Upadły Anioł - Rozdział 26

Atlantyda, miasto w najgłębszych odmętach wód, gdzie nigdy nie dotrze współczesny człowiek. Historia tego miasta była i będzie tajemnicą, zabraną przez mroki dziejów. Pamiętam, że chodziło jakąś nagrodę od Boga, lecz nic więcej nie przychodziło do głowy. Przez te tysiąclecia wciąż tkwiło w tej samej epoce, przypominającą starożytną Grecję, tylko wszędzie widoczna jasno-błękitna energia odróżniała to odwzorowanie ówczesnych czasów. Mieszkańcy bez problemu posługiwali się nią, czy to w codziennych obowiązkach, czy w zwyczajnych rozrywkach, choć woleli pozostać przy zwyczajnym, kruchym człowieczeństwie. Tęsknota? Próba uchwycenia dawnych dziejów? Któż by wiedział.
     Jednak co ja robiłem w tym dziwnym miejscu? Odpowiedziałbym, gdybym wiedział. Bez namysłu, bez planu po prostu, dzięki magii przybyłem na brukowane ulice, oświetlane licznymi pochodniami, niegasnącymi nigdy. Tutejsi przywykli do takich gości, wszak tylko tacy ich nawiedzali. Przeszedłem obok gwarnej karczmy, ignorując wspaniałe aromaty dobiegające ze środka. Obok mnie przeszedł anioł, prowadzący rozmowę z mieszkańcem w długiej, białej tunice, lecz nawet nie odwrócił głowy. Wieczna, niemal fanatyczna neutralność Atlantydy zabraniała wszelkich konfliktów "rasowych", jak nazwała sytuacje między skrzydlatymi a demonami. Straż miejska dysponowała ogromną siłą i skutecznym uzbrojeniem, szybko rozprawiając się z niepokornymi.
     Na mych ustach wykwitł uśmiech, choć raz mogłem być niewidoczny. Przynajmniej do momentu, gdy nie wyjdę do nieoświetlonych nocą części miasta. Co oczy nie widzą, tego nie można zaraportować. Usiadłem na dużej, marmurowej fontannie z nagim chłopcem trzymającym amforę z wodą. Przynajmniej nie stanowił typu sikającego. Nie wiem, skąd u starożytnych taki zamiłowanie do nagich rzeźb. Zanurzyłem dłoń w lodowatej cieczy i przetarłem nią zmęczoną twarz. Sztuczne słońce zaczynało nieznośnie przygrzewać. Ponownie błąkałem się myślami, nie wiedząc, co i po co. Zupełnie niczym zepsuty okręt...
     Wewnątrz głowy analizowałem to, co mnie spotkało i wiedziałem jedno... do listy strachów została dodana kolejna pozycja. Przerażał wszechobecny chłód, prócz krótkiego epizodu cały czas dominowała ta dziwna kalkulacja... Jakbym sumował wszystko związane z Kasją. Szaleństwo, czy to? Które gorsze i bardziej destrukcyjne? Cholera, co następne?
— Wyglądasz, jakbyś walczył z samym sobą, Urielu... Może tak krótkie badanie? — Z wnętrza jednego z budynku dobiegł mnie znajomy męski głos.
— Nie tym razem, Aleksiosie — odpowiedziałem, kierując się w stronę wejścia. Zaskakujące, że tylko w sypialniach Atlantydzi mieli drzwi. — U ciebie nad pracą dominuję hobby, a raczej nie zamierzam dać się pokroić...
— W życiu nie pokroiłem pacjenta. — Przy drewnianym, zniszczonym czasem stoliku siedział mężczyzna w średnim wieku. Ubrany w białą szatę, a na głowie cecha charakterystyczna dla mieszkańców tego miasta, błękitne niczym najczystszy ocean włosy.
— A operacja? — Bez skrępowania zająłem miejsce przed nim i wziąłem słoną przekąskę z miski.
— To zabieg, nie krojenie. — Skinął na żonę, by przyniosła wina. — Nie spodziewałem się ciebie tutaj. Szukają cię wszelkie możliwe zastępy.
— A gdzie indziej mógłbym trafić? — Drewniany taboret lekko uciskał tylną część mego ciała. Dziwiłem się, jak pacjenci mogli wysiedzieć na tym stołku. — Neutralność na każdym kroku. Nikt nie zwróci na mnie uwagi w tym przeciąganiu liny. No, chyba że wreszcie doszli do porozumienia, a jest to wykonalne, patrząc na poprzednie zdarzenia.
— Najwięksi wrogowie razem? Co za głupota — prychnął i nalał czerwony płyn ze zdobionej amfory do dwóch glinianych kubków. — To tak jakby ogień i woda ze sobą miały trwać... Albo ogień zgaśnie, albo woda wyparuje. Anioły wierzą w schematy, a demony się im wymykają. Nie ważne, co wymyśli sobie ten wasz... wybacz, ich nowy szef. Rogacze zawsze wiedzą swoje i tyle. To jak bawienie się ogniem w drewnianym domu... Skutki będą opłakane.
— Skoro tak bardzo lubisz analizę, może zamienisz się miejscami? — Podniosłem naczynie do ust. Dopiero teraz zauważyłem, że tutejsze wino miało jakby inny smak. Nie, żeby mi nie smakowało... Po upadku miałem szanse na spróbowanie innych trunków. Ten na pewno zasługiwał na uznanie wyższej półki, lecz także odbiegał od pozostałych, choć czym? Nie byłem w stanie, odpowiedzieć.
— I stanąć po jakieś stronie? Podziękuje za specjały. — Machnął lekceważąco ręką. — Jeśli zamierzasz zostać. — Zmienił temat, jednocześnie ponownie rozlał ciecz po kubkach. — Polecam ci gospodę na rynku.
— Od kiedy to w waszym mieście gospoda oferuje nocleg? — Jednym haustem opróżniłem zawartość. Alkohol nie działał na mnie prawie w ogóle, piłem go tylko i wyłącznie dla smaku. Moją uwagę zwrócił wchodzący mężczyzna, jednakże szybko wrócił się, kiwając przepraszająco głową. — A gdzie twoja własna gościnność?
— Skończyła się, gdy przeniosłem praktykę do domu. — Delikatnie potrząsnął trzymanym w ręku przedmiotem. — Skoro i tak mi przeszkadzali tutaj, więc co mi szkodzi. Głupotą było podzielenie tego na pół...
— Jak uważasz... — Wstałem i rozprostowałem zbolałe od niewygodnego siedzenia mięśnie. — Chyba pora na mnie, już kolejny pacjent spłoszył się na mój widok... — Popatrzyłem na plecy odchodzącej kobiety. Trudno było znaleźć wśród miejscowych inny strój... Odróżniały je tylko kolory.
— Jak pilne to wrócą... — Położył mi rękę na ramieniu. — Jesteśmy przyjaciółmi, więc wiesz, że nie chodzi tu o brak miejsca, mimo to dam ci chociaż ostrzeżenie. Strzeż się tego miasta, choć wygląda spokojnie, to nie ma takiego drugiego, gdzie więcej ludzi ginie, niż przyjeżdża. Dzięki temu, że wyrzucamy ciała za barierę jeszcze tego nie widać.... Jednak tylko kilka stuleci wystarczy, byśmy zginęli.
— Wypiłeś zbyt wiele, Aleksiosie. — Takie słowa mogłyby sprowadzić rychłe kłopoty na jego dom. Szpiedzy i donosiciele nigdy nie śpią.
— Jestem trzeźwy jak nigdy, przyjacielu. Taka ilość to nie problem. — Odprowadził mnie do wyjścia, zupełnie nie przejmując się spojrzeniami mieszkańców. — Polubiłem cię od pierwszego spotkania, Urielu i wiesz mi lub nie, nie jest to wyznanie miłosne. Żyje tu od wielu tysiącleci i nic tu nie ulegnie zmianie. Każdy ci to powie, jeśli zerwiesz im te maski. Równowaga piękna rzecz, ale nie dla ludzi. My zawsze balansujemy, co zawsze prowadzi do jednej i nieubłaganej ścieżki... — Westchnął ciężko i machnąwszy dłonią na pożegnanie, odszedł w głąb pomieszczenia. W międzyczasie lunął rzęsisty deszcz, przygniatając wszystko litrami wody. Nie wszystko jednak pozostało takie same... Z tą myślą ruszyłem poprzez ulewę.

2 komentarze

 
  • Almach99

    Nie moglo zabraknac Atlantydy 😀

  • krajew34

    @Almach99 wszędzie jest to i tu jej nie mogło zabraknąć. :) Dzięki za wizytę i komentarz.

  • shakadap

    Brawo. Świetna robota.
    Narzekać mogę tylko na jedno: dlaczego takie krótkie?
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap długości rozdziału nie planuje :) podczas pisania wyjdzie tyle i le wyjdzie. Dzięki za wizytę i komentarz.