Pani Dwóch Krajów cz. 27

LIX
     Nefera nie zaproszono do udziału w wieczornej odprawie w namiocie Władczyni. Nie zdziwiło go to, chociaż uczestniczył przecież w podobnych naradach w Pałacu, gdy decydowano o ważnych sprawach państwowych. Tutaj był obóz wojskowy i obecność osobistego niewolnika w gronie oficerów musiałaby wywołać zdziwienie. O podjętych postanowieniach Najjaśniejsza poinformowała go jednak po zakończeniu odprawy, gdy niespodziewanie wezwała Nefera, aby natychmiast spakował Jej rzeczy.
     „Rozdzielamy się. Horkan zostanie tu ze swoimi rydwanami, aby uważać na oddziały Księcia i zabezpieczyć nam drogę odwrotu. My ruszamy bez zwłoki z resztą wozów do Tamadah. Jak najszybsza ewakuacja kopalni oraz zapasów złota to teraz zadanie jeszcze ważniejsze niż poprzednio. No i jest przecież Irias... Oby Bogowie sprawili, że i ona, i my zdążymy na czas. Na szczęście Hapiru to zwykli barbarzyńcy. Ich horda, zwłaszcza bardzo liczna horda, z pewnością nie odznacza się dyscypliną. Będą szli powoli, nie mają też raczej rydwanów. To daje nam szansę, ale musimy się pospieszyć.” - Podała mu zwinięte ruloniki papirusu. - „Sama dokończę pakowanie. Ty   wypuść teraz ptaki, niech lecą do Memfis. Na wszelki wypadek dwa. Mistrz Apres i sierżant muszą poznać nowe wiadomości. Trzeba zebrać więcej wojsk. Posyłam też dwa rydwany Horkana z listami, ale gołębie będą szybsze.”
     Obozowisko zwinęli w nadzwyczajnym tempie. Horkan oddał im większość napełnionych wodą skórzanych worków. Zagłębiali się teraz w pustynię, gdzie o wodę miało być trudno. Z tego co posłyszał, od Tamadah dzieliły ich trzy dni jazdy, Najjaśniejsza chciała jednak skrócić ten czas. Na szczęście, mieli przewodników świetnie znających drogę i potrafiących wskazać ją także w nocy, oraz znakomite konie, wybrane do służby w Gwardii spośród najlepszych królewskich stadnin. Pożegnanie było krótkie. Wszystkie szczegóły ustalono już zapewne podczas odprawy i nie było powodów do zwłoki.
     Pustynia Synaju różniła się od morza piasków, które zazwyczaj rozciągało się po obydwu stronach doliny Nilu, gdy tylko tracono z oczu wstęgę życiodajnej Rzeki oraz  pola, zieleniące się tak daleko, jak daleko sięgała woda. Równie sucha i równie spieczona słońcem, obfitowała jednak w skaliste wzgórza, przechodzące miejscami w coraz bardziej wyniosłe góry. Zmuszały one do kluczenia pomiędzy urwiskami, dawały też jednak niekiedy tak potrzebny cień, co doświadczeni przewodnicy potrafili wykorzystać, i co umożliwiało im podróżowanie także w środku dnia. Z kolei w nocy niezwykłych kształtów wzniesienia dostarczały charakterystycznych i trudnych do pomylenia w świetle księżyca znaków orientacyjnych. Przemieszczali się więc też nocami, właściwie zawsze, gdy pozwalały na to warunki. Postoje urządzano tylko po to, aby dać odpocząć koniom. Większa część wody była przeznaczona właśnie dla zwierząt. Ludzie musieli wytrzymać i dobrze o tym wiedzieli. Królowa zrezygnowała chwilowo z luksusów, które miała poprzednio do dyspozycji. Wody do mycia nie wydzielano wcale, podczas nieregularnych postojów nie rozbijano też Jej namiotu. Sypiała teraz tylko na zwykłej macie, do czego z trudem przekonali Ją wspólnie Nefer, Harfan i Amar. Zamierzała i z tego zrezygnować, ale Nefer, chociaż sam padał zazwyczaj z nóg, pamiętał zawsze o tym, by na każdym dłuższym postoju rozpakować i rozłożyć tę plecionkę. Myśl, iż Niezrównana będzie sypiać po prostu na skale albo na piasku, była dla niego nie do zniesienia. Raz czy drugi ofuknęła go gniewnie, zawsze jednak następnie przepraszała, a nawet dziękowała uśmiechem za jego starania.
     Zapuszczali się coraz dalej we wnętrze półwyspu, oddzielającego Egipt od krain Azji. Góry stawały się wyższe i bardziej urwiste. To one obfitowały w wielu miejscach w cenne kruszce i szlachetne kamienie, które przyciągały z kolei w te niegościnne okolice ludzi. Królowie Kraju od setek lat zakładali tu kopalnie. Ponieważ trudno było znaleźć chętnych do pracy w takich warunkach, do synajskich sztolni zsyłano jako niewolników więźniów i przestępców. Była to droga w jedną stronę, równa wyrokowi śmierci, odłożonemu tylko w czasie. Przynajmniej jednak  najgorsi nawet zbrodniarze mogli w ten sposób odpokutować swoje winy i przynieść pożytek Krajowi oraz jego Władcom. Tak działo się od wieków i wszyscy uważali to za słuszne. Tamadah była aktualnie najważniejszą z kopalni Synaju. Wydobywano tu tak potrzebną miedź oraz cenne złoto. Założył ją jeszcze Dziad Królowej, a Jej Ojciec i Ona sama znacznie powiększyli. Usytuowana w sercu półwyspu, u stóp samotnej, wyniosłej góry, była miejscem bardzo charakterystycznym. Przybyli tam po dwóch dniach i nocach wytężonej jazdy, jazdy na krawędzi wyczerpania ludzi i zwierząt. Samą górę dostrzegli jeszcze w promieniach zachodzącego słońca. Urządzono postój i Horkan wyruszył z kilkoma rydwanami na zwiady. Wszystko zastali w najlepszym porządku, tylko powiadomiony o niespodziewanym przybyciu Pani Obydwu Krajów zarządca i zarazem komendant miejscowego garnizonu straży, niejaki Temar,  zdradzał objawy paniki oraz wydawał chaotyczne rozkazy, mające doprowadzić do godnego przyjęcia Boskiej Osoby Władczyni. Harfan pozostawił na miejscu Nefera, aby zadbał w tym zamieszaniu o zaspokojenie najpilniejszych potrzeb Najjaśniejszej, a sam zawrócił z wiadomościami. Gdy do bezładnego zbiorowiska baraków, szałasów i magazynów wjechała, już w ciemnościach nocy, reszta oddziału, najlepszy budynek  był wysprzątany, a woda przeznaczona na - skromną zresztą - kąpiel Królowej, porządnie podgrzana. To właśnie uznał za najpilniejszą potrzebę Amaktaris. Nie omylił się, gdy tylko odebrała powitanie i raport komendanta, poinformowała go o sytuacji oraz wydała najpilniejsze rozkazy, z radosnym zdziwieniem przyjęła wiadomość, iż może oczyścić się z kilkudniowej warstwy brudu i kurzu. Uśmiech, którym obdarzyła Nefera, wynagrodził mu trudy i niedogodności ostatnich dni.
     Nocny odpoczynek wszystkim bardzo się przydał, od świtu mieli bowiem pełne ręce roboty. Harfan rozesłał liczne, patrole które miały poszukiwać zarówno śladów hordy Hapiru jaki i orszaku Irias. Grupa Amazonek powinna być już niedaleko, przynajmniej taką mieli nadzieję - Królowa, Nefer, Harfan, Amar oraz wielu żołnierzy, którzy mieli okazję poznać i polubić Księżniczkę. Wystawiono też posterunki obserwacyjne na zboczach góry, ale tymczasem niczego nie raportowały. Na wyraźne polecenie Amaktaris, Nefer nie wyruszył z Libijczykiem na patrol. W pierwszej kolejności miał się zająć rozbiciem namiotu Najjaśniejszej oraz przygotowaniem Jej kwatery. Nie dziwił się temu, pamiętając, jak wyglądała izba, w której zmuszona była spędzić ostatnią noc. Zarządzone przez niego wieczorem pospieszne sprzątanie niewiele zdołało pomóc. Ale też warunki w całej kopalni były surowe i prymitywne. Nie było to miejsce, w którym starano by się zapewnić jakieś wygody. Strażnicy zmieniali się tu dość często, niejednokrotnie też służba na Synaju stanowiła dla nich rodzaj kary za różne żołnierskie przewinienia. Więźniowie nie mogli liczyć na żadne względy, sypiali po prostu w niewolniczych zagrodach, na gołej ziemi. Nigdy nie zdejmowano im kajdan i łańcuchów, ograniczających poważnie swobodę ruchów. Co prawda, ucieczka na pustynię byłaby jawnym szaleństwem, w promieniu kilkunastu dni pieszego marszu nie  znaleźliby żadnego źródła wody, w desperacji mogliby jednak próbować buntu albo po prostu szukać śmierci, atakując strażników. Do pracy wydawano im narzędzia, których mogliby użyć jako broni, stąd czujność ta była bardzo uzasadniona.
     Po zajęciu nowej kwatery oraz spożyciu skromnego śniadania, Królowa wyraziła życzenie przeprowadzenia inspekcji kopalni i zaprosiła Nefera, aby Jej w tym towarzyszył. Przewodnikiem był komendant, zabrali też ze sobą Amara, który na wszelki wypadek solidnie się uzbroił. Kapłan początkowo ucieszył się z okazji zwiedzenia tego miejsca, wzbudzało bowiem jego ciekawość. Wkrótce zmienił jednak zdanie, kopalnia Tamadah sprawiała przygnębiające i ponure wrażenie. Większość budynków wzniesiono pospiesznie i niechlujnie. Zajmowały rozległą przestrzeń u stóp góry, której zbocza do sporej wysokości podziurawione były otworami wykutych w skale korytarzy. Sztolnie prowadzono w ślad za żyłami rud miedzi i złota. Jak miał okazję się przekonać, sięgały one niekiedy bardzo głęboko, wijąc się i skręcając na podobieństwo węża. Zaczęli jednak od przyjrzenia się pracy wytapiaczy. W kilku wykopanych w ziemi i wylepionych gliną piecach topiono pokruszoną rudę, wykorzystując do tego węgiel drzewny. Po pewnym czasie uzyskiwano kęsy mniej lub bardziej zanieczyszczonej miedzi. Podobnie postępowano ze złotem, chociaż tutaj rudy było już mniej, jej żyły trafiały się bowiem rzadziej. Otrzymane w ten sposób bryły metalu transportowano następnie do bardziej cywilizowanych miejsc, gdzie dalszą przeróbką zajmowali się wykwalifikowani rzemieślnicy - wytapiacze, odlewnicy, kowale - których trudno byłoby sprowadzić i utrzymywać w takiej okolicy. W Tamadah wstępnym wytopem zajmowali się, jak wszystkim zresztą, więźniowie. Umorusani, spaleni słońcem, często ze śladami oparzeń, wyglądali na zmęczonych i wyniszczonych. Nosili oczywiście łańcuchy, a ich plecy poznaczone były śladami batów. I tak mieli jednak szczęście, pracowali bowiem na powierzchni, w świetle dnia i nie brakowało im powietrza.
     Królowa wraz ze swym niewielkim orszakiem zwiedziła z kolei magazyny. Okazało się, że są one zawalone wytopionymi kęsami miedzi oraz całkiem sporą ilością złota. Było natomiast stosunkowo niewiele żywności, także wykute w skale cysterny na wodę napełnione były mniej niż w połowie. Tamadah nie posiadało źródła czy studni, wodę trzeba było przywozić, podobnie jak żywność, węgiel drzewny, drągi i deski do wznoszenia rusztowań czy podpierania sztolni. Zajmowały się tym karawany zwierząt jucznych, utrzymujących regularną łączność pomiędzy kopalniami Synaju, a Dolnym Krajem. W drodze powrotnej zabierały uzyskane metale.
     „Wielka Pani, od dłuższego czasu nie przybyła do nas żadna karawana.” - Poinformował zarządca. - „Wysyłaliśmy raporty do Awaris za pomocą gołębi, ale nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Teraz zaczynam pojmować dlaczego, to przez te niepokoje wzniecone przez Księcia. Własnych zwierząt prawie tu nie trzymamy, potrzebowałyby zbyt dużo wody i paszy. Nie bardzo wiem, w jaki sposób moglibyśmy szybko wywieźć cały urobek.”
     „Złoto załadujemy na rydwany, zastanowię się jeszcze, co zrobić z miedzią. Teraz chciałabym obejrzeć sztolnie. Szczególnie te najgłębsze.”
     „Czy na pewno tego pragniesz, o Boska? To ciemne, brudne i ciasne miejsca. I kierujemy tam najgorsze szumowiny.”
     „Wszyscy tutejsi więźniowie to ciężcy przestępcy, czyż nie tak?”
     „Owszem, ale tamci są najgorsi, mordercy, bandyci.”
     „Ilu ich jest w tej chwili?”
     „Razem około dwustu, o Pani.”
     „Prowadź do tych wyrobisk, chcę zobaczyć, jak pracują!”
     Dla Nefera ta część inspekcji okazała się najgorsza do wytrzymania. To, co widział i przeżył na folwarku czy pod pokładem królewskiej barki okazało się dziecinną igraszką w porównaniu z losem niewolników pracujących w kopalni, zwłaszcza w podziemnych korytarzach. Zagłębili się w trzech czy czterech takich norach, w razie potrzeby korzystając ze światła lamp oliwnych i pochodni. Na szczęście, Królowa zrezygnowała z wczołgiwania się w wąskie i kręte przesmyki, którymi często kończyły się korytarze i dokąd posyłano tylko skutych łańcuchami więźniów. Nikt ich tam nie nadzorował, mieli jednak obowiązek dostarczać określoną ilość koszy rudy – w przeciwnym razie nie otrzymywali wody i dziennego przydziału żywności. Wodę zawsze trzeba było zresztą oszczędzać i, pomimo panującej spiekoty, niewolnikom wydzielano ją skąpo. Ostatnio zmniejszono jeszcze racje z powodu opóźnień w ruchu karawan. Pył, ciemność, ostre krawędzie skał i bicze strażników dopełniały losu nieszczęsnych skazańców. Żaden nie miał szansy przeżyć zbyt długo, nawet, jeżeli nie zdarzył się jakiś wypadek, a te nie mogły należeć do rzadkości. Na widok tych ludzi, z których wielu było już tylko wyniszczonymi wrakami, Nefera przebiegały dreszcze. Byli to, oczywiście, przestępcy najgorszego rodzaju. Nie był jednak świadkiem ich zbrodni, mógł natomiast ze szczegółami przyglądać się karze, którą ponosili. Wszyscy mieszkańcy Kraju uważali to za słuszne i sprawiedliwe, on natomiast myślał ze zgrozą, że niewiele brakowało, a swego czasu sam trafiłby do podobnego miejsca, może nawet gorszego jeszcze. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że Królowa czuwała wówczas nad jego losem i, chociaż tego nie wiedział, jego obawy były wtedy bezpodstawne. To jednak niewiele teraz zmieniało.
     Niespodziewane przybycie Władczyni stało się, oczywiście, wydarzeniem niezwykłym, budzącym wśród części więźniów jakieś nadzieje. Niektórzy usiłowali składać Jej hołdy, zapewniali o swojej niewinności, błagali o łaskę. Strażnicy natychmiast przywoływali ich do porządku biczami, pod obojętnym spojrzeniem Bogini, która zdawała się nie słyszeć kierowanych w Jej stronę próśb. Nefer przypomniał sobie podobne sceny na Placu Śmierci i tym bardziej pragnął szybkiego zakończenia wizytacji. Królowa miała jednak własne plany i dokładnie wypytywała o różne szczegóły dotyczące odwiedzanych wyrobisk. Wreszcie, gdy wydostali się z kolejnej sztolni i miał już nadzieję, że była ona ostatnią, Monarchini zażądała, by zaprowadzono ją do najgłębszego korytarza. Okazało się, że jego wylot usytuowany jest na skalnej półce, wznoszącej się nad powierzchnią gruntu na wysokość wzrostu pięciu, może sześciu mężczyzn. Charakterystyczną cechą był wysad z bazaltowej skały, znaczący pionową, czarną pręgą całą wysokość ściany. Na półkę prowadziła drabina, a nadto dwie umocowane na krótkich wysięgnikach liny, którymi opuszczano kosze z urobkiem. W tej sztolni wydobywano złoto.
     „Pani, może jednak zrezygnujesz z wchodzenia do tego wyrobiska. Pracują tam najgorsi z najgorszych. Niektórych, jak mnie zawiadomiono, przysłano do nas na Twój osobisty rozkaz.”
     „Tym bardziej nie mogę unikać takiego  miejsca. Chcę zresztą koniecznie obejrzeć najgłębszy korytarz. Prowadź, komendancie!”
     Nefer miał jakieś złe przeczucie i chętnie zrezygnowałby z tej części koszmarnej wycieczki, ale nie znalazł pretekstu, aby się wycofać. Pewnym pocieszeniem było to, że zauważył wyraźne ożywienie Amara, który, słysząc słowa zarządcy, wzmocnił czujność. Ponadto tak się złożyło, że wspinał się po drabinie bezpośrednio za Najjaśniejszą, mając tuż przed oczyma Jej stopy. Ośmielił się nawet, niby to przypadkiem, przelotnie musnąć czołem piętę Boskiej Pani. Potrzebował czegoś takiego, aby odegnać ponure myśli. Jak się okazało, ten przyjemny moment nie wystarczył na długo. W otchłani sztolni czekała go bowiem bardzo niemiła niespodzianka.
     Pracowało tam kilku więźniów, jeden z nich, wynoszący właśnie z dalszych głębin korytarza kosz z rudą, wydał mu się znajomy. Poruszał się z trudem, wyraźnie kulał. Kapłan przyjrzał się uważniej w świetle pochodni. Nie mogło być wątpliwości. Więźniem okazał się Tahar, były strażnik na folwarku Pachosa, dręczyciel Nefera. Najwyraźniej udało mu się przeżyć okrutną chłostę wymierzoną z rozkazu Królowej, chociaż skoro trafił tutaj, trudno było mówić o tym, że miał szczęście. Śladów po biczu nosił zresztą znacznie więcej, niż mógł otrzymać tamtego pamiętnego dnia nad brzegiem kanału. Przynajmniej w tym obaj byli do siebie podobni. Nubijczyk musiał zostać odesłany do kopalni stosunkowo niedawno, zachował bowiem jeszcze sporo sił oraz żywił jakieś nadzieje na poprawę swego losu. Na widok Władczyni upuścił dźwigany kosz i usiłował rzucić się do Jej stóp. Łańcuchy oraz kalectwo spowolniły jego ruchy i Bogini, nieco zaskoczona,  zdążyła się odsunąć.
     „Najjaśniejsza Pani, błagam o łaskę! Oszczędź mnie, byłem zawsze Twoim wiernym sługą!” - Tahar zdawał się nie zauważać niechęci Amaktaris, może zresztą  w swej rozpaczy nie zwrócił na to uwagi. - „Najpotężniejsza z Królowych, Najszlachetniejsza z Bogiń, zlituj się i pozwól bym odkupił moje winy!”
     Nubijczyk próbował czołgać się w kierunku Monarchini, gdy spadły na niego uderzenia bicza, wymierzone przez jednego z dwóch obecnych tam strażników. Dostrzegając wreszcie brak reakcji Władczyni, w desperacji zwrócił się do Nefera, którego także rozpoznał.
     „Dostojny Panie, przemów za mną u Świetlistej! Ciebie wysłucha! Żałuję, naprawdę żałuję tego, co ci uczyniłem! To dlatego tu trafiłem! Nie wiedziałem! Powiedz, że mi wybaczasz, a może i Ona się ulituje! Powiedz, że mi wybaczasz!”
     Nefer nie wiedział, jak ma się zachować w tej nieprzyjemnej sytuacji. Z kłopotu wybawił go  Amar. Gwardzista silnym kopniakiem, chociaż nie aż tak brutalnym, jakim byłby w stanie go uczynić, odrzucił w tył wijącego się na skalnym podłożu Tahara.
     „Zabrać go stąd!” - Rozkazał. - „I niech wreszcie zamilknie!”
     Nieszczęsny więzień usiłował jeszcze coś mówić, błagać ponownie o łaskę, gdy przerwał mu niespodziewanie kolejny głos.
     „Zamknij się durniu! Ona nie okaże nam żadnej litości, a ten tutaj nie jest żadnym panem! Wszystkich drażni twoje skomlenie!”
     Z ciasnej szczeliny prowadzącej w głąb wyrobiska wynurzył się kolejny niewolnik, pchający przed sobą kosz z urobkiem. Nefer rozpoznał ten głos i tę sylwetkę. Pomimo ciężkich przejść i obecnego, niewesołego losu, Kruto zachował wiele ze swej wyzywającej postawy oraz niespożytej, zaiste siły. Słowa skierowane do współwięźnia pełne były wściekłości, podobną nienawiścią pałały w świetle pochodni jego oczy. Ich spojrzenie zwrócił jednak ku Najjaśniejszej i Jej osobistemu słudze. Kapłan odniósł nadto wrażenie, że jadowita przemowa Murzyna przeznaczona była w istocie dla Królowej Amaktaris, tyle, że nie ośmielił się zelżyć Jej wprost. Za coś takiego z pewnością zostałby surowo ukarany, a chociaż utracił już genitalia, nadal mógł postradać język, oczy, dłoń albo stopę. Mógł też zostać na miejscu zabity, ale to byłoby marnotrawstwo, a także wybawienie od jego obecnych cierpień. Tymczasem, za odezwanie się bez pozwolenia w obecności Władczyni, spadły na niego razy bicza. Tym jednak Kruto zdawał się nie przejmować. Nadal wpatrywał się w twarz Monarchini. Ta uniosła po chwili dłoń.
     „Wystarczy! Jego siły z pewnością jeszcze się przydadzą. Niech wraca do pracy. Niech obydwaj wracają do pracy. To najwłaściwsza kara za ich zachowanie i za to, co niegdyś uczynili!”
     A więc Bogini też zapamiętała woźnicę  - gwałciciela. Nie było w tym nic dziwnego, zważywszy, jaką odrazę żywiła wobec tych, którzy krzywdzili dzieci. Kruto ponownie ujął kosz i ruszył w stronę wylotu sztolni. Zmusiło go to wreszcie do odwrócenia nadal gorejącego nienawiścią spojrzenia. Pomimo kajdan sprawiał groźne wrażenie, zaniepokojony Amar wysunął się nieco do przodu, by w razie potrzeby osłonić Najwspanialszą przed jakimś desperackim atakiem więźnia. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Kruto był wystarczająco sprytny, aby zdawać sobie sprawę z braku jakiejkolwiek szansy. Najwyraźniej, pomimo swych obecnych cierpień, nadal pragnął też żyć. Nefer musiał przyznać sam przed sobą, że o ile błagania Tahara wprawiły go w pewne zakłopotanie, o tyle wobec byłego woźnicy nie odczuwał ani odrobiny współczucia. Bydlak dostawał dokładnie to, na co zasłużył. Obaj to otrzymywali, poprawił się szybko. Plecy i ramiona Murzyna pokryte były licznymi bliznami, słabo widocznymi w niepewnym świetle. Nie to jednak przyciągało uwagę kapłana. Z niezdrową fascynacją starał się wypatrzeć miejsce po wypalonych z wyroku Królowej męskich narządach gwałciciela. Nie udało mu się. Widok zasłaniał kosz, no i było mimo wszystko zbyt ciemno. Potem nawet się z tego cieszył, teraz jednak przypomniał sobie nagle, jaki los przewidywał dla niego Kruto, gdy razem siedzieli w pałacowych lochach. Jak prorokował, że Bogini rozkaże obciąć Neferowi przyrodzenie jako karę za zbyt śmiałe rojenia na Jej temat. Jak dręczył go w ten sposób całymi dniami... Zaiste, drań po stokroć zasłużył na to, co go spotkało.
     Woźnica zniknął wreszcie za załomem korytarza, a Najjaśniejsza wróciła do oględzin sztolni i wypytywania o jej szczególne cechy. Więźniowie minęli ich raz jeszcze, gdy wracali z pustymi koszami. Tahar kulił się pod ścianą i nie próbował już wnosić żadnych próśb. Kruto wykorzystał natomiast okazję, by raz jeszcze poszukać pełnym nienawiści wzrokiem oczu Królowej. Wytrzymała to spojrzenie i po chwili obydwaj skazańcy ponownie zanurzyli się ciemnościach tunelu.  Władczyni nie sprawiała wrażenia poruszonej spotkaniem, na tym wyrobisku zakończyła jednak inspekcję kopalni. Nefer przyjął to z ulgą, miał już zdecydowanie dość. Właściwie, to pragnął jak najszybciej opuścić całe to przeklęte miejsce. Nawet pustynia, nawet przeżyta niedawno, krwawa walka rydwanów, były lepsze od tego, co tutaj zobaczył. Mieli jednak jeszcze zadanie do wykonania, no i czekali na Irias. Nie wyglądało na to, by życzenia kapłana miały się spełnić w najbliższym czasie.
     Było już późne popołudnie, gdy zaczęły wracać zwiadowcze zaprzęgi Harfana. Wróciły bez strat, ale nie przywiozły dobrych wiadomości. Nikt nie napotkał grupki kobiet-wojowniczek, bez większego trudu natrafiono natomiast na podążającą ze wschodu hordę Hapiru. Libijczyk powiedział mu w zaufaniu, że horda jest bardzo liczna, ale posuwa się powoli i nie dotrze do Tamadah wcześniej niż za cztery dni. Jej marsz śledziło nadal kilka zaprzęgów. Natychmiast potem wojownik udał się na zwołaną przez Królową odprawę, w której wzięli też udział inni oficerowie oraz miejscowy komendant. Nefera, rzecz jasna, nie zaproszono. Mógł się jednak domyślić, iż podjęto ważne postanowienia, w całej kopalni wszczął się bowiem wieczorem niezwykły ruch. Niewolników odwołano od większości normalnych obowiązków i zapędzono do przenoszenia wytopionych kęsów miedzi z magazynów do jednej ze sztolni wizytowanych przez Najwspanialszą. Była to sztolnia, w której pracowali Kruto i Tahar. Tymczasem Nefer otrzymał polecenie przygotowania kąpieli. Świetlista Pani zaznaczyła przy tym, iż życzy sobie większej niż uprzednio ilości wody, o której oszczędzanie osobisty niewolnik nie musi się chwilowo troszczyć. Pomyślał, że może chce zmyć z siebie brud Tamadah i zapewne nie chodzi tylko o zwykły kurz... On sam też odczuwał podobne pragnienie.
     Tak czy inaczej, musiał zadowolić się podgrzewaniem i dostarczaniem kolejnych wiader wody, z których Bogini korzystała w odosobnieniu swego namiotu. Następnie rozkazała jednak, by usługiwał Jej przy kolacji, co okazało się w istocie zaproszeniem do wspólnego spożycia posiłku. Uczyniła to po raz pierwszy od chwili wyruszenia na wyprawę, co zdaniem Nefera niechybnie oznaczało, iż chce o czymś porozmawiać. Kolacja była nader skromna, ale i tak lepsza od tego, co jadali na pustyni. Komendant Temar musiał sięgnąć do prywatnych zapewne zapasów. Królowa przyjęła ten gest, prawdopodobnie nie chcąc sprawiać mu przykrości.
     „Jakie masz wrażenia po zwiedzeniu kopalni, Neferze?”
     „To straszne miejsce... Obydwu tym więźniom, których spotkaliśmy w ostatniej sztolni, życzyłem swego czasu wszystkiego najgorszego, ale teraz widzę, że spotkał ich los znacznie okrutniejszy od śmierci.”
     „Taki jest porządek rzeczy. Zasłużyli na to po stokroć. Nie mogę litować się nad każdym skazańcem czy zbrodniarzem. Muszę dbać o sprawiedliwość w Kraju nad Rzeką, to Mój obowiązek jako Władczyni. I nie chcę zrzucać tego na barki innych, udawać, że takie bestie jak Kruto nie chodzą po ziemi. Tamadah o miejsce w sam raz dla niego i jemu podobnych.” - Okazało się więc, że zapamiętała nawet imię woźnicy.
     „Wiem o tym i podziwiam Cię za to, o Wielka. Przypomniałem sobie tylko własne przeżycia i to, że kiedyś sam mogłem zostać sprzedany do podobnej kopalni.”
     „Tak. Chodzi ci pewnie tego kupca, którego musiałam przelicytować na targu niewolników?” - Uśmiechnęła się mimowolnie, ale widać było, że nieznana Neferowi, przykra myśl dręczy Królową Amaktaris. - „Tego akurat nie planowałam. Oczywiście, nie pozwoliłabym na to, aby cię kupił. W razie potrzeby znalazłabym znacznie więcej srebra, niż tamte sześć debenów, ale musiałeś najeść się strachu, nie zaprzeczaj. Przepraszam cię za to.”
     „Pani, jestem Twoim niewolnikiem i możesz uczynić ze mną, co zechcesz.” - Który to już raz powtarzał tę formułkę?
     „Wtedy jeszcze nim nie byłeś.” - Zauważyła przekornie.
     „Wszyscy mieszkańcy Kraju są Twymi sługami i poddanymi, o Świetlista!”
     „Czy ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo?”
     Pomimo żartobliwego tonu rozmowy, ciągle miał wrażenie, że Bogini zmaga się z jakąś niemiłą kwestią, której najwidoczniej w taki czy inny sposób właśnie dotknął.
     „O Irias nadal brak wiadomości.” - Podjęła inny temat. - „A najdalej za dwa dni musimy ewakuować kopalnię.”
     „W jaki sposób zamierzasz to uczynić, Najjaśniejsza?”
     „Złoto załadujemy na rydwany. Miedzi nie zdołamy zabrać. Rozkazałam, aby wytopione bryły metalu złożono w najgłębszym wyrobisku. Niewolnicy już je przenoszą. Gdy skończą, jutro zwalimy sztolnię. Spalimy też budynki, urządzenia oraz wszelkie zapasy drewna, zniszczymy narzędzia, wybierzemy wodę ze zbiorników... Ani Hapiru, ani Mój Kuzyn nie będą mieli żadnego pożytku z kopalni Tamadah. Po zwycięstwie trzeba będzie na nowo zorganizować wydobycie, ale to sprawa na przyszłość.”
     „To dlatego nie oszczędzałaś dziś wody, o Pani... Ale co z ludźmi, przecież tylu nie zmieści się na rydwanach. Czeka ich ciężki marsz przez pustynię, a zapasy nie są zbyt wielkie...”
     „Nie wszystkich, Neferze. Nie wszystkich...”
     „Pani?” - Czuł, że dotarli do istoty problemu gnębiącego Najwspanialszą.
     „Zabieramy tylko żołnierzy, strażników. Jest ich około pięćdziesięciu. Tylu zmieścimy na platformach rydwanów, jeżeli na każdym pojedzie po trzech wojowników. Spowolni to nasze tempo, ale nie mogę ich zostawić na pewną śmierć.”
     „A co z niewolnikami?”
     „Neferze, jutro wszyscy zostaną zabici. Wydałam już odpowiednie rozkazy.”
     „Co takiego?”
     „Nie mamy innego wyjścia. Nie możemy ich zabrać. No, może kilku wykwalifikowanych specjalistów. Komendant ma ich wyznaczyć i oddzielić od reszty, ale naprawdę tylko kilku. Pozostali w marszu sprawialiby jedynie kłopoty. Jeżeli ich zostawimy, to albo przyłączą się do Hapiru, albo ci barbarzyńcy sami okrutnie ich zamordują. Szczerze mówiąc, to ostatnie nie byłoby jeszcze takie najgorsze. Nie chcę jednak, aby przypadkiem odzyskali jakimś sposobem wolność, może wstąpili w szeregi wojsk Księcia, a na pewno wrócili do swych poprzednich zbrodni, zabijali, gwałcili, podpalali.”
     „Ale wymordować tak dwustu ludzi... To nadal Twoi poddani, o Wielka.”
     „To zbrodniarze, co do jednego. Przestępcy najgorszego rodzaju. Przypomnij sobie tego Kruto, albo jego towarzysza, który dręczył cię na folwarku. Podobno nie ciebie jednego, zresztą. Zostali słusznie skazani za swoje zbrodnie. Nie mogę pozwolić, aby znowu krzywdzili zwykłych ludzi, Moich prawdziwych poddanych. Jestem im to winna, jestem im winna ochronę przed mordercami.”
     „Dlaczego więc nadal dręczy Cię sumienie, Pani? Dlaczego o tym ze mną rozmawiasz?”
     „Bo z kimś muszę porozmawiać! A mam tylko ciebie! Królowa jest często bardzo samotna, jest najbardziej samotną kobietą w całym Kraju, pomimo otaczających ją setek dworzan czy sług. Ktoś musi podejmować takie decyzje. Może Mój Ojciec, albo Jego Ojciec, zdołaliby to uczynić i spać spokojnie tej nocy. Ja tak nie potrafię.”
     „Kimże jestem, abym mógł osądzać Twoje rozkazy, o Najjaśniejsza... Musisz sama odpowiedzieć sobie w duszy na pytanie, czy postępujesz słusznie. Ja mogę tylko powtórzyć, że Cię podziwiam. Podziwiam za siłę i za to, że nie uchylasz się od uczynienia tego, co uznajesz za właściwe. Bo to jest właściwe i słuszne, a Twoje wątpliwości przynoszą ci zaszczyt jako Kobiecie, jako Królowej i jako Bogini.”
     „Postąpiłbyś tak samo na Moim miejscu?”
     „Nie wiem, Pani. Rozumiem, że nie ma innego wyjścia, ale nie wiem, czy potrafiłbym się zdecydować.”
     „To ty przynosisz zaszczyt stanowi kapłańskiemu, Neferze. Zapewniam cię, że wielu twoich kolegów, i to na najwyższych stanowiskach, nie uznałoby tej sprawy za godną jakichkolwiek rozterek, zwłaszcza przy posiłku.”
     „Kiedy ma to nastąpić?”
     „Jutro, gdy tylko zakończą się prace przy zwaleniu sztolni. Zajmą się tym przede wszystkim miejscowi strażnicy, ale i Harfan wydzieli część swoich żołnierzy. On sam wyruszy z patrolami na pustynię. Trzeba nadal śledzić ruchy Hapiru.”
     „Pani, pozwól abym i ja towarzyszył jutro Harfanowi...”
     „Rozumiem cię i zgadzam się...”
     „Może i Ty, o Wielka, wyruszysz na pustynię?”
     „O nie, Neferze. Jeżeli znalazłam wolę, aby wydać taki rozkaz, to muszę też znaleźć siłę, aby ujrzeć skutki jego wykonania. Królowa musi być silna, inaczej nie byłaby godna Tronu, na którym zasiada. Ty możesz sobie pozwolić na słabość, Ja nie. Ale w jakiś przedziwny sposób zawsze potrafisz dodać sił Królowej i Bogini wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebuje. Jedź na pustynię, znajdź Irias i nie wracaj zbyt szybko.”

nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka, użył 5159 słów i 30762 znaków.

8 komentarzy

 
  • nienasycona

    Mamy opóźnienie, ale warto było:) Wiesz, myślę, że gdyby zechcieli Cię zekranizować, scenarzysta miałby ułatwione zadanie-piszesz tak obrazowo, tak plastycznie, że dech zapiera. Ponadto Twoja twórczość jest bardzo ponadczasowa i zmusza do zastanowienia się nad własną psyche. Jestem pełna uznania

  • nefer

    Dziękuję wszystkim za opinie. Kłopoty rzeczywiście wiszą w powietrzu. Nie zabraknie więc dramatyzmu. O wątku erotycznym nie zapominam, chociaż chwilowo przybierze nieco zmieniony koloryt.

  • POKUSER

    Świetnie napisana kolejną część. Akcja się rozwija, kłopoty wiszą w powietrzu i coś się mi wydaje, że jednak egzekucji nie będzie. Ale o tym, jak się rzeczywiście historia potoczy przekonany się w kolejnym odcinku, na który już się nie mogę doczekać. Nefer chyba skuteczny łomot dostał od żony, więc pewnie sceny łożkowe mamy na jakiś czas z głowy

  • Marschal1

    Jak zwykle super część i czekam z niecierpliwością na następna :-)

  • Funkykoval1972

    Rzeczywiście ciekawe studium psychologiczne. Kolejne rozdziały są coraz lepsze. Czynisz wyraźne postępy neferze. Gratulacje.

  • gabi

    Jestem jak zawsze pod wrażeniem twojej twórczości. Rozterki królowej jej postanowienie zostania i patrzenia na konsekwencje swojej decyzji niewiele osób miało by tyle odwagi żeby to zrobić. Przez to nadal lubimy i podziwiamy boską  Amaktaris.

  • Szarik

    Znów jest moc. Widzę, że dotarłeś do mrocznej części swojej opowieści, ale zostawiłeś na szczęście drobne promienie światła. Świetne. Może po latach, ktoś odkryje ten "miedziany pociąg" ;) Czekam już niecierpliwie na kolejną część.

  • Ramol

    Taaak. To problem każdego decydenta... Podjęcie decyzji ważącej na losach podwładnych... Zdarzało mi się podejmowanie decyzji, oczywiście nie aż tak ostatecznych... Nie każdy potrafi tego dokonać i spojrzeć w oczy bliźnim, o których losach zadecydował... Mocny rozdział... Dobrze opisane rozterki Królowej... Chylę czoła przed Autorem!