Nowy Świat Czarownic, cz. 68.

Rozkazy księżnej wykonano szybko i już wkrótce Lady Berengaria, Marcus, Lucjusz oraz trójka zbrojnych opuszczali obóz, dosiadając świeżych koni. Oczywiście, nie dano mu Demona i musiał zadowolić się jakąś chabetą. Prawdę mówiąc, obrażał w ten sposób wcale dzielnego rumaka, ale konieczność skorzystania ze znienawidzonego, męskiego siodła nie poprawiała chłopakowi humoru. Zdążył się już odzwyczaić od niewygód noszenia ochraniacza, nie tylko zresztą tych związanych z konnymi galopadami. Gdy niewielki orszak mijał jeden z zewnętrznych namiotów Marcus przysiągłby, że dobiegł stamtąd szybko stłumiony płacz bardzo małego dziecka. Słuch musiał go jednak zawieść, bo kto i po co zabierałby niemowlaka na niebezpieczną, zimową wyprawę?
     Ponure myśli odwróciły wkrótce uwagę od tego drobnego incydentu. Księżna otwierała szlak, ogrzewała i osłaniała siebie oraz towarzyszy drobnymi splotami powietrza i ognia. Marcus rozpoznawał je odruchowo, nie zaprzątając sobie głowy wybieraniem drogi. Tym bardziej dręczyły go wizje spalonego dworzyszcza i martwej Aurory. Wiedźma oświadczyła, że zwyciężyła barbarzyńców, zburzyła gród. Z pewnością była w stanie to uczynić i nie widział powodu, dla którego miałaby kłamać. A jednak, zdradzała objawy pewnego niepokoju... To pozwalało żywić jakieś nadzieje. Może nie dokończyła dzieła śmierci i zniszczenia, musiała wrócić po kolejną porcję mocy, którą zaczerpnęła od najmłodszych i najsilniejszych dostawców? To tłumaczyłoby niezwykły pośpiech nocnej wyprawy. Tylko po co ciągnęła ze sobą akurat jego samego i Lucjusza? Jako swego rodzaju strategiczny zapas magicznej siły? Ale w takim razie dlaczego zostawiłaby sir Olgierda? A jeżeli jednak zwyciężyła, co wydawało się najbardziej prawdopodobne, to co z Aurorą? Barbarzyńska dziewczyna obiecała ratować życie własne oraz ich nienarodzonego syna, ale czuła się też odpowiedzialna za swoich ludzi. Czy porzuciłaby ich, gdy wszystko byłoby już stracone? Obiecała... Rozumiała wagę własnego ocalenia i urodzenia obdarzonego wielką mocą potomka, potomka z czystej krwi linii Międzyrzecza. Co jednak przeważyło w jej duszy - nadzieja na przyszłość czy lojalność wobec poddanych i bitewna furia? Bo nie wątpił, że do walki tak czy inaczej stanęła. Źródła nadziei mógł się doszukiwać tylko w pośpiechu i niepokoju wiedźmy.
     Pogrążonemu w niespokojnych myślach Marcusowi droga upłynęła nadspodziewanie szybko. A może to księżna narzuciła wyjątkowo ostre tempo? Orszak zatrzymał się na skraju lasu, rozległą przestrzeń otaczającą gród barbarzyńców oświetlały już pierwsze zwiastuny brzasku. Chłopak wytężył wzrok... Niestety, wznosząca się niegdyś dumnie siedziba Arnolda i Aurory zamieniła się w wypaloną ogniem ruinę! W tej sprawie Lady Berengaria nie kłamała. Skinęła dłonią na towarzyszy i trąciwszy konia ostrogą ruszyła ku zgliszczom. Marcus z przerażeniem wpatrywał się w szczątki wieży, wałów, budynków gospodarczych, a przede wszystkim dworzyszcza. Czerniały na białym śniegu, dając dowód potęgi użytych żywiołów, potęgi ognia, który posłuszny woli czarownicy spalił drewnianą fortecę. Uderzenia mocy wiedźmy, mocy wydobytej również od niego samego, przewyższyły magię barbarzyńców. Aurora odparła kiedyś atak Berengarii, ale wtedy to ona dysponowała siłą Marcusa. A teraz obrończynie mogły użyć tylko mocy Lucjusza, najwyraźniej słabszej. Myśl ta nie przyniosła jednak żadnej satysfakcji.
     W miarę zbliżania się do ruin grodu dostrzegał kolejne ciała, zwęglone, przygniecione zwalonymi belkami albo pozbawione życia w inny sposób, żywiołem powietrza lub ziemi. Niektórzy próbowali najwidoczniej ucieczki, bo w świetle wstającego dnia ciemne sylwetki odcinały się od śniegu w wielu miejscach. Może ktoś ocalał? Przecież wiedźma nie miała ze sobą armii, co najwyżej kilku ludzi. Nie mogła być wszędzie naraz ani otoczyć grodu. Wpatrywał się w każde mijane ciało, obawiając się, że rozpozna Aurorę. Żaden z mijanych nieszczęśników nie okazał się jednak córką tana Arnolda. Co prawda, niektórych, zmasakrowanych bitewnymi czarami zwłok i tak nie dałoby się rozpoznać. Nie po raz pierwszy widział skutki użycia zaklęć bojowych, ba, sam również takowych używał. Z trudem powstrzymywał jednak mdłości. Dla sir Lucjusza widok pobojowiska stanowił całkowitą nowość. Gdy podjeżdżali do rozbitej i częściowo spalonej bramy, ciał przybyło. Marcus posłyszał odgłosy zamieszania, pan Trzeci zatrzymał konia i zsunąwszy się z siodła, klęcząc na śniegu, opróżniał zawartość żołądka.
     Księżna podjechała powoli do oszołomionego małżonka, na jej widok zdołał się nieco opanować.
     - Wybacz, szlachetna pani – otarł usta śniegiem i uniósł głowę. - Wybacz, ja nigdy...
     - To ty zechciej wybaczyć, Lucjuszu. Nie powinnam narażać cię na podobne widoki. - Ona również zeskoczyła z konia i objąwszy ramieniem trzeciego męża pomogła mu wstać. - Twoja obecność jest jednak niezbędna, właśnie teraz i w tym miejscu. To bardzo ważne.
     - Oczywiście, moja pani. Uczynię, czego tylko sobie zażyczysz. Ja tylko... - Ponownie pochylił głowę, czując, że nie zdoła powstrzymać kolejnej fali wymiotów. - Przepraszam... - dodał po chwili.
     - Wszystko w porządku, Lucjuszu. Nigdy dotąd nie widziałeś pobojowiska. I nie powinieneś ujrzeć, ale okoliczności są bardzo niezwykłe. Może to i lepiej, że zwymiotowałeś już teraz, zadanie, o które zamierzam cię poprosić, nie należy bowiem do przyjemnych.
     - Dlaczego obarczasz tym sir Lucjusza, Dostojna Pani? Czy ja sam nie wystarczę, by rozpoznać zwłoki barbarzyńskich kobiet władających mocą? Bo czyż nie w tym właśnie celu nas tutaj przywiodłaś?
     - Domyśl się, sir Marcusie, skoro po raz kolejny przejrzałeś moje plany.
     - Nie ufasz mi, Szlachetna Pani. Aurorę powinnaś jednak zapamiętać, ona nie upiększa swojej postaci.
     - Wolę się zabezpieczyć. Aurora była, co prawda, najbardziej niebezpieczna ale pozostałe też mogłyby narobić kłopotów.
     - I dlatego postanowiłaś zabić wszystkie, a przy okazji innych mieszkańców grodu.
     - Sam sprowadziłeś na nich to ryzyko. A teraz zechciej zsiąść z konia i bierz się do pracy, skoro pragniesz oszczędzić Lucjuszowi przykrych widoków.
     Pierwszą znajomą osobą okazała się Ragnega. Ciało pechowej i niezbyt urodziwej córki tana Rogwolda leżało przed głównym wejściem do spalonego dworzyszcza. Ją samą ogień oszczędził, była jednak z całą pewnością martwa. Może padła uduszona dymem lub sprowadzonymi magią splotami powietrza? W każdym razie zginęła w walce, zwracając się ku rozbitej bramie i usiłując zapewne  powstrzymać uderzenia wiedźmy.
     „Nadzieja poczęcia syna lub córki z linii krwi Królestwa nie przyniosła ci szczęścia, Ragnego. Wybacz wszystko, co uczyniłem, a zwłaszcza to, czego nie potrafiłem ci ofiarować.” - Wyszeptał w duchu, podnosząc się z kolan.
     - To jedna z nich, córka tana Rogwolda z klanu Srebrnego Lisa – oznajmił.
     - Nazywała się Ragnega - Lucjusz potwierdził słowa Marcusa skinieniem głowy. Trzymał się teraz zupełnie nieźle, niezgrabna dziewczyna była mu zapewne obojętna, a ciało nie okazało się szczególnie zmasakrowane.
     Potem było już gorzej, w ruinach stajni odkryli przygniecioną zawalonym dachem jedną z żon tana Holdera z Gorących Źródeł. Spoczywała obok nadpalonego ciała konia, może próbowała uciekać. Ogień oszczędził wprawdzie twarz, ale niewiele więcej. Lucjusz omal ponownie nie zwymiotował na zwęglone zwłoki. Krążyli tak przez jakiś czas, przyglądając się kolejnym, zmasakrowanym mieszkańcom grodu. Ludzie księżnej rozeszli się po ruinach, grzebiąc w  szczątkach i wyszukując coraz to nowe ciała. Niekiedy pomagała im sama wiedźma, odrzucając przy użyciu splotów powietrza co większe fragmenty zniszczonych budowli. Marcus i Lucjusz zmuszeni byli przyglądać się wszystkim zabitym. Rozpoznali jeszcze córkę tana Waltera z klanu Śnieżnego Niedźwiedzia, Marcus nie zapamiętał nawet jej imienia, a oto leżała tutaj martwa, płacąc za ambicje ojca, czy może również własne. Na widok okropnej rany w barku i wyrwanej niemal ręki dziewczyny pan Trzeci gwałtownie pobladł. Marcus odczuwał narastającą wściekłość i szybki przybór mocy, którego nie był wstanie osłabić nawet wpływ ochraniacza. Cóż z tego jednak, wobec wiedźmy pozostawał bezsilny.
     Wiele ciał zostało zmasakrowanych tak bardzo, że ich identyfikacja okazywała się niemożliwa. Rozpoznawał jednak wielu mieszkańców grodu, zwykłych, pozbawionych zdolności magicznych mężczyzn i kobiety, których poznał podczas swoich pobytów w dworzyszczu, a którzy często okazywali mu szorstką życzliwość. Najgorsza chwila nadeszła wówczas, gdy natrafili na Martę. Gospodyni poległa na posterunku, jakżeby inaczej, w kuchni. Nie posiadając żadnej magii nie mogła walczyć, ale próbowała przynajmniej gasić szalejący ogień. Ludzie księżnej znaleźli ją z wiadrem w ręku, wydobywając ciało spod resztek rozbitego pieca do wypieku chleba.
     - To Marta, zarządzała tym dworem. Przyrządzała znakomite piwo. I nie tylko piwo...      Gospodyni należało się przynajmniej to skromne wspomnienie, chociaż nie była w oczach wiedźmy nikim ważnym i zginęła przypadkiem. Wygłaszając te słowa poczuł łzy pod powiekami, nawet Lucjusz wyglądał na poruszonego. Odkrycie ciał kilku kolejnych kobiet obdarzonych mocą nie wstrząsnęło Marcusem aż tak bardzo, prawdę mówiąc, nie zawsze potrafił wymienić ich imiona czy klany. Zastępował go w tym Lucjusz, coraz bardziej blady i wypowiadający słowa coraz cichszym głosem. Aurory nie znaleźli, co ożywiało upadłe po ujrzeniu zniszczeń nadzieje chłopaka. Co prawda, wielu zwłok nie dawało się w żaden sposób rozpoznać. Inne mogły jeszcze spoczywać gdzieś w ruinach.
     Wiedźma rozkazała swoim ludziom, by kontynuowali poszukiwania i gromadzili odnalezione ciała na dziedzińcu. Sama skinęła na obydwu małżonków i wyprowadziła ich poza rozbite wały grodu.
     - Zostali jeszcze ci tutaj. Ci, którzy nie zdołali uciec. - Wskazała ręką na pokryte śniegiem błonia.
     Przedzierali się przez niewielkie zaspy, zbliżając do kolejnych, ciemnych sylwetek. Większość uciekała pieszo, niektórzy konno. Powaliły ich przede wszystkim sploty powietrza, zwłoki nie były więc zmasakrowane i z tego powodu łatwe do rozpoznania. A jednak, w jednym z przypadków nie potrafił dokonać jednoznacznej identyfikacji. Zawsze miał z tym kłopoty, czy to w świetle dnia, czy też wśród ciemności alkowy. Gonan czy Geldra? Która z bliźniaczek spoczywała tu w śniegu, sprawiając wrażenie, że tylko śpi? Dotknięcie dłonią lodowatego policzka martwej dziewczyny rozwiewało złudzenia. Zginęła niedaleko od zbawczej granicy lasu, mając już może nadzieję na ocalenie. Której z nich życzyłby tego ocalenia bardziej? Nie potrafił zdecydować. W pobliżu dostrzegł kolejne ciało, to zwrócony twarzą ku ruinom grodu tan Godryk, z zaciśniętą w dłoni rękojeścią miecza. Oręż niewiele tu pomógł. A może jednak, skoro druga z sióstr zniknęła?
     Lucjusz opadł na kolana obok Marcusa, on również dotknął dłonią zimnej twarzy, jego własna pokryła się niemal identyczną bladością. Czyżby znowu miał zamiar wymiotować?
     - Dlaczego? Szlachetna pani, dlaczego?
     - Stawiły opór, okazały się niebezpieczne dla Królestwa. Rozumiem, że to jedna z nich?
     - To Geldra znad Białej Rzeki. - Ciekawe, w jaki sposób zdołał ją rozpoznać? Marcus nadal miał wątpliwości. - Ona... Ja...
     - Usłużyłeś jej w łożu, sir Lucjuszu. Podobnie jak wszystkim pozostałym. Nie winię cię, chociaż można by uznać to za zdradę swojej pani i małżonki, a także zdradę Królestwa. Wybaczyłam już i słowa nie cofam. Wiedz jednak, że w ten sposób uczyniłeś te kobiety zagrożeniem dla nas wszystkich, zwłaszcza, jeżeli tej dziewczynie, naprawdę urodziwej, muszę przyznać, służyłeś ze szczególnym oddaniem.
     - Mówiłaś coś innego, mówiłaś, że weźmiesz je pod opiekę, obiecałaś!
     - One nie chciały tej opieki, sam widzisz.
     - Ale dlaczego akurat Geldra? Ja...
     - Jeżeli traktowałeś ją w szczególny sposób, prawdopodobnie stała się tym bardziej niebezpieczna.
     - I tym bardziej zasłużyła na śmierć, czyż nie tak, Dostojna Pani? – dodał Marcus.
     - Ty akurat, panie Pierwszy Małżonku, nie powinieneś zabierać w tej sprawie głosu. - Księżna zwróciła ku niemu zimne spojrzenie, spojrzenie błękitnych oczu Bereniki, co tym bardziej wstrząsnęło chłopakiem.
     - To ty zasłużyłaś na śmierć! Zasłużyliście oboje!
     Lucjusz poderwał się z kolan, odskoczył w tył i stworzył nad głową kulę ognia. Nie była zbyt duża, dziwne, że w ogóle potrafił zebrać tyle mocy po niedawnym oddaniu jej wiedźmie. Pomogła zapewne wzbierająca nienawiść.
     - Gińcie oboje!
     Nie mając doświadczenia, nieopatrznie spróbował podzielić żar i skierować atak w dwu kierunkach jednocześnie. Jak Marcus zdążył się już przekonać podczas własnych ćwiczeń, było to zadanie bardzo trudne nawet dla silnego i wytrawnego maga. Lady Berengaria bez trudu osłoniła ich oboje błękitną, ochronną tarczą. Właściwie, Marcusa osłaniać nie musiała, wytworzył bowiem własny kokon, a przeciwko Lucjuszowi jego magia okazała się skuteczna. Płomienie osunęły się bezsilnie, pan Trzeci kontynuował bezsensowny atak aż do wyczerpania zapasu mocy, co nie trwało długo. Księżna unieruchomiła następnie niezdolnego do stawiania oporu małżonka splotami powietrza.
     - Nienawidzę cię! Potrafię rzucać czary i przysięgam, że cię zabiję! Zabiję was oboje! - Łkał rozpaczliwie.
     - Będę więc musiała zabezpieczyć się przed tą groźbą, w taki czy inny sposób.
     - Ciała Aurory nie odnaleźliśmy – Marcus wolał nie wspominać o drugiej z bliźniaczek, Gonan albo Geldrze, której zwłok również nie rozpoznali.
     - Możliwe, że moi ludzie wyciągną ją jeszcze spod zgliszczy, musimy dokładnie przeszukać ruiny. Możliwe, że zwłoki są zbyt zmasakrowane i nie dało się ich zidentyfikować.
     - Sama w to nie wierzysz, Dostojna Pani!
     - Moja wiara nie ma tu nic do rzeczy. Aurora stanowi zbyt duże zagrożenie, z wielu powodów. Muszę zyskać pewność jej śmierci, w przeciwnym razie będę ją tropić bez wytchnienia.
     - Ciekawe, w jaki sposób zamierzasz zyskać tę pewność?
     - Taki sposób istnieje, Marcusie. Prosty i niezawodny, a przy okazji pomógłby rozwiązać ten drobny kłopot z sir Lucjuszem. I kilka innych problemów również. Z pewnością domyślasz się, cóż to za sposób? Muszę tylko odczekać kilka dni, nie dłużej niż dziesięć, jak sądzę. Może zresztą da się tę sprawę przyspieszyć. Wracajmy do grodu, dokończyć poszukiwania. - Chłopak wyczuł, że wiedźma uwolniła Lucjusza. - Aby wszystko ułatwić, nakazałam na odjezdnym przeniesienie obozu, powinni dotrzeć tu przed zmrokiem. A wam, moi panowie, zalecam nie rozpowiadać o tym przykrym incydencie. Uczynisz to, czego od ciebie oczekuję, panie Trzeci Małżonku, a może zyskasz moje wybaczenie dzisiejszego wybryku. Oczywiście, gdy już upewnimy się co do śmierci Aurory.

nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użył 2697 słów i 15599 znaków.

2 komentarze

 
  • Leszek

    Także nie spodziewałem się nowego odcinka tak szybko.
    Lucjusz się wnerwił, ale to za mało.
    Widzimy , że szykuje się zasadzka na Aurorę.
    Wiedźma liczy na to. Oby spotkała ją niespodzianka.

  • nefer

    @Leszek Nastawienie Lucjusza ma ogromne znaczenie. On sam wiele nie zwojuje, jak widac, ale jako jedyny w okolicy ma potencjal. Aurora jest zagrozona, ale jeszcze wieksze niebezpieczenstwo zagraza komus innemu. Z wielu powodow.
    Dzieki za wizyte i pozdrawiam, korzystajac z poprawy zasiegu.

  • emeryt

    @nefer, nie spodziewałem się tego, że tak szybko umieścisz kolejny odcinek. Dziękuję Tobie za niego. Troszeczkę rozjaśnia całą akcję. Jednak wiedżma ma coraz większy kłopot i wątpię czy da radę go rozwiązać. Jak już pisałeś, że nawet ona nie zna wszystkich tajników związanych z mocą (dlatego ich ciągle poszukuje), a to może być szansą dla jej przeciwników. Serdecznie pozdrawiam życząc dużo zdrowia dla Ciebie i całej twojej rodziny.

  • nefer

    @emeryt Tez wlasnie na to licze, ze nawet ona nie wie wszystkiego. Zwlaszcza, z przyczyn "naturalnych" nie wie wszystkiego o funkcjonowaniu magi "meskiej". Pozdrawiam z Mazur.