Powolne wygasanie

Powolne wygasaniePozostawiona w ciemnym pokoju, przez prześwit w drzwiach obserwowała co dzieje się za jedną z tych zasłon.
Ciocia Zosia siedziała przy łóżku mamy i przesuwała w dłoniach paciorki różańca. Głośny turkot maszyny do szycia, starego singera zakłócał ciszę. Pod palcami babci czarny materiał uciekał spod stopki maszyny. Lubiła ten odgłos. Tylko dlaczego mama taka blada? Dlaczego ma zamknięte oczy i nie uśmiecha się? – myślała. Na ścianach powoli kładły się przedwieczorne cienie, wielkie języki szarości. Nie pamięta, jak usnęła. A kiedy się obudziła, promienie słoneczne muskały cały pokój. Cisza, jaka panowała była dla niej zupełnie obca, inna, nie czuła zapachów dolatujących z kuchni, ani nie słyszała cudownego głosu mamy nucącego piosenki. Podeszła pod drzwi, spojrzała w szczelinę. Już wiedziała, że ona odeszła do nieba i tam będzie na nią czekać. Przytuliła mocno misia do piersi i oparła się pleckami o zimne kafle pieca. Czuła jej obecność i tłumaczyła sobie, że przecież mama umarła, ale nadal będzie ją kochać. Przecież była jej długo wyczekiwanym dzieckiem?
Kiedy ktoś z jej bliskich nieodwołalnie odchodził – myślała, że taka jest kolej rzeczy. Cały czas szła przez życie z pudełkiem kolorowych kredek. Zmęczona przystawała i zatrzymywała na chwilę wzrok, żeby zobaczyć co się dzieje dookoła.
Dokonywała operacji, współpracując ze swoją pamięcią i powracała do przeszłości. Stany takie wywoływały w niej zawsze lęk i jakiś rodzaj paniki. Stawały się dotkliwie nieodwracalne. Ktoś pracowicie zacierał ślady, zasłona przysłaniała zasłonę, a ta jeszcze następną i następną. Za tą grubą powłoką stała ona, trzyletnia dziewczynka z kręconymi pszenicznymi loczkami wokół twarzy, w krótkiej sukieneczce i sweterku wydzierganym grubym ściegiem. W jakim kolorze? Nikt tego nie pamięta, bo czarno-białe fotografie już wyblakły. Jej małe rączki opasują pajdę chleba posmarowaną gęstą śmietaną i posypaną cukrem.
Miała teraz od początku rysować obrazy w zmieniających się wnętrzach. Ustawiać przedmioty w przestrzeniach. Wybierać drogi i nazywać ludzi i rzeczy. Jak to robić? Kiedy zawsze lęk towarzyszył jej w tych instalacjach.

Pamięta obrazy z domu.
Wpatrzona we wzór położony wałkiem na ścianie przez pokojowego malarza, pomiędzy kiśćmi winogrona zobaczyła twarz mamy Marty, z warkoczem złotych włosów na głowie. Duże szafirowe oczy wpatrywały się w nią z wielkim skupieniem.

Od tamtej chwili jej malowane serca były atramentowe. Pozakrywała czerwień na laurkach dla mamy granatową kredką i ukryła głęboko w szufladzie.

Niedługo potem tato ożenił się z nową supermamą Lucyną. Nawet była podobna do tamtej, tylko usta malowała na buraczkowy kolor. Szczególnie mocno podkreślała łuk kupidyna i wyglądała z tym serduszkiem komicznie niczym klaun w cyrku.

Lata mijały. Jej atramentowe serca wypełniały szufladę.

Letnie popołudnie, dwudziesty drugi lipca – święto. Festyn i ona z rodzicami. Balonik w dłoni sześcioletniej dziewczynki unosił się nad głową. Miejsce do tańca zbite z desek, przygotowano pod rozłożystymi lipami. Ten taniec tamtych czasów i ich dwoje. Jakiś przytulany czy chodzony? Dziewczyna w czarnych lakierowych kozaczkach, biała bluzka wpuszczona w pas mini spódniczki. Przytupywała dziwnie obcasami, obracana przez miejskiego kawalera. Patrzyła na nich z zaciekawieniem, a zarazem lękiem. Z biegiem lat dowiedziała się, że w tamtym topornym tańcu był erotyczny przymus i walka. Coś, co ją przerażało, a zarazem absorbowało.

Pamięta jak tramwajem jechała po raz pierwszy do szkoły, a wrześniowy poranek i brązowy tornister na jej plecach lśniły w słońcu. Znowu lęk i ekscytacja. Nagle ręka supermamy puściła mocny uścisk jej dłoni. Pozostała sama pośród nowych twarzy i sprzętów.
Sikać! Krzyk wewnętrzny i ciepło strużki cieknącej po nogach wywołało strach. Potem ten epitet – szczoch i śmiech chłopca, głos pani – wstrętna dziewuchaaa... tkwiły w niej przez lata.

Pewnej wiosny rodzice oznajmili o przeprowadzce do innej dzielnicy. Co za tym szło, też do innej szkoły. W czerwcu zamieszkali w niedużej kamienicy przy ulicy Miodowej, w trzech ogromnych pokojach pomieścili swój dobytek. Nawet wielka szafa mamy Marty została odnowiona i stanęła u niej w pokoju. Wchodziła często do niej i rozmawiała z rodzicielką. Stare mieszkanie ojciec notarialnie przepisał na nią. Chodziła tam tylko po to, aby przewietrzyć pomieszczenia.

Za każdym razem zamknięta w pokoju, czuła ten pierworodny lęk. Byli tak szczęśliwi, że ten ich świat poprzekładany miłością słodką jak tort czekoladowy, musiał kiedyś nasiąknąć goryczą. Miała dwadzieścia dwa lata, kiedy tato nagle wsiadł do łódki Charona i popłynął w szczelinę mroku. Znowu następne życie zamknęła na zawsze.

Uśpiony lęk i ten cmentarz przypominający puszczę, w której oprócz nagrobków i macew* nie widziało się śladów ludzkiej działalności. Chodziły tam zawsze i pod ogromnymi cieniami starych drzew rozmawiały ze zmarłymi.
Wygasały powoli piece, a wraz z nimi Lucyna podupadała na zdrowiu, jej zachowanie coraz bardziej było nieprzewidywalne. Autodestrukcja i wszystko to, co do niej zmierzało. Skarżyła się na samotność i na lęki jakie ją nachodziły. Prawdziwe i urojone pretensje do świata i jego niezrozumienie.

Jedenaście lat po odejściu taty.
Urlop. Początek sierpnia, czekała na peronie na pociąg do Zakopanego. Gdy nagle przez megafon usłyszała swoje imię i nazwisko. Powiadomiono ją, że Lucyna jest w szpitalu. Z lękiem wybrała się do niej. A ona tylko poprosiła o wodę i maliny. W następnym dniu z malinami kupionymi na placu targowym poszła do szpitala. Chora zjadła kilka jagód i usnęła. Siedziała przy niej, nad ranem umarła. Zostawiła list – pochowaj mnie z nimi, w tamtej nie uczęszczanej, ocienionej starymi drzewami alei. Następne atramentowe serce spoczęło w szufladzie pośród innych.

Została sama.
Po dwóch tygodniach po pogrzebie jacyś obcy ludzie zapukali do drzwi. Krzątali się po pokojach. Machali przed nią jakimś dokumentem świadczącym o ich prawie do rodzinnego spadku. Niski mężczyzna z wypuczonym brzuchem w czarnych szelkach był bratem Lucyny i jego bardzo chudy zięć oraz córka z obfitym biustem wylewającym się z dekoltu obcisłej sukienki.
Wkładali do czarnych foliowych worków rzeczy. Chudzielec wyciągał z pawlaczy walizki i do nich pakował niemal wszystko. Pochylone sylwetki, zanurzone w głębi szaf powoli zapominały o wstydzie.
O! Futro, tamta bluzka śliczna. Jeszcze bielizna i buty, mocne i niezniszczone. Prawdziwy kryształ? I ten wełniany koc, komplet pościeli, obrusy i nawet okna zostały odarte z zasłon. Perfumy i nalewka z wiśni. Paczka papierosów i porcelana, broszka i buraczkowa pomadka do ust, puderniczka i haftowane chusteczki do nosa. Obrazy i lustro, lampka nocna wraz z abażurem, a z drugiej tylko klosz. Po części też ogołocili pokoje z mebli: fotele i stolik, sekretarzyk ojca i toaletka Lucyny, okrągły stół i cztery krzesła. – My tu jeszcze wrócimy! Na ich twarzach goszcząca pazerność śmała się do niej. Może to oni? – umarli przemawiali.
Dobrze, że pozostawili ciszę.

Co jeszcze pozostało do odkrycia? Jakie historie? Dzień przed najazdem tych obcych ludzi znalazła w biurku ojca plik dokumentów i listy, przewiązanych granatową gumką, jaką dawniej wciągało się do majtek. Nie była gotowa do obcowania z tymi skreślonymi słowami, jeszcze nie. Ojca i jego atramentowe serce też włożyła do swoich wspomnień.
Czasem między środą a czwartkiem rozpościera się ogromna przepaść, ale trzydzieści trzy lata może minąć w okamgnieniu. Czas nigdy nie jest prostą drogą, raczej pokręconym zwojem labiryntu i jeśli przycisnąć się do ściany w odpowiednim miejscu, będziemy słyszeć spieszne kroki i głosy. Tam, właśnie tam po drugiej stronie.

Nie był to właściwy dzień na spacer. Dziki, z przesuwającymi po niebie tłustymi chmurami. Jak w kalejdoskopie raz upał, a raz chłodny wiatr targał jej włosy i uderzał w policzki liśćmi fruwającymi dookoła. Skierowała swe kroki w kierunku Miodowej.

Weszła.
W ich mieszkaniu znajdowała się nieduża kafejka. Dobry punkt w dzielnicy żydowskiej na trasie wycieczek turystycznych. W dawnej kuchni stał bar. W jej pokoju w kącie przytulała się jakaś para. Odgłos zapalniczki i zapach tytoniu. Ktoś zmieniał film w aparacie i głosy... Wieża Babel.
Nie było tam nikogo, znikły gesty, słowa nieżyjących, żadnych śladów. Tylko sufit, podłoga, mocne fundamenty i zapach świeżo parzonej kawy, herbaty. Przygodni ludzie siedzący pomiędzy umarłymi i ten lęk, który krążył w powietrzu. Chłodził jej twarz. Tylko ona wiedziała, że może popatrzeć tak samo, jak kiedyś na te miejsca niezmienione przez upływający czas.

Jednak kartki zapisane atramentowym sercem blakły jak jej oczy...



Przypis z Wikipedii
* macewa (hebr. מַצֵּבָה) – żydowska stela nagrobna, najczęściej w formie pionowo ustawionej, prostokątnej płyty kamiennej lub drewnianej (od XIX w. także żeliwnej) zwieńczonej linią prostą, trójkątem, półkolem lub dwoma odcinkami koła. Górną jej część wypełnia płaskorzeźba, dolną zaś inskrypcja (epitafium).

807 czyt.
100%246
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii obyczajowe, użyła 1674 słów i 9534 znaków, zaktualizowała 27 lis 2018.

6 komentarzy

 
  • Margerita

    Margerita · 20 czerwca

    Bardzo smutny tekst o przemijaniu a ludzie się zachowują jakby mieli żyć wiecznie łapka w górę

  • nefer

    nefer · 4 gru 2018

    Kolejny przejmujący  
    Tekst o dochodzeniu i przemijaniu. Brakuje tu optymizmu ale jest jakieś ciepło.

  • Somebody

    Somebody · 28 lis 2018

    Jest tu taka pełna uroku nostalgia, którą uwielbiam. Brawo  

  • AnonimS

    AnonimS · 28 lis 2018

    Dobre i przejmujące. Zmusza do zastanowienia, zwłaszcza ludzi co utracili bliskich. Zestaw na tak. Pozdrawiam

  • AlexAthame

    AlexAthame · 28 lis 2018

    Bardzo delikatne, pełne treści.  

  • MrHyde

    MrHyde · 27 lis 2018

    Coś się chyba zgubiło: "Wpatrzona we wzór połKiedy ktoś", "Pamięta obrazy z domu. ożony wałkiem".  
    Sentymentalne opowiadanie - rzekłbym - krakowskie.