Nowa Ziemia

Ej. Melancholik zgłoś się!                                              Skrzywiłem się, kiedy zabrzmiał mi w słuchawce głośne wołanie dowódcy. Nie znoszę, kiedy nazywają mnie Melancholik, ale jeszcze bardziej nie znoszę jak drą się do tego cholernego mikrofonu! Ale dowódcy drużyny tego powiedzieć nie mogę. On jest pierwszym a ja czwartym. Ma prawo wrzeszczeć na mnie ile mu się będzie chciało.                                         –Tu Paladyn zgłaszam się. –Zameldowałem posłusznie.                          –Melancholik ty i Siepacz macie odczepić się od naszych skrzydeł i ustawić równolegle do nas dwadzieścia metrów przed szykiem. –Zakomenderował Zawisza dowódca oddziału. –Przełącz mecha na tryb bojowy i uruchom radar z zasięgiem do kilometra.                                Nie znoszę jak wyrzuca mnie na zwiad. Zawisza zawsze karze to robić mnie albo Siepaczowi albo nam obu, ale nigdy nie Samurajowi ani nie Rolandowi.                                Zostawiając swoje niezadowolenie sobie i mojemu mechowi Wilkowi użyłem połączeń mojej kory mózgowej a jego rdzeniowi w locie na orbicie ziemskiej dokonałem transformacji.           A! Zapomniałbym o paru słowach wprowadzeniach! Proszę o wybaczenie mojego niedopatrzenia i o przyjęcie wprowadzenia teraz. Nazywam się Jasper mam piętnaście lat i od szóstego roku życia jestem pilotem wojskowym. Moje hasło wywoławcze to Paladyn albo jak mówią złośliwi Melancholik. Jestem pilotem wojskowego mecha Wilka i jestem czwarty w drużynie Stanisława a raczej Zawiszy. Należymy do oddziału Śnieżki 102 dywizjonu sił powietrznych zmechanizowanych na planecie Nowa Ziemia.                                          Mechy, które pilotujemy to wpół organiczna maszyny służące do walki w kosmosie w próżni przy dużym promieniowaniu jak w strefie powietrznej. O tym jak wygląda mech ma pojęciem każdy, kto oglądał kiedyś anime o tej tematyce. Blisko nam wyglądem do Gundama i do maszyn z Ewangeliona. Z Pancerzy Bojowych –jak się je jeszcze nazywa – mogą korzystać tak jakby tylko dzieci. Chodzi oto, że żeby zostać pilotem trzeba stworzyć połączenie kory mózgowej człowieka i rdzenia Pancerza a to jak naukowcy stwierdzili mogą tylko dzieci. I tak się stało ze większość pilotów niema więcej niż dwadzieścia osiem lat a najmniej sześć.                                     To połączenie to moneta o dwóch stronach. Z jednej strony większa kontrola i synchronizacja z mechem oraz umiejętność się z nim komunikowania telepatycznie, co bardzo ułatwia sprawę, gdy chcesz poznać szybko stan Pancerza lub po prostu chcesz z kimś pogadać. Z drugiej mamy połączenie układów nerwowych podczas pilotowania, więc czujemy wszystko jak na sobie samym a do tego, jeżeli zginie pilot lub zostanie zniszczony pancerz to pilot nie nawiąże połączenia już z innym pancerzem ani pancerz z innym pilotem. Taka smutna prawda.                          Pancerze bojowe mają większą zwinność i zwrotność niż samoloty, krążowniki kosmiczne i myśliwce bojowe, dlatego są bardzo popularną i wychwalaną jednostką. Piechota przestworzy tak nas nazywają. Mech ma dwie opcje transformacji, z których korzysta się względem do sytuacji na polu walki. W trybie zwiadowczym pancerz bojowy przybiera postać czegoś na podobieństwo myśliwca. Zyskuje na szybkości, ale traci na sile bojowej i zwrotności a w trybie bojowej mamy robota jak z Gundama i w takiej postać walczymy. Tracimy na szybkości, ale zyskujemy na sile bojowej i zwrotności, co na polu walki nawet jakbyś chciał zwiać to lepiej w tej formie.                      Po przemianie zacząłem widzieć oczami Wilka a nasza synchronizacja jeszcze bardziej się zwiększyła. To tak jak wchodzenie ścieżką w las. Im zagłębiamy się w niego głębiej tym więcej rzeczy pokazuje się naszym oczom. Puściłem pada, którym do tej pory sterowałem i wsunąłem rance w dwie tuby po bokach wypełnione specjalnym żelem. Za pierwszym razem, kiedy to robiłem czułem obrzydzenie jak wsadzałem dłonie w ten głupowaty żel, ale już zdążyłem się przyzwyczaić.           Błękitne czyste niebo bez chmur było nudniejsze niż podczas burzy, ale też bardziej bezpieczne. Sięgnąłem moim mechanicznym ramieniem… to znaczy ramieniem Wilka to znaczy… cholera zawsze podczas połączenia mam problem z nazewnictwem. W tak głębokim połączeniu ja i Wilk stajemy się niemal jednym i tym samym wiec proszę mi się nie dziwić. Czasami podczas połączenia nie wiem czy jestem Wilkiem czy Jasperem. Momentami to frustrujące.                Mechanicznym ramiennie chwyciłem po mojego B.P. Blade Pistol to podstawowa broń piechoty powietrznej wyglądająca trochę jak ręczny granatnik z bębenkiem o dwóch komorach. Jest to połączenie miecza i karabinu w jednym, co bardzo pomaga w walce w przestworzach, bo często jest tak tłoczno, że lepiej odpuścić sobie strzelanie a przerzucić się na siekanie. B.P był przełączony na walkę na dystansie. Sześciu metrowe ostrze miecza było schowane w komorze bębenka a rękojeść schowana w kolbie.                                                   Sprawdziłem na wyświetlaczu czy karabin był naładowany. Czerwony pasek się wyświetlał, co oznaczało, że jest pełny. Przełączyłem go na ogień krótkimi seriami, choć na rutynowym patrolu nie spodziewałem się na natrafienie na żołnierzy wroga, ale ja wole dmuchać na zimne. Nigdy nie wiadomo, kiedy natrafi się na siły wroga.                                         Oddzieliłem się od lewego skrzydła i dołączyłem do Siepacza, który już był na pozycji. Pomachał mi mechaniczną ranką a ja mu odmachałem. Lubiłem Siepacza i jego mecha Szatana. Zawsze miał ciekawe pomysły jak ten by nie tylko namalować na swoim mechu swoje logo, ale i całego pomalować na czerwono z czarnymi pentagramami na naramiennikach i korpusie.           Jak zwykle my poskarżył się utrzymując dystans od mego pancerza.                Zawisza nas chyba nie lubi stwierdziłem uruchamiając radar.                          Ale cholera, dlaczego? Co mu zrobiliśmy, że nas nie lubi.                          Skąd mam wiedzieć. Ustawiłem zasięg radaru. To dupek.                          Siepacz się zaśmiał. Ciekawe czy też by się śmiał gdyby mógł to usłyszeć Zawisza. Gdyby nie to, że nie morze wejść nam na linie to już by nas nadział na ostrze swojego B.P. Przodkowie Zawiszy na starej Ziemi należeli do kraju zwanego Polska. Z czystej ciekawości poszperałem o tym kraju w bibliotece i to, co znalazłem bardzo mną wstrząsnęło. Na starej Ziemi gatunek ludzki podzielił się na grupy. Wyczytałem w bibliotece ze Polska znajdowała się w środkowej Europie i z ich historii wywnioskowałem, że to urodzenie wojownicy. Normalnie szczęka mi opadła, kiedy czytałem o tych wszystkich wojnach, jakie toczyli i bitwach. Większość bitew staczali z dwa razy liczniejszym od niego przeciwnikiem i o dziwo wygrywali.                                          Śledziłem w milczeniu wyświetlacz radaru pojawiający się w rogu wizjera chroniącego oczy Wilka. Na razie nic nie wykrywało poza naszą piątką przeprowadzającą patrol. Przez dwie godziny będziemy tak latać w obrębie naszej sfery wyznaczonej trasy aż nie zostaniemy zmienieni przez Śnieżkę i jego ludzi. Czasami żałuje, że jestem pilotem.                                   Przez godzinne tak lecieliśmy. Co dziesięć minut meldowaliśmy Zawiszy, że wszystko w porządku i nic nie widać na radarze aż tu nagle minutę przed kolejnym meldunkiem na wyświetlaczu radaru pojawiło się pięć małych punkcików. Co to? Pomyślałem powiększając wyświetlacz. Pięć punkcików kilometr przed nami. Nie przemieszczają się tylko stoją w dziwnym szyku w kształcie litery O.                                                              Zawisza! Wywołałem go przechodząc na kanał ogólny. Mamy towarzystwo!                 Melduj!                                                        Na godzinie dwunastej niecały już kilometr od nas. Jest ich pięciu i stoją jakby na coś czekali.     Może to nasi Zasugerował Samuraj.                                         Nie sądzę powiedział Siepacz. Śnieżka ma nas zmienić za godzinne a dowództwo nic nie mówiło o jakiś zmianach w grafiku.                                                 Zapadła głucha cisza pełna napięcia. Nikt z nas nie niemiał ochoty na starcie a na to się zanosiło. Nie jesteśmy tchórzami, co to to nie! Po prostu każdy pilot woli uniknąć walki i nie ryzykować życia albo, co gorsze straty swojego mecha. Dla pilota w hierarchii wartości stoi mech i jego dobro na pierwszym miejscu a dopiero potem własne. Każdy pilot wolałby umrzeć niż stracić swojego robota.                                                        Rolad połącz mnie z bazą wydał w końcu rozkaz. Reszta stop! Melancholik melduj o ich poczynaniach na bieżąco!                                                    Zatrzymaliśmy się zgodnie z rozkazem zawisając kilkaset kilometrów na ziemią. Punkty na radarze dalej stały w miejscu. To było niepokojące, ale nie to, że stali, ale ze było ich pięciu. Wróg nigdy nie wysyła tak nielicznych oddziałów chyba… chyba ze jest tam generał. O tak, jeżeli jest tam jeden z generałów to jest krucho. Poczułem jak przyśpiesza nam tętno a serca zaczynają niepokojąco szybko bić.                                                             Generałowie to zmora senna wszystkich żołnierzy Nowej Ziemi. Wszyscy się ich boja i słusznie, bo jeden generał bez problemu jest w stanie zmieść cały batalion kanonierów lub nas. Tylko, dlatego że wróg ma generałów to walka dalej trwa. Mamy takie powiedzenie "Walka trwa dopóki nie pojawi się generał, bo potem jest tylko krwawa jatka.”. Jak ktoś oglądał Teknoman to ma nikle pojęcie o ich sile i wyglądzie. Pokryci grubymi pancerzami uzbrojeni w zabójczą broń generałowie są ostatnia rzeczą, jaką chciałoby się spotkać.                                          A jeśli to generał zasugerował Roland wpadając na ten sam pomysł, co i ja.                 Roland łącz z dowództwem! Ponaglił go nie odpowiadając na jego pytanie, ale usłyszałem wyraźnie u niego w głosie panikę.                                                Pięć punktów dalej stało w miejscu. Boże nich to nie będzie generał modliłem się w duchu a Wilk mi wtórował.                                                         Nagle przed oczami pojawił się nam obraz z bazy i twarz. Cholera zaklęliśmy z Wilkiem na widok twarzy Wu. Ten niski łysy człowiek był znienawidzony przez wszystkich pilotów. Ten osobnik niema bladego pojęcia, na czym polega więź pilota z swoim robotem i nie szanuje naszych zwyczajów.                                                       Słucham. Wu miał paskudny piskliwy głos i tendencje do wydzierania się.                 Na radarze mamy pięć niezidentyfikowanych obiektów niecały kilometr przed nami i…           Po cholerę zawracacie głowę! Przerwał nieuprzejmie Wu Zawiszy. Znacie procedury. Każdy niezidentyfikowany obiekt musi być sprawdzony a jeśli to wróg to ma być zniszczony. Nie widzę powodu, dla którego łączycie się z bazą.                                          Kiedy patrzyłem na tę jego głupią łysą głowę i ciemne skośne oczy miałem ochotę na zrobienie komuś krzywdy i wiedziałem, komu. No powiedzcie mi jak można kogoś takiego nienawidzić? Wilk podzielał moje zdanie jak wszyscy. Zauważyłem jak mechaniczne dłonie Siepacza zaciskają się mocnie na rękojeści B.P.                                               Podejrzewamy, że morze być to generał wyjaśnił nienaturalnie spokojnie Zawisza.           Wu zbył go lekceważącym machnięciem ranki.                               Bzdura. Co mógłby robić tutaj generał? Przecież to zadupie a nie jakieś punkt o strategicznej wartości. Leczcie i sprawdźcie a w razie, czego znieście. Jest was pięciu na pięciu dacie rade. Bez odbioru. Rozłączył się zanim zdążył powiedzieć cokolwiek Zawisza.                            Dupek powiedział tylko gniewnie. Melancholik! Co z nimi?                          Dalej się nie poruszyli! Zameldowałem pośpiesznie by go bardziej nie denerwować.           Dobra lecimy zakomenderowała stanowczo. Szyk bojowy pełna czujność chłopaki.     Zawisza, Roland i Samuraj przeszli w tryb bojowy. Razem z Siepaczem cofnęliśmy się na tyły i razem z resztą utworzyliśmy szyk w kształcie odwróconego V. My dwaj lecieliśmy na końcu szyku a Zawisza na samym przodzie. Ruszyliśmy przed siebie w nerwowej absolutnej ciszy. Byliśmy czujni i gotowi nawet na koniec świata. Nie będę ukrywać ze strasznie się denerwowaliśmy ani że przyszła mi na chwila taka myśl by zdezerterować, ale Wilk szybko mnie za o zgromił. Miął racje jesteśmy wojownikami a nie tchórzami.                                                   Punkty na radarze dalej się nie ruszały. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego nic nie robią tylko czekają. To było dziwne. Byliśmy coraz bliżej aż naszym oczom ukazał się widok, który śni się każdemu żołnierzowi, jako najgorszy koszmar. Generał o czarnym pancerzu z długą włócznią i czarne okrągłe drony bojowe.                                                        Spojrzałem na niego i zrozumiałem. On czekał tu na ofiarę na kogoś, kogo będzie mógł zabić. To zmroziło krew w moich żyłach. Generał odpalił całą moc swoich silników odrzutowych i z szybkością jednego krótkiego mrugnięcia oka wystartował z zawrotną prędkością w naszą stronę.     Rozproszyć się wrzasną Zawisza, ale było już zapóźni. Generał doleciał do niego i ciął jego mechaniczne ramie ostrzem na drugim końcu włóczni. Zawisza nie zdążył oddać ani jednego strzału, kiedy jego robot stracił rankę.                                                   Z reszta otworzyliśmy ogień rozpraszając się po niebie. Generał z taką samą szybkością odleciał od Zawiszy. Znikną nam z oczu, ale nietrwało to długo.                          Siepacz nad tobą! Ktoś wrzasną i wszyscy wymierzyli nad Siepacza gdzie już szarżował na niego z góry generał. Siepacz szybko odleciał na bok otwierając ogień. Wzięliśmy go w ogień krzyżowy i żaden pilot nie byłby w stanie wyjść z tego cało, lecz ten z gracją baletnicy wyminą je tak szybko, że nasze oczy ledwie, co zarejestrowały.                                         Roland! Wrzasną Zawisza. Łącz się z bazą i powiedz im ze trafiliśmy na generała!      Niestety Roland nie zdążył czegokolwiek nadać. Drony, które do tej chwili były jak wyłączone nagle ożyły i zaatakowały go od tyłu. Stracił prawą rankę, w której trzymał karabin i prawa nogę szybciej nisz trwają dwa uderzenia serca. Samuraj otworzył ogień do dronów dając czas na ucieczkę Rolandowi. Roland zanurkował w dół goniąc spadającą na ziemie rankę z wciąż trzymanym B.P.      W tym czasie razem z Siepaczem i Zawiszą pruliśmy gęsto ogniem w stronę generała. Był szybki jak diabli. Wymijał z taka łatwością nasze pociski, że gdyby nie strach to bym się wkurzył. Zawisza uruchomił tryb miecza i zaszarżował z wściekłym opętańcy krzykiem na generała. Na sam dźwięk tego krzyku przeszedł nas zimny dreszcz, ale generał nic sobie z niego nie zrobił. Przyjął jego wyzwanie i też zaszarżował na Zawisze trzymając włócznie na sztorc.                          Siepacz i ja wzmogliśmy siłę ognia ignorując bul wywołany siłą odrzutu. Próbowaliśmy jakoś go strącić, ale on był szybszy od naszych pocisków.                               Pomocy! Krzykną Samuraj, ale musieliśmy go zignorować. Pozbycie się generała było najważniejsze.                                                             Zawisza zwarł się z hukiem z generałem a my z Siepaczem musieliśmy przerwać ogień. Za duże było ryzyko na trafienie Zawiszy. Siepacz przełączył karabin na miecz i zaszarżował na generała by pomóc dowódcy. Ja natomiast odwróciłem się by sprawdzić, co z Samurajem i Rolandem. Serce nam zamarło na chwile na widok samuraja wymachującego mieczem by odpędzić się od atakujących go dronów. Otworzyłem ogień by mu pomóc. Dzięki czynniku zaskoczenia strąciłem jednego, ale reszty już nie trafiłem –za szybkie są.                                              Dzięki trafieniu jednego Samurajowi udało się uciec z pętli przy okazji trafił ostrzem miecza jednego drona, który eksplodował po tym cięciu. Strzelałem do dronów a chwile potem dołączył Roland, który na szczęście zdołał złapać karabin nim ten gruchną o ziemie.                     Pstryk. Nie, nie teraz! Pstryk. Szlak! Wyczerpałem ładunek musze poczekać aż się naładuje. Przełączyłem ręcznie B.P. Bęben się przekręcił i z lufy wystrzeliło obosieczne ostrze miecza. Z kolby wysunęła się rękojeść miecza a rękojeść pistoletu za spustem się schowała. Chwyciłem go oburącz i zaszarżowałem razem z Samurajem na drony. Roland Pomagał nam ogniem karabinu. Zrobiłem zamach jak kijem bejsbolowym i uderzyłem ostrzem drona, który eksplodował jak jego poprzednik. Zastał ostatni.                                                               Roland! Zawołałem oglądając się na niego. Co z dowództwem?                     Próbowałem się połączyć, ale cos mnie blokuje. Nie mogę się połączyć!                 Kurwa! Krzyknął ze wściekłością Samuraj. Jeżeli to przeżyje to zabije Wu.                Zostawiłem im ostatniego drona a sam spojrzałem, co u Siepacza i Zawiszy. Kolorowo nie było. Siepacz stracił lewą rankę i miał straszne rozdarcie w korpusie. Tak na oko to jeszcze centymetr i by go dorwał. Przebiłby osłony i zabił pilota. Zawisza trzymał się lepiej, choć w jego wypadku to nic dziwnego. Zawisza to miłośnik szermierki. Miecz Zawiszy i włócznia czarnego generała, co chwile się ścierały w zabójczym tańcu w przestworzach. Generał ciągle wyprowadzał pchnięcia grotem włóczni i cięcia ostrzem na drugim jej końcu a dowódca je zbijał lub unikał i sam wyprowadzał własne ataki.      Siepacz próbował korzystać z okazji, kiedy się dałoby go, choć zranić, ale ten zawsze w ostatniej chwili robił unik lub go odpychał wykonując pchnięcie. To było straszne. Walczył z dwoma i nie wyglądałoby to robiło mu jakąkolwiek różnice. Chciałem do nich dołączyć i pomóc, ale tylko bym przeszkodził. Zamiast tego pomogłem reszcie z ostatnim dronem. Dołączyłem do Samuraja w szaleńczym pościgu zanim przy akompaniamencie huków wystrzałów z karabinu Rolanda.           Nagle dron się zatrzymał i zaszarżował na Rolanda. Przyśpieszyliśmy a Roland wciąż pruł do niego z miejsca. Miałem złe przeczucia. Dron wyraźnie dążył do zderzenia, ale dlaczego… Chryste! Drony są uzbrojone w ładunek wybuchowy. Średniej siły, ale dość silny by narobić szkud. Jeżeli eksploduje przy zderzeniu z Rolandem to z tak małej odległości i z uszkodzonymi osłonami go zabije. Zwiększyłem szybkość, ale dron i tak był szybszy. Nie zdążę pomyślałem z rozpaczą.           Roland katapultuj się! Wrzasnąłem z całej siły. To dron pułapka!                     Nie zostawię Burzy! Odpowiedział mi z całą determinacją.                           Nie mogłem go nawet nazwać durniem czy skończonym idiotą. Ja też nie zostawiłbym Wilka w takiej sytuacji. Wolałbym już zginąć razem z nim niż żyć bez niego. Poczułem nasze łzy – moje i Wilka – spływające po naszych oczach. Zwiększyłem jeszcze bardziej szybkość ryzykując przegrzanie silnika i jego eksplozje. Nie mogłem pozwolić by ten dron się z nim zderzył.                     Roland przestał strzelać a zaczął uciekać jak najdalej od drona. Niestety utrata kończyn osłabiła jego mecha. Samuraj też zwiększył jak ja obroty i przełączył broń na tryb karabinu. Otworzył ogień, w którym była jego furia. Musieliśmy zatrzymać drona, ale ten był cholernie szybki i zwrotny. Łzy po naszych oczach płynęły już strumieniami a my nie mogliśmy ich powtrzymać. Samuraj krzyczał i strzelał a dron na złość nie chciał dać się zniszczyć. Był już centyma od pleców Rolanda, kiedy poczułem się jakby wszystko zwolniło. Dron. Roland. Wystrzał niewielkiej kapsuły z otwartego korpusu Burzy a potem czas przyśpieszył raz z wybuchem mecha.                          Na linii zabrzmiał pełen rozpaczy i bólu potępieńczy krzyk Rolanda z kapsuły. Ja i Wilk teraz kompletnie zalaliśmy się łzami, kiedy zrozumieliśmy, co się stało. Burza sama wystrzeliła kapsułę by ratować Rolanda. Wiedziała ze zginie i była świadoma ze jego jeszcze może uratować. Serca nas zabolały, kiedy pomyśleliśmy o bohaterskim poświęceniu Burzy. To był pokaz tego jak duża i potężna jest więź miedzy pilotem a jego mechem. Miłość bez granic.                          Samuraj cały czas klął przez łzy a ja byłem wstanie tylko płakać.                          To wina Wu powiedział miedzy jednym przekleństwem a drugim. To wina tego cholernego dupka. Gdyby tylko widział więcej niż czubek swojego nosa. Zabije go przysięgam.           Potem będzie czas powiedziałem czując się paskudnie ze musze przypomnieć o tym, że teraz nie czas na rozpacz. Musieliśmy się wziąć w garść mimo bolejących naszych serc. Zerwałem łączność z Rolandem by tylko na razie nie słyszeć jego lamentów. Mamy jeszcze robotę.                Zwróciłem się w stronę walczących. Walka dalej trwałą tylko, że ruchy Zawiszy straciły na płynności. Musi być wykończony pomyślałem ruszając w ich stronę. Siepacz spróbował zaatakować go od dołu, lecz ten ustąpił mu miejsca unikając zagrożenia. Samuraj wystrzelił do niego korzystając z okazji, że oddalił się od reszty. Ten nie odwracając się do niego jakby od niechcenia zakręcił jedna ranką włócznią odbijając pociski.                                                 On się z nami bawi zrozumiałem to w tej właśnie chwili. On nie traktuje nas poważnie. Gra z nami w kotka i myszkę dla zabawy. Stanęła mi przed oczami scena śmierci Buzy i nagle napłynęła we mnie nienawiść podsycana gniewem. Zaszarżowałem z bojowym okrzykiem. Generał spojrzał na mnie i runą ku mnie omijając Zawiszę, który chciał go zatrzymać. Zwarliśmy się a ja wysilając cała moc silników natarłem na niego pchając go w przestworzach przed sobą. Ten zrobił to samo. Podkręcałem silniki a Wilk nie protestował oboje tak bardzo chcieliśmy jego śmierci ze to pragnienie nas zaślepiło.     Generał z całej siły mnie odepchną i wzniósł się wyżej a ja zanim. Rozpoczął się pościg. Nie patrzyłem na lecących za nami innymi. Wyłączyłem ich wszystkich. Byliśmy tylko my i generał. Zatrzymał się nagle i odwróci wykonując jednocześnie pchnięcie w korpus. Zrobiłem unik w bok i chwyciłem jego włócznie jedną ranką a tą, w której trzymałem miecz wykonałem pacnięcie w głowę. W ostatniej sekundzie ją odchylił, więc ostrze ześlizgnęło się po jego hełmie.                Szarpną włócznią wyrywając mi ją z ranki a uderzeniem pięści odepchnął mnie od siebie. Znów spróbowałem go trafić ciąć tym razem od dołu, ale ten już znikną. Rozejrzałem się, bo niebie w poszukiwaniu. Znalazłem go, kiedy szarżował na mnie z włócznią od tyłu. Z idealną synchronizacją wykonałem obrót mijając grot jego włóczni. W takiej pozycji spróbowałem zadać cięcie od góry, ale moje umiejętności były za słabe na niego. Nie wiem, jakim cudem, ale wyminął moje ostrze tak szybko, że na sekundę straciłem go z oczu a potem był parę metrów przede mną.                Samuraj otworzył do niego ogień a Siepacz zaszarżował na niego z mieczem. Poczułem jak ktoś mnie pcha z tyłu. Obejrzałem się za siebie i ujrzałem głowę mecha Zawiszy. Włączyłem znowu łączność.                                                             Co ci idioto odbiło! To generał a nie myśliwiec byś mógł z nim walczyć sam na sam. Mną też wstrząsnęła śmierć Burzy, ale wszyscy zginiemy, jeśli nie będziemy walczyć razem.               On się nami bawi! Pierwszy raz w uniesieniu krzyknąłem na Zawisze. Nie widzisz tego, że on nie bierze na poważnie. Gdyby chciał już by nas pozabijał nie rozumiesz!                Wiem! Głupi nie jestem. Bawi się z nami, ale nie mamy wyjścia jak tylko walczyć i modlić się by ktoś się zaniepokoił tym, że się nie odzywamy i wysłał wsparcie.                           Miał racje. Dałem się ponieść i omal tego nie przypłaciłem życiem. Musiałem ochłonąć i skupić. Razem z Zawiszą odwróciliśmy się ku walczącym i znowu poczułem jak łzy napływają nam do oczu. Generał jednym sprawnym ruchem włócznią ściął głowę Szatana. Odruchowo odciąłem łączność nie chcąc słyszeć krzyków. Szatan zaczął spadać z swoim pilotem w środku.           Katapultuj się! Krzyczałem zalewając się łzami bezsilnej rozpaczy. Szatan stracił głowę, co oznacza ze jego rdzeń został zniszczony a to oznacza, że Szatana już niema. Zginał jak Burza. Zanurkowałem za Siepaczem by go pochwycić i nie pozwolić jemu też zginąć. Boże tylko nie jeszcze on modliliśmy się wyciągając rozpaczliwie rance. Sto metrów nad ziemią udało mi się pochwycić w ramiona ciało Szatana bez głowy. Położyłem go na pokrytej gęstą trawą ziemi jak małe dziecko do kołyski.                                                                  Spojrzałem w górę gdzie trwałą walka. Szatan i Burza zginęli w walce z tym potworem. Zacisnąłem mocno mechaniczne dłonie powstrzymując napływającą kolejną fale gniewu. Nie mogłem dać się zaślepić znowu. To nie pomorze ani mnie ani moim kolegom. Nie wrócę tym sposobem Burzy i Szatana a sam razem z Wilkiem stracę życie.                                          Wzniosłem się w powietrze by dołączyć do reszty walczących.                           Złapałeś go!? Samuraj strasznie dyszał.                                         Złapałem odparłem beznamiętnie.                                          Nie daj się ponieść emocjom, ale miałem ochotę powiedzieć Zawiszy gdzie może sobie wsadzić te swoje rady.                                                    Zachowaj nienawiść na spotkanie z tym draniem… Samuraj nagle urwał w pół zdania a sekundę później rozbrzmiał jego krzyk.                                         Przyśpieszyłem.                                                        Zawisza, co się stało!? Mój głos popadał w panikę tak samo jak ja.                     Skurwiel przebił od tyłu pancerz Świtu! Głos Zawiszy był przepełniony bólem. Nasze serca stanęły. Wiedzieliśmy, co to znaczy. Przebił rdzeń i silnik odrzutowy.                          Chryste dałem rade tylko powiedzieć. Niebo przeszyła nagle eksplozja a huk mnie chwilowo ogłuszył. Fala uderzeniowa była tak silna, że rzuciła mną do tyłu jak szmacianą lalką. Wytężyłem całą moc silników by się utrzymać w przestworzach.                                Zawisza! Co się stało!?                                               Silnik wybuchł!                                                   A co z Samurajem!?                                              Widziałem jak chwile wcześniej przed wybuchem z świtu wyleciała kapsuła!                Trochę się uspokoiłem, ale tylko trochę. Burza, Szatan, Świt nie żyją. Generał zabił dwa mechy nie wysilając się bardzo. Jeżeli przeżyje ten dzień będzie mi się śnił po nocach, jako koszmar.     Zwiększyłem obroty i jak rakieta poleciałem w górę. Dotarłem do generała i Zawiszy w chwili, w której się zwarli. Zawisza wyraźnie był już zmęczony. Jego ruchy były wolniejsze jakby bardziej ociężałe. Natomiast generał wciąż był tak samo szybki i lekki jak wcześniej. Chciałem zaatakować, ale porzuciłem broń, kiedy gnałem po Siepacza. Musiałem się przyglądać tej strasznej walce z zaciśniętym sercem. Wilk chciał walczyć, ale niemieliśmy, czym.                          Generał był wyraźnie już znudzony walką, bo nagle przyśpieszył obroty. Zadał jeden cios tylko jeden cios, którym przebił na wylot głowę Husarii, ale tak szybko, że nic nie zauważyłem. Zawisza nie krzykną ani nie pisną nic nie powiedział. Generał wyciągną włócznie a ciało maszyny z Zawiszą zaczął pędzić w dół. Serce mi zamarło na całe dwie sekundy aż z korpusu nie wystrzeliła kapsuła. Ulga, która przyszła niebyła długo, bo nagle generał zaszarżował wściekle na pędzącą ku ziemi kapsule z Zawiszą.     Nie! Krzyknęliśmy razem w duchy rzucając się na generała. Pochwyciliśmy go za ramiona, lecz ten się szybko z nich wyswobodził. Potem stały się naraz dwie rzeczy tak szybko, że sam nie wiem czy to był sen. Najpierw był przeszywający bul a potem krzyk. Potem zauważyłem, że to ja krzyczę i że przebił mnie włócznią. Następnie zauważyłem, że on też krzyczy. Sekundę zajęło mi zrozumienie ze to, dlatego że moja pięść wylądowała na jego czole i zbiła znajdujący się tam czarny jak on sam kryształ.                                                       Następną rzeczą była nagła eksplozja czarnego światła. Zacząłem czuć mdłość i przed oczami zrobiło mi się nagle ciemno. Poczułem pieczenie w żyłach jakbym zamiast krwi miał wrzątek zmierzający do serca. Chwilowa strata świadomości i nagła eksplozja zmysłów. Słuch, wzrok, smak i wszystkie inne zmysły człowieka wyostrzyły się jednocześnie nagle jak wybuch bomby. Dwie sekundy i znowu przygasają. Wrzątek dochodzi do serca i czuje jakby mi rozsadzał klatkę piersiową od środka.     Słyszę zniekształcone wołania Wilka, ale jakby dochodziły z daleka. Czuje jego obecność, ale jest tylko zarysem w ciemnej mgle. Łącząca nas nic zostaje opleciona przez obcą nam wstążkę pnącą się wzdłuż aż sama nie staje się drugą nicią. Ale łącząca, z czym? Jest ta druga nic taka zimna i obca. Czuje jak mnie woła a jej wołanie jest tak wyraźne i kuszące ze mam ochotę zarwać więź z Wilkiem i się w nią zagłębić. Sięgam po nią chcąc ja pochwycić, ale czuje jak cos mnie powstrzymuje nie pozwala tego zrobić. To Wilk czuje jego świadomość oplatającą moją jak kamienny mur.            Nie bronie się. Pozwalam się Wilkowi obezwładnić świadom, że robi to dla mojego dobra. Czarna nić protestuje, ale ciepła błękitna nić nic sobie z niej nierobie. To czarne mroczne coś chce sforsować mur i się do mnie dobrać, ale Wilk jest silniejszy i odpycha go jak wytrwała dzielna twierdza szturm na swoje mury. Mrok cofa się w kąt świadom, że na razie niema szans na wygraną, ale nie ucieka. Poczeka na chwile, kiedy będzie mi potrzebny i wtedy osobie przypomni.            Bul w klatce ustaje, ale dziwne uczucie nie mija. Wiem, że coś się zemną stało, kiedy stłukłem kryształ, ale nie mama pojęcia, co. Zresztą niemiałem czasu na zastanawianie, bo to była moja ostatnia myśl przed utratą przytomności kilka tysięcy kilometrów nad ziemią.        




Ostatni:2


Bul to uczucie bardzo nie przyjemne. Z jednej strony to dzięki bólowi wiemy, że jeszcze żyjemy. Bul może pomóc przy otrzeźwianiu umysłu, ale nikt go nie lubi, bo to uczucie jest bolesne. Dlatego mądrzy i dobrzy ludzie wynaleźli leki przeciwbólowe. Bug dał nam adrenalinę i parę innych rzeczy pomagających znieczulić bul, ale po prostu czasami budzisz się rano a ten drań bul korzystając z okazji, że nic cię nie chroni przednim atakuje z dwojoną siłą.                               Taki był dzisiejszy ranek, kiedy obudziłem się z śpiączki. Najpierw pomyślałem, że dalej jestem w mechu z tkwiącą w brzuchu włócznią generała, która przebiła się przez kilkanaście centymetrów twardego pancerza i przez kapsułę ochroną. Potem jednak uświadomiłem sobie, że nie widzę oczami Wilka i że lezę na czymś przyjemnie miękki. Niemiałem też problemu z nazewnictwem. Byłem sobą Jasperem a nie Wilkiem. To dało mi do zrozumienie ze nie jestem już połączony mózgiem z Wilkiem.       Niemiałem tego głupiego białego jednoczęściowego stroju, co wywnioskowałem po tym, że nic mi się nie wpija w krocze. Wziąłem kilka głębokich wdechów i kiedy nie poczułem bólu otworzyłem oczy. Nie jestem kretynem, więc zrobiłem to powoli i ostrożnie jakbym się spodziewał tego, że zostanę uderzony. Było jasno, ale bez przesady. Od razu, kiedy zobaczyłem obrzydliwie białe ściany wiedziałem gdzie jestem. Szpital pomyślałem ze smutkiem.                          Jak mówiłem kretynem nie jestem wiec nie podnosiłem się z łózka. Dobrze pamiętam gdzie oberwałem. Leżąc na łóżku zacząłem wracać do tamtych wydarzeń modląc się by ktoś przyszedł tu zaraz i przyniósł przeciwbólowe. Świt, Burza, Szatan, Husaria i być może Wilk też nie żyją. Do oczu zaczęły napływać mi łzy. Myśl o tym, że nie żyją była straszna, ale brutalnie prawdziwa. Nigdy się nie oszukuje i zawsze przyjmuje do wiadomości nawet najbrutalniejszą prawda. Ich śmierć była pewna i nie podlegała dyskusji.                                                         Pielęgniarka przyszła po nie wiem jak długim czasie. Potem wyszła i znów wróciła, ale z doktorem. Ten mnie przebadał a potem wyszedł, ale przedtem podał mi coś przeciwbólowego. Wspaniały lekarz. Wyłączyłem się na cały dzień i noc. Obudziłem się popołudniu i znów zostałem poddany padaniom tym razem bardziej szczegółowym. Kiedy doszedł doktor do wniosku, że nie umrę pozwolił mi, co s zjeść i pić, ale następnej dawki przeciw bólowych mi nie dał. Paskudny lekarz.     Następnego dnia rano odwiedził mnie mój opiekun prawny Alen. Alen to mój opiekun od czasu, kiedy wojsko wzięło mnie z sierocińca bym został pilotem. On też jest pilotem i to jednym z najstarszych ma dwadzieścia osiem lat. Jego hasło wywoławcze to Ares a jego mech nazywa się Olimp. Jest żonaty od sześciu lat z doktor Hanako i mają razem dwuletnią córeczkę Mari.           –Czołem Wodzu. –Przywitał się jak zwykle z szerokim uśmiechem człowieka zadowolonego z życia.                                                                   Alen to mężczyzna o bardzo pogodnej i wesołej twarzy. Przydługie niedokładnie uczesane jasne włosy aż prosiły się o wizytę u fryzjera. Śmiejące się błękitne oczy potrafiłyby roześmiać zmarłego. Alen całym sobą pokazywał, że wesoły z niego koleś. Zawsze lekki nieoficjalny struj jak i postawa manifestowały jego luźne podejście do życia. Każdy, kto go nie zna pomyślałby o nim jak o kimś nieodpowiedzialnym a to nie prawda. Alen jest bardzo odpowiedzialny. Jak się czegoś podejmuje to robi to dobrze i doprowadza do samego końca. Jest bardzo dobrym mężem i ojcem, o czym mogę poświadczyć jak każdy, kto go zna.                                          Podniosłem się na łóżku by usiąść niemiałem zamiaru przy nim leżeć. Rana już mi tak bardzo nie przeszkadzała, więc nawet bul był do zniesienia.                                    –Cześć Alen. –Spojrzałem na niego.                                          Był ubrany w ciemną brązową koszule z krótkimi rękawkami, pod nią miał koszulkę o odcieniu gorzkiej czekolady. Na nogach niebieskie dżinsy i buty sportowe. W lewej dłoni trzymał zieloną siatkę wielorazowego użytku wypełnianą czymś po brzegi.                           –Co masz? –Mam nadzieje, że jedzenie pomyślałem.                               Spojrzał na siatkę a zaraz potem położył ją na podłodze obok.                           –Hanako i ja pomyśleliśmy, że będziesz chciał cos zjeść lepszego niż szpitalne jedzenie, więc cos ci przyniosłem.                                                         Boże błogosław Alen i Hanako za ich dobre serce i talenty gastronomiczne.                –Ale najpierw mam dla ciebie wiadomość. –Jego mina stałą się nagle poważna.            Oho pewnie chce mi powiedzieć o tym, że Wilk nie żyje, pomyślałem zaciskając mocno powieki by nie płakać. Już dość płakałem za nich wszystkich ostatnimi dniami. Nie chce już płakać.      –Wilk przeżył.                                                         Te słowa spadły na mnie jak manna z nieba na głodnego. Miałem nie płakać a tu proszę cały się popłakałem z ulgi, jaką poczułem. Cały się trząsłem od łez szczęścia spływających po moich oczach. Wilk żył! Czułem się jak skazaniec na śmierć, któremu w ostatniej chwili wręczono ułaskawienie. Alen podszedł do mnie i przysiadł na krańcu łózka. Jego ramiona mnie otulił a moje głowa oparła się na jego ramieniu. Czułem się jak małe dziecko w objęciach ojca, który przyszedł do niego w nocy, kiedy miał koszmary.                                               –Już spokojnie. –Szeptał mi uspokajająco do ucha. –Wiem, że się cieszysz rozumiem cię, ale już przestań płakać.                                                         Nie mogłem przestać. Czułem, że nieprzestane aż razem z łzami nie pozbędę się całego w sobie smutku, jaki odczuwałem. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że Wilk przeżył, jako jedyny i poczułem się paskudnie. Pomyślałem o reszcie drużyny i o tym, że stracili swoje mechy a ja nie. To była jawna nieuczciwość losu. Przestałem się cieszyć a wyrzuty sumienia zaatakowały mnie jak  stado szakali bezbronną ofiarę.                                                   –Co się stało? –Alen wyczuł bez problemu zmianę moich nastroi.                     –Wilk przeżył, ale co z resztą? –Wyjąkałem trudem hamując łzy. –Wilk przeżył, jako jedyny mech a reszta pilotów potraciła swoje.                                              –Nawet nie waż się obwiniać. –Skarcił mnie delikatnie Alen oswobadzając za swoich objęć. – To prawda wilk przeżył, jako jedyny, ale nie wyszedł bez szwanku. Miesiąc posiedzi w komorze regeneracyjnej aż rdzeń wróci do siebie. Mieliście dużo szczęścia.                           –Ale… –Zacząłem, ale nigdy niedane mi było dokończyć. Drzwi nagle się otworzyły i staną w nich Zawisza.                                                              Wyglądał strasznie. Rozczochrane ciemne blond włosy, blada cera, sińce pod dużymi błękitnymi oczami. Wyglądał na chudszego niż zwykle, lecz był w tym niedużym osiemnastolatku siła, która nie zniknęła. Zawsze wybudzał mój respekt mimo wyglądu mola książkowego. Gdybym dostał rozkaz od Boga i od niego to bez wahania olałbym rozkaz Boga a wypełnił jego. W walce on przeciwko cały świat tylko kretyn postawiłby na świat i moje zdanie nie zmienia się nawet teraz, kiedy wygląda jak zjawa na chorągwi.                                                   Zapadło milczenie a ja czekałem na ciężkie niemiłe słowa pod moim adresem. W jego oczach widziałem że wie. Wiedział, że Wilk przeżył, jako jedyny i czekałem aż zacznie się obwinianie.           –Jak się czujesz? –Zapytał wchodząc do pokoju i zamykając drzwi za sobą. –Słyszałem od pielęgniarki, że rana na brzuchu już prawie się cała zagoiła. U reszty wszystko w porządku… tak jakby.     Alen wstał i podsuną sobie i Zawiszy dwa krzesła, które stały pod ścianą. Oboje usiedli na nich koło łózka.                                                             –Tak jest już lepiej. –Wybąknąłem poprawiając się nerwowo na łóżku.                     Zawisza z pokerowa miną pokiwał powoli głowa.                                –Dobrze ze żyjesz. –Stwierdził po chwili. –Z mechów przeżył Tylko Wilk, ale to już powiedział ci już chyba Alen.                                                       Zaczyna się. Zacinałem mocno rance na białej kołdrze. Czułem się paskudnie, ale to jak najgorsza szmata, która jest niewarta spojrzenia.                                     –Przepraszam. –Wybąknąłem powstrzymując fale łez. –Naprawdę bardzo mi przykro…     .      – Zamknij się idioto. – Przerwał mi ostro Zawisza. Jego twarz już niebyła bez wyrazu o nie. Teraz jego twarz wyrażała wszystko. Podniósł się gwałtownie z krzesła a Alen zaczął go uważnie obserwować, ale nic nie robił. To dobrze musze usłyszeć swoje.                          –Za co ty mnie przepraszasz? – Głos Zawiszy aż kipiał od gniewu. –Czy nie jesteś zadowolony z tego, że Wilk przeżył? Może chciałbyś by i on też zginął, –co? Tego dla niego pragniesz?          Wpatrywałem się w Zawisze kompletnie zaskoczony. Nie takich słów się spodziewałem.           –Wilk przeżył reszta nie. –Głos Zawiszy nawet się nie zawiesił, lecz dostrzegłem mała łezkę w kącie jego oka. –To dla pilota ciężkie, ale wszyscy byliśmy tego świadomi. Jesteśmy żołnierzami walczymy na polu walki gdzie śmierć może dosięgnąć każdego. Powinieneś być szczęśliwy, że ty i Wilk się jej wyślizgnęliście a nie żałować tego, że nie chwyciła was w swoje ramiona.                –Ale… –Znów chciałem cos powiedzieć, ale Zawisza mnie wcześniej porządnie spoliczkował.     –Nigdy nie żałuj, że przeżyłeś, bo to uwłacza pamięci tym, co umarli. –Głos Zawiszy stał się zimny a spojrzenie twarde. –Żyj i ciesz się tym, że twój mech przeżył. Walcz i nigdy nie zapominaj dnia, w którym spojrzałeś śmierci w oczy i wyszedłeś z tego żywy. Pamiętaj i czerp z tego wspomnienia siłę w następnych walkach. Nigdy nikogo nie przepraszaj za to, że przeżyłeś i nigdy nikomu się z tego nie tłumacz. Żyj życiem i czerp ile się da z każdej chwili. Dbaj o swojego mecha i rób zawsze wszystko dla jego dobra.                                              Zawisza odwrócił się gwałtownie i podszedł do drzwi, ale zatrzymał się przed nimi z ranką na klamce.                                                             –Żyj i nie żałuj tego nigdy. Nie pozwól by wspomnienie tamtego dnia tobą zawładnęło. –Zawisza odwrócił się do mnie bokiem. – Żucie to dar, z którego masz się cieszyć, bo inaczej okażesz się go niewarty.                                                         Wyszedł z pokoju a jego słowa zawisły w wyniosłej ciszy. Zostałem zbesztany, co do tego nie mam wątpliwości. Tylko nie tego się spodziewałem. Spodziewałem się wyrzutów i obwiniania a on zbeształ mnie za samo to, że chciałem przeprosić. Miał cholerną racje. Zawisza się nie mylił w żadnej sprawie. Jego słowa trafiły wprost moją dusze sprawiając, że dzięki niemu przestałem czuć się jak najgorsza szmata. Dar to życie a ja niemiałem zamiaru okazać się go niegodnym. Byłem wściekły na siebie z powodu, że chciałem przeprosić za to, że Wilk przeżył. O borze, jaki ja jestem kretynem.      –Wielki. –Powiedział Alen przerywając cisze. Patrzył na drzwi wiec nie mogłem widzieć jego twarzy. – Tak oto kończy wielki człowiek. Z godnością i wysoko uniesioną głową. –Alen odwrócił się do mnie twarzą, ale nic nie mogłem z niej wyczytać. –Od początku wiadome było, że stanie się kimś, ale jego gwiazda wielkości zgasła szybciej niż wszyscy chcieliśmy. Jedno mu jednak trzeba przyznać –to zakończenie było godne. –Nasze spojrzenia się spotkały. – Teraz to ty masz obowiązek stania się kimś wielkim. Musisz sprawić by twoja gwiazda zaświeciła na miejscu gwiazdy Zawiszy i rozbłysnęła światłem którego nie mógłby się zawstydzić.                                          Patrzyłem mu w oczy nie rozumiejąc jego słów. Czułem się jakby mówił do mnie w innym obcym mi języku nie z tej planety. Rozumiałem że mówił coś o gwiazdach i o błyszczeniu ale na tym kończyło się moje zrozumienie. Jak ja mam się stanąć wielki? Byłem czwarty w drużynie a on pierwszy. Nie byłem Zawiszą ani Samurajem. Pilot zemnie średni i nie posiadam talentu do walki. Moje wyniki z sesji w symulatorze i ćwiczeniach w terenie plasują się na średnim miejscu. Nie umiem nawet pompki na jednej rance zrobić!                                              Nigdy się niczym nie wyróżniałem. Jestem jednym z wielu szeregowych pilotów a nie jak Zawisza kimś wyjątkowym. Moja kondycja fizyczna to niemalże nieśmieszny żart. Bystry też ponadprzeciętną nie jestem i na egzaminach dostaje zawsze czwórki albo trójki. W niczym nie jestem bardzo dobry a on chce bym stał się nagle wielki. Nie za dużo on chce?                          –Nie wiesz co mówisz. –Podrapałem się po głowie. –On był pierwszy w drużynie a ja czwarty. Wiesz dobrze że nie bez powodów przyznaje się pozycję. Pierwszy najlepszy piąty najgorszy a ja byłem o jeden stopień wyżej od najsłabszego. Jak możesz wymagać że od tak stanę się pierwszym i to tak dobrym jak on. Pomyśl.                                                    –Jesteś czwartym bo jesteś leniwy. – Mówiąc te słowa uśmiechną się przyjaźnie. –Masz durzy talent i potencjał ale tobie po prostu nie chce się popracować nad sobą. Kiedy on ślęczał godzinami nad książkami, ustanawiał żmudnie nowe rekordy na symulatorach ty wgapiałeś się w monitor laptopa i oglądałeś bajki anime. Zamiast zaglądać do podręczników czytałeś mangę.                Słowa jego były tak prawdziwe ze aż mnie zabolały. Przyznaje ze od nauki i treningów wole oglądać anime i czytać mangę. Na takich ja wymyślono już określenie na Starej Ziemi. Otaku. Uwielbiam wszystko co jest związane z manga i anime to tego stopnia że skolekcjonowałem pokaźną kolekcje komiksów, płyt i figurek. Moim ulubionym anime jest Gundam i Teknoman.                –Kiedy ty się obijałeś i marnowałeś swój talent on go rozwijał i codziennie pracował ciężko nad sobą. – Kontynuował a jego słowa wciąż trafiały we mnie jak ostre szpile. –Jasper. Masz talent większy niż którykolwiek pilot. Potrafisz zsynchronizować się w pełni z swoim mechem wciągu sekundy kiedy innym pilotom zajmuje średnio minutę. Masz wspaniałą pamięć bo inaczej nie dałbyś rady z nauką na ostatnią godzinę. Umiesz uczyć się na błędach i masz instynkt skrytobójczy. Nie pchasz się na polu walki tam gdzie cię nie trzeba a wyszukujesz uważnie miejsca gdzie możesz cos zdziałać.                                                          Poczułem się przyjemnie dowartościowany po tylu pochwalnych słowach z ust Alena ale wiedziałem że to jeszcze nie koniec. Zawsze jest jakieś "ale” lub haczyk.                     –Jesteś tylko strasznie leniwy. –Nie mówiłem. – Gdybyś się postarał dawno już byłbyś pierwszym i miał własną drużynę. Wcześniej nic nie mówiłem bo uważałem że to ty sam musisz zechcieć się przyłożyć ale teraz musze ci to powiedzieć. Weź się do roboty! Masz talent a nas nie stać na marnotrawstwo. Trwa wojna w której każdy utalentowany pilot jest na wagę złota w szczególności kiedy ich tracimy. Służyłeś pod rozkazami wspaniałego dowódcy i jako ostatni z drużyny który został masz obowiązek tą lukę po nim załatać.                                          Odwróciłem wzrok od tych wpatrujących się we mnie z ufnością oczu. Jego spojrzenie mnie paliło od wewnątrz. Tyle w nich ufności i wiary. On naprawdę wierzy że mogę stać się wielkim. Ale czy ja chce stać się pierwszym? Lubię być zwykłym szeregowym pilotem niewyróżniającym się z tłumu. Dowódcy odpowiadają za strategie na polu walki i życie podlegających mu pilotów i robotów. Czy byłbym wstanie dowodzić żołnierzami świadomy że jeden zły rozkaz i ktoś straci życie? Czy potrafiłbym wziąć na siebie taką odpowiedzialność?                                    Zabrałem się w sobie i znowu spojrzałem w oczy Alena. On wierzy ze jestem w stanie wziąć na siebie tak dużą odpowiedzialność. Od chwili kiedy jako trzynastolatek został moim opiekunem zawsze wspierał mnie we wszystkim i wierzył we mnie choćbym ja sam przestał wierzyć w siebie. Podjąłem decyzje. Jeśli on wierzy we mnie to ja mogę uwierzyć w jego wiarę we mnie.                –Masz racje. –W moim głosie niebyło wątpliwości a determinacja wynikająca z podjętej decyzji. – Dosyć już się leniłem.  

Cztery dni od tamtego spotkania zostałem wypisany z szpitala wojskowego i zostałem przeniesiony do ośrodka rekreacyjnego dla pilotów mechów na obowiązkowe dwa tygodnie odpoczynku. Przed wyjazdem zostałem przepytany przez dwóch agentów z wydziału wewnętrznego. Poprosili bym opowiedział im moją wersje wydarzeń nie pomijając niczego. Opowiedziałem wszystko jak wyglądało to z mojego punktu widzenia ale kiedy doszedłem do momentu końcowego skłamałem. Przedstawiłem bardzo podobną wersje wydarzeń ale przemilczałem rozbicie kryształu i to co się zemną potem stało. Uznałem że dopóki sam nie wiem tak naprawdę co to było to lepiej będzie to przemilczeć.                                                               Wyjeżdżając byłem smutny bo nie spotkałem nikogo z mojej byłej drużyny. Od pielęgniarek dowiedziałem się że leżą na innym oddziale medycznym. W dniu wyjazdu przebrałem się w ubranie przywiezione tego samego dnia przez Hanako żonę Alena. Ucieszyłem się na jej widok.                Hanako jest bardzo nieśmiała z względu na poważne poparzenie pokrywające lewą część jej ciała. Opowiedziała mnie i Alenowi że kiedy była mała w jej domu wybuch pożar jak spała i ogień ją tak poparzył. Żadne z nas nie zadawało jej nigdy na ten temat pytań nie chcąc zmuszać ja do wspominania tej chwili. Samo wspomnienie powodowało u niej ataki depresji i płaczu.                 Gdyby nie poparzenie Hanako była by kobietą piękną. Przepiękne ciemne długie włosy sięgające poniżej pasa które w słońcu mieniły się na ciemny fiolet. Długa grzywka zakrywała jej poparzoną lewą cześć twarzy zostawiając na widoku piękne duże skośne oko o bardzo ciemno malinowym kolorze tęczówki. Ładne zgrabne szczupłe ciało zakrywała dokładnie by pokazywać jak najmniej ciała. Ona jest strasznie wstydliwa ale dzięki Alenowi nabrała pewności siebie i samozaparcia.                                                        Hanako uważa że przez poparzenie jest strasznie brzydka lecz Alen jest idealnym przykładem że się myli. Nie mówi jej na okrągło że jest piękna bo jak mówi same słowa nie wystarczą –ona musi sama w to uwierzyć. Zresztą on nie musi tego mówić bo to widać w sposobie jak na nią patrzy. Matko jak on na nią patrzy! Jest w tym spojrzeniu tyle miłości i czułości że można by nią obdarować cały świat.                                                             Przyszła rano z durzą sportową torbą na ramieniu. Miała na głowie swój ulubiony czarny berecik, dżinsową niebieską kurtkę z długimi rękawami oraz kremową koszule z wysokim kołnierzem i falbankami. Obcisłe błękitne dżinsy i brązowe kozaki. Weszła do mojego pokoju z nieśmiały uśmiechem w chwili w której kończyłem śniadanie przy akompaniamencie moich ulubionych piosenek z anime nagranych na mój odtwarzacz.                                     –Cześć. –Przywitała się siadając na krześle obok łózka a torbę kładąc sobie na kolana. –Przyniosłam ci rzeczy z domu. W ośrodku będą ci potrzebne.                                Nie mogłem się nie skrzywić na dźwięk słowa ośrodek. Na samą myśl o tym miejscu miałem myśli samobójcze. To miejsce to super, hiper, ekskluzywne więzienie strzeżone dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu na kompletnym zadupiu setki kilometrów od jakiegokolwiek miasta lub wsi. Nikt nieupoważniony niema prawa wejść na teren podlegającemu ośrodkowi a jakby się taki znalazł to strzelcy wyborowi z wieżyczek strażniczych –mówiłem jak więzienie –zostanie od razu wyeliminowany bez ostrzeżenia. Nie znoszę tego miejsca i niema znaczenia że to złota klatka wysadzana diamentami bo to dalej jest klatka.                                   Hanako popatrzyła na mnie wyrozumiale.                                     –Czemu tak bardzo ci się tam nie podoba? –Zapytała głosem będącym jak muśnięcie wiosennego wietrzyku –delikatnym i ciepłym. –Alen mówił że jest tam wszystko czego można sobie zamarzyć i jeszcze więcej.                                                   Oparłem się wygodnie o oparcie łózka wcześniej podkładając sobie dla wygody poduszkę a jednocześnie powiedziałem:                                                   –Prawda ale to miejsce kojarzy mi się z domem dziecka. – Starałem się ukryć smutek w moim głosie ale chyba wyszło mi to średnio. – Są tam baseny, boiska sportowe i salony z grami oraz wiele innych atrakcji ale to dla mnie jest takie samo więzienie jak dom dziecka tylko lepiej finansowane. Dwa lata jakie spędziłem w domu dziecka niebyły zbyt fajne dlatego nie znoszę miejsc odizolowanych od reszty świata.                                                         –To tylko dwa tygodnie. – Starała się mnie pocieszyć ale na próżno. Dwa tygodnie lub tydzień to i tak dla mnie za dużo. –Nie Bedzie tak źle –zobaczysz.                                Nie sądzę.                                                         – Alen sprawdzał co u Wilka? –Zmieniłem temat czując jak tęsknota ściska mi serce.           –U niego wszystko dobrze. – Pochyliła się do przodu i w czułym gestu położyła mi rankę na ramieniu. –Doktor się nim zajmujący powiedział że regeneruje się szybciej niż zakładano i jak tak dalej będzie to na koniec miesiąca rdzeń będzie można obudowywać. Za dwa miesiące będziesz mógł znowu zacząć pilotować.                                                    Zabrała rankę a ja zacząłem delektować się tymi dobrymi wiadomościami. To że nie wiem pod kim będę służyć niemiało żadnego znaczenia. Mogę służyć z byle kim by tylko muc znowu połączyć się z Wilkiem i wznieść w powietrze.                                          –To dobrze. –Powiedziałem z wyraźną ulgą. –Już usycham zanim z tęsknoty.                –Rozumiem cię. –Hanako uśmiechnęła się do mnie z zrozumieniem. – Też zawsze tęsknie za Alenem kiedy jest w bazie. Czuje się taka pusta w środku i gdyby nie Mari dalej nie wiedziałabym co wtedy ze sobą zrobić.                                                        –A jak tam Mari w ogóle? Tęskni za mną?                                      –Tak kiedy niema cię obok jest strasznie nerwowa. Niema kogo ciągnąć za włosy.     Rozmawialiśmy tak jeszcze przez godzinę aż Hanako musiała pójść a ja zostałem zawieziony samochodem do ośrodka. Jechaliśmy małym autobusem cały dzień i kiedy przekroczyliśmy bramy ogradzający teren ośrodka od reszty świata już się ściemniło. Podczas podróży za jedyną rozrywkę służyła mi manga i moja ulubiona muzyka. Widoki widziane za oknem autobusu niebyły zbytnio ciekawe od kiedy opuściliśmy najbliższe tereny cywilizacji. Las i łąki mogą się podobać ale po dwóch godzinach jazdy chce się od nich rzygać. Drzewo, drzewo, drzewo, krzak, polana, jeszcze raz drzewo i tak w kółko.                                                              Kolejna godzina po przejechaniu przez bramę i stałem z zawieszona torba na ramieniu przed wejściem głównym do ośrodka. Było noc ale Widziałem że w trzech budynkach mieszkalnych stojących w rzędzie polewo od budynku głównego paliły się prawie wszystkie światła. To miejsce prawie nigdy nie zasypia. Przed wejściem głównym przywitał mnie Nikola dyrektor tego ośrodka.     Nicola miał czterdzieści lat kiedy ostatni raz tu byłem pięć lat temu i wyglądał dokładnie tak samo jak teraz. Czy czas siego nie ima? Ta sama łysina i równo przystrzyżona siwa broda a także takie same wodniste oczy. Nawet był tak samo ubrany jak wtedy. Czerwona koszula w szkocką kratę, krótkie spodenki i sandały wyglądały jak nowe ale to było te same ubranie co wtedy.                 –A nie mówiłem że jeszcze tu wrócisz! –Przypomniał mi na wstępnie jak kiedy stąd wyjeżdżałem zarzekałem się że prędzej sczeznę niż tu wrócę.                             Posłałem mu najbardziej wymuszony uśmiech w historii świata. Matko jak ja go nienawidzę.     –Nie pamiętam niczego takiego.                                         Nicola rykną wesołym śmiechem który zawsze wzbudzał we mnie agresywne odruchy. Nie pamiętam ile razy zabijałem go na wszystkie możliwe okrutne sposoby w moich sennych fantazjach.      –Ależ pamiętasz, pamiętasz. –Nicola posłał mi swój firmowy lisi uśmiech. Czy ja mówiłem jak ja go nienawidzę? –Ja też pamiętam twoje słowa które wykrzyczałeś pod moim adresem dokładnie przed tymi drzwiami kiedy zabierał cię Alen.                                          "A żeby cię pogięło i wykrzywiło stary pierdzielu!”– moje słowa a raczej te najbardziej łagodne z nich. Na moją twarz wypłyną mimowolny uśmiech wielkiego zadowolenia z siebie. Jak na tak młody wiek miałem całkiem bogate słownictwo.                                     –Znów się spotykamy pędraku. –Teraz mierzyliśmy się takimi spojrzeniami jak ci goście w anime kiedy między nimi strzelają pioruny. –Mam nadzieje że generał całkiem mocno pchnął cię tą dzidą i trochę poskromił twój temperament.                                          Wymusiłem na sobie bardzo sztuczny uśmiech który tylko skończony kretyn wziął za prawdziwy.                                                             –Jak chcesz to wsadzę ci kij w dupę i sam się przekonasz jak to mniej więcej bolało.           Wiem że to dziecinne i nieodpowiednie zachowanie względem starszego lecz między sobą wymienialiśmy ostrzejsze słowa. Uśmiech Nicola zmienił się z lisiego na taki który z reguły nazywa się demonicznym i ma na celu przestraszenia ale na mnie nigdy to nie działało.                     –Spasuje. Chodź.                                                    Odwrócił siei przeszedł przez rozsuwane drzwi do budynku głównego a ja zanim. To miejsce też się nie zmieniło. Ta sama wykładana niebieskimi kafelkami podłoga, pomalowane na morska zieleń ściany, obrzydliwe obrazy zdobiące ściany oraz te same czerwone fotele. Jedyne co się zmieniło to facet siedzący za biurkiem. Kiedyś to była taka starsza miła pani Aniela którą wszyscy uwielbialiśmy a teraz to był jakiś facet o brązowym kolorze skóry.                                     Podeszliśmy do niego. Mężczyzna obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem i spojrzał wyczekująco na Nicola.                                                         –Przybył gość. –Powiedział a mężczyzna zaczął szybko stukać cos w klawiaturę komputera. – Gość nazywa się Jasper. –Odczekał chwile. –Hasło wywoławcze Melancholik…                     –Paladyn. –Poprawiłem go szybko. On nie pomylił się przez przypadek to było pewne.           Nicola uśmiechną się chytrze pod nosem.                                    –Racja Paladyn.                                                   Mężczyzna skiną głową i po chwili wyją spod blatu małe urządzenie z klawiaturą i okrągłym wyświetlaczem.                                                        –Wpisz swój kod indentyfikacyjny. –Nicola podał mi urządzenie.                Wpisałem szybko z pamięci swój kod: J P 12 W 10. Okrągły wyświetlacz zapalił się na zielono i oddałem go Nicoli. Ten oddał go mężczyźnie a on po paru sekundach wręczył mi Plastikową niebieska kartę z białym sokołem w okręgu od którego wychodziły trzy pioruny. Symbol pilotów. Wziąłem mój klucz zanim zdążył to zrobić Nicola co skwitował cierpkim uśmiechem. Jeszcze by czego! Jak go znam –a znam dobrze –kazał by mi się prosić by mi go oddał.                               Wyszliśmy z budynki głównego i w świetle księżyca i latarni poprowadził mnie ścieżka do budynków mieszkalnych. Droga była wybrukowana kamienną kostka a wzdłuż niej były ustawie wysokie latarnie. Droga zajęła nam pięć minut i przez całą drogę nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem w ciszy. Doszliśmy do pierwszego z budynków i zatrzymaliśmy się przed drzwiami. Podszedłem do nich i przesunąłem kluczem elektronicznym po czytniku. Drzwi otworzyły się same a my weszliśmy przez nie do środka.                                               Tu się chyba nic nie zmienia pomyślałem wchodząc do znajomego mi aż nadto miejsca. Brązowa wykładzina na podłodze, pomalowane na czekoladowo ściany, fotele pod ścianą i biurko oraz ten sam struż co kiedyś i drzwi do windy. Jedyne co się tu zmieniło to obrazy na ścianach.           –Witaj Tom kupę lat. –Przywitałem się z stróżem.                                Tom był już starszy a wśród jego kiedyś czarnych włosów przeważała biel ale nie można by go z nikim pomylić. Ton był tu jednym z niewielu przyjaciół jakich miałem. Zjednoczyła nas miłość do mangi i anime. Uśmiechną się do mnie za biurka odstawiając kubek na biurko.                      –Witaj Jasper. –Jego głos był jak wiekowy las –pełen spokoju i dojrzałości. –Moja dusza raduje się widząc cię tu po tak długim okresie nieobecności. Coraz mniej ludzi tutaj ogląda anime i nie mam zbytnio z kim tutaj porozmawiać ale skoro ty tu jesteś czuje że to się odmieni.                Długie dyskusje z Tomem były jednymi z najlepszych chwil mojego życia tutaj. Mogliśmy rozmawiać całymi godzinami o tym czy lepszy był Naruto czy Bleach. To on sprawił ze poznałem takie wspaniałe anime jak Dragon Ball. O tak to był mój mentor i mistrz w jednym.                     –No dobra zajmij się tą ofiarą losu a ja wracam do swojego biura. – Nicola wyszedł zostawiając mnie samego w znacznie lepszym niż swoim towarzystwie. Tak ucieszyło mnie to że Ton dalej tu pracuje ze nie zwróciłem uwagi na jego obelgę.                                    Tom z uśmiechem wstał z niebywałą lekkością od biurka i poszedł do drzwi windy a ja zanim. Wspomnienia wracały do mnie co chwile. Kiedy byłem tu ostatnio mieszkałem w tym samym budynku. Wspomnienia tak niestety mnie zajęły że nie zauważyłem kiedy wysiedliśmy z windy na szóstym piętrze i staliśmy przed drzwiami moje starego pokoju. 52 to moja pechowa liczba. Przez całe pięć lat ten pokój był moim domem –moim centrum wszechświata. Jak ja nie lubię tej liczby.           –Nic nie zmieniliśmy w twoim starym pokoju Jasper. –Podałem Tonowi moją kartę a ten przejechał nią po czytniku drzwi a następnie na małej klawiaturze wprowadził krótką serie cyfr. Kontrolka na czynniku zapaliła się na zielono –Nikt tu po tobie nie mieszkał więc niebyło sensu czegokolwiek zmieniać.                                                        Wziąłem kartę od Toma i wszedłem do pokoju krzywiąc się tak jakbym połknął sok z cytryny. Ten pokój to jeden z wielu rzeczy których w tym miejscu nienawidzę. Jak można pomalować ściany na tak ohydny kremowy kolor! Proszę was litości. Nawet te ohydne ciemno zielone fotele i kanapy mogłyby ujść ale nie kolor ścian. Ktoś mnie chyba znienawidził zanim ja sam zdążyłem go znienawidzić. Ten kolor jest Fuj i każdy przyzna mi racje.                               –Matko jak ja nienawidzę tego koloru! –Westchnąłem głośno przekraczając próg tego pokoju. – Czemu ich nie przemalujecie?                                              –Nicola powiedział po twoim wyjeździe ze wszystko ma zostać tak jak było.                 Stara menda pomyślałem ze złością. Rzuciłem torbę na dwuosobowe durze łózko z tą samą jak wtedy fioletową pościelą. Jak ja go nienawidzę! Podszedłem do okna i rozsunąłem firanki o koloru wanilii. Rzygać mi się chce na widok tego koloru. Otworzyłem na oścież okno i wziąłem dwa głębokie wdechy delektując się świeżym nocnym powietrzem. To też zalicza się do tych niewielu pozytywnych rzeczy w tym miejscu. Odwróciłem się do Toma który stał w progu uśmiechając się do mnie ciepło.      –Zostawię cię samego…                                              –Nie musisz. –Powiedziałem szybko. –Wiesz dobrze że jesteś jedną z niewielu osób które lubię i które lubią mnie.                                                   –Cieszy mnie że nasza przyjaźń przetrwała tak długi okres rozłąki.                      Poczułem ukłucie żalu. Od ilu się z nim nie kontaktowałem? Nie mam pojęcia ale ostatnio raz rozmawialiśmy kiedy zabierał mnie Alen a potem straciliśmy kontakt. Spojrzałem na Toma. Był dużo starszy niż w moich starych wspomnieniach. Tyle czasu minęło. Poczułem się okropnie a fale wyrzutów sumienia zaczęły zalewać szturmem moje serce.                               –Przepraszam ale czasu niemiałem. –To było usprawiedliwienie na poziomie sześciolatka pomyślałem czując się strasznie głupio.                                               Tom uśmiechną się szerzej kiwając za zrozumieniem głową.                          –Rozumiem cię. –Schował rance za siebie. – Czas to taki biały zając które chcesz złapać ale zawsze ci umyka. Za pogonią zanim tracisz bezpowrotnie część swojego życia a potem tego żałujesz. Czas pędzi nie patrząc na innych i śmieje się z tych co chcą go złapać a cieszy się widząc tych co zamiast go gonić postanawiają inaczej wykorzystać swoje rzycie. –Odwrócił się do mnie plecami ale jeszcze powiedział: – Potrzebujesz czasu na poukładania sobie wszystkiego w głowie i na podjęcie decyzji. Wiesz dobrze że myśli się lepiej samemu.                                    Poszedł a ja zamknąłem zanim drzwi zastanawiając z jakiej mangi się wziął. Tak mądrzy ludzie nie mogą żyć w realnym świecie! Siadłem na łóżku obok mojej torby i przez chwile wpatrywałem się na ścianę przed sobą. Po jakimś czasie sięgnąłem po moją MP4 i przenośny odtwarzacz DVD które były w torbie. Położyłem moje skarby na łózko a torbę położyłem na ziemi koło łózka. Wstałem jeszcze i zamknąłem drzwi przy pomocy elektronicznego klucza. Wróciłem na łózko najpierw zdejmując buty z skarpetkami. Rzuciłem je gdzieś w kąt pokoju a sam usiadłem na łóżku chwytając za przenośny odtwarzacz. Płyta z moją ulubioną serią anime Teknomen była już w środku.           Odczepiłem słuchawki od MP4 i podłączyłem je do odtwarzacza. Wsadziłem sobie słuchawki do uszu, położyłem się na brzuchu kładąc odtwarzać przed sobą i puściłem film.  


Ginewra:3


Poranne pobudki nie należą nigdy do przyjemnych. Śpiew ptaków goszczących na moim parapecie obudziło mnie swoim pięknym trelem obwieszczając poranek. Bydlaki jedne. Zwlokłem a raczej sturlałem się z łóżka na podłogę ciągnąc za sobą podłączony do słuchowego odtwarzacz. Byłem zaspany i ledwo przytomny i trochę mi zajęło przypomnienie sobie na jakiej planecie żyje. Jedną ranką przetarłem zaspane włosy a drugo zdjąłem słuchawki które kiedy spałem zsunęły mi na szyje. Jak przez sen pamiętam że wyłączyłem przenośny odtwarzać i niezdarnie położyłem na łóżku.     Spróbowałem się podnieść ale zaraz potknąłem się własne nogi i upałem na tyłku przy akompaniamencie ptasich trelów. Obrzuciłem ptaki wrogim spojrzeniem i jeszcze raz podjąłem próbę z znacznie lepszym skutkiem. Z dłońmi przed sobą doczłapałem się do łazienki. Rozsunąłem drzwi i wkroczyłem do pokrytej kafelkami sterylnie czystej łazienki. Było to małe pomieszczenie z szafką ścienną na drobne przybory toaletowe, sedes, prysznic, durze lustro zajmujące prawe całą ścianę i umywalka. Pranie niosło się w specjalnych podpisanych foliowych opakowaniach do budynku zaraz za kortem tenisowym. Tam była pralnia.                                        Pierwsze co zrobiłem to przemyłem twarz i wytarłem papierowym racznikiem. Potem spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Wyglądałem okropnie. Miałem lekkie sińce pod oczami. Ubranie w którym przyjechałem jest pogięte i przepocone po ciepłej wiosennej nocy. Mimo że byłem albinosem moja cera sprawiała wrażenia bardziej bladej niż zwykle. Mój biały warkocz był w nieładzie. Zacząłem od rozplątywania warkocza a to było zajmujące zajęcie. Zainspirowany mangą zapuściłem włosy poniżej pasa. Kiedy uporałem się z warkoczem czerwoną wstążkę którą mój warkocz był związany położyłem w pokoju na łóżku i wygrzebałem z torby świeże ubranie.           Wróciłem do łazienki i zacząłem się rozbierać. Zdjąłem koszulkę i przyjrzałem szpetnej bliźnie powyżej pępka. Lekarze użyli specjalnego żelu by rana jak najszybciej się zabliźniła. Blizna była paskudna ale nie bolała. Przez chwile znów miałem przed oczami tamtą chwile kiedy generał nadziewał mnie na swoją włócznie. Przez krótką chwile trwającą tyle co nic zamiast siebie w lustrze widziałem generała. Zamrugałem energicznie i przetarłem oczy by zaraz znowu spojrzeć na swoje odbicie. Pewnie mi się tylko wydawało. Skończyłem się rozbierać i wszedłem pod prysznic wieszając na wieszaku z boku kabiny czysty ręcznik a w rance trzymając szampon hipoalergiczny i gąbkę.       Kompałę się dość długo chcąc się orzeźwić. Po godzinie myłem już nad zlewem zęby. Następnie się ubrałem w czyste ubranie a wczorajsze wrzuciłem do foliowego worka których pełno w szafce i czarnym markerem wypisałem swoje imię i nazwisko. Była dopiero dziewiąta a pralnie otwierali o dwunastej więc wyjąłem z torby laptopa i podpiąłem modem. Ośrodek ma własne łącze dostępne wszystkim pracownikom i pilotom ale ja pałałem dziwną niechęciom do tutejszego łącza i korzystałem z swojego prywatnego strzeżonego zabezpieczeniami piątego stopnia. Alen mi go załatwił kiedy wyszedłem z ośrodka. Można powiedzieć że jestem paranoikiem ale nie ufałem łączu do którego każdy ma dostęp i notabene każdy nawet ten buc morze sprawdzić co robiłem w Internecie.                                                              Nie zdążyłem wpisać hasła a ktoś zaczął pukać do drzwi. Zaskoczony odłożyłem laptop i otworzyłem kartą drzwi. Nie uwierzycie jakie było moje zaskoczenie kiedy zobaczyłem Ginewrę. Byliśmy razem w grupie szkoleniowej i tak jakoś zostaliśmy kolegami. A w ogóle to trudno powiedzieć kim dla siebie jesteśmy. To jest skomplikowane i nie do ogarnięcia. Oficjalnie jesteśmy przyjaciółmi a ona ma chłopaka ale tak naprawdę żadne z nas nie wie kim jest dla drugiego to drugie.            –Cześć –wita się uprzejmie.                                              –Cześć –odpowiadam i zapraszam ją do środka.                               Ta wchodzi pewnym krokiem kobiety która wie czego chce i siada na kanapie zarzucając nogę na nogę. Patrzę chwile na nią. Nie znam jej prawdziwego imienia i nazwiska a tylko hasło wywoławcze. Wszystkim karze mówić do siebie Ginewra jak ta królowa z legend arturiańskich która była żoną króla Artura. Zresztą nawet pasuje. Jest piękną kobieta o delikatnych rysach z uroczymi dołkami w kącikach ust. Włosy ma koloru ciepłego kasztanu sięgające poniżej łopatek. Kocie migdałowe oczy, piegi na nosie. Nie jest wysoka ale jej postawa sygnalizuje że niewolno jej lekceważyć. Jest zgrabna ale bez żadnej przesady. Zgrabna i tyle. Nosiła czekoladową spódnice powyżej kolan niebieską koszulkę na ramiączkach a na stopach japonki.                      Siadam na łóżku w odpowiedniej odległości pamiętając zeszłoroczną imprezę noworoczna na której się spotkaliśmy.                                                    –Jak się czujesz Jasper? –zaczyna.                                          –Dobrze –odparłem lakonicznie. –Na początku rana nawalała jak diabli ale teraz została mi tylko brzydka blizna.                                                        –Nie o to pytam.                                                   Wiem.                                                             –Chcesz znać mój stan psychiczny? –zapytałem kąśliwie. –Spoko. Nie mam myśli samobójczych, ani traumy. Nie nękają mnie w nocy koszmary ani wyrzuty sumienia.                 –Nie musisz być nieuprzejmy –zwróciła mi uprzejmie uwagę marszcząc brwi. –Martwię się tylko o ciebie. Spotkanie z generałem musiało być ciężkim przeżyciem a w szczególności utrata drużyny –dodała niemal szeptem spuszczając wzrok.                                     Poczułem się okropnie z powodu mojego zachowania.                                –Przepraszam cię –powiedziałem całkiem szczerze. –Nie martw się o mój stan psychiczny. Od tego mam spotkanie z psychologiem o trzynastej. Przez dwie godziny będę musiał tłumaczyć pani psycholog że nic mi nie jest. Jestem za to wściekły –mówię po krótkiej chwili milczenia przypominając sobie o Wu. –Jestem wściekły na Wu.                                               –Nie ty jedyny Jasper. Wszyscy piloci wiedzą z czyjej winy doszło do tragedii. W naszym społeczeństwie pilotów informacja podróżuje szybciej niż plotka. Leżałeś jeszcze w szpitalu a wszyscy wiedzieli co się stało. –Na chwile zamilkła a potem uśmiechnęła z zadowoleniem. –Tym razem skubanemu się nie upiecze.                                                   –Ja się w ogóle zastanawiam jakim cudem dostał oficerkę w piechocie powietrznej. Ten drań nawet nie jest pilotem! Jego pojęcie o nas jest mgliste. Nie rozumie naszej więzi i co z tym idzie ostrożności.                                                             –Na pewno go zdegradują i przeniosą gdzie indziej –powiedziała a zaraz potem założyła rance na piersi i westchnęła smutno. – Ale na pewno nic więcej się niestanie. Nasza formacja jest zbyt młoda by zapełnić wszystkie miejsca oficerskie a ich nie da się szkolić w szkołach. Pilotem trzeba być by dobrze rozumieć naszą strategie. A do tego jesteśmy dosyć zamkniętym społeczeństwem. Piloci mogą się nawzajem nie lubić ale nikt nie wsypie na drugiego. Więc najwyższa rada potrzebuje takich jak Wu oficerów po szkołach pozbawionych uczucia solidarności z nami.                 Zrezygnowany pokręciłem głową świadom że ma racje. Piechota powietrzna ma dopiero trzydzieści lat i jest nas a) za mało b) jesteśmy wbrew pozorów zbyt nieliczni. Jest to wina tego że śmierć mecha oznacza koniec kariery dal pilota a koniec pilota oznacza koniec dla mecha. Jedno bez drugie nie morze funkcjonować i nie można jednego albo drugie zamienić innym. Jest jeden pilot i jeden mech. Pilot samolotu albo statku kosmicznego jak przeżyje dostanie nowy a my nie dostaniemy nowego mecha.                                                        –Dobra lepiej powiedz co ty robisz w ośrodku –zmieniłem temat dając temu spokój.           –No cóż –rozsiadła się wygodniej na fotelu. –Baza Orient została zaatakowana przez wrogie jednostki Fa. Nasz odział razem z Lancą miał robić za wsparcie powietrzne dla piechoty. Nikt z nas nie zginą ale pod koniec walki jedna z kanonierek Fa wybuchła nam za plecami pewnie trafiona działem naziemnym. Niemal cała moja drużyna ma uszkodzony mechy ale to nic więcej jak uszkodzenia w pancerzu. Za dwa tygodnie Diana będzie jak nowa. Dopiero przed wczoraj przyjechałam z resztą oddziału na tydzień odpoczynku.                                              –Jest Artur? –zapytałem i nagle cała przyjemna atmosfera jaka zaczęła powstawać prysnęła jak bańka mydlana.                                                        –Są wszyscy z Camelotu –odburknęła zapewne wściekła ze zniszczyłem cała atmosferę. Niestety ktoś musiał to zrobić.                                                    W zeszły sylwester żadne z nas tego nie zrobiło i skończyło się tak jak skończyło. Wstałem z łózka i otworzyłem drzwi dając jasny sygnał że rozmowa skończona.                          –Wyganiasz mnie? –zapytała ale wstała i ruszyła ku drzwi.                          –Nie wyganiam ale nie chce byśmy znowu popełnili ten sam błąd –odpowiedziałem z trudem przyjmując pokerowa minę i maskując bul w głosie.                                     –Ja nie uważam tego za błąd –rzuciła na odchodne wychodząc z pokoju.                Drzwi się zamknęły a ja stałem tylko i na nie patrzyłem starając się za nią nie pójść. Czułem jak wszystko we mnie krzyczy bym pobiegł za nią i ją dogonił ale ja nie słuchałem. Stałem w milczeniu wąchając ślad jej perfum jaki został w powietrzu. Jabłka i agrest. Znowu poczułem się jak tamtej nocy ale tylko przez chwile. Potem z krainy marzeń wróciłem do brutalnej rzeczywistości.                –Skoro nie błąd to czemu wybrałaś jego a nie mnie –powiedziałem przez zaciśnięte zęby hamując gniew i frustracje.                                                    Rzuciłem się na łóżko i schowałem twarz w poduszczę hamując dławiący mnie krzyk. Kiedy się uspokoiłem wyszedłem z budynku kiwając głową cieciowi z dziennej zmiany. Pogoda była doskonała. Było ciepło a intensywnie błękitne niebo przez które przepływały setki puszystych chmur. Wiał delikatny wiatr idealnie chłodzący powietrze. Nałożyłem czapka z daszkiem na głowę i ruszyłem chodnikiem ku stylowemu budynkowi będącemu barem sushi. Bar ponoć wyglądał jak wiele tradycyjnych barów w Japonii. Drewniana konstrukcja z rozsuwanymi ścianami z papieru ryżowego. Niskie stoły i poduszki do siedzenia a także bar za którym mężczyzna w czarnej koszulce i fartuchu obsługiwał gości.                                                        O tej godzinie niebyło tu dużo ludzi. Było tu chyba z czterech ludzi zajętych swoimi sprawami. Nikt nie zwrócił na mnie uwagę kiedy poszedłem do baru i złożyłem zamówienie na zupę miso i zieloną herbata. Usiadłem przy stoliku w kącie wkładając słuchawki od MP4 do uszu. Muzyka była spoko ale ja jakoś niemiałem nastroju na te klimaty. Zamówienie przyniesiono mi po pewnym czasie. Wszystko kucharz robił na zamówienie więc to mogło trochę potrwać. Ładna kelnerka o blond włosach w tradycyjnym kimonie z starej ziemi przyniosła mi tace z jedzeniem i z ukłonem odeszła zostawiając mnie samego. Rozłamałem swoje pałeczki i wziąłem do jedzenia starając się nie hałasować.                                                               Kiedy się je to się nie myśli co bardzo mi ułatwiło sprawę mimo że przez Ginewrę niemiałem ochoty jeść. Po posiłku wezwałem kelnerkę. Zapytała uprzejmie czy czegoś mi nie trzeba a ja powiedziałem że nie. Podała mi drobny czytnik a ja przyłożyłem do wyświetlacza swoją kartę. Piknęło i proszę. Zostałem sczytany. Wyszedłem dokładnie wiedząc gdzie dalej się udać. Mijając zajęte korty tenisowe i boisko do piłki nożnej doszedłem do budynku sportowego gdzie mieściło się dojo.           Był to niewysoki trzy piętrowy budynek mieniący się jasnym błękitem. Wszedłem do środka i z miejsca poraziły mnie zmiany. Kiedy byłem tu ostatnio wszystko mieniło się bielą i metalem a teraz wprowadzono nowy wystrój. Wszystko tutaj krzyczało że dekorator chciał sprawić by każdy miał pozytywne odczucia. Wiklinowe fotele, porozstawiane kwiatki. Ściany pomalowane na miły dla oka zielony kolor a z ukrytych głośnikach sączyła się muzyka klasyczna. Za biurkiem trzy ładne recepcjonistki które jeszcze chwile temu czytały jakieś magazyny przestały się opierdalać i obie wyprostowane jak struna posyłały w moją stronę wystudiowany i powtarzany do znudzenia uśmiech.     –W czym możemy pomóc? –Boże one to powiedziały jednocześnie niemal identycznym głosem!                                                             –Ja chciałbym się zapisać na indywidualne zajęcia z kendo –odważyłem się odezwać kiedy już się ogarnąłem.                                                         Ta ładniejsza blondynka wyjęła tablet spod biurka i zaczęła tam coś robić. Po krótkiej chwili nie odrywając wzroku od tablet’ a zapytała:                                         –Od kiedy chce pan zacząć?                                              –Najlepiej od dzisiaj.                                                   Ta z zrozumieniem skinęła głową.                                         –Pan Kenii ma wolny czas o jedenastej i piętnastej.                          Zgodziłem się na piętnastą i wyszedłem z budynku mijając wchodzącą grupę siedmioletnich dziewczynek. Była dziesiąta dwadzieścia a ja do wizyty z psychologiem miałem trochę czasu. Co tu robić? To jest wbrew pozorom pytanie retoryczne. Droga do salonu z grami zajęła mi dwadzieścia minut. Dalekie to. Musze chyba wynająć meleks albo skuter.                               Salon z grami to jedno wielkie neonowe coś czego nie da się opisać bo słów brakuje. Dwupiętrowy budynek pomalowany na ohydny wściekły róż cały obrzucony kolorowymi światełkami jak na boże narodzenie. A na samym gurze wielki hydraulik Mario. W środku panował nastrojowy półmrok a z drugiej strony światła z automatów wali po oczach. Było dużo ludzi ale tłok jest o zmroku kiedy młodzi piloci po treningach i szkole mogą się wyluzować. Trochę się po włóczyłem słuchając muzyczki z głośników. Minołem mała grupę zapaleńców grających w jakąś debilną grę na automacie. Ile oni mieli lat. Dziesięć? Morze mniej.                                         W końcu kiedy miałem wziąć się za jakąś grę gdy zauważyłem cos co wywołało uśmiech na mojej twarzy.                                                             –Spiker! –zawołałem kolesia siedzący w kącie na czerwonej kanapie i grający z namiętnością w Metal Gear Solid 2.                                                        –Ja pierdo… Melancholik? Myślałem że nie żyjesz. –Spiker wyglądał na strasznie niezadowolonego.                                                   Podszedłem do niego już się nie uśmiechając. Spiker nie był wysoki i ogólnie sprawiał wrażenie zaspanego menela. Długie czarne rozczochrane włosy, zaspane niemal nieobecne spojrzenie i tępy jak kafar wyraz twarzy. Ale ten gość jest w cholerę inteligentny. Jest czystym potwierdzeniem przysłowia że pozory mogą mylić.                                     –Czemu sądziłeś że zdechłem? –usiadłem obok niego. Wymieniliśmy przyjacielskie uściski dłoni.                                                                  –No przecież słyszałem że twoja drużyna miała walkę z generałem i nikt nie przeżył.           –Masz złe informacje.                                                    –Widzę –podrapał się z roztargnieniem w głowę. –Jak mechy?                     –ZTJ –odparłem i oboje spochmurnieliśmy. ZTJ było wojskowym skrótem od "został tylko jeden”.                                                             –Miałeś szczęście –bardziej stwierdził niż zapytał Spiker.                          –Nawet nie wierz jakie.                                              Milczeliśmy aż w końcu Spiker wrócił do gry a ja zacząłem oglądać jak mu idzie. Gość był dobry w te klocki. Mówił że tylko skradanki są dla niego dostatecznym wyzwaniem a to tylko niektóre. Obserwowałem jak zahipnotyzowany kiedy w końcu zginął i ze wściekłością cisną padem o podłogę. Następnie była jakaś gniewna litania wyzwisk których nie przytoczę.                      –Nienawidzę tej gry –oświadczył z mocą krzyżując rance na piersi. –Fabuła jest porąbana i ledwo co ogarniam a do tego sam nie wiem czemu znów zginałem. W Dark Soul II zginałem tylko raz a tu już z cztery!                                                              –To pierdoły weź nie przeżywaj –poradziłem mu.                               Zaczął jeszcze raz tym razem z lepszym skutkiem. Milczałem nie chcąc go dekoncentrować wiedząc ze to dla niego ważne by wygrać. On przechodzi wszystkie gry ustanawiając co chwile nowy rekord. W końcu poszedłem nam przynieść po puszce koli z automatu. Tak nam mijał czas aż Spiker dał sobie już spokój i zrobił zapis gry na swoja kartę pamięci.                               Razem wyszliśmy z salonu i za propozycją Spikera poszliśmy na basen bo jak twierdził ma tam właśnie zajęcia żeńskie kółko pływackie. Zgodziłem się z jednego bardzo szczytnego powodu. W razie czego przypilnuje go by nie zaczął robić jakiś niewłaściwych głupich rzeczy On jest do tego zdolny. Okazało się ze Spiker wynajął meleksa więc pojechaliśmy drogą dla meleksów i skuterów w stronę basenu.                                                             Grupa ładnych dziewczyn w różnym wieku ćwiczyła pływanie pod okiem instruktorki która strzegła je jak własne dzieci. Ci piloci Nową ziemie kosztują wiele i utratę jednej z nich oznaczało by zwolnienie dla pani instruktor.                                                    Ruszyliśmy na trybuny gdzie była grupa ludzi w większości chłopców też różnego wieku. Usiedliśmy wysoko obserwując dziewczyny w uroczych jednoczęściowych strojach. Wzrokiem wyłapałem wśród pływaczek Ginewrę. Zakląłem szpetnie pod nosem i zacząłem rozważać opcje ewakuacji kiedy kątem oka dostrzegłem Artura i jego kolegów z oddziału wchodzących na trybunę. Gorzej być nie morze.                                                        Artur jak i Ginewra należą do jednego oddziału nazywanego Camelot za względu że wszyscy mają hasła jak te postacie z legend arturiańskich. Jest Lancelot i reszta ferajny. Ja należę do Duchów pod dowództwem Rudego. Artur jest gościem o urodzie gwiazdy filmowej. Jasne blond włosy, intensywnie błękitne oczy, złocista równa opalenizna. Jest dobrze zbudowany i wysoki. Jest w krótkich słowach przystojny a do tego jest chłopakiem Ginewry.                          Spiker podążył za moim spojrzeniem i aż drgnął czując że kłopoty wiszą w powietrzu.           –Ewakuujemy się –szepnął mi do ucha wstając.                                     –Popieram – odparłem.                                              Już wstawałem kiedy Artur mnie zauważył.                                    –Melancholik! – zawołał swoim głębokim zmysłowym i cholernie męskim głosem.           Kurwa mać przeklęliśmy szeptem razem z Spikerem i chcąc nie chcąc odwróciliśmy się w jego stronę. Przelotnie jeszcze zauważyłem jak Ginewra kilka innych dziewczyn odwraca głowy w naszą stronę. Masz ci los!                                                        Artur i jego koledzy podeszli do nas spokojnym nonszalanckim krokiem. Było ich czterech i wszyscy przystojni i pewni swojej wartości. Aroganckie dupki.                               –Melancholik przyjmij moje najszczersze wyrazy współczucia –powiedział ściskając moją wyciągniętą dłoń bardzo mocno. Po minie można by sądzić że jest mu przykro i morze nawet było. Jest pilotem do cholery! –Wszyscy słyszeliśmy co się stało i bardzo ci współczujemy.                –Dzięki –odparłem starając się być uprzejmy choć z tylko mi znanych powodów miałem ochotę go walnąć.                                                         –Przykra sprawa –poparł go czarnowłosy chłopak o pseudonimie Lancelot. –Wu bez wątpienia spaprał sprawę. Powinien wam dać bardzo liczne wsparcie. Gdybyśmy my tam byli na pewno wszystko by się potoczyło inaczej.                                         Oj nie sądzę nadęty dupku. Wżyciu nie widzieliście na własne oczy generała a co dopiero mówić o walce. Nie. W nie wiecie o czym mówicie.                                   – Zawisza też się nie popisał –znieruchomiałem i spojrzałem na tego kto to powiedział. Był nim Gowen. –Zdawał sobie sprawę z ryzyka a jednak uległ i wykonał rozkaz kretyna nawet nie próbując protestować.                                                        –Co racja to racja –przyznał mu racje niby nie chętnie Artur. –Ja gdyby istniał chociaż cień podejrzenia że to generał nie wykonałbym rozkazu a kazał tej niedołędze połączyć z kimś bardziej kompetentnym od siebie. A Zawisza jak wiadomo –nie uwłaczając jego talentom –niema dość samo zaparcia by sprzeciwić się rozkazowi nawet jak uważa go za debilny.                          –Zamknij mordę! –krzyknąłem. Zaciskałem z całych sił pięści i zaciskałem szczękę cały czas nie chcąc mu po prostu przywalić. Ale wszystko ma swoje granice. Jak oni śmią kogoś oceniać skoro nawet tam niebyli i niewiedzą co się stało. Myślą ze wszystko wiedzą tak naprawdę to nie mają o niczym pojęcia.                                                        –Jak śmiesz –cały się trząsłem od wzbierającej we mnie nienawiści. –Myślisz ze wy dalibyście sobie rade co? Gówno byście sobie dali rade tyle wam powiem. Generał to nie nasz poziom. Zgrywacie teraz odważnych i oczerniacie Zawisze a tak naprawdę nie widzieliście go jak walczył. –Czułem jak w moich oczach wzbierają łzy kiedy wizja tamtych chwil wracała do mnie. – To nie wy patrzyliście jak wasi koledzy obrywają –Spojrzałem w oczy kolejno im wszystkim a najdłużej zatrzymałem na Arturze. –Teraz jesteście mocni w gębie ale na naszym miejscu wcale nie poszło by wam lepiej.                                                             –Proponuje abyśmy dali sobie spokój i każdy poszedł w swoją stronę –zaproponował dyplomatycznie Spiker.                                                    –Masz racje –poparłem go obrzucając ich jeszcze pogardliwym spojrzeniem. – Szkoda czasu i nerwów.                                                              I odeszliśmy. Wsiedliśmy do jego meleksa pojechaliśmy do budynku socjalnego gdzie miałem umówione spotkanie z psychologiem.                                              –Nie przejmuj się ich gadaniem –starał się poprawić mi humor Spiker. –Ci z Camelotu w większości to zarozumiałe bęcwały.                                              Skinąłem mu posępnie głową ale nic nie powiedziałem aż nie dotarliśmy do celu. Zapytałem czy mógłby pomnie przyjechać tak o czternastej dwadzieścia. Zgodził się i odjechał. Wszedłem do budynku takiego samego jak kiedy tu byłem. Wylegitymowałem się recepcjonistce i pojechałem windą na czwarte piętro. Pokój mojej pani psycholog był umeblowany z kunsztem a ona sama dosyć ładna choć kto co lubi. Była bardzo miła i zgodziła się kiedy poprosiłem by puściła mnie trochę wcześniej bo zapisałem się na treningi kendo.                                         –Bardziej od psychologa potrzebny mi trening na którym wyzbędę się gniewu i frustracji –odparłem na pytanie co mnie skłoniło do podjęcia ćwiczeń.                               Rozmowa przebiegała spokojnie i w większości to ja mówiłem opowiadając co czujem. Szybko rozwinęła się miedzy nami rozmowa i ani się obejrzałem telefon poinformował mnie ze musze iść. Pożegnałem siei umówiłem z nią na jutro o tej samej godzinie. Przed budynkiem na parkingu już czekał Spiker w meleksie. Uśmiechnąłem się na widok tekturowego kwadratu z miłym dla duszy i oka napisem Pizza!                                                             –Pomyślałem że zgłodniejesz.                                         Podziękowałem i usiadłem z tyłu meleksa z pudełkiem Pizzy! Droga trwałą jakieś dwadzieścia minut ale Spiker się nie śpieszył więc byliśmy niemal o piętnastej. Pożegnaliśmy się i umówiliśmy w barze Sushi o siedemnastej. Wszedłem do budynku i przywitałem się z miłymi recepcjonistkami które znowu się opierdzielały. Kazały mi jechać na pierwsze piętro wiec pojechałem. Bez trudu znalazłem dojo i czekającego na mnie trenera. Kenii był mężczyzną niskim i niepozornym. Możliwe ze miał już sześćdziesiątkę i powypadały mu już wszystkie włosy. Twarz miał starą i pomarszczona o surowym wyrazie. Nosił czarną zbroje do kendo bez hełmu. W obu dłoniach trzymał miecze treningowe a w kącie przestronnej Sali z drewnianą podłogą leżał pancerz dla mnie.                           Pan Kenii w krótkich słowach kazał mi iść się przebrać. Dawno nie nakładałem zbroi do kendo i na początku miałem problemy ale w końcu mi się udało. Przebrany wróciłem do sali a nauczyciel wręczył mi miecz i bez ostrzeżenia zaatakował. Zanim się zorientowałem leżałem na podłodze oszołomiony.                                                             – Kiedy ostatnio trenowałeś? –zapytał a kiedy powiedziałem że odkąd wyszedłem z ośrodka to nigdy nie byłem na treningu częściej niż raz na tydzień. Zmarszczył brwi. –Widać. Nie masz wypracowanego czasu reakcji a twoja technika jest żałosna. Wstawaj.                          Wstałem i zaczęła się lekcja. Czułem się trochę żałośnie. Wszystko mi musiał powtarza jak początkującemu a co najgorsze wszystko robiłem źle. A żeby było śmieszniej co chwila mnie atakował z zaskoczenia wywalając na ziemie. Kiedy skończyliśmy na dziś byłem tak zmęczony że zastanawiałem się czy nie odpuścić wizyty w barze. Rozebrałem siei wszedłem pod natrysk by zmyć pot.           Kiedy wyszedłem robiło się powoli ciemno i lampy wydłuż dróg zaczynały się palić. Z przewieszonym przez ramie mieczem treningowym który na odchodne wcisną mi w ręce nauczyciel mówiąc bym trenował też samemu szedłem w stronę baru. Przed barem stało kilka białych meleksów i skuterów a z środków dobiegała miła muzyka. W środku znalazłem Spikera flirtującego kelnerką która była od niego chyba o trzy lata starsza. Pokręciłem głową idąc w jego stronę zastanawiając się jak ten typ to robi że mimo iż nie jest przystojny udaje mu się wyrywać laski.                     –Poprosiłem już nasza słodka panią o cztery monjayaki –zaświergotał dalej migdaląc się do rumieniącej się kelnerki.                                                   –Jeszcze zupę miso i zieloną herbatę proszę –przewróciłem oczami czując się coraz bardziej ich zachowaniem zażenowany.                                              Kelnerka w końcu poszła kłaniać się energicznie cała czerwona na twarzy. Spiker śledził ją wzrokiem aż w końcu cały w skowronkach spojrzał na mnie.                                –Jak ja kocham kelnerki z baru Sushi –oświadczył rozmarzonym głosem. –Są pełne wdzięku i kobiecości.                                                             –Ja się zawsze zastanawiałem jakim cudem ty je wyrywasz.                          –To całkiem proste. Nie trzeba być przystojnym macho by wyrwać kobieto. To morze zrobić dosłownie każdy. Wystarczy mieć poczucie humoru i umieć je zaklasyfikować do konkretnego rodzaju dziewczyn. Ta blond kelnerka zalicza się do grany tych co lubią się śmiać z dobrego żartu. Więc jak w banku jest to że polubi z miejsca człowieka zabawnego. Do tego trochę szczerych pochlebstw i wazeliny i już mogę się dopytywać o numer telefonu oraz zapraszać na kolejne spotkanie. Dalej potrzeba cierpliwości i wytrwałości.                                              Pokiwałem głową dając znać że rozumiem. Ten gość jest w cholerę inteligentny. Nic ze wygląda jakby go wyciągnięto z psu gardła. Nic też ze ma tak tępy wyraz twarzy że można by nim kamienie rozwalać. Mu wystarczy trochę psychologii i spruty by wyrwać prawie każdą laskę.           Kelnerka wróciła nosząc tace z zamówienie. Spiker skomplementował z jaka gracją się porusza i wprawę jaką nalewa herbatę. Kelnerka zachichotała jak małe dziecko i się wycofała czerwona jak truskawka. Rozłamaliśmy pałeczki i zaczęliśmy jeść.                           – Spiker? –zagadnąłem kiedy skończyłem zupę miso. Tamten skiną głową nie odrywając się od swojego placka. –Mam do ciebie prośbę chłopie. Czy w imię naszej przyjaźni mógłbyś mi pomóc przy przygotowaniach do egzaminu na drugiego pierwszego stopnia?                           Spiker spokojnie zjadł swój placek a potem wyprostował i zmierzył uważnym wzrokiem zaspanych oczu.                                                        –Co ci się stało? –zapytał po dłuższej chwili milczenia. –Zawsze stroniłeś od odpowiedzialności za kogoś a teraz chcesz zdawać egzamin na drugiego pierwszego stopnia? Nie za wysoko mierzysz chłopie?                                                   –Miałem nadzieje że mi pomożesz ale jak…                                    –Stop! –przerwał mi stanowczo unosząc dłoń. –Nie powiedziałem że ci nie pomogę ale zapytałem czy za wysoko nie mierzysz. Nie lepiej by zacząć od drugiego, drugiego stopnia? Egzamin na niego jest znacznie łatwiejszy. A tak w ogóle to dlaczego chcesz zdawać egzamin?                 Dobre pytanie. Dlatego że Alen chciałby bym stał się kimś lepszym? Amorze dlatego że czuje że nie dam rady wykonywać rozkazów kogoś innego niż Zawiszy? Dlaczego ja to robię?     Wcześniej się na tym nie zastanawiałem ale teraz nie jestem pewien czy podołam. W szpitalu wszystko było łatwiejsze i wystarczyło mi po prostu że chciałem awansować. Teraz chyba robię to dla innych by spełnić wizje Alena i trochę samemu udowodnić że jestem wstanie to zrobić. Ale czy jest w tym cos jeszcze? Jaki jest sens robienie czegoś dlatego bo. Jestem prostym chłopakiem kochającym mangę i anime. Ambicji nie mam za grosz więc przez większość czasu zwisało mi ze większość znajomych awansuje a ja tylko stoją w miejscu. A teraz co?                                    Od tak mam zamiar wszystko zmieniać? źle mi jest tak jak jest teraz?                      –Szczerze to nie wiem ale i tak mam zamiar podejść do egzaminu –odezwałem się w końcu. Wziąłem łyk ciepłej zielonej herbaty. –Proszę cię byś mi pomógł w przygotowaniach.                 –Takie wytłumaczenie dlatego bo ponieważ to ty se możesz. –Spiker podrapał się z roztargnieniem w głowę. – Spoko. Pomogę ale to morze ci wiele nie dać. Najbliższy egzamin odbędzie się za miesiąc a jest masa materiału do przyswojenia. Ja do swojego przygotowywałem się rok a i tak zdobyłem osiemdziesiąt dwa procenty z wymaganych osiemdziesięciu. Nie jestem pewien czy podołamy. Oboje będziemy tu dwa tygodnie a potem znów będziemy musieli kontaktować przez Internet. Jedyne co mogę dla ciebie zrobić to powiedzieć co sobie musisz powtórzyć i do czego najbardziej przyłożyć. Reszta będzie zależała od ciebie.                          Przytaknąłem zgadzając się. Lepsze to niż musiałbym sam wszystko robić po ciemku. Jedliśmy dalej aż Spiker nie spojrzałem gdzieś przed siebie i nagle znieruchomiał. Pewnie wyłapał jakąś laskę pomyślałem ale zaraz usłyszałem jak Spiker mówi niemal szeptem "znowu będzie się działo”. Zaintrygowany odwróciłem się w stronę gdzie patrzył. Nie uwierzycie mi ale to była Ginewra i Artur. Oboje prześliczni. Artur Trzymał ją pod ramie błyszcząc śnieżnobiałymi zębami w uśmiechu. Ginewra ubrana w skromną wiosenną sukienkę uśmiechała się uprzejmie.                            –Jak chcesz to możemy zmienić lokal? –zasugerował grzecznie Spiker.                     Z trudem zmusiłem się do odwrócenia. Serce biło mi jakby startowała w wyścigach. Czy to nigdy się nie skończy?                                                        –Nie trzeba –odparłem przybierając w miarę obojętny ton. –Jesteśmy dojrzałymi ludźmi i umiemy zachować się odpowiednio. A poza tym nie sądzę by nasz jaśnie wielki Król Artur zawracał sobie naszą osobą głowę. Ma pewnie konkretne plany na wieczór i my w całej rozciągłości mu zwisamy.                                                             Spiker przez sekundę milczał targany sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony nie chciał podawać pod wątpliwość dojrzałości kolegi. A z drugiej strony wiedział że jeżeli chodzi o Ginewrę to Jasper potrafi być w swoim zachowaniu nieprzewidywalny. Cholera! Nie mogli znaleźć sobie innej miejscówki na randkę?                                                     – No ale wiesz że jeżeli… –zaczął najostrożniej jak mógł ale uciszyłem go zimnym spojrzeniem moich oczu koloru lodu. Aż go dreszcz przeszedł.                              –Powiedziałem że jest w porządku nie?– niemal warknąłem na biednego Spikera. – Nie musisz się martwić. Ignorujmy ich a najlepiej zapomnijmy.                               Spiker potulnie przytaknął głową i dalej jedliśmy. Spiker kiedy skończył swoje placki zamówił nam jeszcze po misce ramenu. Powoli czułem się coraz bardziej pełny ale jadłem dalej by tylko zapomnieć o nadętym Arturze i pięknej Ginewrze jedzących razem, śmiejących się razem a morze nawet i… Kurwa! Ogarnij się człowieku! Ginewra gówno cię obchodzi więc nie myśl o niej.      Usłyszałem znaczące chrząkniecie za sobą. Obejrzałem się za siebie. Zapomnieć? Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Ginewra stała za mną z splecionymi w uroczym geście dłońmi. Dopiero zobaczyłem jej delikatny makijaż niezauważalny na pierwszy rzut oka. W uszach lśniły złote kolczyki w kształcie owoców kwiatu wiśni. W włosy wpięta miała jakiś kwiat dzięki czemu nabierała uroku niewinnej i bezbronnej.                                                   Serce zabiło mocniej a przez moje ciało przeszedł rozkoszny dreszcz kiedy do moich nozdrzy dotarł aromat jej perfum. Tak dobrze znany.                                     Ginewra spojrzała najpierw na Spikera a potem wymownie na mnie.                     –Spiker czy morze nie musisz pójść nagle do toalety? –zasugerowała niewinnie posyłając mu promienny uśmiech przyprawiony czymś na kształt żądania.                               –A wiesz że nagle mnie tak przypiliło –powiedział pospiesznie wstając i idąc w stronę toalety.     –To pewnie ta zielona herbata –stwierdziła z przekonaniem siadając na miejscu Spikera. –Stanowczo za dużo jej pijecie. –Spojrzała wymownie na dwulitrowy dzbanek. Był to nasz drugi i już był prawie pusty.                                                        –Gdzie jest Artur? –zapytałem tonek swobodnej pogawędki.                          –Musiał pójść za potrzebą –powiedziała spokojnie ale na przez krótką chwile się skrzywiła jakby połknęła cytrynę.                                                         – To pewnie ta zielona herbata. Powinien pić jej mniej.                          Uśmiechnęła się.                                                   –Bardzo zabawne. –Ginewra zerknęła szybko na drzwi do toalety. –Posłuchaj –zaczęła odwracając się do mnie a jej głos przybrał przepraszający ton. –Wiem co się stało dziś na trybunie i bardzo cię przepraszam za Artura i resztę.                                         Przez chwile mierzyłem ją obojętnym wzrokiem mając ochotę ją wyśmiać. Opanowałem się na szczęście. Jeszcze mi tego brakuje by wszyscy w barze zaczęli się na nas patrzyć.                  –Gwen –zacząłem łagodnie zwracając się do niej tak jak zwracałem się do niej tamtej nocy. –Możesz mnie przepraszać za wszystko co ci się żywnie podoba. Możesz przeprosić za to że zapomniałaś o moich urodzinach, wydałaś mój jakiś skrywany sekret –efektowna pauza. – Ale nie za coś czego nie zrobiłaś. To Artur i jego koledzy powinni to robić a nie ty.                     Westchnęła zrezygnowanie.                                              –Skoro już wszystko jest jasne powinnaś wrócić do swoje stolika zanim Artur skończy posiedzenie rządowe i zejdzie z tronu. Nie sądzę by spodobało mu się gdyby nas zobaczył razem.      –Czy ty mi kiedyś wybaczysz? –zapytała nagle smutniejąc.                          Przez chwile milczałem bijąc się z myślami. Przez chwile patrzyłem na nią a potem miałem wrażenie że znów patrzę jak obściskuje się z Arturem następnego dnia po naszej wspólnej nocy. Czułem jak bul i gniew znowu we mnie wzbierają jak wtedy.                                –Chyba nie –odparłem tylko a ona wstała i przeszła do swojego stolika.                      Nawet nie odprowadziłem jej wzrokiem tylko wbijałem spojrzenie w moją pustą miskę po ramenie. Milczałem i nie odezwałem się słowem nawet jak wrócił Spiker. Nie próbował mnie ciągnąć za język za co byłem mu wdzięczny. Zjedliśmy w milczeniu a potem wyszliśmy. Spiker zaproponował że mnie podwiezie a ja się zgodziłem. Pragnąłem już tylko wrócić i zaszyć się w pokoju. Pragnąłem trenując kendo wyrzucić natrętne myśli które mnie nękały.                               Zanim się zorientowałem Spiker parkował meleks na krytym parkingu blisko budynków mieszkalnych. Na rozdrożu pożegnaliśmy się i umówiliśmy na jutro o jedenastej przed biblioteką. Wróciłem do siebie do pokoju skinąwszy tylko głową Tomowi czytającemu mangę za biurkiem. Pewnie zrozumiał że mam teraz parszywy nastrój wie tylko uniósł rękę i wrócił do czytania. Zamknąłem za sobą drzwi i dobyłem drewnianego miecza. Jak przez sen pamiętam jak powtarzałem wszystkie ruchy których dziś mi pokazał nauczyciel.

Spiker czuł się nieswojo. Słońce już dawno zaszło ustępując miejsca księżycowi mieniącemu się różową poświatą w tą bezchmurna noc. Właśnie szedł w stronę budynku mieszkalnego w którym miał pokój kiedy przypomniał sobie o telefonie który zostawił w meleksie. Uderzył się otwartą dłonią w czoło przeklinając swoją sklerozę. Miał pełny brzuch i niespecjalnie miał ochotę się wracać na parking po komórkę ale kiedy przypomniał sobie o tych wszystkich numerach telefonu jakie podostawał od lasek od razu ruszył po telefon. Są rzeczy ważne i ważniejsze a numery telefonów lasek zaliczały się do jego trzeciej grupy: najważniejsze.                                               Spokojny nieśpiesznym krokiem wrócił na parking. Zauważył że ktoś stoi oparty o jego meleksa. Ostrożnie zaczął podchodzić a kiedy rozpoznał w tej osobie Ginewrę przeklął w środku siarczyście. Mam złe przeczucia pomyślał ale uciec nie mógł bo i ona jego dostrzegła.                 Spokojnie podszedł do Ginewry.                                           –Hej –powiedział bo niemiał lepszego pomysłu jak zacząć.                          –Spiker czy jesteś moim przyjaciele?                                          Tym pytaniem mocno go zaskoczyła. Czuł przez skórę że to niewinne pytanie było wstępem do czegoś więcej. Spiker niemiał ochoty na to "więcej” ale odpowiedział ostrożnie:                 – Jestem.                                                        Przez twarz Ginewry przebiegł szybki uśmiech który wzmógł w nim niepokój.                –A więc mi pomożesz?                                              –A w czym?                                                        –Chce byś pomógł mi przebłagać Jaspera –walnęła prosto z mostu nie obijając w bawełnę.     Spiker podrapał się z zakłopotaniem w głowę. Lubił Ginewrę ale niemiał pewności czy naprawdę powinien się mieszać do tej sprawy. W szczególności wiedząc jak potraktowała Jaspera. Wiedział że to niebyło w porządku względem niego. Jasper morze zgrywać wrednego lekko ducha ale tak naprawdę strasznie łatwo go było zranić. Przezwisko Melancholik też nie wzięło się znikąd. Nazywano go tak bo nawet jak się uśmiechał oczy dalej miał smutne.                           –Ginewro wierz że cię lubię –zaczął czując się jakby spacerował po linie dwieście metrów nad ziemią. –Ale nie mogę ci pomóc. To było jakbym zdradził Jaspera. Chłopak od ciebie dość mocno oberwał sama musisz przyznać. Nie dziwie się że stara trzymać cię na dystansie. Pomyśl jak to musi go boleć świadomość ze ty i Artur… –zamilknął nagle widząc jak twarz Ginewry się zmienia. Najpierw była opanowana ale każde słowo Spikera było tak prawdziwe i celne że aż ją to bolało. Teraz wyglądała na strasznie zmęczoną i przygnębioną.                                    –Sypiamy ze sobą? –dokończyła za niemal wypluwając z obrzydzeniem to zdanie. –Nie my nie sypiamy ze sobą. Ja mu na to się nie zgadzam. Mówię mu że jestem jeszcze niegotowa a on się wścieka. –Jej twarz przybrał gniewny wyraz. –Artur to nadęty i zarozumiały kretyn uważający że każda powinna mu ulec. Jestem drugą w jego oddzielę a on traktuje mnie jak bezmyślne narzędzie niemające prawa do własnego zdania. Chce bym go wielbiła i całowała ziemie po której on stąpa. –zgrzytnęła zębami hamując swój gniew.                                          –To dlaczego z nim jesteś? –zapytał czując jak to pytanie pcha mu się na język.      Ginewra się uspokoiła i spojrzała w oczy Spikera. Aż się zachłysnął zauważając łzy w jej oczach.                                                              –Wtedy myślałam ze tak będzie lepiej –powiedziała z niekrywanym bólem. – Jest moim dowódcą a do tego jest przystojny i utalentowany. Wtedy wydawało mi się ze jednak tak będzie lepiej że to z Jasperem nie wypali. Ale się myliła! Z Arturem nie jest jednak tak dobrze a Jasper jest teraz taki zimny i niedostępny. Wiem że sama jestem sobie winna ale chciałabym spróbować jeszcze raz.     Spikerowi zrobiło mu się jej żal. Naprawdę chciał jej pomóc ale nie sądził by to coś dało. Jasper jest uparty a do tego się boi. Jedyną osobą która morze jej pomóc jest sam Jasper. To on musi wybaczyć i odważyć się spróbować jeszcze raz.                                         – Wybacz ale ja ci wstanie pomóc nie jestem –minął bez słowa Ginewrę i zabrał telefon z meleksa. Już się odwracał kiedy cos wpadło mu do głowy. Spojrzał na strasznie smutna Ginewrę i uśmiechnął się tak jakoś dziwnie. –Jeżeli chcesz zbliżyć się znowu do Jaspera to chyba mogę ci trochę ułatwić sprawę.                                                         Spiker opowiedział jej o wszystkim a ta uścisnęła go z szczęścia a także obiecała załatwić numer swojej koleżanki.

Niewiadomy

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction, użył 17988 słów i 100429 znaków.

4 komentarze

 
  • mario

    dobre

  • nemfer

    Jak ktoś oglądał...
    A jeśli ktoś nie oglądał to nie ma pojęcia o czym piszesz

  • seti

    ****. Pisz to dalej:) Nie musisz tego dzielić, czyta się bardzo lekko i tak jest nawet wygodniej :)

  • Niewiadomy

    Chyba powinienem dać to w odcinakach.
    :redface: