Nowy Świat Czarownic, cz. 76

- Sudrun ukradła, jak ciągle to powtarza, moją moc podszywając się pod Berenikę. Tę postać nadała jej wiedźma. Dlaczego my nie mielibyśmy zrobić tego samego? Dlaczego nie mielibyśmy okraść Lucjusza zarówno z mocy, jak i wiedzy, skoro nie chce użyczyć ich z własnej woli?
     - Wypadałoby najpierw zapytać osobę, która miałaby tego dokonać, Marcusie. Mówisz my, a masz na myśli nie tyle siebie samego, a już na pewno nie mnie, ale Szlachetną Panią Aurorę. Ja nie byłabym do czegoś takiego zdolna, żadnej wiedzy przejąć nie potrafię, a moc mogłabym jedynie zmarnować. Jestem tylko dziewczyną z ludu.
     - Skończ z tym wreszcie gwardzistko! Możemy się nie lubić, doceniam jednak to, co zrobiłaś dla Marcusa. Zrobiłaś  dla nas wszystkich. Uważasz, że cofnę się przed taką próbą? Udowodnię ci, że wcale nie jestem gorsza!
     - Przeciwnie, jesteś pod każdym względem lepsza, Szlachetna Pani!
     - Niezależnie od tego, która z nas miałaby jakoby być lepsza czy gorsza, mamy w tej chwili wspólny cel. I to musi nam obecnie wystarczyć.
     - Ufam, że zrobisz, co trzeba, pani.
     - A ja ufam, że nie będziesz w tym przeszkadzać, gwardzistko. Ufam też, Marcusie, że posiadasz dość mocy, a co ważniejsze wiedzy, by nadać mi postać Gonan? Mocy aktualnie posiadam bardzo niewiele, a zmiana wyglądu nigdy nie należała do tego rodzaju czarów, którymi posługiwał się mój lud.
     - Przeklętej magicznej siły mam aż za dużo, a stosownych zaklęć nauczyła mnie Berenika, przy okazji udzielania innych lekcji. Ale Sudrun w jednym ma rację, powinienem był najpierw zapytać. Wybacz...
     - Uraziłbyś mnie, zadając takie pytanie, Marcusie. Skoro nie ma dalszych przeszkód, bierz się do rzeczy.
     - Musimy najpierw ustalić pewną kwestię, w której nie ustąpię. Nie poślę cię samej w ręce Lucjusza. Chcę być obecny, gdy to się stanie Oczywiście, nie w sposób jawny. Ale zamierzam obserwować was z ukrycia, na wszelki wypadek. Przy pomocy Sudrun jako Bereniki da się to łatwo zorganizować.
     - Nie ma takiej potrzeby.
     - On może rozpoznać podstęp i zareagować w gwałtowny sposób. A sama powiedziałaś, że praktycznie nie zachowałaś obecnie magicznej siły.
     - W niczym się nie zorientuje. A gdyby nawet, to teraz ja posiadam odporność na jego moc.
     - To nie jest do końca pewne. Byłaś zapewne ostatnią z kobiet twego ludu, która dzieliła z nim łoże. Jeżeli chociaż jedna z nich przeżyła upadek grodu...
     - Zjechało się  ich razem osiem. Ile ciał  odnalazła wiedźma?
     - Nie wiem, na pewno kilka... - Przypomniał sobie Geldrę, Ragnegę, prawdziwą  Gonan. - Nie zwierzała mi się jednak ze swoich spraw. Nie mamy pewności. A zresztą, gdy już otworzycie umysły i wymienicie się wiedzą, bo nie da się przejąć w inny sposób wiedzy Lucjusza wbrew jego woli, to najpóźniej wtedy pozna prawdę.
     - Wtedy będzie już  pozbawiony mocy i osłabiony. To ja przejmę jego siłę.
     - Nie odstąpię od tego warunku!
     - Okazujesz się bardziej nawet uparty niż Sudrun.
     - Tacy są wszyscy mężczyźni. Nie wiedziałaś o tym, pani?
     - Mam właśnie okazję, by się przekonać. - Aurora roześmiała się mimo woli. - Dobrze, niech będzie po twojemu. Ktoś mądrzejszy musi ustąpić.
     - Dajesz słowo, Auroro?
     - Tak. Bierz się wreszcie do dzieła.
     Zadanie nie okazało się trudne. Podobnej przemiany dokonał niedawno wobec Sudrun, czyniąc z niej nową Berenikę. Co prawda, zmarłą panią i małżonkę znał bardzo dobrze, ale również rysy twarzy i cała postać Gonan na trwałe odcisnęły się w pamięci chłopaka. Szczególnie w tamtej strasznej chwili, gdy wydana w ręce wiedźmy, dziewczyna sama zadała sobie śmierć. Wykorzystał ten wizerunek i z tego zapewne powodu Aurora przekształciła się w postać wynędzniałą, cierpiącą z głodu i zimna, a przede wszystkim z powodu poniesionej klęski. Postać nadal jednak dumną i nieugiętą, o czym świadczyły dobitnie błyski w oczach. Właściwie, podobnie prezentowała się obecnie również sama Aurora we własnej osobie, co znacznie ułatwiło całą sprawę.
     - Pozwól, że podwieziemy cię w pobliże obozu, wspomagając się moją magią. Przeczekasz tam w jednej ze znanych ci kryjówek i za kilka dni powrócisz, udając ocalałą Gonan. Potrzebujesz jeszcze jakiejś dobrej historii.
     - Coś wymyślę. Choćby to, że jednak ty sam, w ostatniej chwili uratowałeś mnie z rąk wiedźmy.
     - W takiej sytuacji cały ten podstęp okazałby się może zbędny? Lucjusz dałby się przekonać i nie musiałabyś się narażać.
     - Nie... To zbyt niepewne. Nie możemy ryzykować. Lepiej w ogóle o tobie nie wspomnę, Marcusie. Wymyślę coś  innego, nie martw się.
     - Skoro wszystko już obgadaliście, lepiej ruszajmy. Idzie wprawdzie noc, ale panicz z pewnością sobie poradzi, a im szybciej powrócimy, tym mniej wzbudzimy podejrzeń.
     Istotnie, nocna droga do obozu nie sprawiła większych kłopotów. Moc, hojnie używana, okazywała się silniejsza od ciemności, mrozu i śniegu. O świcie rozstali się w miejscu wybranym przez Aurorę.
     - Zaszyję się tutaj w jednej z kryjówek, są tam niezbędne zapasy. Przybędę do obozu jutro przed zmierzchem, jako cudownie ocalała Gonan.
     - Czy Lucjusz w to uwierzy? - zaniepokoił się, cokolwiek nie w porę.
     - Uwierzy, bo będzie bardzo pragnął uwierzyć. Zostaw to na mojej głowie.
     Pozycja Sudrun jako rzekomej księżnej Siedmiu Bram uwolniła ich od konieczności udzielania wyjaśnień. Nikt nie pytał, z jakiego powodu szlachetna pani opuściła obóz w towarzystwie pierwszego małżonka i co porabiali przez dwie noce w śnieżnej głuszy. Lucjusz ostentacyjnie trzymał się na uboczu, co ułatwiło czekające ich zadanie. W planowaną intrygę  wtajemniczyli natomiast sir Adriana oraz jego dwie towarzyszki. Stary arystokrata wpadł  zresztą natychmiast na dobry pomysł.
     - Gdy tylko lady Aurora, przepraszam Gonan, przybędzie do obozu, odstąpię jej, za twoją zgoda, Szlachetna Pani, mój namiot. A tymczasem możemy odpowiednio przygotować tę kwaterę.
     - Chyba nie zamierzasz, panie, rozstawiać wszystkich ulubionych przyrządów? - zażartowała Olga.
     - Usuńcie je gdzieś dyskretnie razem z panią Edytą. Wobec przydatności posłania nie zgłaszacie chyba zastrzeżeń? Musimy tylko przygotować stosowne miejsce dla sir Marcusa.
     - I dla mnie – dodała Sudrun.
     - Ale...
     - To z kolei mój warunek, od którego nie odstąpię, panie i małżonku.
     - Dobrze. Ktoś mądrzejszy musi ustąpić, jak niedawno usłyszałem. Było tam jeszcze coś sile uporu płci męskiej...
     - Bierzmy się do tych przygotowań. Mamy wprawdzie dwa dni, ale powinniśmy postępować w sposób nie rzucający się w oczy.
     I tak, następnego wieczora, Marcus i Sudrun, ciasno przytuleni, ukrywali się w niewielkim pomieszczeniu wykrojonym z dawnej kwatery sir Adriana poprzez rozpięcie dodatkowej, płóciennej kotary, udającej zewnętrzną ścianę namiotu. Zakradli się tam już po odegraniu sceny powitania szczęśliwie uratowanej Gonan. Dziewczyna i Marcus zachowywali podczas tego spotkania rezerwę, rzekoma Gonan nie wchodziła w szczegóły swego ocalenia i tłumacząc się zmęczeniem, poprosiła o możliwość odpoczynku. Równie rzekoma Berenika zwróciła się  do sir Adriana o odstąpienie gościowi kwatery, co ten z galanterią  uczynił. Lucjusz chłonął całą tę komedię niczym galowe przedstawienie odgrywane na jednym z wielkich dworów Południa, odgrywane zresztą głównie na jego użytek. W kotarze uczyniono otwory pozwalające obserwować wnętrze namiotu, wszelkie odgłosy przenikały bez przeszkód. Obserwatorzy zachowywali więc ciszę i nie śmieli odezwać się do Aurory, która schroniła się w przydzielonym pomieszczeniu, prosząc dodatkowo o wodę dla zażycia kąpieli. Pozapalała przy tym świece. Wspomniawszy śmiałe i pozbawione fałszywego wstydu zachowanie bliźniaczek Marcus pojmował, iż wszystko to miało   zachęcić Lucjusza. Czy jednak dobrze wychowany i pełen wpojonych zasad dwornej galanterii młody panicz zdecyduje się na tak otwarty krok, nawet w barbarzyńskiej dziczy i wobec dziewczyny, którą jedynie z pewnym trudem można było uznać za szlachetnie urodzoną damę? Aurora najwidoczniej nie podzielała tych wątpliwości, a jej powitanie z Lucjuszem wypadło nader ciepło, zwłaszcza w porównaniu z chłodem, z którym potraktowała po przybyciu do obozu samego Marcusa. Nie pomyliła się. Celowo przeciągana kąpiel dobiegała już wprawdzie końca, gdy pan Trzeci zdecydował się wreszcie złożyć wizytę.
     - Szlachetna Pani, czy mogę wejść? - Głos zabrzmiał cicho.
     - Oczywiście, Lucjuszu.
     - Szlachetna Pani... Może jednak przyjdę później? -  Pan Trzeci wydawał się autentycznie zaskoczony widokiem nagiej dziewczyny, lśniącej od kropel wody i wycierającej się ręcznikiem.
     - Och, daj spokój. Nie znajdujemy się w jednym z waszych pałaców, a ja nie jestem żadną szlachetną  panią. Jestem Gonan i widziałeś mnie nagą już niejeden raz.
     - Prawdę mówiąc, zawsze było wtedy ciemno.
     - To teraz widzisz  mnie w świetle. Chyba nie mam się  czego wstydzić?
     - Nie... Oczywiście, że nie. W jaki sposób zdołałaś się uratować? Bylem pewien, że nie żyjesz. Zaufałem sir Marcusowi, ujawniłem, że wyczuwam twoją obecność, a ten przeklęty łajdak cię wydał. Zdradził ciebie i mnie. Nie daruję mu tego!
     Cii... Lucjuszu. To już nie ma znaczenia. Tak, przyprowadził wiedźmę. Miałam niewiele mocy i uległam w starciu. Ale zachowałam jej na tyle, by udać własną śmierć i zapaść  w letarg. Na szczęście nie użyła ognia tylko powietrza, chciała mnie udusić.
     - Gonan!
     Lucjusz nie wytrzymał i skoczył w stronę dziewczyny, która otworzyła ramiona.
     - To naprawdę nie ma już znaczenia. - Gładziła dłonią włosy wtulonego w nią chłopaka. - Udawałam martwą, a ona uwierzyła. Tutaj, w Krainie Lodu, znamy takie sztuczki, pomagają przeżyć wśród śniegu i mrozów. Wiedźma dała się nabrać, Marcus także. A ja ocalałam, chociaż  pozbawiona mocy. I oto jesteśmy znowu razem.
     Historia ta wydała się Marcusowi cokolwiek naciągana, Aurora słusznie jednak przewidywała, że Lucjusz uwierzy, bo chce uwierzyć. Tym niemniej, nie  obyło się  bez pewnych trudności.
     - Wtedy, po bitwie o gród, gdy ukrywałaś się w lesie, wyczuwałem twoją obecność. Nie wiem w jaki sposób, ale wiedziałem, że żyjesz i gdzie jesteś. Dzisiaj nic nie wyczułem, nie zdawałem sobie sprawy z twojego nadejścia, nadal nic nie czuję.
     - To dlatego, że nie mam już magicznej siły. Rozpoznałeś wtedy własną moc, dostałam ją  przecież od ciebie. Ale zużyłam podczas bitwy, ukrywając się, a ostatnie resztki na ten czar z letargiem. Teraz nie pozostała ani odrobina.
     Aurora potrafiła myśleć szybko, w dodatku zręcznie popychając Lucjusza ku zaplanowanemu celowi. Tłumiona wychowaniem, acz wzmagana pożądaniem inicjatywa mogła obecnie znaleźć usprawiedliwienie we wpojonym równolegle nakazie usłużenia szlachetnej pani w potrzebie, nakazie ofiarowania magicznej siły.
     - Jeśli tylko zechcesz, Gonan... Mam w sobie mnóstwo  magii. Gromadzę ją, by we właściwej chwili zabić zdrajcę Marcusa. Ale oddam ci z ochotą. Ty musisz zdobyć moc!
     - Nie pragnę tylko twojej siły, Lucjuszu.
     - Tym lepiej, ale moc również ofiaruję z radością!
     Uwolnił się z objęć Aurory i zaczął zdzierać ubranie. Dziewczyna pomagała, chociaż bez zbędnej ostentacji. Okazało się, że berło pana Trzeciego stoi w pełnej gotowości. Musnęła je dłonią, upewniając się odnośnie okazywanych zapałów. Zrezygnowała jednak z dalszych pieszczot, uznając je zapewne za zbędne i może niestosowne wobec obecności ukrytych obserwatorów, zwłaszcza jednego z nich. Dobrze wychowany, błękitnokrwisty młodzieniec z Południa znał jednak swoje obowiązki i zamierzał dać szlachetnie urodzonej pani nie tylko moc, ale również rozkosz. Pochylił się i ucałował brodawkę na sutku Aurory. Odsunęła łagodnie jego głowę.
     - Nie traćmy czasu, Lucjuszu.
     - Ale chciałbym...
     - Później...
     Zamknęła usta chłopaka pocałunkiem, pociągnęła na posłanie, na które opadli zręcznie prowadzeni przez dziewczynę. Wywinęła się z uścisku, oparła na łokciach i kolanach.
     - Wchodź, szybko!
     - Ale czy jesteś...
     - Tak chcę! Szybko i głęboko!
     Lucjusz dość nieporadnie zajął pozycję za wypiętymi pośladkami Aurory. Niezbyt pewnie poruszał dłońmi, starając się  odnaleźć właściwe dla penisa miejsce. Dziewczyna pomogła, wydając głośny jęk zadowolenia.
     - Ruszaj, tak będzie najlepiej!
     Marcus mimo woli przymknął oczy. Czy Aurora postępowała tak obcesowo, gdyż  wcielała się w rolę nader przecież bezpośredniej Gonan? Czy może dlatego, że nie chciała urazić samego Marcusa? I tak poczuł nabrzmienie fallusa. Ofuknął się w duchu, przecież sam nalegał na własną obecność i ma zadanie chronić dziewczynę w razie, gdyby Lucjusz w ostatniej chwili rozpoznał podstęp. Na co zresztą wcale się nie zanosiło. Odnalazłszy cel, pan Trzeci pozbył się chyba skrupułów i poruszał rytmicznie biodrami. Dłonie wsparł na plecach Aurory. Zachowywała milczenie, oddychając nieco głośniej niż zwykle. Z rozkoszy jęczał Lucjusz. Pracował coraz szybciej, wchodził  coraz głębiej. W pewnej chwili wygiął  ciało w łuk, zacisnął palce na ramionach rzekomej Gonan i wbił się szczególnie głęboko. Znieruchomiał, krzycząc w ekstazie. Nie ulegało wątpliwości, że akt znalazł spełnienie. Pan Trzeci oddawał nasienie i moc, chociaż Aurora nadal milczała. Czy oddawał również wiedzę? Może dziewczyna umyślnie trzymała  emocje na wodzy, by na pewno nie przeoczyć właściwej chwili? Nie przeoczyć i wykorzystać tak, jak zaplanowali? Wreszcie wydala okrzyk, nie tyle rozkoszy, co spełnienia i triumfu. Lucjusz osunął się na futra i skóry, przewrócił na plecy. Aurora przeciwnie, poderwała się z posłania, pełna energii przemierzała namiot, ustawiając się w końcu plecami do wejścia.
     - Oszukałaś mnie, nie jesteś Gonan!
     Pan Trzeci znalazł siłę, by usiąść i wykrzyczeć to oskarżenie. Co prawda, raczej słabym głosem.
     - To prawda. Gonan nie żyje, czego szczerze żałuję, bo godnie broniła honoru Ludzi Północy. Tego nie mogę jej odmówić.
     - Oszukałaś mnie! Ale dlaczego?
     - Nie pojąłeś, Lucjuszu? Potrzebuję twojej mocy, a jeszcze bardziej twojej wiedzy. Wiedzy i mocy niezbędnych, by uwolnić Marcusa. Marcusa, który z kolei uwolnił nas wszystkich od przeklętej wiedźmy. Jeśli jeszcze tego nie wiesz, jestem Aurorą, panią tych ziem oraz zburzonego grodu, w którym niegdyś gościłeś. Nie wykonałeś swego zadania i co gorsza, nie chciałeś pomóc sir Marcusowi.
     - To zdrajca i morderca! Zaufałem mu, a on zabił Gonan! Ty zaś, pani, jesteś równie nikczemna jak on! Nigdy go nie uwolnię.
     - Twoja pomoc nie jest już niezbędna, sir Lucjuszu. Sir Marcus pokonał wiedźmę, a ja potrafię  teraz zdjąć rzuconą przez nią klątwę.
     - Może i uwolnisz zdrajcę. Ale tą wolnością długo się nie nacieszy! Zabiję drania przy pierwszej okazji! Przysięgam, możesz mi wierzyć.
     - Ależ wierzę, Szlachetny Panie. I dlatego nie dam ci takiej okazji.
     Marcus dostrzegł krążący nad głową dziewczyny kurz, oznakę zbierających się splotów powietrza.
     - Auroro, stój! - Nie wytrzymał i zrywając kotarę wpadł do głównego pomieszczenia, przyzywając własną moc. - Nie rób tego!
     - On nie może pozostać przy życiu. Nienawidzi cię bardziej nawet niż mnie. Sam słyszałeś, jakie rzucał  groźby.
     - Nie zabijaj go, to tylko słaby, zagubiony chłopak.
     - Ech, mężczyźni. Ktoś musi myśleć za was. Wiedziałam, że będziesz się sprzeciwiał i nie chciałam twojej obecności.
     - Tak, w tej sprawie sprzeciwię się nawet tobie. Dość już było śmierci!
     Aurora niespiesznie skierowała naznaczone kurzem sploty w kierunku nadal osłabionego Lucjusza. Marcus posłał  tam własne, by zablokować ten ruch. I przekonał się, że przemknęły bezsilnie. Nie napotykając wprawdzie oporu, ale też w niczym nie przeszkadzając dziewczynie. Po chwili rozpłynęły się bez żadnego efektu.
     - Jak już powiedziałam, ktoś tu musi myśleć, a mądrzejszy ustępuje temu o gorętszej głowie. Przynajmniej chwilowo. Berenika i stara wiedźma nie żyją, na kogo więc przeszła odporność na twoją moc, Marcusie?
     Chłopak zaniemówił. Prawda, ta akurat kwestia umknęła jego uwadze.
     - Auroro...
     - Kocham cię, Marcusie. Muszę to zrobić dla twojego własnego bezpieczeństwa. Nie tylko dlatego, że Lucjusz poprzysiągł ci śmierć. Zamierzacie ciągnąć go z Sudrun do Siedmiu Bram i dalej na Południe? Zdradzi was tam przy pierwszej okazji. Niech zginie tutaj, wśród śniegów Północy, które dochowają tajemnicy.
     - Nie, proszę cię! - Ustawił się tak, by osłonić chłopaka własnym ciałem, skoro już nie mógł uczynić nic innego. Co prawda, doskonale pojmował, że wobec mocy niewiele to znaczy. - Z mojego powodu zginęło już zbyt wielu, twój ojciec, Anita, Tamara, Gonan, Berenika... Nie zliczę nawet, ilu. Oni wszyscy byli dobrymi ludźmi, wydałem ich na śmierć.
     - A teraz bronisz akurat Lucjusza, chociaż to tchórz i głupiec. Bądź tak uprzejmy i odsuń się.
     - Auroro, powiedziałaś, że mnie kochasz. Oszczędź go, gdyż o to właśnie proszę.
     - Nie mogę, dla twojego własnego dobra. I nie rób sobie wyrzutów, tę śmierć wezmę na siebie.
     - Nie pojmujesz, że chcesz uczynić to samo, co dawne czarownice zrobiły starożytnym czarodziejom? Ilu z nich zginęło, zdradzonych w taki właśnie sposób? Ilu z nich zdradziły kobiety, które kochali i które zapewniały o własnej miłości?
     - Tego nie wiesz, tego nikt nie może wiedzieć.
     - Ale z pewnością byli i tacy. Ja też cię kocham, ale po czymś takim, jak mógłbym ci zaufać? Jak moglibyśmy kiedykolwiek dzielić łoże? Cień Lucjusza na zawsze pozostałby pomiędzy nami.
     - I tak zamierzasz dzielić łoże z Sudrun czy też  Bereniką. O ile pozbędziesz się obręczy.
     - Zamierzasz więc oszukać również sir Marcusa, Szlachetna Pani? Oszukać w takiej sprawie?
     - Ty także go oszukałaś, gwardzistko. I wcale nie dla dobra Marcusa.
     - Ale zadośćuczyniłam za moją  winę. Chociaż  jestem tylko dziewczyną z ludu.
     - Ach, skończże już wreszcie z tym ludem! Zresztą ja też jestem tylko rzekomą księżniczką z Ludu Północy, barbarzyńską księżniczką.
     - Potrafisz posługiwać się mocą, w twoich żyłach płynie szlachetna krew. Jesteś jedną z nich. Z tym tu, Lucjuszem, możesz zrobić, co zechcesz. Ale o jego życie prosi sir Marcus, a jeżeli w dodatku oszukasz panicza, to okażesz się wcale nie lepsza od tych księżnych i hrabin z Królestwa.
     - A niech was Dobrzy Bogowie, prawdziwy książę z Południa i zwykła dziewczyna z ludu! A ja jestem Aurorą, córką  tana Arnolda, pana tych ziem. Co obiecałam, tego dotrzymam. Daruję wam nawet tego głupca Lucjusza, na wasza zgubę! Wspomnicie jeszcze moje słowa.
     Szarpnęła gwałtownie splotami powietrza, kierując je jednak w stronę Marcusa. Poczuł, jak rozdzierają się i opadają spodnie oraz gatki. Następnie dziewczyna użyła o wiele subtelniejszych splotów, wyczuł  coś w rodzaju mrowienia wokół więżących przyrodzenie pierścieni.
     - Już! Kluczyk zdążyłeś zapewne gdzieś zdobyć. A jeżeli nie, wystarczy zręczny ślusarz.
     - Auroro...
     - Bądźcie uprzejmi opuścić moją kwaterę, wszyscy. Natychmiast. Jutro rano zwiniecie obóz i ruszycie na południe. Mówię to jako pani tych ziem!

nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użył 3460 słów i 19739 znaków.

2 komentarze

 
  • Leszek

    Nareszcie wolny, ale nie do końca. Wszystko ma swoją cenę

  • nefer

    @Leszek Tego musiał się nauczyć. Ale nie odrobił jeszcze lekcji do końca.
    Dzięki za wizytę i pozdrawiam.

  • emeryt

    Drogi Autorze tej wspaniałej sagi, nie spodziewałem się tak szybko kolejnego odcinka. Zwłaszcza że niedawno umieściłeś wspaniałego jednostrzałowca. Powracając do tego odcinka, to jest prosty w swojej formie, lecz jednocześnie wspaniały w treści. Pozostawia wiele wątpliwości odnośnie przyszłości głównych bohaterów. Aurora otrzymała dużo mocy, lecz jednocześnie, kazała im opuścić swoje ziemie. Co przyniesie przyszłość, wiesz tylko Ty. Sredecznie pozdrawiam, Życzę Tobie, wraz z Pierwszą Czytelniczką, a zarazem Dobrą Muzą dużo, dużo zdrowia, szczęścia, aby kłopoty omijały Was bardzo szerokim łukiem.

  • nefer

    @emeryt Ta opowieść zmierza już wyraźnie do końca, o czym świadczy śmierć kilkorga głównych bohaterów. I będzie to koniec logiczny (na te konieczność zwróciła uwagę  Pierwsza Czytelniczka), podczas gdy ja sam preferowałem początkowo sentymentalny. Logika opowieści ma jednak swoje prawa. Najwyżej Czytelnicy mnie przeklną, trudno.  :smh:  Dzięki za życzenia. Acha, zwróciłeś uwagę na "Reeboota". Owszem, to pojedyncze opowiadanie, oparte jednak na motywach mojej wcześniejszej powieści. Raz jeszcze pozdrawiam.