się ich triumfem i zapomnieć o drugiej ze stron konfliktu, która właśnie przeżywa dramat; dociera do niej, że to koniec. Wojnie powinna zawsze towarzyszyć cisza. Chyba ona najlepiej opisze rozgrywany ludzki dramat.  


Sprawdzam godzinę, znowu 10. Wstaję, czuję się na siłach. Odruchowo wyciągam rękę, żeby złapać się za stojak z kroplówką, ale zapominam, że wczoraj mi go zabrali. Po wczorajszym obiedzie poszedłem z lekarzami żeby mnie dokładnie zważyli. Wyszło równe 50kg. Powiedzieli, że jak na szesnastolatka to stanowczo za mało i rodzice mają dopilnować, żebym normalnie jadł i z nimi porozmawiają. I porozmawiali, wysłuchiwałem się, że od teraz będą poświęcać mi o wiele więcej uwagi i mam utrzymywać normalny cykl jedzenia. Będąc szczerym rozśmieszyło mnie to, że nagle przypomnieli sobie o moim istnieniu. Jakby ktoś w końcu zrzucił im z klapki z oczu i powiedział: "Hej, macie nastoletniego syna! Zajmijcie się nim od czasu do czasu.” Może się posłuchali, nie wiem. Lub gdy wrócę do domu wszystko będzie tak, jak dawniej. Będę wstawał, szedł do szkoły, wracał z niej, szedł do siebie. I tak w kółko, bez życia i jedzenia. Odwracam się i patrzę na Śniącego, dostrzegam jakiś arkusz wiszący na jego łóżku. Wcześniej go tu chyba nie było lub Ja po prostu nie zwróciłem na niego uwagi. Podchodzę do niego, kucam i czytam.

Imię: Karol Białek

Wiek: 14

I tyle, nic więcej. Niby dowiedziałem się jego danych, ale mam wrażenie, że wiem jeszcze mniej. Spoglądam na niego.

-Więc jesteś Karol… Dla mnie i tak zostaniesz Śniącym- mówię i czekam, czy aby nie chce zgłosić sprzeciwu. Nic tego nie zapowiada, idę więc do toalety. Wracając rozglądam się po korytarzu i postanawiam przejść. Mam dość mojego małego pokoiku, jest dla mnie jak klatka. Idę powoli, większość drzwi od sal pacjentów jest otwartych, zaglądam do środka każdej. Są tu same dzieci, niektóre naprawdę młode, mają może po pięć lat. Na oko dominuje młodzież z zakresu 10-13 lat. Niektórzy mają głowy w bandażach (sam przypominam sobie o mojej i znowu ją dokładnie macam- wciąż w bandażu), ręce i nogi w gipsach, tors w czymś, co ma trzymać go nieruchomo. Ogółem wszyscy z obrażeniami fizycznymi. Myślę, że Ja też przez to tu jestem. Gdybym nie rozbił sobie głowy, nigdy bym tu nie trafił i może teraz bym już nie żył. Znowu myślę o Sarze. Ciekawe, co teraz robi i czy do mnie przyjedzie. Dochodzę do końca korytarza, skręcam i wracam do siebie. Kładę się na łóżku, wzdycham, znowu spoglądam na Śniącego, czy aby nic się w nim nie zmieniło. Wciąż tak samo, chwytam więc za jedną z książek, które przywieźli mi rodzice i czytam. Mija dobre piętnaście minut, gdy do pokoju wjeżdża stolik na kółkach obładowany talerzami z jakimś daniem. Prowadzi go jedna z pielęgniarek. Mówi, że czas śniadania, każe mi usiąść. Bierze mój stolik nocny, przekręca i rozkłada jakby metalową płytkę. Kładzie na niej sztućce i talerz z jedzeniem, pyta się, czy chcę herbaty. Kiwam głową, bierze kubek i ze swojej przewoźnej maszyny nalewa herbaty. Nie pyta się, czy słodzę, spogląda tylko na Śniącego i bez słowa wyjeżdża rozdawać śniadanie dalej. Patrzę, co przyjdzie mi jeść. Trzy kanapki z masłem i czymś dżemopodobnym na sobie, do tego gorzka herbata, której nienawidzę. Postanawiam nie wybrzydzać i próbuję kanapek. Nie są najgorsze, zaczynam powoli jeść, dokładnie przeżuwam każdy kęs. Po dziesięciu minutach wszystko zjadłem, wziąłem tylko łyka herbaty. Zostawiam stolik jak stoi, niedługo potem pojawia się pielęgniarka, bierze talerz ze sztućcami i kubek herbaty, a stolik przywraca do pierwotnego stanu. Powracam do czytania, czas leci mi niespodziewanie szybko. Zawsze niedziela wydaje mi się długa, mozolna i nie do wytrzymania. Dzisiaj jest trochę lepiej. Sprawdzam godzinę, jest już 13. Wstaję i idę do toalety, wracając widzę Sarę na korytarzu, idzie w moją stronę. Jestem zaskoczony. Więc jednak postanowiła mnie odwiedzić. Zatrzymuję się, uśmiecham i macham prawą ręką. Idzie szybko, zaraz jest przy mnie i przytula mnie na powitanie. Nie spodziewałem się tego, odwzajemniam uścisk. Znowu czuję jej ciepło, nawet zapach włosów, jest lawendowy. Puszcza mnie i jakby ocenia wzrokiem, w końcu mówi:

-Wyglądasz świetnie, tylko ta zabandażowana głowa wszystko psuje.

Uśmiecham się, ona też.  

-Też świetnie wyglądasz.  

Nie kłamię, założyła kolorową sukienkę i koszulę z krótkimi ramiączkami, na której widnieją przeróżne kwiatki. Włosy spięła w kok, który jak dla mnie idealnie do niej pasuje. Uśmiecha się, proponuję powrót do mojej sali. Siadam na łóżku, Sara obok mnie, choć zachowuje dystans. Nie zwracam na to uwagi, za bardzo się cieszę z jej wizyty.

-Jak się czujesz?- pyta.  

-Nie najgorzej, dzięki. Ale to nie ważne, mów co u ciebie i jak w szkole- nie pytam bezpośrednio, czy wszyscy już wiedzą, że jakiś wariat chciał rzucić się pod samochód. Ubieram to w przyjemniejsze słowa i przy okazji wymyślam niezły temat do rozmowy.  

-U mnie nic nowego, za to w szkole wszyscy dowiedzieli się o tym czwartkowym zajściu.

No świetnie.

Trochę mi głupio-ciągnie dalej- co chwilę nauczyciele mi gratulują, każdy każe opisać jak to jest być bohaterką i w ogóle… Wszyscy to wyolbrzymiają.

-Nie powinno być ci głupio- mówię- uratowałaś mi życie. Jestem ci dozgonnie wdzięczny.  

Patrzę się na nią i uśmiecham. Sara rumieni się, spuszcza wzrok.

-Oj weź, bo i przez ciebie jest mi głupio…  

Nagle przypominam sobie, że miałem zapytać się kogoś o miesiąc.

-Słuchaj, jaki mamy miesiąc?  

-Maj, a co?

-Maj?

-Tak, dokładnie 11 Maja.  

Co? Jak to Maj? A gdzie styczeń, luty, marzec i kwiecień? Gdzie listopad, grudzień? Wrzesień, październik? Gdzie Sylwester, Boże Narodzenie i wszystkie inne święta? Co się podziało z całym czasem, który był? To brzmi dość absurdalnie, ale nie mam pojęcia. Czy Ja w ogóle żyłem? Patrzę się tępo przed siebie i zastanawiam. Czuję się oderwany od przestrzeni, kiedy odzywa się Sara:

-Hej, wszystko w porządku?
Z hukiem powracam na ziemię. Potrząsam głową i mówię:

-Tak, tak. Po prostu jestem… zdziwiony. Myślałem, że jest inny miesiąc.

-No weź, nie wygłupiaj się.  

Szybko zmieniam temat, choć wciąż myślę o mojej… Nieobecności? Chyba można to tak nazwać. Rozmawiamy z Sarą o przeróżnych rzeczach, w końcu schodzimy na temat Śniącego.

-Wiesz już może, co jest temu chłopakowi?- pyta Sara spoglądając na niego.

-Śniącemu? Nie za dużo, wiem tyle, że nazywa się Karol Białek i ma 14 lat.

-Śniący?  

-Co?

-Nazwałeś go Śniącym.

No tak, jeszcze go tak przy niej nie nazywałem.

-A tak, mówię tak na niego. W końcu cały czas śni.  

Chyba zastanawia się nad moimi słowami, wciąż obserwując śpiącego chłopaka. Po chwili kiwa głową, wydaje się być zadowolona wyjaśnieniem. Czas leci nam szybko, po ponad godzinie Sara musi się zbierać.

-Dzięki wielkie, że wpadłaś. Normalnie jest tu strasznie nudno, a tak to spędziłem czas w dobrym towarzystwie.  

-To dla mnie przyjemność- rumieni się i uśmiecha- Naprawdę cieszę się, że wszystko z tobą dobrze. Wracaj szybko do szkoły, tęsknię za tobą... I oczywiście reszta klasy też- dodaje szybko.  

Przytula mnie, a Ja ją. Po chwili całuje mnie w policzek, uśmiecha przelotnie i szybko wychodzi z pokoju, żeby nie powiedzieć wybiega. Stoję przez chwilę zszokowany pocałunkiem. Co prawda tylko w policzek, ale, pieprzyć to, myślę sobie, było świetnie. Stoję tak jeszcze dobrą minutę, w końcu kładę się na łóżku i mówię Śniącemu:

-Tak, kocham ją.  

Ten, niewzruszony, śpi dalej.
                                             ***
Dzień 6, Maj, poniedziałek. Rok 2017. Szpital.

Myślę, że Pustka jest niepoliczalna. Kiedy ktoś mówi, że przez parę dni czuł się pusty, nie wiemy, ile naprawdę to trwało. W Pustce czas leci inaczej, jeden dzień ciągnie się tygodniami lub skraca do godziny. Masz do wyboru żyć lub się wyłączyć, wtedy dnia nie ma w ogóle. Istnieć lub przestać być. Człowiek staje przed wieloma wyborami, które rozstrzygnąć może tylko długa Pustka.

This is how it feels to be just like me,  
This is how it feels to be born like me,  
To be young, to be lost, to be sad,  
But wild and free…

Pozwalam się porwać muzyce, znowu jestem, ale mnie nie ma. Ale to nic, tak mi jest dobrze.  

-Dzień dobry, jak się dziś czujemy?

Otwieram oczy i zdejmuję słuchawki, to pielęgniarka. Pyta o te same rzeczy, co każdego dnia. Już się przyzwyczaiłem i przestałem krępować podczas opowiadania o na przykład moich wizytach w toalecie. Szybko kończy rozmowę i wychodzi. Mimo, że jestem tu tylko 4 dni, mam wrażenie, że zupełnie wyzbyłem się wstydu. "Szpital zmienia człowieka”, myślę i mrużę oczy. Przez chwilę czuję się jak ci wszyscy gangsterzy z filmów, którzy wypowiadają jakieś dramatyczne kwestie. Uśmiecham się mimowolnie, dzisiaj czuję się nawet dobrze. A "nawet dobrze” w moim przypadku znaczy bardzo dużo. Patrzę na Śniącego, dalej się nie rusza. Wzdycham przelotnie.

-Mój śniący przyjacielu, kiedy będzie ci dane powrócić do żywych świata, bytu prawdziwego?  

Nigdy nie odpowiada. Wstaję i idę do toalety, wracając postanawiam się przejść. Czuję się już w pełni sił, nie mam problemów z chodzeniem. Gorzej tylko z rękoma, w których dalej mało wigoru. Choć może w nich tak było od zawsze, nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek był jakimś siłaczem. Dochodzę do końca szpitalnego korytarza, patrzę przez okno i mrużę oczy. Na zewnątrz jest strasznie jasno, mam wrażenie, że przez szybę czuję tę majową pogodę. Przyglądam się każdemu drzewu, które dostrzegam, każdemu samochodowi, który pędzi ulicą. Czuję się jakbym od lat nie widział świata poza moim szpitalnym pokojem. Dobre 10 minut obserwuję krajobraz, postanawiam wrócić do siebie, gdy zauważał pielęgniarkę rozwożącą śniadania. Dziś jedliśmy praktycznie to samo, co wczoraj, tylko zamiast czegoś dżemopodobnego o smaku truskawki, dali chyba mango. Tym razem upomniałem się też o cukier i wypiłem całą herbatę. Dzięki temu szybciej poszło mi z trzema kanapkami, czas jedzenia z dziesięciu minut skrócił się do pięciu.
Kładę się na łóżku i wpatruję w biały sufit. Czy chcę żyć? Myślę długo, dobre pół godziny. Nie wiem. Z jednej strony nawet nie muszę się nad tym zastanawiać, bo wiem, że nie. Z drugiej myślę o Sarze i nagle zmieniam zdanie. Biję się z myślami, w końcu idę na kompromis i ustalam: Gdy jestem sam- nie. Gdy jestem z Sarą- tak. No to dalej, czy mam pasje, ambicje? Nie myślę długo- nie. Czy żałuję, że się urodziłem? Dalej tak. A więc moja kondycja psychiczna w pewnym stopniu się zmieniła, nie za dużo, ale to zawsze jakieś nikłe światełko w mojej Pustce. Jedną nogą trwam w niej od dawna, drugą staram się zrobić krok za jej granice. To nie łatwe, jest jak kopuła, która mnie usypia; czuję się lunatykiem i nawet nie mam siły próbować robić kolejnych kroków, bo jestem tak bardzo zmęczony. Nagle czuję się senny, biały sufit znika mi pod powoli zamykającymi się powiekami. Mozolnie przykrywam się kołdrą pod samą szyję. Otula mnie swoim ciepłem, jestem taki śpiący…  
                                             *
Ktoś mnie trzyma za prawą rękę, ma małe dłonie, jeszcze mniejsze paznokcie, które wydają się takie gładkie pod moimi palcami. Czyjaś skóra, w przeciwieństwie do mojej, jest wręcz pięknolica. Skąd Ja znam takie słowo? Nie pamiętam, nie chce mi się myśleć. Podnoszę praktycznie niewidocznie powieki. Sara? Siedzi na krześle i trzyma mnie za rękę. A gdzie mój biały sufit? W sumie kogo to obchodzi, ona jest od niego lepsza. Zaczynam lekko gładzić jej dłoń, jakby upewniając się, że ona naprawdę tu jest. Tak, nie śnię jak Śniący, to jawa. Otwieram oczy, teraz widzę ją wyraźniej. Uśmiecha się, ale to mnie nie dziwi, ona chyba całe życie jest uśmiechnięta. Podnoszę kąciki ust.
-Lepszego widoku po otworzeniu oczu nie mogłem sobie wymarzyć- sam nie wiem czemu to mówię. Nagle przeklęty romantyk się we mnie odezwał…
Sara patrzy gdzieś za mnie, cała się rumieni i spuszcza głowę. Siadam na łóżku i dostrzegam moich rodziców po drugiej stronie. Zakrywam twarz dłońmi i wzdycham. To ostatnie osoby, które miałem ochotę tu teraz widzieć. Ojciec patrzy się na mnie z uniesionymi brwiami i uśmiecha od ucha do ucha, matka podobnie. Jakby w tej sytuacji było cokolwiek śmiesznego.

-Hej, pewnie już poznaliście Sarę. To moja przyjaciółka...

-Niewątpliwie- mówi ojciec dość ironicznie, wciąż się uśmiechając.

-Karol!- mówi matka- Oczywiście, że to tylko jego przyjaciółka. Tak, poznaliśmy ją, akurat przyjechaliśmy cię odwiedzić w tym samym czasie. Taki zbieg okoliczności- uśmiecha się do Sary, ta robi to samo.

-Twoi rodzice to bardzo mili ludzie- komplementuje ich Sara.

Moi rodzice mili? Sam nie wiem, czy się z tym zgadzam, czy nie. Nagle dociera do mnie, że praktycznie w ogóle ich nie znam. Już dawno zatraciliśmy kontakty rodzic-dziecko. Zapomniałem, jak to jest z nimi rozmawiać o tym, jak było w szkole, jak minął mi dzień, czy dobrze się czuję. Jak to było iść gdzieś z ojcem na typowo męskie zajęcia, połowić ryby, porozmawiać o dziewczynach. Jakby to wszystko nagle stało się naszym rodzinnym tabu. Uświadamiam sobie, że znowu zatraciłem się w myślach, a wszyscy się na mnie dziwnie patrzą.

-Tak, tak- mówię szybko- Która jest godzina?  

-13, musiałeś przespać parę godzin- odpowiada ojciec- Przypominam, że jutro wreszcie wracasz do domu. Ale będziesz przyjeżdżał tu 2 razy w tygodniu na rozmowy ze szpitalnym psychologiem. Miałem przyjemność z nim rozmawiać i wydaje się być bardzo miłym człowiekiem.

-Bo taki jest, już parę razy z nim rozmawiałem.

-A co jest tamtemu chłopczykowi?- pyta się mama, patrząc na Śniącego, reszta jej śladem na niego spogląda.

-Nie mam pojęcia- mówię szczerze- cały czas zapominam się kogoś o niego zapytać. Ale od kiedy tu jestem, cały czas śpi. Pewnie jest w śpiączce.
  
Mówię to pusto, bez empatii. Może przez to, że wciąż mu zazdroszczę. Inni patrzą się na niego ze smutkiem wymalowanym na twarzy.

-Nikt do niego nie przychodzi, nie licząc pielęgniarki, gdy zmienia mu kroplówkę- dodaję, patrząc pusto przed siebie- Jest Śniącym.  

                                            *
Rodzice pojechali po dwóch godzinach, zaproponowali Sarze podwózkę do domu, ale ta zdecydowała się zostać dłużej. Powiedziała, że umówiła się z rodzicami na trochę później i nie mają się o co martwić.

-No, to w takim razie bawcie się dobrze- rzuca ojciec na pożegnanie, znowu się tak uśmiecha i wychodzą z matką, zamykając za sobą drzwi. Ja tylko wzdycham zażenowany, a Sara wybucha śmiechem.  

-Twój tata wydaje się być naprawdę fajny- mówi roześmiana.

-Sam nie wiem, co sądzić w ogóle o moich rodzicach- stwierdzam niepewny, czy chcę zaczynać ten temat- Mam wrażenie, jakbym ich nie znał.

Sara poważnieje i siada bliżej mnie.

-Masz z nimi słabe kontakty?

-Będąc szczerym teraz nie jestem pewny niczego. Mam wrażenie, że ostatnie dwa lata przespałem, zupełnie jak Śniący śpi teraz. To strasznie dziwne i sam do końca tego nie rozumiem… cóż, nie bez powodu będę miał zapewnione spotkania z psychologiem- uśmiecham się i próbuję obrócić temat w żart.

-Wiesz co, jesteś najciekawszą osobą, jaką dotychczas spotkałam.

-Za to ty jesteś najlepszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek spotkałem.

Co jest ze mną nie tak? Dlaczego muszę rzucać takimi głupimi tekstami co drugie zdanie? Nim kończę w myślach karcić się za moje idiotyczne teksty, nagle dzieje się rzecz nieprawdopodobna, niesamowita, wyniosła i wspaniała. Sara przysuwa się do mnie, jedną ręką przekręca moją głowę tak, że patrzę jej prosto w oczy. I mnie całuje. Moje usta pierwszy raz w życiu łączą się z czyimiś, czuję jej ciepłe wargi pod moimi. Z wrażenia zamykam oczy, daję się ponieść chwili. Właśnie wtedy czuję, że drugą nogą wychodzę z Pustki. Wreszcie jestem w pełni Obudzony, już nie śpię, nie błądzę na granicy życia, a bycia Śniącym. Nie mam bladego pojęcia, ile to trwa. W pewnym momencie po prostu kończymy pocałunek i patrzymy się na siebie. Nie wiem, co dalej robić.  

-Kocham Cię- szepczę.  

Co ja w ogóle tworzę.

-Naprawdę?- pyta jeszcze ciszej ode mnie, jakby bała się, że ktoś niepożądany to usłyszy.
  
-Tak, naprawdę. Od zawsze.

Nie wiedzieć kiedy stykamy się czołami, dalej patrzymy sobie w oczy. Po chwili znowu się całujemy, tym razem pewniej, jakbyśmy robili to już tysiące razy, a to tylko drugi. Nie dbam o to, że ktoś w każdej chwili może tu wejść i nas zobaczyć, zrobić awanturę, wygonić Sarę. Nie liczy się nic prócz niej. Nic.

Cytat

opublikował opowiadanie w kategorii dramat, użył 3128 słów i 17450 znaków, zaktualizował 2 kwi 2017. Tag: #dramat

2 komentarze

 
  • agnes1709

    Porzuciłeś opowiadanie?

  • agnes1709

    Super, lecz jest kilka błędów, choć to mało istotne. Ale to: "nie pytam się bezpośrednio" - po co to "SIĘ"???!!! Wywal, bo pali w oczy;) Łapka ode mnie!