Pogaduchy zajechanej (4)

Pogaduchy zajechanej (4)Wróciłam, a kiedy podjechałam pod dom i spojrzałam w ciemne okna, ogarnęła mnie pustka. Poczułam łzy na policzkach i ucisk w żołądku. Weszłam do windy, wcisnęłam guzik na czwarte piętro. Otworzyłam drzwi i bezszelestnie weszłam do mieszkania. W przedpokoju poczułam zapach róż. Pierwsza myśl... on czeka na mnie. Niestety, czekała tylko jego nieobecność i cisza, która była pusta. Niewypełniona niczyim oddechem, niczyim spojrzeniem.
Obok opadłych czerwonych płatków leżała kartka. Rozłożyłam... Przez chwilę będziemy szczęśliwi. Na zawsze Twój Roman.
Michalina zapomniała zabrać.
Odsłuchałam wiadomości i puściłam wodę do wanny. Zaczęłam powoli rozgaszczać się w betonowej szczelinie. Po kąpieli, z butelką śliwowicy usiadłam w fotelu i opuściłam igłę głowicy gramofonu na moją ulubioną płytę. Towarzyszył mi jednostajny rytm podany na werblu na początku utworu. Dynamika narastała przez włączanie w tkankę dzieła kolejnych instrumentów. W moje arterie też powoli wpływał aromatyczny płyn i łączył się z bólem. Płakałam i krzyczałam coraz głośniej i kiedy po siedemnastu minutach kotły zakończyły utwór, moja butelka też była pusta, i ja urżnięta w cztery dupy. Ukochany Ravel pożegnał mnie z Michaliną.

Osiem miesięcy później.

Biegłam po mokrym bruku. Mrok wypełzał z bram i ślepych zaułków. Walizka podskakiwała i traciła kontakt z podłożem, upadając z łoskotem, stukała w takt szpilek. Rajstopy kleiły się do nóg. Paranoja, biegać tak po kałużach... pomyślałam.
Nerwowo rozejrzałam się dookoła. Czy na pewno biegnę w dobrym kierunku? Nie znałam tego miasta. Kto to widział, żeby w dwudziestym wieku nie było taksówek. Nikogo nie było: ani ludzi, ani psów, ani samochodów. Cisza i tylko delikatny plusk ostatnich kropel muskających kałuże przerywał jej głębię. Usłyszałam zbliżające się pośpiesznie kroki. Zdecydowałam błyskawicznie przyspieszyć. Ciągle jeszcze nie złapałam oddechu. Chyba powinnam rzucić palenie, zacząć, do cholery, uprawiać jakiś sport, może bieganie? Uśmiechnęłam się. Kuriozalny pomysł! Dobrze wiedziałam, że moim ukochanym sportem była... praca. W miarę przyzwoitą figurę dostałam w pakiecie z genami po ojcu i po osiemnastej piłam już tylko, co najwyżej, wino. Zerknęłam w uliczkę, kroki ucichły.  

Biegłam do przodu jak Łapa Jaguara w swoim szaleńczym biegu po wolność.

Na peronie kłębił się tłum. Ludzie patrzyli tęsknie w kierunku, z którego miał nadjechać pociąg. Miał. Jednak z dali przerażała tylko pustka. Bieg ukończyłam dwie minuty przed odjazdem pociągu. Kiedy zobaczyłam ten tłok, myślałam, że pomyliłam perony i w następnej sekundzie, że muszę zapalić, aby złapać oddech. Wyświetlacz nad peronem mrugał tylko „Pociąg do Krakowa”
Zegary kradły czas. Nic się nie działo. Podróżni nerwowo dreptali w miejscu. Poza tym bolały mnie nogi. Znalazłam za murkiem wolną przestrzeń i tam udało się rozsunąć suwak walizki i wsunąć stopy w suche nowiuteńkie adidasy, które kupiłam wczoraj. Wcześniej ściągnęłam rajstopy z puszczonymi oczkami. Wcisnęłam je pomiędzy szczelinę w murze.
Spojrzałam na zegarek i rozkład jazdy... Ok, pociąg opóźnia się... co dalej?
Myśli biegły gdzie indziej... Filip odezwał się i dzisiaj jesteśmy umówieni na kolację. A ja stoję jak głupia na peronie. Nawet nie mogę się przecisnąć do budki telefonicznej.

— Podróżni oczekujący na opóźniony pociąg do Krakowa proszeni są o uwagę...

Ostry głos informujący o zwiększeniu opóźnienia do stu trzydziestu minut wyrwał mnie z rozmyślań. Tłum na peronie zafalował i słychać było przekleństwa. Chryste Panie, nie będę tu tkwić wieczność. Może pójdę zadzwonić i napić się herbaty. Rozejrzałam się. Moją uwagę przykuł mężczyzna. Stał i bezradnie trząsł się z zimna. Był zdecydowanie za lekko ubrany. Obcokrajowiec — myślałam, czy nie pomóc. Spojrzał na mnie. Po chwili zniknął w tłumie, a ja marzyłam o wannie. Byłam głodna i zła. Myśl o sterczeniu na peronie, a potem podróż w zatłoczonym i śmierdzącym wagonie napawały mnie odrazą.
Deszcz przestał siąpić i zrobiło się trochę cieplej i jaśniej. Głośniki zapowiedziały, że pociąg do Pragi Czeskiej odjeżdża za trzy minuty z peronu drugiego.
Może by tak do Pragi? Secesję pooglądać na ulicach. Odpocząć od szarości. Wsiąść i odjechać tak po prostu spontanicznie. Z zamyślenia wyrwał mnie następny komunikat. Podstawią dodatkowy skład do Krakowa. Jeden dla wszystkich. Wszyscy do jednego?!
Pociąg wjechał i zahamował ze zgrzytem. Tłum ruszył, krzyki i zawołania, płacz dzieci. Istna paranoja.
Drzwi wagonu pierwszej klasy, zdecydowanie były mniej oblegane. Ruszyłam w tamtym kierunku. Weszłam do pierwszego przedziału.
— Znowu się spotykamy — zagadnął i pomógł wrzucić walizkę na półkę.
— Dziękuję — uśmiechnęłam się i usiadłam naprzeciwko niego.
Ruszyliśmy. Rozmawialiśmy o sprawach ważnych i mniej ważnych. Wreszcie dojechaliśmy. Na dworcu wymieniliśmy się wizytówkami. Tyle godzin razem, a nie znaliśmy swoich imion.
— Dobrochna — przeczytał na głos moje imię. Podniósł głowę. — Ładne, takie niespotykane — powiedział z uśmiechem.
Na chwilę zgubiłam rytm oddechu. Patrząc w zielone oczy, zapytałam:
— Czy możemy sobie mówić po imieniu?

Szłam na postój taksówek, a w kieszeni raz po raz dotykałam niewielki kartonik.
W domu byłam przed północą, odsłuchałam pięć wiadomości od Filipa. Nie będę dzwonić o tej porze... zadzwonię jutro. Wyciągnęłam wizytówkę z kieszeni kurtki i włożyłam do kalendarza. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wyjmę ją kiedyś.

Nazajutrz po powrocie z pracy zadzwoniłam do Filipa. Kobieta Zostaw-Go-W-Spokoju-Dziwko nie pozwoliła porozmawiać. Kilka moich prób dzwonienia zakończyła kobieta Przez-Ciebie-Zachorował-Mój-Syn. Potem już dałam sobie spokój. On też nie dzwonił. A ja nadal go kochałam. Tak bardzo potrzebowałam jego bliskości.
Chciałabym, żeby mnie tu w tym miejscu nie było, chciałabym wrócić do czasu, w którym wszystkie decyzje tylko z pozoru jeszcze nie zostały podjęte. Przez nikogo oprócz mnie samej. W tamtym czasie wydawały się dobre. Dzisiaj są jak pełzająca śmierć, dla której nie jestem stworzona. Nie jestem też przed nią chroniona. Nie jestem przygotowana. Przyjmuję wszystko, nie znam słowa „nie mogę”. Jestem jak nieszczelna łajba jak sparaliżowany żółw. Bawię się w życiu, lecz ciągle przy tej samej muzyce.
Linia mego istnienia?. Ani straszna, ani też przyjemna. Brakuje mi zawsze jednego dnia, aby zjawiska miały sens. Mój stan umysłu to najwewnętrzniejsze jądro i najzewnętrzniejsza ciemność.
Pomijając wszystko, jestem uprzywilejowana jak cholera. Jestem zdrowa, mam co jeść, mam finansowe zabezpieczenie, ale... nigdy pewnie dosyć... seksu i pieniędzy.
A jednak. Dopada mnie nagły defetyzm. Dlaczego miałabym wprowadzać zmiany? Ciągle pytałam.

Minęły dwa miesiące.

Wtedy podjęłam decyzję wyjazdu do Afryki z grupą lekarzy i personelu medycznego. Polska Misja Medyczna miała trwać pięć lat. Elżbieta stwierdziła, że zwariowałam.
Wcześniej przed wyjazdem byłam u Romana, wziął mnie za rękę i powiedział:

— Mała jedź i wracaj. Nie jesteś stworzona do tej roli, zginiesz wśród choroby i nieszczęścia. Co z twoim życiem i karierą. Będzie ci ciężko. Spłyniesz w dół rynsztoka, ale wypłyniesz. Rób tylko to, w czym jesteś dobra. Jak nie spróbujesz, nie dowiesz się nigdy, na czym ci w życiu zależy.
A ja chciałam oczyścić się z tej toksycznej miłości. Wtulona w jego ramiona szlochałam jak mała dziewczynka.

Pół roku potem.
Nie posłuchałam nikogo – leciałam do Kenii... c.d.n

kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii obyczajowe, użyła 1404 słów i 7963 znaków, zaktualizowała 22 lip 2019.

2 komentarze

 
  • AlexAthame

    Dobrze się czyta.Zyciowe. :)

  • kaszmir

    @AlexAthame Dziękuję za cierpliwość w czytaniu. Pozdrawiam

  • AnonimS

    Gdyby nie problemy uczuciowe bohaterki w tle , to wyszedł Ci autorko realistyczny obraz polskiej kolei.

  • kaszmir

    @AnonimS Masz w zupełności rację o PKP, ale taki mamy klimat. Ten wątek musiał się wpasować w opowieść a dlaczego?  

    Dziękuję i miłej niedzieli

  • AnonimS

    @kaszmir fakt  :P  sorry , taki mamy klimat   :blackeye: