Upadły Anioł - Rozdział 9

Po obudzeniu nie czułem bólu głowy, czy też zmęczenia, wręcz przeciwnie niestety pamiętałem wszystko, szczególnie niskich lotów humor...Nie wspominając o zniszczeniu bariery, nad którą tak długo pracowałem. No nic, brawo ja.
— Wreszcie wstał, książę marnych dowcipów i żenady.
— Witaj, Astaroth... — rzuciłem, zamykając oczy. Wolałem nie patrzeć na nią, honor i duma mi na to nie pozwoliły. — Czekasz tu na kogoś, czy planujesz się naśmiewać?
— Nie powiem, troszkę mnie zirytowałeś... Ale kopniak w twoją nędzną czaszkę skutecznie zlikwidował to uczucie. — Usiadła na siatce, ignorując znak wysokiego napięcia. Słońce powoli niknęło za horyzontem, a ulice cichły, czekając na nocne życie. — Niestety nie zdążyłam zobaczyć wszystkiego, ale zniszczenie zbiornika Amona... Powiem ci tak... idealna robota perfekcyjnego psychopaty-zabójcy... A ten uśmiech... Klasa...
— Czyli jednak nie były to żadne halucynacje? — spytałem, choć znałem odpowiedź. — To nieźle... Żeby nie powiedzieć, że zepsułem to koncertowo...
— Chciałeś zrobić dziurę w ziemi, by się schować, lecz użyłeś do tego dynamitu... Mogłabym użyć innego języka, znacznie bardziej dobitnego, lecz po co miałabym się trudzić... Już i tak wyglądasz, jak wyglądasz... — Zaczęła wymachiwać nogami, nawet nie ukrywała, ile miała zabawy z tej sytuacji. — Nie kontrolowałeś się w ogóle. Z użytej przez ciebie energii można by zasilić małą fabrykę. Trafisz na pierwsze strony gazet... Mordownia... Nie.... Scena rzezi?... Dzikich zwierząt... Choć będą mieli coś innego na myśli, to za dużo nie odejdą od prawdy. Te oderwane kończyny, porozrzucane wnętrzności i hektolitry krwi. Aby nie dałeś swojego podpisu. Godne pożałowania, prawdziwi wirtuozi zawsze o tym pamiętają.
— Za to ja nie pamiętam, bym lubował się w szaleństwie. — Rozciągnąłem zbolałe mięśnie. Głowy nie sprawdzałem, wolałem nie wiedzieć, w jakim była stanie. Spojrzałem w kierunku dogasającego budynku. Cały misterny plan poszedł w las. Znowu na rozdrożu z palącym ogniem i chłodnym światłem za plecami. Trochę przerażało mnie, że zamiast strachu, czy też paniki, czułem tylko obojętność. Rzekłbym: Codzienność.
— Mam odmienne zdanie, ale zostawmy to na chwile. — Zeskoczyła z siatki i podeszła do mnie.— Co dalej? Aż mnie wewnętrznie skręca, by dowiedzieć się, co genialny strateg sobie zaplanował?
— A bo ja wiem? W normalnej wojnie wiedziałbym, gdzie uderzyć, nigdy nie zamieniałem się miejscami. Role ofiar zawsze należały do moich przeciwników. Tylko jedna strona jest mi znana. — Spojrzałem w stronę zapalonych latarni. Ludzie z ciemnej strony miasta pracowali w najlepsze. Prostytutki, złodzieje, mordercy, czy ludzie mafii. Raczej wątpię, by któreś z nich planowało dalej niż dzień do przodu, nie liczę sfery marzeń, gdzie każdy z nich zostawił dawne życie za sobą. W rzeczywistości żyli z nocy na noc. Może tak powinienem zrobić? Nie miałem na myśli ich czynów, a raczej sposób bycia. — Będzie, co ma być. Już tego nie zmienię. Na pewno muszę stworzyć artefakt, który pozwoli na swobodne używanie mocy.
— Marnowanie czasu... Wystarczyłoby upaść i nie musiałbyś tak kombinować — prychnęła z irytacją. Miała trochę racji, jednak nie chciałem tego. Dołączenie do przeciwników Boga, nie leżało w mojej naturze. Nie żywiłem nienawiści do Niego, wciąż uważałem Go za ukochanego stwórcę z nadmierną manią ufności do wszystkich wokół. Gdyby pozbył się Lucyfera, miałby trochę mniej pracy... Zamiast tego dał mu rolę króla piekieł.... Przypominało to raczej awans niż karę. W końcu mógł robić wszystko, co chciał. Nigdy nie pojmowałem tej decyzji, lecz kim byłem, by roztrząsać decyzje Najwyższego?
— Aktualnie czasu to mam bardzo dużo.... Szans na przeżycie i stabilność psychiczną trochę mniej, ale to szczegół. Wiesz może, czy Jan nadal siedzi na ziemi? — Jan, jeden z najstarszych moich przyjaciół. Wykuł mi tak wiele rzeczy, że nie sposób tego policzyć.
— Ostatnio widziałam go, jak pouczał Francuzów, że te ich wspaniałe czołgi mogą sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi. Odszedł od nich, gdy zignorowali jego rady... Kto wie, może wtedy wojna inaczej by się potoczyła.... Ale dzięki temu zyskaliśmy tyle dusz i energii, że na chwile przechyliliśmy szale na naszą stronę. Wspaniałe czasy — Westchnęła ciężko. — Już się tak nie dąsaj... — Z wielką siłą klepnęła mnie w plecy. — Słyszałam plotkę, niepotwierdzoną, ale dosyć pasującą. Ponoć został stolarzem w jednej z fabryk, a po godzinach rozdaje biednym dzieciom zabawki. Brzmi absurdalnie, ale to coś, co zrobiłby ten karzeł.
— Wiesz, gdzie? — Nadzieja wstąpiła w udręczoną duszę. Tylko Jan mógł mi pomóc.
— Nie spodoba ci się odpowiedź... — Jej usta wykrzywił chytry uśmieszek. — Jest takie podziemne miasto w Azji...
— Tylko nie Czerwony Lotos... — No to po nadziei pozostała tylko resztka.
— Ależ spokojnie, mój drogi. — Z trudem powstrzymywała się od chichotu. — Czerwony Lotos już dawno przeszedł zmiany pod nowym dowództwem.
— Czyżby ktoś zabił starą wampirzycę? Nie wierzę, by ktokolwiek nowy mógł coś zdziałać, mając pod nadzorem takie zapyziałe miejsce. — W moich wspomnieniach tamto miasto przypominało slumsy. Brudne, przepełnione strachem i drewnianymi szopami miejsce. Ot wielkie siedlisko demonów, gdzie każdy robił, co chciał i mógł liczyć na spokój. Anioły wiele razy szturmowały to miejsce, lecz bez skutku. Ilość zgromadzonej mrocznej energii skutecznie zapewniała niemal nieograniczoną moc. Nie potrafię zliczyć, ilu ludzi straciło życie albo duszę. Jeśli kogoś tam zabrali, skazany był na gorzki i straszny los. Arcydemony łamały zwykłe anioły, wampiry hodowały sobie jedzenie i tak dalej i tak dalej. Smród, brud i inne podobne przyjemności. Wspaniała wizja dla przyszłej podróży.
— Sam zobaczysz. Zapewniam cię, że nie pożałujesz.
— Ta, a do tego wszystkiego potrzebny tylko podpis własną krwią. Podziękuje. — Choć tak powiedziałem, to nie miałem innej opcji, przynajmniej nie na ten moment.
— Wybacz, przyzwyczajenie — odpowiedziała krótko — Wracając do tematu, nawet taki demon, jak Lucyfer zmienia zdanie. Zmienił zarządcę, który następnie uczynił z Czerwonego Lotosa bardziej „otwarte” miejsce. Wpadliśmy w dzisiejszą modę recyklingu. Po co zabijać, jak można skorzystać z ludzi wiele razy.
— Wole nie wiedzieć, co znaczy dla was recykling. — Wyobraźnia podsuwała różne obrazy, wyjęte żywcem ze średniowiecznej księgi o demonach. Niechęć do podróży w tamte strony wzrosła podwójnie.
— Za późno... Nie mam ochoty na ciągłe przekonywanie... — Pstryknęła palcami, zniknęło miasto, a zamiast tego otaczała mnie ciemność, rozświetlana pochodniami, wiszącymi na ścianach. Aż strach myśleć, gdzie tym razem dałem się zabrać...

krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i przygodowe, użył 1191 słów i 7175 znaków. Tagi: #fantastyka #fantasy #magia #anioły #demony

4 komentarze

 
  • Almach99

    Astaroth - i kto tu jest glownym bohaterem?

  • krajew34

    @Almach99 A kto tam wie. :)  Uriel akurat daje się przyćmiewać demonowi. :)

  • Almach99

    @krajew34 tja. Uriel nawet nie zdaje sobie sprawy, ze znalazl sie w centrum rozgrywki pomiedzy b.ciemna strona a mniej jasna strona. Naruszona zostala rownowaga sil. Swiat dazy do rownowagi. Zawsze

  • iMoje3grosze

    Ja też się cieszę z nowego odcinka, a także z ekologicznego podejścia Lucka i jego czarnych.  :devil:  :devil:  :devil:  
    Niech wena i zdrowie trzyma się ciebie jak „kropelka” - natychmiast i na całe wieki :przytul: ,a przy najmniej w tym Nowym roku.

  • krajew34

    @iMoje3grosze dzięki za wizytę. Wena kapryśna, więc na pewno to się przyda

  • emeryt

    Brawo, kolejny odcinek wspaniały. Na  dodatek w pierwszym dniu nowego roku. Dziękuję Tobie za niego. Przesyłam najserdeczniejsze pozdrowienia na ten cały nowy rok.

  • krajew34

    @emeryt dzięki za wizytę :)

  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap dzięki za wizytę i komentarz