Upadły Anioł – Rozdział 1

„To nie może być prawda, to na pewno sprawka demonów”, tak powtarzając, biegłem przestronnymi korytarzami. Nie miałem czasu podziwiać wykwintnych zdobień ścian, czy też wspaniałych widoków na kwitnący ogród. To, czego się dowiedziałem, sprawiało, że wszelkie piękno traciło sens. Minąłem pierwsze drzwi, następnie kolejne. Tym razem celem nie był mój gabinet, czy też przyjacielska wizyta. Jeśli to nie demony... Nie chciałem myśleć inaczej, nie dopuszczałem innej możliwości.  
Wreszcie dotarłem do celu, lekko uspokoiłem oddech, po czym z całą siłą pchnąłem złocone wrota.
— Witaj, stary przyjacielu — powitał mnie jeden z braci. Był najbliżej Niego i to on nie jako nami dowodził. Podobnie jak pozostali nosił długie, śnieżnobiałe szaty, na ramionach opadały proste, blond włosy, barwy najjaśniejszego słońca, a błękitne oczy spoglądały na mnie spokojnie. W tych murach śmiano się, że tylko po osobistych przedmiotach można było rozpoznać poszczególne osoby z wielkiej siódemki. Kłamstwo... Jak można przyrównywać mnie do tamtych pięknisi? — Co cię do mnie sprowadza, że aż wpadłeś z takim impetem?
— Nie udawaj... Wiem wszystko... — Podszedłem do niego, wchodząc na piętro po krętych schodach. Z torby przy pasie wyjąłem dokumenty i cisnąłem je na jedno z biurek. — Przekraczasz swoje obowiązki... Jesteśmy tylko sługami, mamy wykonywać polecenia, dbać o te pokraczne istoty, przekazywać Jego wolę...
— I tak właśnie robię. — Powoli odłożył trzymaną księgę, jego stoicyzm, tak zawsze potrzebny, w tej chwili podsycał tylko mój gniew.
— Mówisz o rozkazie wymordowania tamtego miasta? Albo o pozwoleniu na działanie demonów w kościele Świętego Marcina? — Z całą siłą uderzyłem w blat, wyrzucając na marmurową podłogę jedno z cennych dzieł. — Gdybyśmy uczynili cokolwiek... Nie doszłoby do zbiorowego samobójstwa.... Zrobili to w Jego imię... Rozumiesz? Byli przekonani, że trafią do raju... Widziałem twój podpis na tajnym raporcie... Pozwoliłeś...
— To tylko kilka dusz w zamian za jeńców — odpowiedział, ucinając dalsze zarzuty, po czym wrócił do przeglądania archiwum. — Nasi bracia i siostry są tutaj potrzebni, musimy zbierać siły, To mała cena, tam na dole jest mnóstwo dusz. Rozmnażają się w takim tempie, że nie ma o co się martwić.
— Ty słuchasz, o czym ty mówisz? — Nie wierzyłem własnym uszom. Moje podejrzenia, zamiast ulecieć na porannym wietrze, tylko potwierdziły się. — On stworzył każdego z nich... Przypisał role, otworzył ścieżki. Nie mamy prawa zmieniać Jego planów. Co na to pozostała piątka? Też planują kontynuować to szaleństwo?
— Są zgodni ze mną... — Wyjął obszerny tom i zbliżył się do wrót. Nieważne, ile razy na nie spojrzałem, ile razy przechodziłem obok kamień, z którego zostały wykonane, przyciągał wzrok. Przezroczysty, mieniący się barwami nieba. — Jeśli nie poczynimy zmian, piekło pochłonie niższy świat.
— Bluźnisz, bracie. Zawróć, póki On śpi...
— Z tej drogi nie ma odwrotu albo my, albo oni. Miałem nadzieję, że podzielisz nasz punkt widzenia. Rozczarowałeś mnie — westchnął głośno, wiedział, że nie przekona mnie niczym. Dalszego ciągu wydarzenia mogłem się spodziewać, lecz braterska troska oraz gniew przesłoniły wszelką ostrożność.
     Pstryknął palcami, w tym samym momencie poczułem, jak naszyjnik zacisnął się na szyi. Zacząłem się dusić, dawny prezent został orężem kata. Rękoma próbowałem ściągnąć go, rozerwać... Użyłem całej mej siły, z której byłem taki dumny, ale bez zmian.
— Miałem plany, co do ciebie... Taki utalentowany żołnierz idealnie pasował do poprowadzenia naszych wojsk na czarcie pomioty. Weteran z dawnej wojny... A teraz tylko martwy renegat... — Spojrzał na mnie z pogardą, mimo to jego skrzydła nadal promieniały wspaniałym blaskiem. Dlaczego więc to ja przegrywam, mimo stania po właściwej stronie?
     Poczułem, jak spadam, zdrajca użył magii, by mnie zrzucić, jednocześnie blokując moją manę. Nawet nie mogłem rozłożyć skrzydeł... Mogłem tylko czekać, aż mrok zamknie powieki, a ciało uderzy z impetem o ziemie. Ludzie pomyślą, że to jeden z nich spadł z samolotu, pewnie tak to ci z góry zaaranżowali...
     Obudziłem się z krzykiem. Księżyc ustąpił słońcu, lecz jeszcze trochę brakowało do godziny rozpoczęcia pracy. Uświadomił mnie o tym, stojący obok łóżka zegarek. „Cholera, znowu ten sen o przeszłości”, pomyślałem, siadając. Każda noc to samo. Budzik okazał się zbędny jak zresztą zawsze. Powoli poczłapałem w kierunku łazienki, starając się omijać różne przeszkody w postaci mebli, czy też porozrzucanych ubrań. Tutaj nie miałem służących... Wciąż nie potrafiłem o tym pamiętać, mimo dłuższego pobytu.
     Odkręciłem kurek i umyłem twarz. Lustro odbijało zarośniętą twarz, jeszcze nie wyglądałem na jaskiniowca, mogłem poczekać z goleniem. Dawne długie, blond włosy zastąpiły krótkie, czarne. Takie bardziej mi pasowały. O śmieszności dawnego wyglądu uświadomiło mnie życie tutaj oraz dziwni ludzie z niemoralnymi propozycjami.
— Minęła właśnie piąta. Czas na... — Z głośnika poleciał głos radiowego spikera. Dlaczego ustawiłem pobudkę właśnie o tej godzinie? Przecież zaczynałem o ósmej. Zakręciłem wodę i przecierając zmęczone oczy, ruszyłem w kierunku „czystej kupki” ubrań. Mogłem wrócić do łóżka, jednak wiedziałem, że nie zasnę, mimo zmęczenia.  
     Zresztą ubierając spodnie, przypomniałem sobie powód potrzeby przymusowego wstania. Sprzątniecie celi ogólnej... Jakiś idiota, posterunkowy, raczej wyższe rangi nie są aż tak głupie, zamknął w jednym pomieszczeniu grupkę kibiców przeciwnych drużyn, przywiezionych z ustawionej bójki. Podłoga brudna od krwi, wymiocin, z sufitu kapiące fekalia... Okazało się, że pozostawienie zatkanej toalety nie było dobrym pomysłem. Monter ani myśli montować nowego, póki nie będzie w miarę czysto. Z drugiej strony też nie chciałbym, by z góry kapało na mnie śmierdzące coś. Plus jest taki, że dostałem kilka stów na zakup jakiś mocniejszych środków. Samą wodą i tanimi płynami raczej nie zmyłbym tego. Ba! Powiedziałbym, że przydałoby się jakieś działko wodne. Najpierw jednak kombinezon i gogle... Nadal mam swoją dumę.
     Szybkie śniadanie w postaci kubka kawy, jakoś nigdy nie lubiłem śniadań. Jest to pora, gdy armia staje się podatna na atak. Posiłek w moim dawnym życiu polegał na odnowieniu many, no ale zawsze to coś. Teraz musiałem jeść jak ludzie. Mogłem stworzyć pieniądze, tak jak to zrobiłem na początku, jednak nie chciałem przyciągać kłopotów. Każdą energię można wyczuć, a nie mając żadnych sojuszników, tylko samych potencjalnych wrogów, trzeba bardzo uważać. Poranek jak zwykle zimny, na ulicach rzadki ruch. Większość to miłośnicy sportu albo ci, wracający do normalnego życia po nocy z nieznajomą, bądź nieznajomym.
Do całodobowego miałem blisko, wystarczyło tylko wyjść z zaułka, gdzie było moje mieszkanie.
— Witaj, Henry — rzuciłem, wchodząc do środka. Już zdążyłem poznać właściciela, nie wiem, jak to robił, że stał tutaj przez całą dobę. Mały, łysiejący Hindus o niespożytej energii.
— Witam, stałego klienta. Zapowiada się przepiękny dzień. — Uśmiechnął się szeroko, ukazując złoty ząb między śnieżnobiałymi. Nadal nie mogłem się przyzwyczaić, że rodzice z Indii nadali mu takie imię... Może pozostałości po kolonii?
— Raczej nie powiedziałbym... — odpowiedziałem, przenosząc wzrok na bogaty asortyment. Patrząc na to wszystko, nie zdziwiłbym się, jakby na zapleczu chował arsenał broni, albo żonę na sprzedaż. W końcu jego motto brzmiało: Wszystko da się zdobyć, tylko trzeba wiedzieć jak. Kilka razy go przetestowałem, więcej tego nie zrobiłem.
— Papierosy? A może coś mocniejszego?
— Dzisiaj nie w tej sprawie... Daj mi kombinezon, ale taki, co to używają go do wycieków chemicznych, albo innych draństw. Jeszcze silny środek czyszczący, małą ręczną pompkę wodną. Nie wiem, czy takie coś istnieje, ale wiesz, o co mi chodzi... Kilka gąbek, duże metalowe wiadro... — Poprosiłem go jeszcze o kilka rzeczy, gdy wszystko się nazbierało, wyjąłem portfel i zapłaciłem. Jeszcze mi zostało dość dużo zielonych. Większość rzeczy była kradziona, stąd ceny o wiele mniejsze, choć Henry oburzał się, gdy ktoś mu to wytykał. On je załatwiał albo pożyczał bądź, moje ulubione, rzeczy tylko zmieniały właściciela.
— Ten płyn z łatwością zmyje krew. Jeśli jednak chce pan rozpuścić ciało... Nalegałbym na kupno czegoś innego, lecz na to zamówienie trzeba trochę poczekać.
— Jakie ciało? — Myślałem, że nic mnie dzisiaj nie zaskoczy.
— Komornika, prostytutki... namolnego urzędnika... wrednej żony... — Zaczął na palcach wyliczać. — Zależy, jakich ma pan wrogów. W dzisiejszych czasach łatwiej jest pozbyć się kogoś, niż przekonać rozmową.
— Jak to mówią... O pewnych sprawach lepiej nie wiedzieć... — Puściłem mu oko i uśmiechnąłem się.
— Święta racja, święta racja. — Przeżegnał się i zaczął szeptać coś w dziwnym języku. Chyba już był w każdej religii, naprawdę trudno stwierdzić, czy to tylko pozory, czy też rzeczywiście szukał duchowej ścieżki. Z lepszym humorem opuściłem sklep, teraz tylko taksówka i robota. Przynajmniej do czasu wejścia na komisariat, nic nie powinno pójść źle.

krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i przygodowe, użył 1678 słów i 9775 znaków. Tagi: #fantastyka #anioły #demony #magia #przygodowe

4 komentarze

 
  • Almach99

    Nowe opowiadanie. Hmmm. A tyle ciekawych opowiadan niedokonczonych...

  • krajew34

    @Almach99 no cóż wena wygasa, więc opowiadania zostają w różnym punkcie. :)

  • Almach99

    @krajew34 niby tak. W dalszym ciagu czekam na kontynuacje "Mur" i "Payne"

  • papcio

    Początek interesujący, coś mi się widzi, że będę czekał na dalsze części z utęsknieniem.. 😁😋

  • krajew34

    @papcio dzięki za wizytę i komentarz.  Mam nadzieję że  się  nie zawiedziesz

  • shakadap

    Witam!
    Ciekawie się zaczyna. Dobrze napisane, jak zwykle. Czekam na dalszy ciąg historii.
    Cieszę się, że jesteś spowrotem.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap dzięki za wizytę i komentarz.  Przerwe musiałem  zrobić.  :)

  • shakadap

    @krajew34 zrozumiałe.
    Pozdrawiam.

  • emeryt

    Wiem, a może tylko przypuszczam że chwilowo znudziłeś się poprzednimi, niedokończonymi utworami, ale czy tak wypada pozostawiać twoich czytelników z tyloma nidokończonymi opowiadaniami? A za to opowiadanie dziękuję i życzę dużo, dużo zdrowia i weny, oraz czasu do pisania

  • krajew34

    @emeryt  od Muru musi być  przerwa. :) a  pozostale.. no cóż  coś  się  kończy  coś  zaczyna. Dzięki  za wizytę i komentarz