Upadły Anioł - Rozdział 19

Pomieszczenie okazało się pustym pokojem bez mebli, czy innych udogodnień. Po "zapaleniu" świateł już nie wyglądał tak strasznie, choć mimo wciąż odczuwałem niepokój. Może to wygląd „przyjaznego” stwora? A może po prostu nabyta nieufność wobec wszystkiego i wszystkich? Same pytania bez odpowiedzi.
— Witaj w komnacie ciszy, jak zwykle ją nazywam. — Rozłożył ręce w dziwnym geście — Usiądź na środku i zabieramy się do pracy.
     Długo nie trzymałem go w niepewności, tylko zrobiłem, jak chciał. Podłoga była ciepła, co mnie zdziwiło, zważywszy, że kamień raczej posiadał dość niską temperaturę, samo podłoże też odbiegało od tego, co podpowiadał wzrok. Wygodne, nie twarde, relaksujące. Po chwili poczułem się nieswojo.
— Wybacz, przyjacielu, ale gmerając w duszy, mówiąc oczywiście kolokwialnie, naruszam najbardziej osobistą przestrzeń, jaka istnieje. Masz szczęście, że tkwię w tym tak długo, że nie pamiętam, kiedy zacząłem. Przez pierwsze lata obiekt musiał być całkowity nagi, a dostęp do sfery miałem tylko od przodu, czyli od serca. Nie wspominając, że ja również nie nosiłem ubrań i cóż... jeszcze utrzymanie jak największego kontaktu cielesnego, by móc zajrzeć do celu... Teraz wydaje się to odrażające, lecz praktyka czyni mistrza.
— Czyli porywałeś ludzi i się nimi bawiłeś? — Dla mnie przypominał szalonego naukowca z filmu o Frankensteinie i doktorku. Nie powinno się bawić w Boga.
— A skądże znowu. Pierwszą taką operacją, przy której miałem zaszczyt asystować, była moja własna, uczyniona przez Jana. — Ta wiadomość zszokowała mnie. Ta dziedzina „medycyny” pasowała do roli szaleńca, a nie kowala. Nie mogłem sobie wyobrazić grubych paluchów pracujących przy tak zaawansowanym tworze. — Czytam z ciebie jak z otwartej księgi przyjacielu. Mamy masę czasu, więc ci coś opowiem. Na początku świata, gdy Stwórca dopiero zaczynał swoje plany, co do gatunku homo sapiens, dając jednocześnie powód do kłótni między niektórymi badaczami a wiernymi, niebo było bardziej ludzkie, jeśli mógłbym to tak nazwać. Aniołowie przypominali późniejszych rozumnych mieszkańców ziemi. Nieociosani, pełni emocji i niedoskonałości. Ot kwintesencja człowieczeństwa. Z mojego punktu widzenia czysta głupota, lecz nie mi oceniać. Wśród nich byli Jan i... Lucyfer. — Na chwile zamilkł, jakby zastanawiał się nad dalszą częścią historii — Przez lata wszystko szło właściwym tokiem, świat powoli biegł właściwymi torami. Nikt nie bał się o jego przyszłość, wszak pewien gatunek miał „powstać” znacznie później. Niestety utopia nie trwała długo. Słudzy zaczęli zauważać swoją siłę, potęgę. Jesteśmy stworzeni na podobieństwo Boga, więc czemu nie ma między nami równości? Zapragnęli władzy, a ich placem zabaw stała się ówczesna ziemia. Tworzyli mutanty takie jak ogromne anakondy, krokodyle, czy też rekiny, nasyłali na siebie hordy dinozaurów. Przypominało to wojnę małych królestw. Kiedy więc ziemia stanęła na krańcu zniszczenia, Bóg wyrzucił opornych z niebios, niszcząc to, co było na dole. Na czystej kartce lepiej pracować nad dalszymi zmianami. Później ludzie obwinili za to burzę meteorów, czy inny kataklizm. Pozostała tylko garstka najwierniejszych, którzy zgodzili się na eksperymenty, prowadzone przez Jana, w wyniku czego powstała późniejsza lepsza generacja, a hierarchia została podzielona bardziej szczegółowo. Mój mistrz zyskał umiejętności, lecz rzadko z niektórych korzystał.
— Całkiem niezła bajeczka, lecz co ty masz do tego? Już narodziłeś się, jeśli w ogóle można to tak nazwać, z intelektem i rozumem. — Historia wydawała się prawdziwa, trochę inna, od której ja znam... Lecz lepiej zapomnieć czystą prawdę i powielać zmienione fakty, niż tkwić ciągle w przeszłości.
— Prawda, niestety nie byłem wolny od pewnych przypadłości. Nadmierna agresja, barbarzyństwo w stosunku do innych osób, czy też ciągłe pragnienie krwi... Gdy przypominam sobie tamte czasy, niemalże płonę ze wstydu. Z duszy nie da się całkowicie usunąć cech, w końcu to dzieło Stwórcy, jednakże można je zminimalizować, albo zwiększyć. Jak doszło do mojej przyjaźni z Janem, tej historii ci oszczędzę, lecz dzięki... — Dalsza paplanina została wygłuszona. Czułem się dziwnie, nie był to ból, czy inny rodzaj nieprzyjemności, prędzej coś na kształt dyskomfortu. Co robić dalej? Ruszyć na niebo albo piekło? Żyć wśród ludzi i bawić się w Prometeusza? Głupie myśli. Nienawidziłem myślicieli, filozofów, uważałem to za stratę czasu, jednakże odkąd upadłem, albo raczej spadłem, ciągle pogrążam się w zadumie. Szczyt hipokryzji, lecz miałem to gdzieś. Zawsze przychodziło samo, zalewało duszę aż po brzeg, kierując wszystkimi emocjami. Na dodatek pozwalam przeprowadzać operacje na duszy.... I to komu? Dziwnemu stworowi, który może uczynić zupełnie inaczej, niż zakładam. Jak niby sprawdzić, co rzeczywiście zrobił? Eh... Znowu się powtarzam niczym zdarta płyta.
     Podniosłem głowę i zacząłem szukać czegoś choć trochę interesującego. Zajęcie godne szaleńca, zważywszy, że otaczał mnie tylko kamień... Z nudów skupiłem swoją uwagę na tańczącym płomyku lampy. Magiczny płomień tańczył radośnie w dźwięk muzyki ciszy. Prawdziwy żywioł przypominał mi zło. Spalał wszystko, jego ciepło nęciło, a pozorna niewinność zachęcała do dalszego zbliżenia i próby kontroli, a gdy tylko do tego doszło... Szalał niczym nieposkromiony, zadając ból oraz cierpienie, a mimo to był potrzebny. Nie było równowagi bez dwóch szal... Nie poznasz dobra, jeśli nie wiesz, co było złem.
     Potwór cicho mruczał nieznaną mi melodię, kontynuując swoją pracę. Spróbowałem więc zajrzeć do wnętrza siebie. Przymknąłem oczy, uspokoiłem oddech, wprawdzie nigdy tego nie robiłem, ale widziałem to zbyt wiele razy.... Chwile później siedziałem na śnieżnobiałej ziemi, rozciągającej się aż po granice horyzontu. Dookoła rosły okazałe świerki i inne iglaste drzewa, dumnie przesłaniając zachmurzone niebo. Z przesłoniętego błękitu co jakiś czas upadały ciężkie, rozrywające echo grzmoty, błyszcząc wściekle za każdym razem.
     Spodziewałem się czegoś zupełnie innego po swojej podświadomości. Wielu budynków, bogatych wnętrz, licznych sług... A nie pustki.... Albo chociaż mięsistych, pulsujących ścian, rozlatujących się, drewnianych schodów. A gdzie "gospodarz"? Lekko zdenerwowany ruszyłem w kierunku gęstych drzew. Pustkowie nie napawało entuzjazmem, miałem też do niego złe przeczucie. Eh... Stawałem się miękki, zbyt miękki. Kiedyś poszedłbym tam wbrew intuicji, wierząc w swoje ego i odwagę. Daleka przeszłość... Awansowałem z nadętego głupka na tchórzliwego sadystę. Tylko pytanie, czy to ranga w górę, czy w dół?

3 komentarze

 
  • Almach99

    Nadety dupek czy tchorzliwy sadysta, oto jest pytanie

  • krajew34

    @Almach99 a może jedno i drugie. :)

  • shakadap

    Brawo, świetna robota.
    Oby tak dalej.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap dzięki za wizytę i komentarz. :)

  • emeryt

    @krajew34, dziękuję Tobie za kolejny odcinek. Jest jak zwornik w kopule. Prosty, lecz niezbędny. Oczywiście, jeśli nie przerwiesz tego opowiadania, co już nie raz tobie się zdażało. Przesyłam serdeczne pozdrowienia. Oczywiście caly zestaw "na tak i łapka w górze".

  • krajew34

    @emeryt jak narazie nie zamierzam przerywać. :) Dzięki za wizytę i komentarz.