Serce do serca | Część 12

Serce do serca | Część 12Nowy tydzień, nareszcie! Czeka mnie obszerne zwiedzanie miasta z najlepszym przewodnikiem, którego mogłem znaleźć pod Madryckim słońcem, a mianowicie Kubą. Zna to miasto jak własną dziurawą kieszeń i nie krył, że nie może się doczekać, aż zamieni się w mojego osobistego przewodnika. Dalej mam mu za złe tamten pocałunek, ale wytłumaczył się tym, że poniosło go ze szczęścia i obiecał, że to się więcej nie powtórzy. Wierzę mu, bo zagroziłem, że następnym razem jak będzie mi wpychał język do buzi, to mu go z przyjemnością odgryzę. Wolę o tym nie pamiętać, puścić to w niepamięć i zachowywać się jak gdyby nigdy nic. To tylko pocałunek, nic więcej. Pocałunek, który zaskoczony całą sytuacją odwzajemniłem, ale od razu zszedłem na ziemię i odtrąciłem go od siebie. Był tak bardzo zakłopotany, że mimo złości, chciało mi się z niego śmiać. Ta zakłopotana mina… Bezcenna.  

Dzisiejsza pogoda jest wspaniała. Nie jest tak upalnie jak w dzień mojego przyjazdu, a promieniom słońca towarzyszy lekki wiaterek. Pierwszym miejscem, w które się udajemy jest pałac królewski. Kuba nalegał by pałac był pierwszym miejscem, które zwiedzimy, a ja tak naprawdę nie miałem nic do gadania, a chciałem zobaczyć jak najwięcej. Na szyi mam przewieszoną swoją lustrzankę i fotografuję wszystko co się da. Struktura największego europejskiego pałacu bardzo mnie zadowala. Przeogromny budynek zaprojektowany w stylu baroku jest oficjalną rezydencją króla Hiszpanii, lecz rodzina królewska w nim nie mieszka. Co za sens mieć tak wielki pałac, a w nim nie mieszkać? Ja bym chętnie w takim zamieszkał. Palacio Real de Madrid – bo tak nazywa się pałac po hiszpańsku, posiada 2800 pomieszczeń, ale tylko kilka z nich udostępnione są dla turystów. Kolejki do wejścia są przeogromne i stwierdzam z Kubą, że nie ma co marnować pół dnia, żeby wejść do środka na parę minut. Narzekam, żebyśmy usiedli gdzieś na chwilę, ale Kuba nie marnuje czasu i obiecuje, że w miejscu, do którego zmierzamy zdążę się nasiedzieć.  

Znajdujemy się w największym madryckim parku, a mianowicie w parku Retiro. Jest tu przepięknie! Gdy tylko przekraczamy wysokie bramy tego miejsca, to wiem, że czeka mnie tu dobra zabawa. Kuba opowiada mi, że w tym miejscu można robić praktycznie wszystko i od razu znajduje do tego głupie skojarzenie. Cały on. Przede wszystkim można tutaj spacerować, bo miejsce to zapełnione jest ścieżkami, które dookoła zapełnione są pięknymi wysokimi drzewami i krzewami. Od razu dostrzegam masę biegaczy i spacerujących turystów z aparatami. Sam zachowywałem się jak typowy azjatycki turysta, bo robiłem milion zdjęć na sekundę. Kuba mówi, że można tu poćwiczyć sztuki walki, a nawet pograć w szachy. Park Retiro, to bardzo popularne miejsce niedzielnych spacerów. Łobuz byłby wniebowzięty, gdybym zabierał go do właśnie takiego miejsca co niedzielę. Tyle miejsca do przechadzek, tyle drzew do obsikania i tyle terenów do obwąchania. Na terenie parku organizowane są przeróżne targi. Jednym z najpopularniejszym są targi książek. Co czerwiec wydawcy i sprzedawcy rozkładają swoje stoiska i oferują książki po promocyjnych cenach. Poza tym odbywa się tutaj masa koncertów i wystaw, a my mamy to szczęście i trafiamy na wystawę pewnej fotografki, która przedstawiała portrety przeróżnych znanych Hiszpanów. Jestem zafascynowany niektórymi jej pracami. Kuba planował dla mnie mała niespodziankę, a mianowicie udział w największej atrakcji jakie oferowało to miejsce – pływanie łódką dookoła terenu parku.  

- Czy ktoś kiedyś uczył cię wiosłować? – narzeka Kuba, gdy nieudolnie próbuję wiosłować.  
- Tomasz Kucharski (wioślarz, mistrz olimpijski) – ironizuję w stronę Kuby.  
- Bardzo śmieszne – wytyka język – zobacz, tu chwytasz, a potem.. czy ty w ogóle mnie słuchasz?!  
- Słucham, słucham. No nie wiem, nie umiem no!  
- No dobra, daj mi to wiosło – mówi zrezygnowany, a po chwili wybucha śmiechem przez moją niezdarność.  

Kuba przejmuje wiosła i wręcz profesjonalnie prowadzi nas łódką spod pomnika Alfonsa XII, głębiej w teren. Słońce ciągnie do wody, w której się znajdujemy, więc korzystam z sytuacji i odchylam swoją twarz ku promieniom, mając nadzieję, że co nie co się opalę. Moja cera jest typowo europejska, czyli trupio blada. Słońce nigdy mnie nie lubiło, a bywało i tak, że przez cały rok chodziłem bez żadnej opalenizny.  

- Złościsz się jeszcze? – zgaduję, że pyta o pocałunek.  
- Owszem – odpowiadam, nadal próbując wyłapać słońce.  
- Oj no weź! Aż tak źle chyba nie całuję, co? – pyta pewny siebie, jak zawsze.  
- Oscara bym ci nie przyznał, ale nad złotym globem bym się zastanowił – odpowiadam dowcipnie.  
- Czyli całuję jak te wszystkie amerykańskie ciacha? – czuję, że podniosłem jego wiarę w siebie.  
- Powiedzmy tak.. znam lepszych całuśników.  
- Tak tylko mówisz – drażni się.  
- Kubuś.. to ma się nie powtórzyć, dobrze? Jakiś związek, to ostatnie czego mi teraz trzeba – mówię jak najbardziej poważnie, nie chcę by miał jakiekolwiek nadzieje.  
- Maciuś! Myślisz, że cię podrywam?! – oburza się na żarty.  
- Nie myślę, ja to wiem!  
- No może troszeczkę. Ale tylko troszeczkę! – przyznaje ze śmiechem.  

Następnym miejscem naszego zwiedzenia jest samo centrum Madrytu, a mianowicie brama słońca. Puerta del Sol jest jednym z najważniejszych placów w Madrycie, idealnie umiejscowiony w samym sercu miasta. Plac otaczają wielkie budynki, które zostały wybudowane w XVII wieku. To właśnie w tym miejscu znajduje się hiszpański punkt zero, od którego mierzone są wszystkie inne odległości, a oznaczony jest on chodnikową płytą, która mieści się naprzeciw zegarowej wieży. Również tu umieszczony został trójwymiarowy herb Madrytu, na którym widać brązowego niedźwiedzia, który zjada owoce z poziomkowego drzewa. Niedźwiedź bardzo przykuł moją uwagę i to właśnie w tym miejscu najczęściej spotykają się zakochane pary, a także mieszkańcy Madrytu podczas sylwestra. Gdy Kuba powiadomił mnie właśnie o tym, że spotykają się tu zakochane pary, od razu odszedłem od tego miejsca w poszukiwaniach ciekawych rzeczy do sfotografowania.  

Byliśmy już zmęczeni i dzień zakończyliśmy na lampce przepysznego wina w centrum Madrytu. Następnego dnia, z samego rana wybraliśmy się do świątyni Debod, starożytnej egipskiej świątyni z II wieku. Później odwiedziliśmy wszystkie miejsca, które miało do zaoferowania Madryckie centrum, a do tego udało mi się go przekonać do obejścia większości sklepów. Spacerując po słonecznym mieście nazbierałem pełno ulotek, które zachęcały do odwiedzenia tutejszych muzeów i wystaw. Niektóre wyglądają na bardzo ciekawe i coś czuję, że niedługo się na nie wybiorę. Kuba dokładnie pokazywał mi jak dotrzeć z jego domu do centrum, bo jego dom znajdował się zaledwie cztery ulice od upragnionego centrum hiszpańskiej stolicy.  

Kuba daje mi klucz do domu, bo musi lecieć do knajpki, a ja zostawiam siatki w domu i nie bardzo chce mi się dołączyć do niego. Carmen miała dziś wolne, a to oznaczało, że jest tam na pewno José, który nie wiadomo z jakiego powodu nie pała do mnie sympatią. Idę do łazienki, przyglądam się sobie w lustrze zauważając, że ciut się opaliłem na twarzy, sięgam oliwkę z półki i wychodzę. Kręcę się po całym domu w poszukiwaniach mojej mp3ójki. Gdy ją znajduję, od razu wychodzę z domu i zamykam drzwi na klucz. Kieruję się do końca korytarza i podskakuję do sufitu by sięgnąć za wajchę, która wysuwała schody na dach. Za trzecim razem udaje mi się ją złapać, a po chwili już jestem na dachu. Przestawiam znajdujący się tam leżak na sam środek dachu, bo oczywiście boję się, że jakimś dziwnym trafem spadnę z niego i zdejmuję z siebie koszulkę ze spodenkami. Rozsmarowuję na sobie oliwkę, którą wziąłem z łazienki i rozwalam się na leżaku. Sięgam za mp3ójkę, wtykam słuchawki do swoich uszu i nastawiam na jedną z madryckich stacji radiowych. Kompletnie znudziły mi się utwory, które miałem wgrane na karcie pamięci. Prawie każda przypominała mi jego. Zamykam oczy i rozkoszuję się hiszpańskimi rytmami. Przejeżdżam dłonią po swojej klatce piersiowej i chwytam za wisiorek, który wciąż noszę. Na chwilę otwieram oczy i spoglądam na literkę G. Brakuje mi go jeszcze bardziej niż wcześniej. Tak przynajmniej go widywałem, a teraz.. sam sobie zrobiłem pod górę, ale to jedyny sposób by o nim zapomnieć.. by to tak nie bolało. Znów zastanawiam się co u niego. Przez cały czas noszę w kieszeni nasze wspólne zdjęcie. Spoglądam na nie, gdy dopada mnie słabszy okres. Byliśmy tacy szczęśliwi. Zastanawiam się też co u dziewczyn i Łobuza, bo nadal nie włączyłem swojego telefonu.  

Po dwóch godzinach leżenia na słońcu i wygrzewania się składam leżak, ubieram się i schodzę na dół. Wsadzam mp3trójkę do kieszeni i wychodzę przed kamienicę. Wyruszyłbym na jakiś spacer dookoła miasta, ale jako, że mam ze sobą klucze Kuby, to postanawiam mu je najpierw odnieść do knajpy. Na ulicy istnieje wyśmienita atmosfera, a to wszystko przez dających koncert grajków. W kieszeni ciążyło mi pięć euro z reszty drobnych, które miałem. Zdecydowanie preferuję płatności kartą, bo pieniądze zazwyczaj palą mnie w kieszenie i szybko je wydaję. Wrzucam garść monet do kapelusza jednego z trzech panów, a oni w podziękowaniach zaczynają śpiewać zwrotkę o mężczyźnie w turkusowej koszulce, dokładnie takiej jaką mam na sobie. Szeroko się uśmiecham i macham im na pożegnanie. Nie dziwi mnie fakt, że przed knajpką wszystkie stoliki są zajęte. Wchodzę do środka i wreszcie się ochładzam. Niektórych klientów już dobrze znam, a oni mnie, mimo że jestem tu dopiero od tygodnia. Idę do baru, a zza lady wita mnie mama Kuby, jak zwykle na swoim stanowisku.  

- Hiszpańskie promienie ci służą – komentuje moją opaleniznę.  
- Wyglądam jak burak – zakrywam twarz w dłoniach.  
- Jutro będzie lepiej – rozbawiłem ją – zimną colę?  
- Poproszę!  

Kobieta nalewa mi colę do dużej szklanki z czterema kostkami lodu. Zimna cola okazuje się rajem dla mojego suchego podniebienia i rozgrzanego do czerwoności ciała. Popijam napój i z dumą obserwuję jak mama Kuby obsługuje swoich klientów. Jest gospodynią tego miejsca. Czułem się tu jak w domu dzięki jej wdziękowi, który włożyła w to miejsce. Podczas niedzielnego obiadu pokazywali mi jak wyglądała knajpka przed tym jak ją przejęli i muszę powiedzieć, że wykonali tu wspaniała pracę. Nie dziwie się, że roi się tu od klientów.  

- To za kim tak tęsknisz? – przerywa moje rozmyślania kobieta.  
- Dlaczego miałbym za kimś tęsknić? – zadziwia mnie swoim pytaniem.  
- Widać po tobie skarbie. Jak tylko zostajesz sam, to odpływasz gdzieś daleko.  
- Może i za kimś tęsknie.. ale staram się o tym nie myśleć.  
- O, widzisz. A tu kolejny co za kimś tęskni. Już był tu trzy razy i pytał o jakiegoś Lucasa – wzdycha i kieruje swój wzrok na koniec sali, gdzie było wejście.  

Spoglądam ostrożnie do tyłu, bo przypominam sobie, że parę dni temu podawałem się za Lucasa ze Sztokholmu i zauważam to czego tak bardzo nie chciałem. Brytyjczyk, którego ostatnio poznałem właśnie przekraczał próg knajpki. Adrian. O cholera. Szuka mnie? Po co? Odwracam się i szepczę do mamy Kuby, żeby się posunęła. Wpełznąłem na ladę i zaraz z niej zeskoczyłem na dół, by spokojnie kucnąć na ziemi i schować się przed nowym znajomym, z którym nie chciałem już utrzymywać żadnych kontaktów.  

- Co ty robisz? – spyta zdziwiona.  
- To mnie szuka – szepczę do niej.  
- Jezu, on tu idzie!  
- Powiedz mu, że eee.. nie wiem, wyjechałem. Albo, że zachorowałem na hiszpankę, nie wiem, wymyśl coś, proszę cię!  
- Witaj ponownie – zwraca się po angielsku mama Kuby i zgaduję, że Adrian jest już przy ladzie.  
- Witaj. Chciałem się jeszcze raz zapytać czy są jakieś wieści o moim koledze – znów ten brytyjski akcent. Miałem na nim bzika, ale nie koniecznie na jego posiadaczu.  
- Niestety nie. Wydaję mi się, że jeśli był tu w sobotę, a do tego jest turystą z Danii, to pewnie już wyjechał.  
- Szwecji – poprawia ją Adrian. – No trudno, można poprosić o jakieś piwo? – mówi zrezygnowany.  

Coraz bardziej bolą mnie kolana od klęczenia na zimnej podłodze. Adrian zasiedział się na dobre przy ladzie i popijał piwo za piwem. Nie mogłem się przemieścić na zaplecze i zaszyć tam, bo zauważyłby mnie. Co robić? Może zaraz pójdzie do toalety. Usiadłem po turecku na podłodze i wyczekiwałem chwili aż sobie pójdzie. Nagle z zaplecza wyszedł José, który uważnie mi się przyjrzał, a potem na klienta przy barze. Od razu zrozumiał co tu jest grane i szeroko się uśmiecha. Macham dyskretnie w jego stronę, błagając by nie wypalił z niczym głupim. Bojąc się, że to nie podziało, kładę palca na usta sygnalizując mu by siedział cicho. On zamiast tego podchodzi do baru i zmienia rozbawioną mamę Kuby.  

- Hej, ty – od razu zareagował Adrian, gdy José zmienił mamę Kuby.  
- Tak?  
- Pamiętasz mnie może? Byłem tutaj w sobotę i nalewałeś mi drinka.  
- Tobie i twojemu przyjacielowi, pamiętam – czuję, że szeroko się uśmiecha.  
- Wiesz może gdzie mogę go znaleźć? Był tu jeszcze? – pyta z nadzieją.  
- Hmm.. niech pomyślę – zaczął José. – Aż tak ważny jest dla ciebie?  
- Zaintrygował mnie, a podał mi zły numer. Miałem nadzieję, że się jeszcze spotkamy. Pewnie pomyślał, że chcę go zaciągnąć tylko do łóżka – zaskakuje mnie Adrian, bo dokładnie tak myślałem.  
- Jeśli to było prawdziwe uczucie, to na pewno się jeszcze odnajdziecie. Może twój kolega jest bliżej niż ci się wydaje.  


Nie ufam José i boję się, że zaraz z czymś wyskoczy co mogłoby mnie zdemaskować. Kilka razy, niby przez przypadek się o mnie potyka. Czuję, że siedzę na podłodze całą wieczność, a minęło zaledwie czterdzieści minut. Siedzę dalej mając nadzieję, że zaraz pójdzie do toalety. Wypił już z trzy butelki piwa! Kiedyś będzie musiało mu się chcieć siku. Gdy tak siedzę, nagle otwierają się drzwi od zaplecza. Cholera, Kuba. Od razu mnie zauważa.  

- Maciek? A co… - nie dokańcza, bo od razu sygnalizuję mu by siedział cicho. Mam nadzieję, że mój znajomy z Manchesteru pomyślał, że Kuba zwracał się do José. Kuba spogląda przed siebie i domyślam się, że rozpoznaje Adriana, bo dokładnie nam się przyglądał gdy piliśmy drinka tamtego wieczoru.  
- Może przeniesiesz się tam o – domyślam się, że José zwraca się do Adriana, bo mówi po angielsku – nie chcę żebyś mi odstraszał klientów.  
- Pewnie – słyszę, że Adrian podnosi swoją butelkę z lady i schodzi z krzesła.  
Odczekuję dobrą minutę, a potem czołgam się na kolanach do drzwi zaplecza.  
- Gracias – szepczę w stronę José.  
- No problema – po raz pierwszy Hiszpan się do mnie uśmiecha, a Kuba zanosi się śmiechem przez zaistniałą sytuację.  

***

W przeciągu następnych dwóch tygodni zdążyłem obejść większość wystaw, które organizowane były w Madrycie. Nie spodziewałem się, że aż tak ciągnie mnie do sztuki i kultury. Dopiero teraz byłem w stanie dostrzec przesłanie prac, które oglądałem. Nie wiem skąd we mnie ta zmiana. Musiałem jakoś wypełniać nudę, bo Kuba miał dużo do roboty w knajpce. I tak przesiadywałem tam większość swojego czasu. Carmen nie dawała mi spokoju i można powiedzieć, że mam nową przyjaciółkę. Poznaliśmy się bliżej i jest naprawdę fajną osobą. Dwudziestotrzyletnia Carmen pochodzi z Walencji, ale do Madrytu przekonał ją jej narzeczony, z którym tu mieszka. Mimo, że jest tu kelnerką, to z całą pewnością powinna być tancerką. Mogłaby spokojnie dawać pokazy tańca na ringu, bo tańczy salsę wyśmienicie. Od małego uczyła się tańca, ale kontuzja, której nabawiła się jako nastolatka wyeliminowała ją z zawodowego tańczenia. Mimo to, gdy jest tu ze swoim mężczyzną, to pokazują wszystkim jak to się robi. Salsa mnie strasznie pociągała i nie ukrywam, że sam często paradowałem po parkiecie wieczorami.  

Właśnie świruję z Kubą na wielkim ringu, korzystając z okazji, że jesteśmy sami. Dziś to my przygotowywaliśmy salę na wieczór. Kuba obsłużył konsolę i zapuścił jeden z hitów dyskoteki. Poprosił mnie do tańca i spełnił jedno z moich skrytych marzeń, a mianowicie znalezienie się na ringu. W życiu bym się nie odważył wejść na niego i zatańczyć, gdy to miejsce było wypełnione ludźmi. Na początku śmieję się z niego i nie traktuję go poważnie, ale gdy kładzie swoje ręce na moim krzyżu i mnie do siebie przyciąga, to biorę go całkiem na poważnie. Prowokuje mnie bym pokazał mu na co mnie stać i zaczynamy poruszać się po kwadratowym ringu. Drażnię się z nim, że przydałyby mi się rękawice, bo i przy okazji obiłbym mu tą piękną buźkę. Śmieje się, żebym sobie nie pozwalał i podchodził z szacunkiem do starszych. Wyśmiewam go, bo jest starszy tylko o dwa lata. Co to dwa lata? Racja, gdy na podwórku jesteś od kogoś młodszym o dwa lata, to jest to wielka różnica, ale w naszym wieku, gdy już skończyliśmy bawić się w piaskownicy, to ta różnica nie była aż tak ważna i zauważalna. Odpycham go od siebie i ląduje na linach. Rozochociłem go tym do walki i od razu się podnosi by we mnie wbiec, niczym rozwścieczony byk. Próbuję przed nim uciec, ale z marnym efektem. Naszą małą walkę przerywa José, prosząc byśmy przestali zachowywać się jak dzieci. Ah, to jego poczucie humoru. Chodził ciągle naburmuszony, ale gdy tylko znikałem, to stawał się duszą towarzystwa. Trudno mi go rozgryźć, chciałbym wiedzieć o co tak naprawdę mu chodzi.  

Daruję sobie wszelkie potańcówki dzisiejszego wieczoru i w zamian tego pomagam Kubie na zapleczu. Chce posegregować wszystkie produkty, a przy okazji sprawdzić czy wszystko się zgadza. Czas nam szybko leci, a to wszystko przez jego ciągłe dowcipy. Mimo, że sporo urósł i dużo zmienił się w wyglądzie, to charakter został na swoim miejscu. Jest dokładnie taki sam, jakiego go zapamiętałem i taki, za którym kiedyś szalałem. W jego towarzystwie zapominam o wszystkim, niczym się nie przejmuję i całkowicie się odprężam. Mógłbym zostać tu już na zawsze, ale zdaję sobie sprawę, że niedługo będę musiał zrobić coś dalej ze swoim życiem. Nie mogę mu siedzieć na głowie nie wiadomo ile. Dokładnie pamiętam jak kiedyś świetnie się ze sobą bawiliśmy. Mogliśmy na siebie zawsze liczyć i cieszę się, że po kilku latach braku kontaktu nadal tak jest. Przez krótką chwilę zastanawiam się, czy nie dać by nam szansy na coś więcej. Uczucia, które wcześniej nas łączyły, z każdym dniem powracały w coraz większych dawkach. Nie muszę się odzywać, a on już wie co mi trzeba. Jak mówiłem, zastanawiałem się tylko nad tym przez chwilę, bo uczucie do Gabriela jest zbyt silne. Nie chcę się kimś pocieszać i zaczynać coś nowego, gdy wciąż darzę go wielkimi uczuciami. Chciałbym znów chować się w jego ramionach przed wszystkim złym, tak jak dawniej. Kocham go, on kocha mnie.. zdarzyło się. Ostatnio nawet rozmyślam, czy by mu nie wybaczyć tego wszystkiego, ale zaraz wyobrażam go sobie z nią w intymnej sytuacji i sam już nie wiem, czy to taki dobry pomysł. Może powinienem go sobie całkowicie odpuścić i pozwolić mu być szczęśliwym. Z nią i ze swoim dzieckiem. Myśli o tym wszystkim mnie dobijały, ale nie umiałem przestać o tym myśleć. Nie umiem przestać myśleć o nim. Wcześniej przymrużałem oko na określenie druga połówka, ale dopiero gdy go straciłem, to zrozumiałem, że jest moją połówką. Połówką, która zawierała poczucie szczęścia, bezpieczeństwa i chęci do życia.  

Kuba narzeka na bóle głowy. Przekonuję go, żeby poszedł do domu, a ja sobie tu poradzę. Podczas tej rozmowy zjawia się José i przekonuje go razem ze mną by się nie męczył, tylko poszedł do domu. Kuba jest idealnym przykładem pracoholizmu, a José oferuje, że mi pomoże. Nie cieszę się z tego faktu, ale wolę by Kuba poszedł do domu i się położył. Dyskoteka już dobiegła końca i okazuje się, że jestem sam na sam z Hiszpanem. Próbuję go zagadywać i o dziwo mi się to udaje. Praca w ciszy jest niczym torturą. Zostawia mnie na chwile samego by zamknąć drzwi wejściowe, a ja jestem w trakcie przekładania opakowań z granulkami kawy. Po chwili wraca José z pustym kartonem, do którego mieliśmy wrzucać przeterminowane produkty i niestety, ale zamyka za sobą drzwi od zaplecza. Drzwi się dziś zepsuły, a doświadczył tego jeden z kucharzy, który rano zatrzasnął się, gdy szukał kartonu z przyprawami. Na szczęście kucharz nie czekał zbyt długo, bo rodzice Kuby szybko wrócili z zakupów. Kuba zamówił ślusarza, ale miał zjawić się dopiero jutro.  

- Zapomniałem – skrzywia się José, gdy orientuje się, że właśnie zamknął nas w środku.  
- No pięknie – zaśmiałem się – masz przy sobie telefon? – pytam z nadzieją, że nie będę musiał spędzić z nim nie wiadomo ile czasu w zamknięciu.  
- Leży na ladzie – odpowiada rozbawiony – a ty?  
- W domu, wyłączony – wzruszam ramionami.  

Rozbawia nas cała sytuacja i stwierdzam, że nie jest aż taki zły za jakiego go miałem. Towarzyszyła nam muzyka, która leciała z konsoli na sali i powoli sprzątaliśmy zaplecze. Kuba będzie dumny, gdy zobaczy ten porządek i nowy system układania, który zdążyliśmy razem wdrożyć w życie. Gdy już sprzątnęliśmy całe zaplecze, to nie wiedzieliśmy do końca co ze sobą zrobić. Mieliśmy to szczęście, że na zapleczu nie było ani za ciepło, ani za zimno, mieliśmy światło, pełno jedzenia, a do tego ta grająca muzyka. Wyśmienite warunki, naprawdę! Siedzimy znudzeni i wygląda na to, że już nikt dziś tu nie przyjdzie. Drzwi można było otworzyć tylko z tamtej strony, a nijak nie udało nam się ich podważyć. Mój współwięzień podniósł się i zaczął grzebać pod półką, jakby czegoś szukał. Po chwili w dłoni trzyma butelkę wina i siada obok mnie.  

- Kuba nie lubi sprzątać na sucho zaplecza i ma tu swoją skrytkę – wskazuje na butelkę.  
- Cały Kuba. Masz pecha, że musisz spędzić całą noc z osobą, której tak nie cierpisz – odważam się, bo nadal chcę wiedzieć co takiego mu zrobiłem.  
- Fakt, mogłem sprawiać wrażenie jakbym cię nie lubił, ale nic do ciebie nie mam. Jakby to powiedzieć.. skutki uboczne zazdrości – ostrożnie dobiera słowa i bierze łyk z butelki, po czym wręcza mi. Przypomina mi się od razu sylwester z Gabrielem, ale odpycham te wspomnienia jak najdalej od siebie.  
- Zazdrość? – pytam zaciekawiony.  
- Jesteś niemałym zagrożeniem. Wygląda, że ciebie i Kubę coś łączy – nieśmiało się uśmiecha.  
- Myślisz, że ja i Kuba? No coś ty – szturcham go w ramię rozbawiony. – Jesteśmy tylko przyjaciółmi, mimo że czasem zachowujemy się jakby coś między nami było.  
- Wiem, Kuba mi trochę o tobie opowiadał zanim się tu zjawiłeś. Coś tam między nami zaczęło iskrzyć, aż nie wrócił z Polski z tobą – wyznaje.  
- Oh, rozumiem… Będę szczery, nic mnie z nim nie łączy oprócz przyjaźni. Możesz być spokojny, bo ja sam jak na razie jestem w skomplikowanym związku.. chyba, nie wiem.  
- Sądziłem, że wasza stara miłość się odrodziła. Wygląda na to, że po prostu mnie olał – José się podłamuje.  

A więc tu jest pies pogrzebany. Był po prostu zazdrosny i myślał, że podkradam mu Kubę! Jak mogłem się tego nie domyśleć, przecież widziałem jak śledził Kubę wzrokiem. Nie wyglądał mi na takiego, co był zainteresowany chłopakami i pewnie dlatego. Rozwiałem wszystkie nadzieje Kuby, więc mogłem z czystym sumieniem powiedzieć, że nic mnie z nim nie łączy i uspokoić José. Przypominam sobie, że Kuba coś opowiadał pewnego razu, gdy był w Polsce o jakimś chłopaku. No tak, przyleciałem i zabrałem cały czas Kuby, który powinien być przeznaczony José. Dałem Kubie nadzieję, a ten zapomniał o swoim hiszpańskim koledze. Nie mogę się doczekać aż uświadomię mu, że José czuje się przez niego skrzywdzony.  

- Pamiętam, że Kuba mówił o jakimś chłopaku, ale był zrezygnowany, bo bał się go skrzywdzić. Pewnie chodziło o ciebie – moje relacje z José ulegają zaskakującej poprawie.  
- Głupek – skomentował Hiszpan.  
- Dopiero teraz to zrozumiałeś? – ponownie szturcham go w ramię.  
- Tak naprawdę, to już dawno, dawno temu – również mnie szturcha i podaje mi butelkę.  

Do późnych godzin rozmawiamy o Kubie, aż w końcu nie wiem kiedy odpływam. Gdy się budzę, widzę nad sobą rozweselonego ojca Kuby. No tak, bardzo śmieszne, że utknąłem na zapleczu na całą noc. Przynajmniej zyskałem nowego znajomego, z którym bardzo dobrze mi się rozmawiało. José okazał się zakręconym chłopakiem, który jak nikt inny idealnie pasował do Kuby. Co ten Kuba sobie wyobrażał?  

***  

Wspólnie z Kubą spędzam niedzielny wieczór na dachu kamienicy. Popijamy piwo i zacięcie dyskutujemy o piłce nożnej. Świętujemy premię, którą dostał oraz mój miesięczny pobyt w Hiszpanii. Kłóci się ze mną, że to Lewandowski jest lepszym piłkarzem od Błaszczykowskiego. W życiu nikt mi nie wciśnie takiej ciemnoty! Może i Lewandowski był lepszym zawodnikiem, ale na pewno nie w kadrze narodowej. Noc jest przyjemnie chłodna po całym dniu upałów. Na niebie swoje miejsce zajęły gwiazdy, a ja wpatrywałem się w nie jakbym oczekiwał, że któraś z nich spadnie. Ciekawe jak brzmiałoby moje życzenie. W pewnym momencie dyskusji, dokładnie się sobie przyglądamy. Jego szare oczy studiują moje, jakby próbowały z nich coś wyciągnąć. Nawet nie wiem kiedy, a moja ręką znajduje się na jego policzku. Zbliża się do mnie i delikatnie muska moje wargi swoimi. Obdarowuję go pocałunkiem, ale gdy na chwilę przymykam oczy, od razu pojawia mi się przed oczami Gabriel. Odsuwam się od Kuby i opadam na plecy.  

- Przepraszam – szepcze Kuba.  
- To ja przepraszam, nie potrzebnie do tego sprowokowałem – odpowiadam, a on kładzie się na plecach obok mnie.  
- Kurde.. ale komplikujemy sobie życia. Kochasz jego, wciąż za nim tęsknisz, za to mnie ciągnie do José, a co robimy? – pyta z nadzieją, jakbym znał odpowiedź na jego pytanie
- Przynajmniej nie masz tak skomplikowanej sytuacji z nim.  
- Racja. Ale Maciuś, kochasz go i podejrzewam, że nawet jeśli doszło do tej zdrady, bo tego nie jesteś pewien, to byłbyś w stanie mu wybaczyć. Inaczej nie nosiłbyś wciąż tego wisiorka i zdjęcia.  
- Niczego nie jestem już pewien, oprócz tego, że cholernie mi źle bez niego…  
- Bo nie umiesz bez niego żyć i założę się, że on bez ciebie też. Spójrz na to z tej strony. Kocha cię bezgranicznie, raz się gdzieś napił, nic nie pamięta, a potem okazuje się, że zdradził kogoś, kogo tak bardzo kocha, a do tego będzie ojcem. Musi żyć z tym, że cię zranił, a sam nie jest pewny, czy na pewno to się wydarzyło.. daj mu szansę, bo potem będziesz tylko żałował.  
- Myślisz, że mu jeszcze zależy?  
- Na pewno. Teraz gdzieś tam jest i pluje sobie w twarz, bo jesteś z dala od niego, a do tego ze swoim byłym.. dość atrakcyjnym byłym – udaje mu się mnie rozbawić.  
- Powinienem wrócić i z nim porozmawiać.. panie skromny.  
- Musisz i to jak najszybciej.  
- A ty i José?  
- Próbuję odzyskać jego zaufanie. Zdaję sobie sprawę, że poczuł się jakbym tylko się nim chwilowo zabawił, a potem przywiózł sobie inną zabawkę.. ale jest już między nami lepiej. Już minęła mu złość i wychodzimy na prostą.  
- Fajny z niego facet. Z ciebie też nie najgorszy – drugie zdanie mówię dowcipnie i opieram swoją głowę o jego pierś.  
- Polecę wyznać mu miłość, jak ty złapiesz najszybszy samolot do Polski i zrobisz to samo z Gabrielem – proponuje i wiem, że wcale nie żartuje.  
- Umowa stoi.  

Kuba zmotywował mnie by zawalczyć o to, czego tak bardzo chciałem – bycie z Gabrielem. Przez długi czas przemyślałem wszystkie za i przeciw i stwierdzam, że jestem w stanie mu wybaczyć. Nie będzie łatwo, tym bardziej jeśli na świat przyjdzie dziecko, które zresztą nie wiadomo czy było jego. Powinienem trwać przy nim aż się wszystko nie wyjaśni.. Nie chcę o tym myśleć, chce do niego. Chcę spełnić swoje marzenia i znów mieć go przy sobie. Móc go przytulać i zaciągać się jego wspaniałym zapachem. Całować kiedy tylko zechcę i chodzić z nim i Łobuzem na długie spacery. Chcę tego wszystkiego, jak niczego innego. Pozostaje mi mieć nadzieję, że on jeszcze na mnie czeka.. że kompletnie mnie nie skreślił po wyjeździe. Chcę do mojego Gabrysia.  

Pożegnanie się z Hiszpanią i tak wspaniałymi ludźmi nie jest łatwe. Ściskam każdego, który mi tu towarzyszył i dziękuję za tak wspaniały pobyt. Mama Kuby urania łezkę, a ja obiecuję, że jeszcze nie raz tu wpadnę. Carmen życzy mi powodzenia i wymieniam się z nią wszystkimi numerami i nickami byśmy łatwo mogli się skomunikować ze sobą. José dziękuje mi, sam nie wiem dlaczego i przyznaje, że miło było mnie tu gościć i szkoda, że tak późno się do siebie przekonaliśmy. Po raz setny obiecuję rodzicom Kuby, że na pewno tu wpadnę i z wielkim trudem wychodzę z Kubą z knajpki. Dokładnie jej się przyglądam, a wszyscy wychodzą na dwór by pomachać mi i Kubie, gdy już odjedziemy. Kuba się uparł, że mnie odwiezie i dopilnuje, żebym bezpiecznie dotarł na lotnisko. Ostatni raz wszystkich ściskam i z łezką w oku wsiadam do samochodu. Gdy tylko Kuba odpala samochód, otwieram okno i wychylam się by im pomachać. Wyjeżdżamy z uliczki, a ja nie potrafię ukryć swojego wzruszenia. Kuba naśmiewa się, że beksa ze mnie i wjeżdżamy do centrum pięknego miasta. Opieram głowę wygodnie o fotel i przyglądam się tym wszystkim miejscom. Jest mi przykro z stąd wyjeżdżać, jak już wspominałem – mógłbym zostać tu na stałe. Kuba pociesza mnie, że może uda mi się namówić Gabriela na zamieszkanie tutaj. O ile jeszcze Gabriel chce mnie znać.  

Szybko dojeżdżamy na lotnisko, o wiele za szybko. Czuję jakby na moje nogi ktoś założył kotwicę, bo kompletnie nie chciałem wysiąść z samochodu. Kuba wyjął z bagażnika moje bagaże i cierpliwie czekał przed autem. Rozumiał, że potrzebuję jeszcze chwilę pobyć na hiszpańskiej ziemi. W końcu wysiadam, zakładam na ramię swój bagaż podręczny, a walizkę ciągnie on, bo oczywiście się uparł, że to zrobi. Okienka gdzie można zdać duże bagaże są już otwarte. Od razu go zdaję, bo boję się, że się rozmyślę, a potem siadam z nim na ławce przed bramkami, gdzie można było się odprawić.  

- Dziękuję ci za wszystko – opieram głowę o jego ramię.  
- Ja tobie też – poklepuje mnie po plecach – wszyscy się z tobą zżyliśmy – dodaje.  
- A ja z wami. Ciężko mi was opuszczać.  
- Pamiętaj dlaczego nas opuszczasz. Czas żebyś odzyskał to, co najcenniejsze w twoim życiu. Wiem, że dotrzymasz obietnicy i jeszcze nie raz nas odwiedzisz.  
- To dobrze, że jesteś tego pewien. Cieszę się, że mam takiego przyjaciela jak ty.  
- Bo się zaraz rozkleję – mówi, ale i tak się rozkleja.  

Przez głośniki, wpierw po hiszpańsku, a potem po angielsku rozbrzmiało ogłoszenie, że za dziesięć minut zostaną zamknięte bramki dla pasażerów lotu z Madrytu do Gdańska. Uznaję, że to sporo czasu i dalej siedzę z Kubą, kłócąc się, który jest większą beksą. Zostaje nam pięć minut. Wstajemy z ławki i mocno mnie przytula. Łzy lecą ciurkiem, same z siebie, bez żadnego zezwolenia.  

- Przywieź go tu, chętnie go poznam, bo słabo go pamiętam – mówi przez łzy.  
- Przywiozę.. o ile uda mi się go odzyskać.  
- Maciuś, uda ci się. Wierzę w to.  
- A ty obiecaj, że weźmiesz się za José – od razu zabrzmiało to dwuznacznie i oboje zaczęliśmy się śmiać – nie bój się, że go zranisz. Zranisz go, próbując go nie ranić.  
- Obiecuję, chodź tu – składa obietnicę i ściska mnie z całych sił niemal mnie dusząc – będę za tobą okropnie tęsknił.  
- Ja jeszcze bardziej – puszcza mnie, a ja poklepuję jego policzek.  


Idę w stronę bramki, a on mi towarzyszy. Jeszcze raz mocno się ściskamy i przechodzę przez bramkę, przez którą nie ma już powrotu. Macham do niego z daleka, a on krzyczy na pół lotniska "powodzenia". Przez chwilę jeszcze stoję i się w niego wpatruję, aż sygnalizuje bym już szedł, bo się spóźnię na lot. Z trudem się odwracam i trałuję do krzeseł, które stały przy moim wyjściu. Siadam i dalej ronię łzy. Trudno będzie mi się odzwyczaić od dni spędzonych w knajpie, a wieczorów albo na dyskotece albo z Kubą i José na piwie. Będę tęsknił za dachem, na którym uwielbiałem się wylegiwać i obserwować zachody słońca. Będę tęsknił za rozpromienioną mamą Kuby i kochającym ją ponad wszystko tatą Kuby. Będę tęsknił za ciągle podekscytowaną Carmen i roześmianym José. Będę tęsknił za samym Kubą, który przez tak krótki okres wniósł wiele do mojego życia. Mam nadzieję, że Gabriel zapełni tą pustkę… Mam nadzieję, że jeszcze mnie kocha, że te wszystkie chwile między nami wrócą, że znów będziemy szczęśliwi, mimo wszystko.  

Moje rozmyślenia przerywają informacje, że możemy już wchodzić na pokład samolotu. Wygodnie zasiadam na samym końcu i cieszę się, bo mam całe trzy miejsca dla siebie. Spokojnie mogę sobie pomyśleć i uronić jeszcze parę łez. Nawet nie wiem kiedy, ale zasypiam. To ciśnienie tak na mnie działa. Budzę się, gdy samolot ląduje na ziemi, a towarzyszy temu charakterystyczny cichy huk. Wstaję ze swojego miejsca, wyjmuję torbę spod siedzenia i wychodzę jako pierwszy, bo siedziałem najbliżej drzwi. Wdycham polskie powietrze i na chwilę się uśmiecham, po czym kieruję się do wejścia. Tym razem mam to szczęście, że moja walizka wyjeżdża jako pierwsza na taśmie, ściągam ją i kieruję się do wyjścia. Idę długim korytarzem, który ciągnie się w nieskończoność. W końcu znajduję się w głównym holu i zaskakuje mnie pewien widok. Wydaję mi się, że mam zwidy, ale moje wątpliwości zostają rozsiane, gdy Magda, Patrycja i Samanta lecą w moją stronę z drugiego końca holu. Zaskakują mnie. Pewnie Kuba im powiedział, że dziś przylatuję. Wszystkie trzy mnie obskakują i obściskują. Spoglądam na Samantę i ściskam ją najmocniej.  

- Przepraszam – kieruję przeprosiny do wszystkich, ale do niej najmocniejsze.  
- Nie gniewam się – mocno mnie obejmuje.  
- Odsłuchałeś te wszystkie wiadomości? Czy w ogóle wiesz co tu się dzieje? – Magda nie może doczekać się odpowiedzi.  
- Nie.. miałem cały czas wyłączony telefon. Dopiero teraz miałem włączyć, żeby zamówić taksówkę. A co?  
- Dlatego tak późno przyleciał.. mówiłam, żeby skontaktować się z Kubą, to nie – mówi Magda w kierunku dziewczyn.  
- Gdybyś tak łaskawie go włączył, to wiedziałbyś, że Gabriel miał wypadek i… - zaczyna Samanta, ale jej przerywam.
- Jaki wypadek?! – moje serce na chwilę się zatrzymało.  
- Spokojnie.. nic mu nie jest. Miał stłuczkę. Daj mi dokończyć.  
- Spokojnie, Maciuś – uspokaja mnie Patrycja.  
- To wiedziałbyś, że miał ten wypadek, że tej głupiej pizdy nie tknął nawet palcem, a co dopiero eee.. przyrodzeniem – Samanta nie chce przeklinać, bo koło nas stoi matka z małym dzieckiem – oraz, że wyjechał…  


___________________________

Trochę się rozpisałem.. o.O
Mam nadzieję, że tyle tekstu nie zanudziło!

Jabber

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 6534 słów i 36367 znaków.

16 komentarzy

 
  • Picasso

    świetne i jak bardzo wciągające

  • anonimka ;D

    pisz, pisz, pisz nie mogę się doczekać następnej ^^, mam nadzieję że długo nie dasz czekać ;D

  • .

    jest cudowne . szybko następne ! Nie możesz zmarnować takiego talentu . piiiisz ♥

  • Gabriel

    Od razu przechodzę do konkretów ŚWIETNE pisz, pisz i jeszcze raz pisz jak najszybciej bo ja nie mogę się doczekać i oby było jak najszybciej.

  • Jareg

    Dwa ostanie słowa... Grrr. A tak w ogóle
    Pierwsza myśl po przeczytaniu: "Ogarnąłby się z tymi zwrotami akcji"
    Druga myśl: "Ale nie byłoby ciekawe"
    Trzecia myśl: "Zaraz wyrzuce ten laptop przez okno"
    Czwarta myśl: "Ale na czym czytałbym dalej"
    Świetne opowiadanie. Pisz, pisz, bo uschnę z niecierpliwości!!

  • Korni

    CUDO *-* Pisz mistrzu ^^ Bo Twoje opowiadania sa prze cudowne <3 I zgodze sie z @yuuchirokun powinni i tym film nakrecić :D

  • yuuchirokun

    o.o ****  TT^TT prosze chce wiecej ;3 blagam dodaj szybko xd powinni film z tego zrobic *o* arcydzielo

  • petrova18

    Zazdroszczę takiej ochoty na rozpisywanie się! :D A czytam od początku Twoje wszystkie opowiadania i muszę przyznać, że naprawdę zazdroszczę tej chęci na pisanie. ;) Jestem za leniwa. XD

  • Kubolo

    Ale się porobiło, role się odwróciły! No w mordę, jak nie napiszesz kiedyś jakiejś książki, to osobiście odwiedzę Gdańsk i cię do tego zmuszę! Taki talent trafia się strasznie rzadko… Swobodne operowanie językiem, obrazowe opisy miejsc i najważniejszy dar - czytelnik jest uwięziony w najlepszym z możliwych miejsc wyobraźni, jakie daje każde napisane przez ciebie słowo. Zgadzam się z @love94 - widząc ten napad weny, czuję, że minimum jedna część jeszcze  w tym tygodniu się pojawi! :jupi:

  • Karl

    Pisz szybko następne! :)

  • Czytelniczka

    no tylko teraz nie każ nam za długo czekać na kolejną cześć bo ciekawość dalszych losów jest ogromna :) zgadzam się z tym ze jesteś mistrz !

  • sweetkicia

    Najlepszy pisarz na tej stronie <3
    Ja chcę kolejną :)

  • Ola

    GENIALNE,PISZ SZYBKO DALEJ!!!

  • super;)

    Zanudziłeś? mnie dalej mało. Pisz czekam na ciąg dalszy;) Powodzenia!

  • Felke

    Co ma się nudzić? Człowieku, niczego lepszego nie czytałem! A co do Maćka
    , to jestem zadowolny, że Gabriel nie tknął tej całej Uli. Jak powiedziała poprzedniczka: "Jesteś mistrz".

  • love94

    Co tu dużo pisać. Jesteś mistrz. Coś czuje że przy twoim obecnym napadzie weny, kolejna część będzie jeszcze w tym tygodniu :P A komentowałam w trakcie czytania i nie ma sensu tu się powtarzać :P kciuk w górę musi być.