Zaskakujące Lądowanie rozdział 59

Zaskakujące Lądowanie rozdział 5959  
 Mia  

  W zimnych, przemoczonych ubraniach, otulona w ręcznik siedzę na krawędzi łóżka. Gapię się w punkt na ścianie nad biurkiem, na nieudaną próbę wbicia gwoździa. Tsss i po co go w ogóle chciałam wbić? Nie pamiętam. Koncentruję się na oddechu. Mieszanka złości, adrenaliny, bezczelności i mojej naiwności, miesza się w jedną całość. Zamykam oczy. Wdech, wydech… muszę wstrzymać zegar tykającej bomby. Jak on śmie kochać się ze mną, być jeszcze w środku i tak brutalnie postąpić z moim sercem? Fakt, boję się tych słów. Tego, co chce mi powiedzieć, ale dopóki się nie uspokoję, nie będę mogła przyjąć ich z dumą. Potrzebuję tylko paru minut, godzin, a najlepiej całej wieczności, by stanąć z nim twarzą w twarz.  
Co będzie, jeśli moje podejrzenia są słuszne? Kogo będę denerwować, z kim robić sobie dowcipów. Do kogo będę mogła się przytulić i zasnąć w poczuciu, że mam u boku rycerza chroniącego przed koszmarami? Będę tęsknić za jego barem i pracownikami, a w szczególności pysznościami mistrza noża i patelni.  
Pytanie Samuela echem odbija się od ucha do ucha. „Co ukrywam?” Nic nie ukrywam, jedynie pożądanie, jakie we mnie wznieca jednym spojrzeniem, delikatnym dotykiem i czułym pocałunkiem. Nic innego mi nie pozostaje, jak oswojenie się z myślą, a raczej faktem, że Elias do tej pory ma nade mną przewagę i będzie mnie prześladował do końca życia. Udało mu się zniszczyć wszystko, nawet i nadzieję na bycie pokochaną taką, jaką jestem. Po policzku spływa łza, którą ze złością ocieram. Muszę się wziąć w garść. Trudno, życie toczy się dalej. Wmawiam sobie te słowa, ale i tak nie dają żadnej otuchy. Robi mi się zimno, postanawiam wstać i w końcu ściągnąć mokre rzeczy, przebrać w coś cieplejszego. Głęboki oddech i wstaję, odwijam ręcznik, przekładam go przez krzesło przy biurku, ściągam przemoczoną garderobę. Włosy już są wpół suche, ulizane na głowie, czego nie znoszę, lecz w tej chwili jest mi wszystko jedno i tak nie mam dla kogo. Wszystko stracone.  
Podchodzę do szafy, a w momencie, kiedy chcę ją otworzyć, mój wzrok trafia na lustrzane odbicie. Blada, czerwone opuchnięte od płaczu oczy, włosy tak jak myślałam ulizane do czoła. Schodzę niżej, moje piersi, których się potwornie wstydzę i te blizny, biorę pod lupę każdą po kolei. Schodzę coraz niżej, aż dochodzę do stóp. Znów patrzę sobie oczy. Wstyd, odraza, nienawiść, to właśnie czuję. Gruba, oszpecona, w dodatku naiwna idiotka. Nienawidzę tego, co widzę. Krew razem z pulsem wystrzeliwuje jak rakieta.  
– NIENAWIDZĘ! – wydzieram się do obrazu przede mną. Wpadam autentycznie w furię. Wszystko dzieje się szybko, jestem kierowana przez kotłującą we mnie nienawiść, chce tylko jednego...
Zakończyć to!!!  
Jak opętana przez demony, przekręcam kluczyk, wyrywając prawie drzwi z zawiasów, biegnę do kuchni, mając przed oczami jeden cel. Wyrywam szufladę po szufladzie w poszukiwaniu czegoś, co przyda się na zakończenie tych tortur, tego horroru. W chaotycznych ruchach wpada mi w dłonie to, czego szukałam. Idealne! Robię obrót, biegnę z powrotem, ale nawet nie dobiegam do progu sypialni, kiedy coś przytrzymuje mnie w pasie, dociska do czegoś twardego i podnosi w górę. Chcę się wyplątać, ale nie potrafię.  
– Zostaw!!! – ryczę jak dzikie zwierzę, a przed oczami mam czerwono. Rzucam się na prawo i lewo, kopie nogami, ale nic to nie daje. Wręcz przeciwnie, jestem jeszcze bardziej dociskana plecami do jakiegoś muru. – Puszczaj mnie!!! – Furia zaraz przekroczy limit, a głos mam o trzy oktawy wyższy.  
– Uspokój się, proszę – Słyszę, jak za mgłą dobrze znany głos, ale nie dociera on ani do mojej podświadomości, ani mięśni czy reakcji ciała, tylko jeszcze bardziej podsyca mój pierwotny cel. Kopie jeszcze mocniej. Zostaję odwrócona, tak, że twarzą oraz ciałem jestem w potrzasku między ścianą, a kimś. Osoba ta, jest tak szybka, że ze świstem uchodzi mi powietrze z płuc. Obezwładniła mnie.  
– Puść. W tej. CHWILI! – krzyczę.  
– Nie! Dopóki się nie uspokoisz, nie poluźnię uścisku. A teraz oddaj mi to, co masz w dłoni. Zrozumiałaś? – Samuel! Jego głos jest lekko podniesiony, stanowczy i opanowany. Nic nie mówię. Nie ma takiej opcji, aby się poddać. – Zrozumiałaś? – pyta jeszcze raz.  
– Ta – syczę. Mięśnie i ścięgna napinają się na maksa od stóp do głów. Tak naprawdę, nic nie rozumiem. Co on w ogóle tu jeszcze robi? Miał przecież wyjść i się nie pokazywać na oczy. Czemu dosypuje soli do otwartych przez niego ran?  
– Doskonale. Oddaj mi to – szepcze uspokajającym, łagodnym tonem. Zero reakcji z mojej strony. – Daj, Mia – prosi. Jego usta muskają małżowiny mojego ucha. Pięść wokół trzymanego przedmiotu zamyka się mocniej, tak jakby nie chciała usłyszeć jego prośby.  
– Proszę cię. Zrobisz jeszcze komuś krzywdę. – Powoli przesuwa swoją dłoń po mojej ręce aż do pięści, w której trzymam niszczącą rzecz i nie wypuszczam. Nie wydaję z siebie żadnego dźwięku, stoimy tak jakieś pół wieku. – Błagam cię, skarbie. Zaczynam się ciebie bać – mówi cicho w moją skórę.  
Tak jakby ktoś, kto steruje tymi demonami nacisnął guzik, po którym potwory opuszczają moje ciało. Najpierw znika ten czerwony kolor, następnie mgła, dostaję porcji tlenu w płuca, a na koniec opadam z sił. Jedno zdanie, które wstrząsa mną od środka. Czy to możliwe, że mogę być tak przerażająca, by wzbudzić w nim strach? A może to kolejna podpucha? Chcę się napiąć, kiedy wyczuwam buchające ciepło klatki piersiowej, walące jak młotem serce, przyspieszony oddech, oraz zaufany zapach zmieszany z potem.
Chryste Sam mówi poważnie. On się mnie boi. Złapanie powietrza ponownie staje się prawie niemożliwe.  
– Oddychaj mała – mówi, podając mi rytm. Powoli zaczynam panować nad płucami i się rozluźniać. – Tak jest idealnie, słońce. Daj mi to. Już go nie potrzebujesz. – Jego głos działa kojąco na moje nerwy, otwieram zaciśniętą pięść i puszczam przedmiot. Od razu odbiera mi go i rzuca za siebie. Słyszę, jak cicho gdzieś ląduje. Powoli uwalnia mnie z tego więzienia. Odsuwa się trochę, po czym odwraca mnie w swoją stronę. Jestem pozbawiona sił, ledwo, co mogę utrzymać się na nogach. Nasze spojrzenia spotykają się, powoli bez gwałtownych ruchów podnosi rękę, ale ja i tak robię unik.  
– Mia, nie chce zrobić ci krzywdy. Chcę tylko przytulić – uprzedza swój zamiar, ale stoi w miejscu, czeka na mój znak. Można wyczytać mu z oczu, że prosi o zgodę. Pytanie jest czy ja tego chcę? Rozum krzyczy „Tak!” Natomiast ciało odmawia posłuszeństwa, na chwiejnych nogach w ostatniej chwili opieram się o ścianę, tak by nie odjechać w pustą przestrzeń. Mam wrażenie, że serce wyskoczy mi gardłem, a krew wypływa uszami.  Aby wyszukać jakiekolwiek podparcie, otulam swój tułów i dopiero teraz zdaje sobie z tego sprawę, że jestem kompletnie naga. Wstyd przebiega przez kręgosłup, w głowie wiruje, a żołądek robi fikołki. Wstrzymuję oddech, zamykam oczy. Zjeżdżam po ścianie prosto na podłogę.  
– Otwórz oczy! – Turbulencje i klepanie po policzku, ale mi tak jest dobrze… nad tą przepaścią.  
– Nooo… dalej mała, wróć do mnie. Nie odlatuj mi, kochanie! Proszę! – Słyszę potok słów.  
Kochanie hahahaha. Dobre sobie… Że jak?
Mózg na pewno znów coś źle zrozumiał albo kompletnie mi odbija. Otwieram oczy, wlepiając je w sufit.  
– Jesteś – szepcze, podnosi mnie za ręce i po chwilce siedzę na jego kolanach, przykrywa mnie miękką pościelą, otula nią niczym kokon i przytula do siebie, całując w głowę. Bezsilna, wypompowana z energii oraz z tajfunem w łbie, zaczynam się poddawać.  
– Boże, co cię opętało?

AHopeS

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 1383 słów i 8001 znaków, zaktualizowała 27 wrz 2020.

4 komentarze

 
  • Shogun

    Czuję ten tekst. Uderza. Mocno, tam gdzie trzeba.

  • AHopeS

    @Shogun Dziękuję.

  • Basiaa

    No jak każdy odcinek, super, świetne, trzyma w napięciu.

  • AHopeS

    @Basiaa Dziękuję bardzo. :)

  • Margerita

    Mia wdech i wydech najważniejsze spokój zachować

  • AHopeS

    @Margerita Dziękuje.

  • nanoc

    Uuuu coraz bardziej dramatycznie, ale wierzę że wszystko dobrze się skończy, nie ma co ciśnienie mi podniosłaś, moje biedne serce. :nunu:

  • AHopeS

    @nanoc Dziękuję.