Przeklęty: Brann. Część 2, rozdział 2

Przeklęty: Brann. Część 2, rozdział 2Teraźniejszość  

Brann – Przeklęty  

„Z cierpienia wychodzą najsilniejsze dusze. Największe charaktery naznaczone są bliznami” – Khalil Gibran

     Brann siedział za ogromnym biurkiem w swoim londyńskim biurze, jednym z dwóch, które posiadał – drugie znajdowało się w Nowym Jorku. Jako jedyny z Przeklętych miał do dyspozycji własny gabinet, jednak bracia mogli korzystać z tych pomieszczeń zawsze, gdy tego potrzebowali.
     W dużym gustownie urządzonym wnętrzu, z ogromnymi oknami wychodzącymi na ruchliwą ulicę, zebrała się piątka przyjaciół. Oczywiście nie mogło zabraknąć ich ulubieńca – Cienia.
     Kaidan, niegdyś przywódca Przeklętych, stał po prawej stronie Branna. Po pokonaniu Nathairy i odzyskaniu Arlene zrezygnował z bycia najemnikiem. Wraz z wypełnieniem się klątwy przestał być nieśmiertelnym, dlatego nie chciał ryzykować swoim życiem i zdrowiem. Pragnął skupić się na ukochanej kobiecie, którą odnalazł po dziesięciu wiekach tęsknoty i żalu. W końcu miał dla kogo żyć i zamierzał się nim cieszyć, mając u swojego boku najwspanialszą istotę na świecie, która dla niego i przez niego tak wiele wycierpiała.
     Kaidan, doskonale znający się na ludziach, był tutaj dzisiaj, aby pomóc braciom w podjęciu ważnej decyzji. Skrzyżował ramiona na piersi i w skupieniu obserwował mężczyznę, który przybył kilka minut temu.
     Na kanapach w głębi pomieszczenia usadowili się Odhan z Bardelem, podczas gdy Taranis zajął miejsce przy oknie.
     Sześć par oczu uważnie wpatrywało się w postać siedzącą naprzeciwko biurka. Nikt nic nie mówił. Brann, nowy lider grupy, idealnie sprawdzał się w tej roli. Teraz przedłużał swoistą grę nerwów, pragnąc zmusić swojego gościa do reakcji. Jednak postawny, dwudziestodziewięcioletni mężczyzna, z lekką nonszalancją zajmujący fotel, zdawał się nie przejmować dzwoniącą w uszach ciszą. Spokojnie patrzył w czarne oczy Branna, jakby byli na piwie, a nie podczas oficjalnej rozmowy w ważnej dla niego sprawie. Uśmiechnął się kpiąco, unosząc jeden kącik ust.
     – Darujmy sobie te psychologiczne zagrywki, Brann. Szkoda zarówno waszego, jak i mojego czasu – odparł prowokacyjnie. – Wiecie, co potrafię; sami przekonaliście się o tym na własnej skórze podczas wspólnych ćwiczeń. Mogę się założyć, że prześwietliliście mnie i moich najbliższych do piątego pokolenia wstecz. Zapewne znacie wszystkie rodzinne tajemnice, o których ja nie mam zielonego pojęcia – dodał z ironią.
     Uwadze Branna nie uszedł zaczepny ton tej wypowiedzi. Ale jego twarz pozostała niewzruszona. Z obojętną, wręcz znudzoną miną wpatrywał się w ciemnowłosego mężczyznę. Musiał przyznać mu rację – jego umiejętności były imponujące, dlatego zaprosił go do swojego biura. Tylko jedna rzecz wzbudzała niepokój – jego rodzina, a właściwie jej brak.
     – Nie za wiele tych tajemnic udało mi się odkryć, Lucas – wyjaśnił spokojnie Brann. – Właściwie to żadnych. Jesteś człowiekiem bez przeszłości. To dziwne, jakbyś urodził się już jako osiemnastolatek, który od razu wstępuje do amerykańskiej armii.
     – Tak to bywa, gdy dziecko imigrantów po ich śmierci trafia do domu dziecka w obcym kraju, na jakimś zapomnianym przez Boga i ludzi zadupiu. Przybyliśmy do Stanów zaledwie dwa miesiące przed wypadkiem samochodowym, w którym zginęli rodzice. Miałem wtedy szesnaście lat – Lucas opowiadał o tym bez emocji, bo naprawdę nic nie czuł, ponieważ cała ta historia została przez niego wymyślona. Musiał się nieźle natrudzić, by ją uwiarygodnić.
     – W aktach znalazła się informacja, że twoi rodzice byli Polakami. Nie chciałeś wrócić do Polski? Nie masz tam jakiejś rodziny? – Brann zadawał podchwytliwe pytania, mając w tym swój cel.
     – Tak – Lucas powoli pokiwał głową, tylko informacja o jego pochodzeniu była prawdziwa. – Rodzice byli Polakami. Anna i Krzysztof Nowakowie. Nie, nie mam tam rodziny; wszyscy już nie żyją. Kiedyś wrócę do Polski, ale nie w najbliższym czasie.
     – Rozumiem. Czyli utożsamiasz się z ojczyzną swoich przodków? – Brann nie ustępował, mimo że wyczuwał, iż to dla mężczyzny drażliwy temat.
     Lucas długo milczał, a gdy w końcu się odezwał, w jego głosie po raz pierwszy dało się usłyszeć emocje: – Tak.
     To jedno krótkie słowo powiedziało o Lucasie więcej niż całe stosy akt. Durwardowi spodobało mu się to, co usłyszał. Choć od dawna czuł się obywatelem świata, Szkocja zawsze zajmowała szczególne miejsce w jego sercu.
     – Ostatnie pytanie – oczy Branna wnikliwie badały ostre rysy twarzy Lukasa, próbując przeniknąć przez beznamiętną postawę swojego gościa. – Dlaczego wyrzucono cię z amerykańskiej armii? Byłeś cenionym specjalistą od ochrony VIP-ów na wyjątkowo niebezpiecznych terenach. Takich ludzi się nie pozbywa ot tak.
     Mężczyzna spodziewał się tego pytania.
     – Nie wyrzucono – poprawił chłodno. – Pozwolono mi odejść na własnych warunkach.
     – Dlaczego? – Brann ponowił pytanie.
     – Doskonale wiesz, dlaczego, więc po co te pytania? – Lukas nie odrywał zimnego spojrzenia od mężczyzny, o którym słyszał, że potrafi być niezwykle niebezpieczny.
     – Chciałbym poznać twoją wersję wydarzeń, która, jak sądzę, będzie bliższa prawdy.
     – Kazałem wiceprezydentowi Stanów Zjednoczonych zamknąć gębę i wysłuchać tego, co mam mu do powiedzenia, podkreślając, że to ja teraz rządzę, a nie on – mężczyzna uśmiechnął się szyderczo. – Nie wyraziłem zgody na spotkanie, które nie zostało wcześniej uwzględnione w planach. Było ono zbyt ryzykowne zarówno dla niego, jak i dla moich ludzi. Po wszystkim podziękowano mi za służbę; przecież byle żołnierzyk nie wydaje rozkazów wiceprezydentowi Stanów Zjednoczonych, nawet jeśli mają one na celu ochronę jego życia i zdrowia – dodał z ironią.
     Kaidan, słysząc ten sarkastyczny komentarz, nie mógł powstrzymać cichego śmiechu.
     – Pasuje do nas – zwrócił się do Branna, który powoli pokiwał głową.
     – Zdecydowanie.
     Nagle Durward wstał zza biurka i ruszył w stronę Lukasa, który również się podniósł, sądząc, że to już koniec spotkania. Gdy wyciągał dłoń, by pożegnać się z Brannem, kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Zadziałał instynktownie, chwytając za przegub męskiej ręki, w której tkwił nóż. Spojrzał w szare oczy Kaidana i zauważył w nich iskierki rozbawienia.
     – Jak już wspomniałem, pasuje do nas – stwierdził mężczyzna, zgrabnie chowając niewielki sztylet.
     – Witaj wśród Przeklętych. Skontaktuję się z tobą, aby podpisać odpowiednie dokumenty. Mam nadzieję, że zarówno ty, jak i my nie będziemy żałować tej decyzji – dodał Brann.
     – Czas pokaże, ale myślę, że uda nam się zgrać – odpowiedział Lucas, żegnając się po kolei z przyszłymi kolegami z pracy.
     Jeszcze raz przesunął wzrokiem po twarzach mężczyzn, o których słyszał zarówno wiele dobrego, jak i złego. Następnie kiwnął głową i wyszedł.
     Gdy Przeklęci zostali sami, Brann ponownie usiadł za biurkiem, wygodnie opierając nogi na blacie.
     – Co o nim sądzicie? – Zwrócił się do braci.
     – Wydaje się w porządku – odparł Bardel. – Chociaż dziwnie będzie mieć kogoś nowego w drużynie po tylu wiekach wspólnej walki. Jednego mu jednak odmówić nie można: to, co pokazał podczas ćwiczeń, robi wrażenie, a jak sami wiecie, trudno nam zaimponować.
     – Ten, kto podjął decyzję, o pozbyciu się go z armii, popełnił duży błąd – dodał Taranis, wciąż stojąc przy oknie i obserwując samochody, które z ostatniego piętra wieżowca wyglądały jak dziecięce zabawki.
     – Świat od zawsze był pełen głupców – stwierdził Odhan, wstając z kanapy. Podszedł do biurka i wziął miętówkę z kryształowej miseczki. – Czyż nie poznaliśmy największych idiotów swoich epok? – zapytał retorycznie, wkładając cukierek do ust.
     – Raczej się na nim nie zawiedziecie, chociaż czuję, że skrywa jakąś tajemnicę.
     Kaidan kucnął obok wilka, który leżał na miękkim dywanie koło biurka. Zaczął delikatnie głaskać go za uszami, wiedząc, jak bardzo to lubi.
     – Doskonale rozumiem twoją decyzję o odejściu z drużyny. – Brann spojrzał przyjacielowi w oczy. – Ale ty i Cień stanowiliście najważniejsze ogniwo. Trudno przyzwyczaić się do myśli, że już nigdy więcej nie wyruszymy na wspólną akcję – zauważył cicho.
     Powiedział to, co czuli wszyscy Przeklęci. Połączeni wspólnym piętnem i tajemnicą nieśmiertelności, stali się sobie bliscy niczym bracia krwi. Wiedzieli o sobie wszystko, zarówno te dobre, jak i złe rzeczy.
     Przed rokiem pierwszemu z nich udało się zmierzyć ze swoim przeznaczeniem i zwyciężyć, mimo że nikt tak naprawdę nie wierzył, że to się uda. Kto jak kto, ale Kaidan zasługiwał na szczęście, które teraz zagościło w jego życiu. Wraz z Arlene tworzyli wspaniałą parę, dając pozostałym nadzieję, że i oni mogą pokonać swoich wrogów i odnaleźć spokój. Na zewnątrz twardzi, w głębi serca tęsknili za tym, co inni nazywali prozą życia. Żaden z nich nie chciał się do tego przyznać, nawet przed samym sobą, że marzą o własnej rodzinie, ukochanej kobiecie i dzieciach.
     – Ten etap mam już za sobą i dobrze mi z tym – powiedział Kaidan, podnosząc się i przyciągając uwagę pozostałych Przeklętych. – To, że Arlene żyje i jesteśmy razem, to prawdziwy cud. Zamierzam cieszyć się tym cudem jak najdłużej, tym bardziej że spodziewamy się dziecka.
     Po jego słowach zapanowała chwila ciszy, a następnie nastąpiła eksplozja radości. Bardel, Odhan i Taranis rzucili się w stronę Kaidana, zasypując go gratulacjami. Uściskom i poklepywaniom nie było końca.
     Na końcu do przyjaciela podszedł Brann, położył dłoń na jego ramieniu i mocno ścisnął. Ogarnęło go wzruszenie. Uśmiechnął się łagodnie, ciesząc się szczęściem najdroższego brata. Szczerze kochał wszystkich Przeklętych, ale to z Kaidanem łączyła go wyjątkowa więź oraz zamierzchła, bolesna przeszłość związana z Cameronami i Catrioną. Zaufał mu w chwilach, gdy sam sobie nie ufał, a nienawiść do siebie i świata zjadała go żywcem. Wziął go pod swoje skrzydła i nigdy się od niego nie odwrócił.
     – Dziecko – szepnął.  
     – Tak – twarz Kaidana promieniała radością.
     – Jednak cuda się zdarzają i nawet takim jak my mogą się one przytrafić – stwierdził z nutą melancholii.  
     – Tak – potwierdził Kaidan. – Nawet takim jak my.
     – Będę stryjem! – Oczy Branna otworzyły się szeroko ze zdumienia. – Niezależnie od tego, czy to będzie chłopczyk, czy dziewczynka, mogę się założyć, że szybciej nauczy się załadowywać broń niż chodzić! – orzekł ze śmiechem.
     – Ani mi się waż! – Autentyczne przerażenie na twarzy przyszłego ojca mocno rozbawiło Przeklętych.
     – Trzeba to oblać! – wykrzyknął Bardel.
     – Trzeba! – potwierdził Brann.
     Godzinę później siedzieli w rogu swojego ulubionego baru, popijając Belhaven – piwo produkowane od ponad trzystu lat.
     – To kiedy urodzi się nasze dzieciątko? – zapytał Taranis, z zainteresowaniem obserwując urokliwą kelnerkę, która krzątała się po lokalu.
     Było po dziewiętnastej, więc w pubie przebywało niewielu gości.
     – Nasze? – Kaidan aż uniósł brwi ze zdziwienia. – Nie przypominam sobie, żebyś brał udział w poczęciu.
     Odhan i Bardel, słysząc jego słowa, parsknęli śmiechem, plując piwem w stronę Branna i Taranisa, którzy mieli pecha, siedząc naprzeciwko.  
     – Oj, przecież wiesz, o co mi chodzi – warknął Taranis, wycierając chusteczką plamy na swojej koszulce. Na szczęście była w ciemnym kolorze, więc zacieki nie rzucały się w oczy.
     Po chwili spoważniał i zapatrzył się na trzymany w ręku kufel z piwem.
     – Wydaje mi się, że to, co teraz powiem, nie jest niczym kontrowersyjnym – spojrzał po twarzach ludzi, których znał równie dobrze, jak samego siebie. – Nasze szanse – wskazał na Branna, Odhana i Bardela – na założenie rodziny są bliskie zeru. Dlatego to dziecko jest czymś niezwykłym, nie tylko dla ciebie i Arlene, ale także dla nas. Dzięki wam i my możemy poczuć odrobinę tego rodzinnego ciepła, którym się z nami dzielicie. Ostrzegam, jako stryj zamierzam rozpieszczać to dziecko do granic możliwości, a znając pozostałych, myślę, że pójdą w moje ślady – ostatnie zdanie wypowiedział z szerokim uśmiechem na twarzy, chcąc nieco rozproszyć melancholijny nastrój, który wywołały jego wcześniejsze słowa.
     – Może ustalimy grafik opieki nad małym Kaidanem lub małą Arlene? – dodał z humorem Odhan. – Zanim dziecko się urodzi, wszystko będziemy mieli zaplanowane.
     – To kiedy nastąpi szczęśliwe rozwiązanie? – Brann powtórzył zadane wcześniej przez Taranisa pytanie.  
     – Za nami pierwszy trymestr, teoretycznie największe zagrożenie minęło – wyjaśnił Kaidan. – Na Boże Narodzenie nowy członek rodziny powinien już być z nami – dodał, emanując autentyczną radością i dumą.
     – Starzejemy się – wtrącił z udawanym niesmakiem Bardel. – Siedzimy przy piwie i rozmawiamy o dziecku. Kiedyś dyskutowalibyśmy, którą z pięknych pań zaprosić na noc do łóżka.
     Odhan spojrzał na niego z widocznym rozbawieniem: – Może to umknęło twojej uwadze, ale od dawna jesteśmy starzy.
     Bardel przewrócił oczami: – Ty to zawsze musisz być taki dosłowny. I co z tego, że mamy po tysiąc lat? Ja czuję się co najwyżej na pięćset – zakończył z wyższością.
     Kaidan roześmiał się głośno.
     – Bez was te wieki byłyby nie do zniesienia – jego ochrypły głos zdradzał głęboko skrywane uczucia. Jak każdy z nich pod twardą powłoką ukrywał wrażliwe serce.
     Przez ostatnie półtora roku wydarzyło się tak wiele, że czasami trudno mu było uwierzyć, iż to wszystko dzieje się naprawdę. Ogrom szczęścia, który na niego spadł, był niewiarygodny.
     Wszyscy Przeklęci musieli odchrząknąć, gdyż i oni byli poruszeni słowami swojego przyjaciela.
     – Lepiej opowiedz, jak idą przygotowania do ślubu! To już w ten weekend! – Brann zmienił temat, pragnąc przywrócić weselszy nastrój.
     – Chyba dobrze – odparł ze śmiechem Kaidan. – Dostałem polecenie, żeby w sobotę punkt dwunasta stawić się w wyznaczonym miejscu. Dzięki Bogu to wszystko, czego ode mnie wymagają – dodał z głębokim westchnieniem ulgi.
     – Jak rozumiem, Arlene ma wszystko pod kontrolą? – zapytał Taranis.
     – Tak. Oczywiście do pomocy ma Katy, żonę Nicholasa – Eleanor, siostrę Jasona – Karen oraz jego byłą żonę – Olivię. Wszystkie przebywają w hotelu Camerona w Edynburgu i zarządzają całym tym wydarzeniem. Więc sami rozumiecie, lepiej o nic nie pytać, tylko przyjść na gotowe – stwierdził z lekką ironią.
     W pubie robiło się coraz bardziej tłoczno i głośno. Wilk, który dotąd spokojnie siedział u stóp swojego pana, nagle zaczął niecierpliwie strzyc uszami. Odwykł od takich miejsc, ponieważ przez ostatnie półtora roku przebywali głównie w Wilczym Sercu, spokojnej rodzinnej posiadłości nad zatoką Moray Firth, niedaleko Inverness.
     Kaidan, wyczuwając rozdrażnienie wilka, zwrócił się do swoich towarzyszy: – Na mnie i Cienia już czas. Muszę się przed ślubem wysypiać, żeby, nie daj Boże, nie mieć worów pod oczami na ślubnych zdjęciach – wyjaśnił, uśmiechając się szeroko.
     – Na nas też już pora – powiedział Bardel, zerkając na zegarek. – Ja, Odhan i Taranis mamy randkę z trojaczkami. Nie wiem, jak odgadniemy, która z nich jest czyja, ale tym będziemy się martwić później.
     – A ty? – Kaidan zwrócił się do Branna. – Nie wychodzisz z nami?
     Mężczyzna spojrzał na niego ciepło.
     – Posiedzę jeszcze chwilę i wypiję dodatkowe piwo – odpowiedział.
     Nie miał ochoty wracać do pustego mieszkania. Od dłuższego czasu nie potrafił znaleźć sobie miejsca. W głębi serca czuł niepokój, był więcej niż pewien, że niedługo i na niego przyjdzie kolej zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem.
     Przeklęci się pożegnali, a Brann został sam.
     Przyglądał się rozbawionym klientom pubu, rozmyślając o zmianach, jakie przyniosło życie. O Kaidanie, Arlenie i dziecku, a także o Lucasie, nowym Przeklętym. Miał co do niego dobre przeczucia, ale aura tajemniczości, która go otaczała, budziła w nim nieodpartą ciekawość. Gdy Kaidan wspomniał o Karen, mężczyzna wrócił wspomnieniami do wydarzeń sprzed siedmiu lat. Nie widział jej od tamtej pory, mimo że z Jasonem bardzo się zaprzyjaźnili. Miał nadzieję, że poradziła sobie z tym strasznym doświadczeniem, jakie było jej udziałem.  
     W tym momencie ktoś podszedł do jego stolika i zajął miejsce Kaidana. Brann powoli uniósł głowę, a gdy zobaczył, kto go odwiedził, jego czarne oczy zalśniły złowrogo. Spodziewał się tej wizyty.
     – Witaj, Balor – przywitał się uprzejmie ze swoim towarzyszem. – Co słychać?
     Drugi mężczyzna skinął na kelnerkę i zamówił to samo piwo, które pił Brann.
     – W moim czy twoim świecie? – zapytał przybysz.
     – W twoim, w swoim sam się orientuję – wycedził przez zęby Brann.  
     – To, co zwykle: walka o władzę i wpływy cały czas trwa. Nic przez wieki się nie zmieniło i chyba nigdy nie zmieni. Nie tylko śmiertelnicy pragną władzy; bogowie również – stwierdził refleksyjnie.
     Przez chwilę dwaj mężczyźni mierzyli się wzrokiem: szare oczy kontra czarne. Tę napiętą ciszę przerwała kelnerka, która przyniosła zamówione przez Balora Belhaven. Na moment zatrzymała wzrok na przystojnym mężczyźnie o długich, pszenicznych włosach. Jednak dostrzegając jego znudzoną minę, szybko się oddaliła.
     – Kiedy w końcu spuścisz mnie ze smyczy, Balor? – zapytał od niechcenia Brann, tylko dłoń trzymająca kufel zdradzała napięcie, jakie czuł. – Dziesięć wieków wydaje mi się wystarczająco długo.
     Drugi mężczyzna obrzucił go niecierpliwym i posępnym spojrzeniem.
     – Lubię cię, Brann, ale tak naprawdę nigdy nie chodziło o ciebie. Sprawa jest znacznie bardziej delikatna i skomplikowana, niż myślisz.
     Domyślał się, że usłyszy coś takiego – już nie raz przerabiali ten temat. Brann w milczeniu przyglądał się swojemu wrogowi.
     – Skąd masz tę paskudną bliznę na policzku? – zapytał na pozór znudzonym tonem. Zawsze interesowało go jej pochodzenie.  
     Balor podniósł dłoń i przejechał palcami po głębokiej szramie, ciągnącej się od ucha aż do kącika ust, która szpeciła jego doskonałą twarz. Zanim odpowiedział, wykrzywił usta w cynicznym uśmiechu.
     – Pamiątka – odparł gorzko.  
     – Po pojedynku?  
     Mężczyzna milczał. Podniósł swój kufel piwa i wpatrywał się w ciemny płyn, jakby tam szukał odpowiedzi.  
     – Po kobiecie – wycedził zimno, a w jego szarych oczach pojawił się groźny błysk.
     Brann czuł, że to bardzo drażliwy temat. Z drugiej strony mógł się domyślić takiej odpowiedzi – tylko kobieta potrafi doprowadzić mężczyznę do podobnego stanu.
     – Ach – westchnął. – Nawet takiego skurwiela jak ty dosięgła strzała amora. To musi być naprawdę niezwykła niewiasta. Znam ją?  
     Balor wziął łyk trunku i przez chwilę delektował się jego smakiem, czując, jak spływa wzdłuż gardła.
     – To Morrigan – syknął pogardliwie, ale w jego głosie brzmiało echo czegoś jeszcze, ślad głęboko skrywanego uczucia.
     – Morrigan – powtórzył Brann, od razu przypominając sobie śliczną, czarnowłosą kobietę, której fiołkowe oczy ciskały błyskawice, gdy zabił swojego brata, nie dając mu szans na obronę i tym samym przekreślając cały jej misterny plan.
     – Rozumiem, że jestem jedynie pionkiem w jakiejś dziwnej grze, którą toczycie między sobą – stwierdził chłodno Brann.
     Balor skinął głową.
     – Nie mylisz się, zawsze chodziło o nią – o Morrigan. Tak naprawdę to nie ode mnie zależy, kiedy i na jakich warunkach odzyskasz wolność, lecz od niej.  
     Nagle mężczyzna wstał i rzucił na stół pięćdziesięciofuntowy banknot.
     – Miej się na baczności, Kruku. Czas konfrontacji się zbliża – Balor spojrzał na niego ostatni raz, po czym odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
     Brann obserwował go, aż zniknął w mroku nocy.

Marigold

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i przygodowe, użyła 3391 słów i 20661 znaków. Tagi: #tajemnica #przyjaźń

2 komentarze

 
  • Użytkownik Sapphire77

    Ten odcinek był trochę dyskusyjny. Mnie akurat nie zainteresowało pochodzenie nowego, o ile podał prawdziwe fakty, co jego tajemnicza osoba. Dziecko? No tak, bez dzieci świat by się skończył. I na koniec powiało tematami, szaro-czarnymi. Teraz chłopcy muszą uważać na swoje zdrowie i życie, chociaż kto wie, może nadal nie dojdzie ich kosa pana w czerni. :smile:

    9 godz. temu

  • Użytkownik Marigold

    @Sapphire77 Trochę tajemnicy w opowiadaniu nie zaszkodzi, sam o tym doskonale wiesz  ;) Co prawda w tej historii głównym bohaterem jest Brann, ale i pozostali Przeklęci też będą się przewijać. Na razie Kaidan stał się zwykłym śmiertelnikiem, reszta czeka na swoją kolej, ale i oni się doczekają ;). Pięknie dziękuję za komentarz  :)

    3 godz. temu

  • Użytkownik Sapphire77

    @Marigold Było miło siè doczekać. :smile:

    2 godz. temu

  • Użytkownik Almach99

    W końcu kolejny odcinek.  
    I mamy polski wątek. Fajno.

    17 godz. temu

  • Użytkownik Marigold

    @Almach99 co do Lucasa, to też mam pisarskie plany ;) Oby mi życia i weny starczyło, by opisać historię wszystkich moich bohaterów ;) Dzięki za przeczytanie i komentarz!

    15 godz. temu