Pogaduchy zajechanej (5)

Pogaduchy zajechanej (5)Tam wysoko w górze rozpamiętywałam swoją decyzję. Pytanie, czy dobrze zrobiłam, pojawiało się jak mantra. Na kolanach leżał przewodnik po Kenii, lecz ani razu nie zerknęłam do niego. Myśli uciekały do Filipa. Zamknęłam oczy i nie wiem, kiedy przysnęłam.  
Wysyłałam pocztówki ze świata do ludzi, których nie znałam. Wahałam się, o czym do nich pisać, czy mówić całą prawdę, próbować je swoim losem uszczęśliwiać, a może zwierzać się z dolegliwości, jakie szykował los. Pojawiały się też osoby, które znałam, lecz one szybko znikały. Nie zdążyłam rozwiać wątpliwości, kiedy się obudziłam. Kilka kartek po tym śnie pozostało. Każda ostemplowana. Zabrałam je ze sobą do rzeczywistości. Tam w górze nie wiedziałam, tego jeszcze, że zaznaczą one najważniejsze etapy walki: potyczki i potknięcia. Cienie zwycięstw. Może los znaczył inny kształt, ale w albumie moich dziejów tylko te akapity wydawały się ważne.


***
Nabrzeże portowe. Skulony jak pies szedłem w znajomym kierunku. Zdążyłem w ostatniej chwili przed zamknięciem pubu.
— Przyszedłeś — powitała mnie barmanka, czym nie wydawała się wcale zdziwiona. — Tylko jedno piwo — usłyszałem. — Późno już. Niecały kwadrans pozostał — poinformowała, wypełniając do pełna kufel.

Inni też tu wracają, nie tylko dwa razy do roku, uświadomiłem sobie i poczułem lekkie ukłucie w okolicy lewej pachy. Nie jestem i nigdy nie byłem dla nikogo, poza jedną kobietą. Barmanka wcisnęła guzik wysłużonego odtwarzacza i popłynęły słowa piosenki żeglarskiej – „Dziewczyna marynarza”. Znałem tę piosenkę na pamięć. Mój stary kapitan nucił ją w czasie flauty, kiedy dla zabicia nudy graliśmy w karty.
— Idealna dla dziewczyny marynarza — zauważyłem kiedyś i dodałem jeszcze. — Dla szczwanej flądry, którą... i umilkłem, widząc twarz bosmana.  
Tego, który nigdy nie wyraził dobrego zdania o żadnej kobiecie, nawet o własnej matce.
— Odrobinę szacunku, szczylu — warknął, rzuciwszy kartami o stół i podreptał na górny pokład.  
Pobiegłem za nim. Przysiadłem obok i czekałem. Marznący deszcz i długie milczenie paraliżowało mnie.
— Nie lubię, kiedy ktoś popisuje się mądrością — odezwał się wreszcie. — Jeszcze nic go nie poraniło, a już powtarza ze słyszenia opowieści. Jak ci niedzielni żeglarze, co śpiewają o chłopcach z Albatrosa.
— Zwolnij — odezwała się, odrywając mnie od myśli. — Jeszcze trochę mi zejdzie.
— Mówiłaś o kwadransie — przypomniałem.
— To nie Titanic — dodała. — Kwadrans więcej nie zrobi różnicy — uśmiechnęła się uroczo.
Dostrzegłem dopiero teraz jej jasne włosy i drobną sylwetkę, a w świetle pubu wyglądała dziwnie blado. Po chwili powróciłem do swoich myśli. Kapitan od tamtego czasu był dla mnie niczym ojciec. Jako młody po studiach lekarz zaciągnąłem się na statek, kochałem wolność i oddychanie całą piersią. Po roku w portowej tawernie poznałem kobietę moich marzeń. Myślałem, że na zawsze. Los był innego zdania. Trzy lata minęły, a ja nie potrafiłem wyrzucić jej szczoteczki do zębów po pierwszej wspólnie spędzonej nocy. Bo trzymałem w łazience jak trofeum, sam nie wiem, po co. Żeby pamiętać, jak mogłoby potoczyć się moje życie, gdyby polskie drogi nie posiadały dziur, a kierowcy jeździli mniej brawurowo. Może nie chcę, może nie mam odwagi rozpocząć nowego etapu. Tylko ona potrafiła odrywać kartki z kalendarza o tej samej porze co ja... więc ta szczoteczka przypominała, że to nie jest mój dom, tylko nocleg, azyl, w którym liżę swoje rany jak bezdomny pies.
— Bolesne wspomnienia, co? — zagaiła znowu. — Trudno się uwolnić...
— Bolesne wspomnienia — powtórzyłem cicho.
— Bo nic nie smakuje lepiej od chleba powszedniego — skwitowała.
— Bo nie istnieje inne pożywienie — westchnąłem do siebie. — Pewnych rzeczy nie da się wyrzucić na śmietnik lub zamknąć w pawlaczu. Musimy zastąpić je czymś mniej szkodliwymi.
— Więc czemu nie zostaniesz na lądzie? — zapytała, mrużąc oczy.
— Zwykle decydują za nas inni, nie sądzisz? — odpowiedziałem pytaniem na pytanie. — Okoliczności, czas i miejsce, do którego jesteśmy przyczepieni jak rzepy — wyjaśniłem.
— Szczerze? — znowu przymrużyła oczy. — Przeceniamy własną przeszłość. Jesteśmy rozdarci pomiędzy tym, co było, a tym, co gdyby...

Patrzyłem w martwy punkt, gdzieś w dali jej słowa milkły. Ciekawe, czy ona kochała kogoś aż tak, żeby rzucić wszystko. Czułem, jak w gardle rośnie mi ogromna gula, zacząłem się dusić.
— Oddychaj! Nie przestawaj! — krzyczała przestraszona.
— Nic mi nie jest — odpowiedziałem cicho. — To tylko ból.
— Jesteśmy niczym delfiny. Tak jak one cenimy sobie przyjaźń i rodzinę ... Umieramy tak samo zaplątani w sieci — dodała. — Dusimy się latami.
— Ty myślisz, że to tak łatwo — wyrzuciłem z trudem. — Spakować szarość dni do worka i zacząć wszystko od nowa, od zera? Właśnie to zrobiłem — zawyłem. — Zarzuciłem worek na ramię i wyszedłem w ciemność.  
Za pięć dni czeka mnie lot do Kenii. — Ahoj przygodo! — wrzasnąłem.


Kiedy pięć miesięcy temu zadzwonił kolega z propozycją wyjazdu, uznałem, że to poroniony pomysł. Ceniony neurochirurg z Warszawy organizował misję medyczną i kompletował skład.
— Arturze, ty chyba zwariowałeś! — krzyknąłem.
— Maciek i ty to mówisz? — odpowiedział pytaniem na pytanie. — Pamiętasz swój wybór, kiedy oznajmiłeś, że wypływasz w morze na trzy lata — zaśmiał się.
— To samo mi wtedy powiedziałeś — stwierdziłem i coś zaświtało w mojej głowie. — Ile mam czasu? — zapytałem.
— Dwa dni, bo wiedz, że są chętni — poinformował stanowczo.
— A co Beata na to... — To przeszłość — przerwał poirytowanym głosem. — Czekam na telefon — hej.

Byłem zamyślony, kiedy usłyszałem, chrząkniecie.
— Coś pana trapi oficerze? — zapytał bosman.
Popatrzyłem na niego i bez słowa powróciłem do swoich myśli.
— Robota czeka, ale wieczorem — bosman zawiesił głos dla podkreślenia dramaturgii — wrócimy do tematu doktorze.
Wrócił. Moją decyzję przyjął ze spokojem.
— Bo wiesz, z lądem jak z kobietą — stwierdził. — Najlepiej trzymać się z daleka. Ale... Nie dokończył już nigdy.
Jego śmierć zaskoczyła wszystkich.


***
Cała podróż przebiegała lepiej, niż się spodziewałam. Głos stewardesy poinformował nas o lądowaniu. Nastąpiło poruszenie wśród pasażerów. A u mnie ciągle ten niepokój tkwił gdzieś w głowie.
— Proszę, to chyba pani książka — usłyszałam zachrypnięty głos.
Dopiero teraz zauważyłam obok szpakowatego mężczyznę o wypłowiałych niebieskich oczach. Twarz poorana zmarszczkami i z blizną lewej kości policzkowej. Mocna hebanowa opalenizna ładnie kontrastowała z błękitną koszulą.
— Tak moja. Dziękuję — uśmiechnęłam się od niechcenia.
— Proszę — rzekł. — Gdyby nie książka, nie poznalibyśmy się. — Maciek — rzucił, podając dłoń.
— Dobrochna — odwzajemniłam uściskiem.

Wylądowaliśmy w Nairobi-Embakasi*. Po wyjściu z klimatyzowanego samolotu uderzyło w nas upalne, gęste powietrze. Nad nami rozciągał się widok rozgwieżdżonego nieba. Przed wyjściem z hali odpraw czekały cztery terenówki Toyota. Ruszyliśmy oświetloną autostradą na zachód. Po jakimś czasie ogarnęła nas niesamowita ciemność i cisza. Co przyniesie świt? Myślałam.



Przypisy z Wikipedii:
*Port lotniczy Jomo Kenyatta – międzynarodowe lotnisko położone 15 km od Nairobi. Jest największym portem lotniczym Kenii i siódmym w Afryce. Port został otwarty w 1958 roku. Lotnisko znajduje się w Embakasina przedmieściach na południowy wschód od Nairobi, 15 km od centrum miasta. W pobliżu przebiega Autostrada Mombasa i jest główną drogą łączącą Nairobi i lotnisko.

1 221 czyt.
100%231
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii obyczajowe, użyła 1349 słów i 8077 znaków, zaktualizowała 22 lip o 20:09.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 27 czerwca

    Co przyniesie ta podróż?