Pogaduchy zajechanej (2)

Pogaduchy zajechanej (2)Wróciłam do pustej szczeliny pośród betonowej konstrukcji prawie nad ranem. Gdzieś tam na wschodzie Słońce budziło się do życia. Jak dobrze, że niedziela – pomyślałam. Wzięłam prysznic, nastawiłam budzik... usnęłam.

Punktualnie o czternastej zadzwonił domofon. Wjechał na górę i zagwizdał z podziwu, gdy mnie zobaczył. Przytuliłam się do niego, lecz on nie odwzajemnił, tylko poprosił o wodę.
— Gotowa? — zapytał. — To jedziemy, mamusia nie może się denerwować.
— Daj mi jeszcze chwilkę, muszę do toalety — rzekłam.
Usłyszałam ciężkie westchnienie.
Wsiedliśmy do jego mercedesa, granatowy lakier lśnił się jak noc Kairu. Jechaliśmy w milczeniu. Przekroczyłam po raz drugi próg domu Pelczarów i poczułam ten sam chłód co poprzednio.
— Jesteśmy! — krzyknął Filip.
Weszliśmy do salonu. Zza dębowych drzwi wyszła kobieta Jak-Ty-Wyglądasz-W-Tej-Szmacie — powitała mnie z sarkazmem.
Poczułam łzy w oczach, a Filip stał jak cielątko. Kobieta Mogłabyś-Pomoc-Ale-Ty-Nic-Nie-Potrafisz? — zniknęła za drzwiami, pozostawiając echo kłujących słów.
Mój chłopiec, zamiast przytulić mnie oznajmił chłodno:  
— Pójdę pomóc mamie — i nie czekając, co odpowiem, pobiegł w stronę kuchni.
Słyszałam jazgot kobiety Kto-To-Widział-Mężczyzna-W-Kuchni...
Około czterdziestu minut trwało przygotowanie stołu i układanie serwetek, sztućców, zastawy, a na przystawkę dostawałam przekąski słowne.  Po czym na stół wjechała ta słynna nadziewana kaczka kobiety Ty-Nigdy-Mu-Nie-Dogodzisz.
Obiad przebiegał w atmosferze złośliwych uwag i kobieta Zawsze-Będziesz-Zajechana uświadomiła mi, na jakiej jestem pozycji w oczach przyszłej teściowej. Byłam spętana niczym w kaftanie bezpieczeństwa i nie potrafiłam uwolnić tych powiązanych troków z mojego umysłu. Przydomek „zajechana” oznaczał przybłędę z innego świata. Filip siedział spokojnie, a kiedy się odzywał, jego słowa wydawały się poranione i zwinięte w kłębek.
Gdy wyraziłam chęć pójścia do domu i poprosiłam o odwiezienie, kobieta Przecież-Są-Taksówki popatrzyła na mnie... można zamówić.

Pod koniec września Filip zabrał mnie do swojej ciotki Magoniowej, najmłodszej siostry jego ojca. Starej panny, mieszkającej w Zawoi, na widowisko powitania jesiennego redyku* – powrót pasterzy z owcami do domu. Jego dziadek kiedyś był najważniejszym bacą we wsi.  
Cały wyjazd został zaplanowany w tajemnicy przed kobietą Z-Hołotą-Się-Nie-Zadawaj. Ciotka wiedziała naprawdę wszystko, wyznała mi w tajemnicy wiele smakowitych szczegółów z życia swojej bratowej. Jej rodzice, matka — sprzątaczka w kancelarii prawniczej na Podwalu i ojciec magazynier w składzie dywanów przy ulicy Filipa, poczęli kobietę Ja-Pochodzę-Z-Mieszczańskiej-Rodziny w przypływie, Bóg wie jakiego szaleństwa, pomiędzy ławką w parku, a już dawno wyschniętą sadzawką. Oboje pozbawieni polotu i wyobraźni, żyli w całkowitej zgodzie, poukładani jak akta w kancelarii, prości i banalni jak wzorzyste dywany-nieloty w hurtowni.
Kiedy zmarł ojciec kobiety Dobrze-Że-Odszedł, jej matka awansowała na gońca. Za niedługo dużo starszy od niej adwokat został wdowcem, nic nie stało więc na przeszkodzie pocieszyć starca. I tak została mieszczanką, panią adwokatową.
Dalsze losy rodziny, do której za niedługo miałam wejść, zostały przerwane przyjściem Filipa.
— Jestem gotowy, możemy wychodzić — zakomunikował.

Wyszliśmy na festiwal.
Po powrocie ciotka Michalina podstępem zaplanowała złamanie przysięgi nieczystości przez Filipa. Sprawiła to jej nalewka. We wsi mówili, że nalewka Magoniowej ma diabelską moc i kto się jej napije, ten traci rozum. Tamtej nocy czuliśmy się tak naturalnie, jakbyśmy byli kochankami od lat.
— Mamy całą noc, żeby robić, co zechcemy — powiedział.
To najseksowniejsze słowa, jakie słyszałam w życiu... pomyślałam. Kochaliśmy się, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Leżeliśmy w skotłowanej pościeli i uczyliśmy się naszej nagości na pamięć, kawałek po kawałku. Byłam taka szczęśliwa. Powoli zapadliśmy w sen, z którego wyrwało nas pukanie do drzwi i głos ciotki.
— Wstawać! — krzyczała — już dzwonią na Anioł Pański.
Pierwsza zeszłam do kuchni, gdzie krzątała się gospodyni i pachniało kawą zbożową z mlekiem. Zapach ten przypominał mi dzieciństwo, w którego domu już nie było. Po śmierci matki trzeba było sprzedać, by spłacić długi.
— Dobrochna... co ty, płaczesz? — zapytała ciotka, przytulając mnie.
Po chwili pojawił się Filip, uśmiechnięty i nucący pod nosem Yesterday. To był ten sam chłopiec, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy go zobaczyłam. Byłam pewna, że chcę z nim być. Jednak wiedziałam, jaki ogromny trud czeka mnie, aby na naszej drodze nie stanęła kobieta Nigdy-Nie-Będziesz-Z-Nią-Szczęśliwy.
— Dziękuję — szepnęłam Michalinie na pożegnanie.
— Nie daj się mała — mrugnęła do mnie. — A w razie czego, wal jak w dym.

Wyjechaliśmy późnym popołudniem do Krakowa. Pod domem poprosiłam go o pozostanie na noc, wszedł ze mną na górę.
Znowu kochaliśmy się, ale tym razem przerwał nam dźwięk telefonu, kiedy podniosłam...
— Czy mogę rozmawiać z synem! — krzyczała kobieta Bez-Wstydu-Jesteś-Dziewucho.
— Niestety nie, bo nie ma go u mnie — skłamałam — i nie wiem, gdzie jest.
Odłączyłam telefon z gniazdka i wróciłam do pokoju.
— Kto dzwonił? — zapytał.
— Pomyłka — odpowiedziałam.
Patrzyłam, jak śpi i wreszcie byłam z siebie dumna. Odfajkowałam punkt pierwszy swojego planu i zaczęłam realizować w myślach punkt drugi... A gdyby tak zamieszkać z Filipem przed ślubem?
Jednak nasze studia, wykłady, praktyki w szpitalu, w sądzie, kolokwia, przesiadywanie w bibliotece sprawiały, że sprawy wspólnego zamieszkania zeszły na plan dalszy. Spotykaliśmy się pomiędzy okienkami i w weekendy, oczywiście niedzielne obiadki były wpisane w życie jak tatuaż i nie do usunięcia.

Czerwiec... kończyłam piąty rok, jeszcze ostatni egzamin z onkologii pojutrze i wyjeżdżamy z Filipem w Tatry. Wracałam z czytelni późnym wieczorem do domu. Zobaczyłam światełko w śmietnikowej klatce. Napiłabym się dereniówki... pomyślałam. Kiedy zbliżałam się do drucianej bramki, usłyszałam znajomy głos – ciotka Magoniowa siedziała z Romanem i pili słynną nalewkę Michaliny.
— Na litość Boską, co ty tu robisz?
— Tylko się nie denerwuj, mój lekarz stwierdził u mnie chłoniaka żołądka** — oznajmiła. — Czy możesz mi pomóc wypieprzyć tego skurwiela z mojego życia — zaśmiała się głośno.
Usiadłam pomiędzy nimi i nie mogłam wydobyć z siebie głosu... cdn



Za przypisami Wikipedii:
* Redyk – najważniejszy festiwal Górali Babiogórskich odbywa się co roku u stóp Królowej Beskidów-Babiej Góry. Wśród pomalowanych barwami jesieni beskidzkich pagórków rozbrzmiewa muzyka górali zamieszkujących od wieków łuk Karpat. Odbywa się u schyłku sezonu wypasowego, którego koniec wyznacza dzień św. Michała Archanioła. Głównym zaś punktem programu Babiogórskiej Jesieni jest widowisko powitania jesiennego redyku – powrót pasterzy z owcami do wsi i podział stada.
** Chłoniak żołądka jest nowotworem rozwijającym się najczęściej z limfocytów B. Czynnikami sprzyjającymi rozwojowi tego typu nowotworu żołądka jest przewlekle zapalenie błony śluzowej żołądka wywołane przez Helicobacter pylori oraz nieprawidłowości genetyczne. Guz żołądka może dawać takie objawy jak: odbijanie, krwawienie z przewodu pokarmowego, uczucie pełności i sytości. Przeżycie 5-letnie wynosi od 50 do 90%.

kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii obyczajowe, użyła 1299 słów i 7810 znaków, zaktualizowała 22 lip 2019.

2 komentarze

 
  • AlexAthame

    To już drugie opowiadanko gdzie przejawia się typ Z-Niej-Nic-Nie-Bedzie. Niestety wiele mamus jest takich.A biedne dziewczyny mają nadzieję że ich miłość zmieni nastawienie jej wybranego do mamusi.Jedyne dobre rozwiązanie to wylecieć na inna planetę. Tylko takiej nie ma.Och.Kanada jest dobrym rozwiązaniem z jakiego skorzystałem.

  • kaszmir

    @AlexAthame  Dzięki za czytanie i pozostawienie swojej ciekawej propozycji na ominięcie problemu.
    Pozdrawiam

  • AnonimS

    Mrożą te opisy chorób. Ale takie jest życie :). Pozdrawiam

  • kaszmir

    @AnonimS dziękuję za spojrzenie i prawdą jest, że życie to udręka. Pozdrawiam