Klątwa - mały geniusz (2)

Byłem zrobiony na porządną mendlową modłę – dominantą prostym. Mogę mieć pięćdziesiąt procent genów wspólnych, tylko ten jeden był mój i nie dzieliłem go z żadnym z rodziców. Nie mógłbym od nich pochodzić bez mutacji? To było moje zadanie – rozważyć wszelkie zawirowania.  
Pojutrze miałem wylot do Australii na pustynię Simpsona. Tam, właśnie tam, gdzie musiałem odnaleźć odpowiedzi i odkryć tajemnicę tego jedynego genu.  
Trzy miesiące trwały przygotowania do podróży. Wcześniej musiałem zorganizować w południowej części pustyni, teren pod swoje laboratorium. Niedaleko jeziora Eyre znalazłem opuszczoną bazę wojskową.  
Byłem oszołomiony, kiedy mama oznajmiła, że mój ojciec tam testował nową broń i po powrocie stamtąd, spłodził mnie. Pożegnałem się z mamą i siostrą i szybko wybiegłem, aby oszczędzić jej łez.  
— Synku! — zawołała i wcisnęła mi w dłoń złotą monetę. Pamiątka po dziadku Grzegorzu.  
Wczoraj przy zamykaniu spraw bibliotecznych, Estera poprosiła mnie o spotkanie. Biegłem jak szalony. Kiedy dotarłem, ona pochyliła się nade mną i pocałowała w policzek, zobaczyłem ślady pobicia na jej twarzy.  
— Znowu ten skurwiel cię uderzył? — zapytałem.  
Kiwnęła głową.
— Dlaczego mu nie powiesz, że to on jest bezpłodny.  
— Jeszcze nie teraz — chodź za mną — szepnęła.  
Znaleźliśmy się w pokoju hotelowym. Zamówiliśmy kolację i jej ulubione wino chateău vartely.  
— Jesteś taki dzielny — powiedziała. — Ja też mam problemy, ale w porównaniu z twoimi to betka. Za to ty nigdy nic nie mówisz. Nawet potrafisz się śmiać z tych spraw.  
— Nie jestem dzielny — zapewniłem ją z nonszalancją. — Żeby być dzielnym, trzeba mieć wybór. Trzeba móc wybrać tchórzostwo. Tacy jak ja nie mają wyboru.  
Spojrzała na mnie, a w jej oczach wyczytałem tylko cierpienie i litość.  
— Gdybyś był innym... świat wyglądałby inaczej. Byłoby łatwiej — odpowiedziała. — Tylko tyle, łatwiej.  
Zapadła cisza. Wstała i poszła w stronę sypialni. Podszedłem pod drzwi i delikatnie zapukałem.
— Wejdź i wyłącz światło.  
Otworzyłem drzwi i wszedłem w otulinę mroku. Powietrze pachniało jej kwiatowymi perfumami. Słodkimi, a zarazem ostrymi.  
— Tutaj — szepnęła miękko.  
Dotknąłem chłodnej pościeli – a potem jej gorącego ciała. Zadrżała w mroku i wydała z siebie westchnienie. Trząsłem się ze strachu i podniecenia, z grzesznej radości. Klęknąłem przed nią jak mnich wznoszący modły przed ołtarzem. Moje drżące jak kołki palce odzyskały zadziwiającą zręczność.  
— O Boże! — wyszeptała, choć Bóg nic nie miał z tym wspólnego.  
Posmakowałem jej całej, miała gorzko – słodki smak, którego nigdy sobie nie wyobrażałem. Smak zmieszany z dotykiem – subtelne i tajemnicze połączenie. Kołysałem się nad nią, a ona jęczała z rozkoszy. Tej nocy w ciemnościach byłem normalnym mężczyzną, pierwszy raz w życiu.
— Teraz wyjdź już! — wyszeptała tonem rozkazującym.  
— Jedź ze mną, proszę — wydusiłem z siebie.
— Wynoś się i zapomnij o mnie! — wrzasnęła.  
Wyszedłem, poczułem się jak egipski bóg Bes*, który był achondroplastycznym karłem, bogiem zabawy, który tylko odstraszał demony.  
Dwa dni później byłem już w swoim królestwie pośrodku pustyni Simpsona**. Mieszkałem w terrarium pośród klatek z myszkami i sadzonkami grochu. Prowadziłem swoje hodowle, odliczałem miesiące i myślałem o Esterze. Jak ja ją kochałem. Oczywiście odnalazłem odskocznię w pracy. Kilkadziesiąt odmian tej rośliny strączkowej traktowałem jak swoje dzieci. Szukałem punktu zaczepienia. Byłem upartym introwertykiem, samotny w okularach przechadzałem się wśród fasoli i dziwaczków, lwich paszcz i dzwonków. Nożyczkami obcinałem pylniki i pędzelkiem z włosia wielbłądziego prześlizgiwałem się pomiędzy płatkami i przenosiłem pyłki z jednego kwiatu na drugi. By potem tygodniami, miesiącami, latami obserwować cechy nasion. Pokolenia wydawały nasiona powstałe w wyniku krzyżówek, były one różnorodne. Jednak za wygląd, kolor i strukturę odpowiadał zawsze pojedynczy gen, a za fenotyp danego osobnika, już zespół genów. To był jego genotyp.  
Po trzech latach odkryłem po części tajemnicę i wyniki swoich prac poddałem dokładnej analizie matematycznej. Teraz tylko zostało mi udowodnić, że nie istnieją nosiciele karłowatości – kto posiada taki gen, ten zostaje zdeformowany. Natomiast kto odziedziczył dwa geny, po jednym od każdego z karłowatych rodziców, jest homozygotą i umiera w wieku niemowlęcym. Ja nie umarłem, do tego jeszcze pochodziłem od normalnych rodziców. Więc dlaczego jestem wybrakowany?  
Byłem jednym przypadkiem na piętnaście tysięcy żywych urodzeń i chodziło tu o mutację pochodzenia ojcowskiego.  
— Do dzieła Euzebiuszu! — krzyknąłem.  
Teraz pozostaje wyeliminować tylko ten jeden gen z moich plemników? Miałem więcej czasu dla siebie i powróciły wspomnienia z przeszłości. Zerkałem przez mikroskop i obserwowałem własne komórki unoszące się jak galaktyki w czarnej próżni, jasno świecące w swoim owodniowym świecie, kiedy zadzwonił telefon. — Euzebiuszu? To ty? Usłyszałem jej miękki głos i poczułem drżenie całego ciała.  
— Estero! — krzyknąłem — cieszę się, że dzwonisz?  
— Jadę do ciebie — oznajmiła.
Za chwilę przerwano połączenie. Byłem w szoku. Próbowałem połączyć się z Esterą, ale ciągle słyszałem... abonent jest poza zasięgiem.  
Przyleciała małym samolotem nad ranem. Wyglądała pięknie, a kiedy spojrzała na mnie tymi dwukolorowymi oczami, wiedziałem, że coś ją dręczy. Wypiła filiżankę herbaty i poprosiła o odpoczynek. Spała prawie cztery godziny, a kiedy się obudziła, wyglądała jeszcze piękniej.  
Nadchodził wieczór, siedzieliśmy na tarasie. I wtedy usłyszałem.  
— Chcę mieć dziecko z tobą Euzebiuszu Betlejemski — powiedziała cicho. — Chcę urodzić twoje dziecko.  
Kobiece kaprysy. Jak uprzedzenia rasowe – desperacko negujesz ich istnienie, a jednak one istnieją. Trzydziestoośmioletnia, niemal bez skazy, niemal piękna, chciała mieć ze mną dziecko. Chciała urodzić moje dziecko.  
Ściskając mocno moją dłoń, powiedziała wprost.
— Nie chcę obcego, Euzebiuszu. Henryk się nie nadaje, a ja nie zniosłabym obcej spermy. Nie chcę gwałtu na sobie. Powiedz, że twój problem to tylko jedna literówka.  
Patrzyłem na nią i muszę przyznać, że ta myśl poruszyła mnie.  
— Moglibyśmy spłodzić normalne dziecko. Mógłbyś mnie sztucznie zapłodnić? Jest taka możliwość? — zapytała.  
Postanowiłem być z nią szczery.  
— Wiesz, to jak rzut kostką. Połowa embrionów byłaby... taka jak ja — odpowiedziałem.  
— Niekoniecznie, moglibyśmy mieć dziecko z probówki — oznajmiła. — Mógłbyś wybrać zdrowe embriony?  
O tak, to było z jej strony sprytne. Niegłupia była i przebiegła jak lisica.  
— Można to załatwić. Tylko sprawa musiałaby trafić do komisji etycznej — odpowiedziałem — chyba że...  
— Ale da się to zrobić?  
Spojrzałem na nią. Z miłością i ze wstrętem. Te dwa sprzeczne uczucia, były takie sobie bliskie. Czy będzie na tyle silna, aby ze mną zamieszkać? Zadawałem w myślach pytanie.  
— Wyjedziemy daleko — powiedziała, jakby czytała w moich myślach. — A Henryk będzie tylko wspomnieniem.  
— Nie chcę wspomnienia — odparłem. — Chcę dziecka i chcę cię kochać. To dla mnie życiowa szansa i uwiecznienie mojej pracy. Jeśli dziecko będzie miało urodę po tobie, a po mnie inteligencję, będzie geniuszem.  
Spojrzała na mnie. Jedno oko niebieskie, drugie zielone. Niebo i Ziemia. Nagle zerwał się wiatr, jakby czart uwolnił się z uwięzi i szukał schronienia u nas. Uciekliśmy do laboratorium. Po chwili wszystko ucichło, jedynie dach z jednej cieplarni został zerwany. To nic, już po wszystkim. Groszki już mi niepotrzebne – pomyślałem.  
— O Boże! — krzyknęła Estera.  
Jednak to nie Wszechmogącego ręka, nie Bóg działający w tajemniczy sposób zerwał dach. Może to my jesteśmy przyczyną. To ja odkryłem boży blef i zajrzałem za kulisy. Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę całą Ziemię. Dajcie mi nukleotydy, a stworzę Człowieka na swoje podobieństwo.  
Mijały tygodnie, kochaliśmy się tylko w ciemnościach pochłaniające wszystko. Często się śmialiśmy, niekiedy płakaliśmy, a czasami – tylko czasami – czułem się niemal uwolniony ze swoich więzów. Niekiedy miałem wrażenie, że jej doskonałe ciało niemal pochłania moje, że piękno wciąga szpetotę, że dobro połyka zło, jednak czasami czułem, że ją kalam. Kochałem ją prawdziwie i bez ograniczeń.  
Żyłem wśród probówek, embrionów, kodów, sterylnych mikropipet i mikroskopu. Zapomniałem o wszystkim. Miałem jeden cel. Kiedy nadszedł ten dzień i Estera wraz z zamrożonymi embrionami leciała do Kliniki w Paryżu, byłem szczęśliwy, ale czułem się też upokorzony. Tak bardzo chciałem być z nią w tej chwili.  
— Nie, nie możesz lecieć ze mną — mówiła. — Jeszcze nie teraz.  
Wcisnąłem jej złotą monetę w dłoń.  
— Na szczęście — powiedziałem.  
Cisza zapanowała, znowu rzuciłem się w wir pracy naukowej. Dzwoniłem... nie ma takiego numeru, dudniło mi w uszach. Minęło sześć tygodni, kiedy zadzwoniła.
— Jestem w klinice — powiedziała cicho. — Właśnie dostałam wynik badania. — I co?  
Drobne elektroniczne szmery zagłuszały słowa.  
— Jest dziecko. Euzebiuszu, jestem w ciąży.  
Emocje, jakie nastąpiły trudno odtworzyć. Miałem ochotę skakać, ale jeszcze tkwił niepokój o przyszłość dziecka.  
— Jesteś tam? — spytała.  
— Jestem.  
— Przez jakiś czas nie będziemy się kontaktować, muszę pozostać w klinice i mieć spokój.  
— Przyjadę... do słuchawki wdarła się trzeszcząca cisza.  
Trwała już do końca. Ja nie straciłem kontroli nad sytuacją. Pozostałem spokojny i zdystansowany wobec mętnego świata emocji. Podjąłem badania nad przyczyną tornad i ich wpływ na nasienie męskie.  
W tym dniu obserwowałem wskazówki ściennego zegara w laboratorium, gdy wybiła dwudziesta druga zadzwoniłem do Kliniki Hewisona.
— Czy mam Pana połączyć z jej pokojem? — zapytała położna. — Bo właśnie przyszedł do niej mąż, aby cieszyć się szczęściem. Zdrowy i piękny chłopczyk przyszedł na świat.  
— Nie, dziękuję.  
Wybiegłem na podwórze. Lało jak z cebra. Patrzcie: krzyczałem, karzeł w panice skacze przez kałuże.  
Rzadko się zdarza, żeby człowiek naprawdę wyprzedzał swój czas. Nawet największe odkrycia naukowe są dokonywane w odpowiednim momencie.  
Gdzieś tam daleko Estera trzymała mnie, proto – Euzebiusza.



Przypisy za Wikipedią:
*Bes – w mitologii egipskiej bóg wesela, tańców i rodziny, opiekun kobiet rodzących i dzieci. Miał postać karła ze zwisającym językiem, spłaszczonym nosem, z krzaczastymi brwiami, o zwierzęcych uszach, z pokręconymi kończynami i garbatymi plecami.  
**Pustynia Simpsona – pustynia w środkowej Australii o całkowitej powierzchni 170,000 km². W północnej części kamienista środkowej piaszczysta, a południowo-wschodniej żwirowa. Położona w centralnym najbardziej suchym regionie australijskiego kontynentu nad Wielkim Basenem Artezyjskim na wschód od geograficznego środka Australii. Południowa krawędź pustyni graniczy z Jeziorem Eyre.  


Wiedzę o genetyce czerpałam z: * Krótkie wywiady Genetyka-P.C. Winter, G. I. Hickey, H.L. Fletcher * Geny a charakter. Jak sobie radzić z genetycznym dziedzictwem. Fakty i hipotezy-Dean Hamer, Peter Copland

1 211 czyt.
100%213
kaszmir

opublikowała opowiadanie w kategorii obyczajowe i dramaty, użyła 1999 słów i 11800 znaków.

3 komentarze

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 21 lipca

    Podziwiam wszechstronność tematów, no i to zakończenie...

  • AnonimS

    AnonimS · 19 lipca

    Użyty do rozpłodu. Niezbadane są pomysły kobiet

  • Duygu

    Duygu · 19 lipca

    Jestem pod ogromnym wrażeniem. Zaskakujący zwrot akcji. Wzruszająca część. Brawo